Miała umrzeć

Tekst
0
Recenzje
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Miała umrzeć
Miała umrzeć
Audiobook
Czyta Wiktoria Wolańska
Szczegóły
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

ADA

24 października 1998 r.

– Co ci ostatnio odwaliło? Omal wszystkiego nie zepsułaś!

Spojrzenie Igi jest jak wycelowana we mnie broń. Jej sztywne włosy, pociągnięte utrwalającą wodoodporną żelatyną, zaczesane są w ciasny kok, a czarno-biały kostium mieni się srebrzystymi cekinami. Jest na nim grafika mojego autorstwa – dwa splecione ze sobą kobiece ciała o twarzach zwróconych ku czarnemu słońcu. Zaprojektowałam ją już jakiś czas temu, nie podejrzewając, że któregoś dnia trafi tutaj, na kostium Igi. Mój strój wygląda identycznie z tą tylko różnicą, że zamiast na mnie, wciąż jeszcze wisi na wieszaku w szatni. Jest jak bijące na alarm przypomnienie, że do rozpoczęcia zawodów zostało tylko piętnaście minut, a ja wciąż nie jestem gotowa. Zrzucam z siebie podziurawione dżinsy, otwieram metalową szafkę i upycham w niej najpierw spodnie, a potem martensy. Poprawiam włosy zaczesane do tyłu i przeglądam się w lustrze. Tusz trzykrotnie wydłużył mi rzęsy, podkład zamaskował sińce pod oczami, a błyszczyk nadał ustom pełną objętość, dzięki czemu wyglądam jak ktoś zupełnie inny.

– Przegięłaś. To trwało za długo – odpowiadam. – Łukasz mógł się udusić.

Iga wzrusza ramionami.

– Właśnie o to chodzi. Linę puszczamy dosłownie na chwilę przed utratą przytomności. Na tym polega cały fun. Przecież nic się nie stało!

– Pogadamy o tym później. Mamy tylko kwadrans, a ja jestem w czarnej dupie.

Nerwowo wrzucam do szafki kolejne ciuchy. Iga gotowa już do wyjścia czujnie mi się przygląda.

– Coś ze mną nie tak?

– Pięknie wyglądasz. Jakoś tak inaczej niż zwykle.

– Bo zwykle nie nakładam makijażu.

Wywracam oczami, a do ust wkładam dwa palce i symuluję odruch wymiotny.

– Wariatka! – Iga chichocze. – Nie zawsze musisz łazić tylko w smętnych poszarpanych ciuchach.

Zamyka swoją szafkę i staje przy wyjściu na basen.

– Twoi starzy… Będą dziś? – pyta niepewnie, co zupełnie nie jest w jej stylu. Jakby z jednej strony wiedziała, że wkracza na grząski teren, bo oni pewnie znów nawalą, a z drugiej wciąż miała nadzieję, że ktoś bliski przyjdzie mi kibicować.

– Dobre pytanie.

Wracam myślami do dzisiejszego poranka. Na stole w kuchni zostawiłam matce notatkę, a ojcu wysłałam esemesa. Wiadomości łączyła ta sama treść i to, że pozostały bez odpowiedzi. Data zawodów jest zresztą od trzech tygodni wpisana czerwonym markerem do kuchennego kalendarza.

Ada. Mistrzostwa Polski w pływaniu synchronicznym. Godz. 17.00.

Poprawiałam ten wpis kilka razy, dzień w dzień, pogrubiając uparcie szlaczkiem te same litery. Nowy pieprzony rytuał.

– A twoja mama?

Iga kiwa głową.

– Ojciec też. Przyjechał z Wawy. Siedzą na trybunach i już puszą się jak pawie. Lubię na nich wtedy patrzeć, są cholernie zabawni, kiedy tak dosłownie pękają z dumy. Może pójdziesz potem z nami na kolację? Ojciec zarezerwował już stolik.

Żeby patrzeć, jak zagłaskują ją na śmierć? W sercu czuję znajome ukłucie, dwie wbite w sam jego środek szpilki. To nie zazdrość, to tęsknota, tłumaczę sobie.

– Nie, dzięki. Muszę wieczorem zająć się siostrą. A co z antydopingiem? Badali ci mocz? – pytam po chwili.

Iga potrząsa głową.

– A tobie?

– Też nie.

Dzięki Bogu. Może już nie ma chemicznego śladu po wchłoniętym trzy dni temu przez mój organizm dekstrometorfanie, ale od czasu do czasu nadal dopadają mnie skurcze żołądka i palący ból nerek. Pieprzony acodin.

Za mleczną szybą naszej szatni już kolejny raz przebiega ta sama smukła sylwetka. Poznaję ten drażniący uszy dźwięk – pisk gumy trącej o linoleum, wydobywający się spod podeszew jej butów. To przykuwa naszą uwagę.

– Widziałaś ją? – mówi Iga, patrząc w stronę szyby. – Wstrętna baba. Równie dobrze mogliby nikogo nie przysyłać zamiast naszej trenerki.

– Mignęła mi w korytarzu. Lata za czymś jak opętana. Nie martw się, to tylko dziś. I tak wytniemy ją potem z pamiątkowego zdjęcia.

Obie parskamy śmiechem.

Nie mija chwila, a temat naszej rozmowy materializuje się przed nami we własnej osobie. Chuda jak szczapa Maria Nowińska, zastępstwo naszej trenerki, która na dzień przed zawodami wylądowała w szpitalu ze złamanym obojczykiem, wchodzi do szatni z wysoko podniesioną głową. Im dłużej przyglądam się jej z bliska, tym bardziej przypomina mi matematyczną bryłę – kwadratowa twarz, szkła w oprawkach o tym samym kształcie, prostokątne ramiona. Jakby ktoś wyciął ją z formy odrysowanej idealnie od linijki. Jej spojrzenie, wściekłe albo może tylko zdegustowane, wycelowane jest we mnie.

– Przepraszam. Za dziesięć minut będę gotowa. Zdążę! – reaguję gorączkowo, bo zakładam, że chodzi jej o moje spóźnienie.

– Z kieszeni mojej bluzy zniknął klucz na różowej smyczy. Wiesz coś na ten temat?

Rozglądam się dookoła, ale nie, poza Igą w szatni nie ma nikogo, kto chowałby się za mną na linii jej wzroku. Czyli to jednak o mnie chodzi.

– Domyślam się, że musiała go pani zgubić.

– Nie bądź bezczelna. Lubisz sprawiać problemy, co?! – syczy, wbijając we mnie nienawistny wzrok.

– Dlaczego patrzy pani na mnie w ten sposób?

Ale ona nie patrzy. Robi coś o wiele gorszego. Ocenia mnie po siniakach na moich łydkach i udach, po T-shircie z czerwonym nadrukiem Die, bitch!. Po spiętych agrafkami rękawach, po śladach otarć i kilku bliznach. Po moim zadziornym spojrzeniu i odbarwionych wielokrotnym tlenieniem włosach.

– Znam takie jak ty! Poza wami i drugą trenerką nikogo innego nie było w tej części budynku.

– Czyli mamy tu razem cztery osoby. Nadal nie rozumiem, dlaczego patrzy pani tylko w moją stronę.

– Nie testuj granic mojej cierpliwości! Ten klucz ma się znaleźć, i to zaraz! Słyszysz?!

Nie reaguję, stoję z rozdziawionymi ustami, choć tak naprawdę mam ochotę podejść do niej i napluć w twarz. Nie mogę jednak dać się sprowokować tuż przed wejściem na basen, to byłoby strzelenie sobie samobója. Zaciskam zęby i przełykam ślinę, a wraz z nią swoją wściekłość i rozczarowanie. Tym, że po raz kolejny ktoś, kto nic o mnie nie wie, ocenia mnie przez pryzmat mojego wyglądu.

– Tu jesteś. – Zza pleców Nowińskiej wyrasta blondynka w błękitnym dresie, której twarzy nie rozpoznaję. Zakładam, że to ta druga trenerka. Nad jej głową brzęczą zawieszone na różowej tasiemce klucze. – To chyba twoje. Były w łazience. Musiały ci wypaść z kieszeni.

Gniewna mina Nowińskiej natychmiast łagodnieje.

– No, dziewczyny, dajcie z siebie wszystko – zwraca się do nas, szczebiocząc nagle cienkim głosikiem. Odbiera od blondynki klucze, po czym wychodzi. Bez słowa przeprosin.

Zakładam kostium, moją tarczę ochronną, i wchodzę na salę napędzona tą dodatkową dawką adrenaliny. Czuję ją wszędzie – w kanalikach płucnych, mózgu, mięśniach. Czuję, jak pod jej wpływem rozgrzewają się do czerwoności. Wraz z przypływem adrenaliny rośnie we mnie gniew.

Spoglądam na pełne trybuny w miejsce, które, o ile zdecydowali się przyjść, powinni zająć moi rodzice. Przebiegam wzrokiem po każdym z rzędów sektora „A”, przyglądam się, by ich przypadkiem nie pominąć, ale kolejny raz muszę przełknąć to samo rozczarowanie. Nie ma ich. Ale jednak nie jestem sama. Na jednym z krzeseł siedzi, machając w moją stronę, mężczyzna, znajoma i życzliwa twarz. Mój ojciec ma na jego temat inne zdanie. Nazywa go starym zbokiem, tylko dlatego, że ten człowiek nie ma własnych dzieci i że czasem rozmawiamy. To wystarczający powód, by go znienawidzić. Spotykamy się na ulicy, kiedy on spaceruje z psem, a ja zawsze robię wtedy wszystko, by opóźnić swój powrót do domu.

Macham mężczyźnie ręką i skupiona podchodzę do trampoliny – naszego punktu startowego. Kiedy rozlega się muzyka, stajemy z Igą obok siebie ramię w ramię, zamykamy oczy i skaczemy.

W wodzie czuję się niepokonana i nieposkromiona – jakby wraz z jej ruchem, z chłodnym kojącym pluskiem, poruszało się też coś we mnie. Lżejsza i odporna na ciosy z zewnątrz, mogę schować się pod powierzchnią. Wyparte przez maksymalną koncentrację problemy w tej niewielkiej przestrzeni rozmywają się i giną. Jestem tylko ja, mój kontrolowany oddech i ciało, które wyginam z siłą, ale i precyzją możliwą dzięki serii wielogodzinnych treningów i zgodnie z rytmem muzyki. Pełne rozciągnięcie mięśni, wyskok szpagatowy, boost, trzy szybkie pełne obroty nad powierzchnią. Moje ciało mówi własnym językiem, a ja pozwalam mu odegrać jego spektakl – ponownie zanurzam się w wodzie, słysząc z trybun pełne zachwytu okrzyki. Teraz są tylko dla nas – dla mnie i Igi.

Z budynku hali sportowej wychodzę z tytułem wicemistrzyni Polski – strasznie zmęczona, ale i szczęśliwa. Mogło być lepiej, ale nauczyłam się doceniać i te mniejsze sukcesy. Przy parkingu żegnam się z rozpromienioną Igą i jej rodzicami, a potem kieruję w stronę domu.

– Hej! – za plecami słyszę znajomy chrapliwy głos, w którym rozpoznaję mojego sąsiada. – Nie wierzę. Minęłaś Delicje i nawet nie spojrzałaś w kierunku gorącej czekolady. To skandal!

Odwracam się i widzę go tuż za sobą. Ubrany w elegancki garnitur, białą koszulę i wypucowane na błysk buty, jest jak ktoś, kto nieustannie pełni jakąś ważną funkcję. Właściwie nigdy nie widziałam swojego sąsiada w innym stroju. Początkowo brałam go przez te ciuchy za kompletnego sztywniaka, ale pierwsze lody między nami przełamał Bobby, jego kundelek, dzięki któremu zaczęliśmy rozmawiać. Zerwał mu się kiedyś ze smyczy i wpadł prosto na mnie. Wtedy okazało się, że byłam w swojej ocenie sąsiada bardzo niesprawiedliwa.

– Dobry wieczór. Co pan proponuje?

– Jeszcze można to naprawić – odpowiada z uśmiechem, wskazując na rozświetloną ciepłym blaskiem kawiarnię po drugiej stronie ulicy. Zgadzam się, chcąc odwlec swój powrót do domu.

 

W sobotnie popołudnie znalezienie wolnego miejsca w Delicjach niemal graniczy z cudem, ale mamy szczęście, bo wkrótce jeden stolik się zwalnia. W powietrzu unosi się zapach pieczonego ciasta i mlecznych koktajli, co tylko jeszcze bardziej rozbudza mój apetyt i drażni pusty żołądek. Burczenie uświadamia mi, że przez stres związany z zawodami od rana nie miałam nic w ustach. Po chwili pociągam łyk gęstej, zalepiającej gardło czekolady, na widelczyk nabijam kawałek czekoladowego ciasta. Jest mdlące i najpyszniejsze pod słońcem. Kiedy pochłaniam ostatni kawałek, sąsiad podsuwa mi pod nos białą kopertę.

– Co to takiego? – pytam autentycznie zaintry­gowana.

Jego twarz opromienia szeroki uśmiech, a oczy błyszczą.

– To dla ciebie. Otwórz.

Strzepuję z kolan okruszki ciasta i zaglądam do środka.

– Cztery bilety do Teatru Muzycznego?

– Pomyślałem, że będziesz chciała zabrać rodziców i siostrę. Piotruś Pan to jeden z lepszych musicali. Wiem, bo gram tam w orkiestrze. Miejsca w pierwszym rzędzie. – Stuka palcem w kopertę. – Nie kupisz ich już nigdzie.

– Dziękuję, ale raczej nie. – Odsuwam kopertę szybkim i zdecydowanym ruchem.

Moja reakcja niczego nie zmienia w jego zachowaniu. Przygląda mi się z pewną nonszalancją, jakby takiej właśnie odpowiedzi się spodziewał.

– Nigdy nie jest za późno, żeby naprawić relację, którą spisałaś na straty.

– Nie rozumiem – mówię, ale dobrze wiem, do czego mój sąsiad nawiązuje.

– Sam najlepiej wiem, że potem ta szansa może już się nie powtórzyć. Nie chcę prawić ci morałów starego dziada, ale życie bywa przewrotne, a rodzina to jedna z tych rzeczy, o którą warto walczyć do samego końca.

Czyżby naprawdę wiedział? Nigdy nie zwierzałam mu się ze swoich problemów rodzinnych.

– Ściany, które budujemy wokół siebie, mogą z czasem stać się naszym więzieniem. Wiesz coś o tym, prawda? – Pod ciężarem jego spojrzenia odwracam wzrok.

Mam ochotę warknąć, żeby się nie wtrącał, że to, do cholery, nie jego sprawa, ale zamiast tego zmieniam jedynie temat.

– Nie wiedziałam, że gra pan w orkiestrze Teatru Muzycznego. Słyszałam, że angaż dostają tam wyłącznie najlepsi.

– Nie wiem, czy najlepsi, ale na pewno zdolni pasjonaci. Robiłem dokładnie to samo, co ty. Byłem uparty jak osioł, nieustannie ćwiczyłem, zwyciężałem małe bitwy, które przychodziły po fali porażek. Ty też jesteś na dobrej drodze.

– Do dorosłości. To na pewno. Tylko czy ona czasem nie jest przereklamowana?

– Patrzysz na kogoś, kto siedzi w tym po uszy. Poza przywilejami są też na przykład te procesy, które widzisz gołym okiem. – Palcami szarpie swoje czarne gęste kosmyki poprzetykane srebrnymi nitkami. – Siwe włosy sypią się, zanim zdążysz się zorientować, a artretyzm i skleroza zwalają cię z nóg – mówiąc to, nogi i ręce wygina pod dziwacznym kątem. – Nie spiesz się do tego.

Oboje wybuchamy śmiechem.

– Dlaczego pływanie synchroniczne? – pyta mnie po chwili. – To chyba wciąż niezbyt popularna dyscyplina?

Nie muszę się zastanawiać. Odpowiedź jak zawsze nasuwa się sama.

– Staję się wtedy wolna. Tak naprawdę. To trochę tak, jakbym znalazła się w równoległej rzeczywistości i w innym wymiarze, które pozwalają mi kierować, reżyserować, zdobywać. A to chyba lubię robić najbardziej: wywierać wpływ. A jak było z panem? Dlaczego akurat muzyka?

Jego twarz przybiera poważny i skupiony wyraz.

– Najpierw są ludzie, a dopiero potem muzyka. Zespół, z którym pracuję. Wzajemne dopasowanie i sztuka kompromisu. A wszystko po to, abyśmy mogli stanowić jeden organizm. Lubię to wszystko wypracowywać, tak samo jak lubię budować nowe wartości w muzyce. My nie odtwarzamy, my tworzymy.

– To rzadkie. Piękne. I chyba trudne. Szczególnie na początku, kiedy nie jesteś jeszcze na swoim miejscu. – Patrzę na niego z szacunkiem i podziwem. Dobrze go w tej chwili rozumiem.

Siedzimy przez chwilę bez słowa, każde z nas zamknięte w swoim własnym świecie i pogrążone we własnych myślach. Ciszę przerywa dźwięk telefonu wibrującego w mojej kieszeni. Wyciągam go z bluzy i pobudzam ekran do życia.

Przepraszam, skarbie, praca w terenie. Kiedy będziesz w domu? Mam coś dla ciebie.

Wpycham telefon do kieszeni, udając, że nie odczytałam wiadomości od ojca. Ale zdradza mnie chyba wszystko. Wiercę się niespokojnie na krześle i instynktownie zdrapuję lakier z paznokcia – to mój stały rytuał, do którego wracam, kiedy się denerwuję. Ta namiastka jego zainteresowania i obietnica zmieniają mnie w łasego pieszczot szczeniaka, takiego, co za jedno dobre słowo zapomina o wyrządzonej mu wcześniej krzywdzie. Zwykle taka nie jestem, ale teraz, po tej rozmowie, odzywa się we mnie ten pieprzony dzieciak, który wciąż jeszcze ma nadzieję. Dzieciak, któremu wcale nie tak spieszno do dorosłości.

– Coś się stało? – Sąsiad wyczuwa zmianę w moim zachowaniu.

– Nie, wszystko w porządku, ale muszę już lecieć. – Biorę kopertę i zasuwam za sobą krzesło. – Dzięki, panie Benjaminie. Naprawdę. Za wszystko.

LENA

19 lipca 2019 r.

Godzinny pobyt w dziesięciopiętrowym bloku przy Wincentego Pola uświadomił mi, jak anonimowym i samotnym można być, mieszkając pośród ludzi. O Benjaminie, ulicznym grajku w przebraniu klauna, nikt tam nie słyszał. Jakby nie istniał, jakby nigdy tam nie mieszkał. Jedyną osobą, która zareagowała na jego imię, była staruszka spod czwórki. Nie zdążyłam jej jednak o nic wypytać, bo zatrzasnęła mi drzwi przed nosem w obawie, że jestem żądną sensacji dziennikarką albo złodziejką. Poza nią rozmawiałam z dwunastoma innymi mieszkańcami. O ile w ogóle można nazwać rozmową kilkusekundową i mało wylewną interakcję. Kolejne zdziwione twarze pojawiające się za uchylonymi drzwiami. „Kogo? Nie, nie znam”. Nieśmiały uśmiech. „Mieszkam tu od niedawna. Przepraszam, chyba nie pomogę”. Zmarszczone gniewem brwi. „Co mi tu pani jakiś kit wciska! Nie mam czasu. Idźże pani stąd!” Trzask!

Reakcje były naprawdę przeróżne, za to żadna z nich nie przybliżyła mnie do poznania zamordowanego wczoraj człowieka ani do odpowiedzi na pytanie, o czym chciał ze mną porozmawiać. Po cichu liczyłam też, że skoro Benjamin mnie rozpoznał, to może zrobią to także inni mieszkańcy bloku. Zakładając, rzecz jasna, że facet nie miał świra i czegoś sobie nie ubzdurał. Ale nikomu moja twarz nie wydała się znajoma. W obliczu ostatnich wydarzeń nabierałam coraz większej pewności, że to, co się stało, nie było przypadkowe. Na ten temat policja wypowiedziała się bardzo niechętnie i lakonicznie:

„Twa ustalanie przyczyn śmierci siedemdziesięciodwuletniego Benjamina N., ulicznego grajka. Jego zwłoki znalezione zostały wczoraj rano w jednym z sopockich parków. Ze względu na dobro śledztwa na tym etapie nie będą ujawniane dalsze szczegóły”.

Czyli ślepy zaułek. Wiedziałam o tym wszystkim już od wczoraj.

By do obecnych rozczarowań dorzucić kolejne, powinnam obejść dwa ostatnie piętra bloku i drążyć dalej, ale nie widzę w tym większego sensu, więc rezygnuję. Przez uchylone na klatkę schodową okno wpada parne powietrze i przykleja bluzkę do moich piersi. Naprawdę muszę porządnie przewietrzyć głowę. Bieg przez osiem pięter klatką schodową, z której bucha gorąc i wilgoć, idealnie się do tego nadaje. Docierając na dół, mylę drzwi i opuszczam blok bocznym wejściem, od strony podwórza. Dopada mnie wtedy nieodparte wrażenie, że już tu kiedyś byłam, co jest przecież niemożliwe. Wciśnięta między bloki niska zabudowa domków jednorodzinnych wygląda jednak jakoś znajomo. Wysokie na dwa metry żywopłoty, które mają zapewnić mieszkańcom trochę prywatności. Rząd jedenastu garaży z obłażącą z nich farbą, zamazanych szpetnym graffiti. Tak, je również kojarzę.

Jakaś siła, a może po prostu ciekawość, pcha mnie naprzód. Idę wąską alejką i docieram do niewielkiego dwukondygnacyjnego domu. Wisi na nim tabliczka z napisem „Na sprzedaż”. Dom ma swoje lata – świadczą o tym cieknące w kilku miejscach rynny, przybrudzony tynk i dachówki w nie najlepszej kondycji, ale jako jedna z nielicznych posesji na ulicy może poszczycić się zadbanym ogródkiem. Staję przy płocie na wysokości kilku owocowych drzewek, palce wczepiam w metalowe sztachetki i wypatruję, choć sama nie wiem czego. Moją uwagę przykuwa hałas walizki ciągniętej po płytach chodnikowych. Podchodzę do furtki i dostrzegam po drugiej stronie kobietę. Ma najwyżej trzydzieści lat. Wrzuca właśnie walizkę do bagażnika starego saaba, a pod pachą trzyma zrolowaną poduchę. Czarne kosmyki włosów ma pokryte czymś białym, chyba pajęczyną. Jest w dresie usmarowanym jakąś czarną mazią albo smarem. Wygląda mi na kogoś, kto jest w trakcie remontu albo przeprowadzki.

– Czy mogę obejrzeć dom? Jestem zainteresowana jego kupnem – mówię z udawanym entuzjazmem, wskazując na tabliczkę. Nie wiem, co mi strzeliło do głowy.

– Teraz? – Kobieta zerka na zegarek. Patrzy na mnie czujnym wzrokiem piwnych cętkowanych oczu.

– Zajmę pani dosłownie chwilkę.

– No dobrze, proszę – mówi po krótkim zastanowieniu. Ociera dłonią spocone czoło, zamyka bagażnik i otwiera mi furtkę.

Wejście na posesję jest jak wtargnięcie na obcy teren, w dodatku taki o podwyższonym stopniu ryzyka. Nie mam pojęcia, skąd wziął się ten lęk i co się ze mną, do cholery, dzieje. Dom niczym się przecież nie wyróżnia. W zadbanym ogrodzie rosną kwiaty, na ganku stoi zabłocony rower i pusta miska jakiegoś zwierzaka. Ot, ślady normalnego życia.

W środku dom wygląda przytulnie, ale zauważam też architektoniczne fuszerki, które równie dobrze mogą być ekscentrycznym kaprysem jego właścicieli. Liczne skosy i zakamarki odbierają mu przestrzeń, niewielka kuchnia jest ciemna i zawalona meblami. W salonie, nie wiedzieć czemu, obniżono sufit, przez co ta niewielka przestrzeń przytłacza jeszcze bardziej. Błądzę wzrokiem po przykrytych folią meblach, w powietrzu unoszą się drobinki kurzu. W pewnym momencie zatrzymuję wzrok na wyeksponowanym w głównej części salonu kominku, a konkretnie na miejscu po brakującej cegle. Podchodzę do szczerby, sama nie wiem, czego się tam spodziewam, wsuwam dłoń w dziurę i natrafiam na grubą warstwę kurzu albo sadzy. Nie wiem. Opuszki moich palców są po prostu czarne. Kiedy wyciągam z kieszonki torebki chusteczkę, by je oczyścić, czuję na sobie wzrok właścicielki. Jest czujny i podejrzliwy. „Po co, do cholery, wpychasz rękę w tę dziurę?!” Te właśnie słowa z niego wyczytuję. Wtedy zdaję sobie sprawę, że faktycznie, moje zachowanie musi wyglądać co najmniej dziwnie.

– Dlaczego go pani sprzedaje? – pytam, by odwrócić jej uwagę od siebie. – Nie chcę być wścibska, chodzi o to, że wolę poznać jego mankamenty, zanim zdecyduję się na kupno. – Wskazuję na uszkodzony kominek.

– Ta dziura to drobiazg. – Dziewczyna wzrusza ramionami. – A wracając do pani pytania: rozwód. Ale to nie wina domu, tylko niedojrzałego dupka, którego mamusia niańczyła o ćwierć wieku za długo. Mnie się znudziło. Ale to nie jest zaraźliwe, obiecuję! – Właścicielka domu wybucha spazmatycznym śmiechem. – W tej chwili dom stał się dla mnie za duży – dodaje, kiedy się uspokaja. – Chce pani obejrzeć piętro? W domu są dwie łazienki…

– Jedna jest tu, na parterze, za salonem, a druga na piętrze, przy schodach – dopowiadam.

– Skąd pani to wie?

No właśnie? Skąd?

Czuję na sobie jej świdrujące, pełne wyczekiwania spojrzenie. I ja przyglądam się sobie w ten sam sposób.

– Oglądałam inny dom o identycznym układzie pomieszczeń. – Na poczekaniu wymyślam jakieś sensowne kłamstwo.

Wydaje mi się, że dziewczyna je kupiła.

– Aha… – mówi przeciągle i nie podchwytując tematu, prowadzi mnie schodami na górę.

Ze ścian ściągnięto już fotografie, a ich brak po­zostawił po sobie szpetne ramy brudu, które odarły piętro z rodzinnej przytulności. Wchodzimy do pierwszego pokoju po prawej. Okazuje się on przestronną sypialnią. Stoi tam pokryta folią szafa, łóżko, dwa wielkie pudła i biało-czarna prążkowana sofa. Na ich widok robi mi się słabo. Trzymając się parapetu, wlokę się w stronę kanapy i na nią opadam.

– Wszystko w porządku? – pyta dziewczyna. Jej sylwetka podwaja się i wiruje mi przed oczami.

– Tak. Jest po prostu strasznie gorąco.

– Przyniosę pani szklankę wody – proponuje i nie czekając na moją odpowiedź, wychodzi.

Zostaję w pokoju sama, złapana w pułapkę ruchomych cieni, które drzewa za oknem rzucają na sufit. Obserwuję nieregularne ciemne plamy o ostrych krawędziach tańczące na drewnianej podłodze. Dotykam ich czubkiem buta. Wiem, że zaraz zanurzy się w lepkiej i gęstej kałuży krwi. Ale plamy znikają pod moimi stopami raz za razem, jak jakiś upiorny powidok. To wcale nie sprawia, że czuję się lepiej. Pokój gwałtownie się kołysze, a pole widzenia wyszczerbia po bokach. Moje ciało jest tak samo nieruchome jak mózg.

 

W progu po chwili pojawia się właścicielka domu ze szklanką wody, w której grzechoczą kostki lodu.

– Czy ktoś tutaj umarł? – wypalam, nie czekając, aż mi ją poda.

Dziewczyna robi krok do tyłu, uderzając plecami o futrynę drzwi.

– Nie jestem pierwszą właścicielką. Ten dom kupili moi rodzice ponad dwadzieścia lat temu.

Kłamie. Widzę to w języku jej ciała. Oplata się ramionami i wbija wzrok w parapet, w zdrowe paprotki o jędrnych liściach – jedyne pozostałości po zwykłym życiu, jakie się tutaj toczyło.

– Ma pani obowiązek poinformować nowego nabywcę, jeśli w tym domu stało się coś złego.

– W domach często umierają ludzie. Po prostu tak się czasem dzieje.

– Nie o to pytam. Przecież dobrze pani wie.

Dziewczyna wzdycha, drepcze przez pokój i siada obok mnie na kanapie. W rękę wpycha mi lodowatą szklankę. Pociągam z niej niewielki kojący łyk.

– Cena, o którą nawet pani nie spytała, jest niska jak na tę lokalizację. Rodzice również zapłacili za ten dom dużo poniżej stawki rynkowej.

– Dlaczego? Co się tutaj stało?

– Zanim się wprowadziliśmy, jakieś dwadzieścia lat temu, doszło tu do morderstwa – dziewczyna ścisza głos, a ostatnie słowo wypluwa jak coś obrzydliwego.

– Zginął tutaj człowiek?

Kobieta potrząsa głową.

– Nie. Zamordowano całą rodzinę. Matkę, ojca, dziecko. Nastoletnią dziewczynę.

Mrowienie w całym ciele paraliżuje moją dłoń. Jest bezwładna, a ja nie potrafię dłużej utrzymać w niej szklanki, więc szkło wypada mi z ręki.

To koniec darmowego fragmentu. Czy chcesz czytać dalej?