Miała umrzeć

Tekst
0
Recenzje
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Miała umrzeć
Miała umrzeć
Audiobook
Czyta Wiktoria Wolańska
Szczegóły
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

LENA

17 lipca 2019 r.

Latem unikam Sopotu jak ognia. Moje ulubione miasto zmienia się wtedy w targowisko próżności, a jego vibe’u zupełnie wtedy nie czuję. Nie lubię tłumów i hałasu, jeszcze bardziej nie znoszę lansu. Ale dziś nic mi nie przeszkadza. Nie teraz, bo z tarasu widokowego galerii sztuki wychodzącego na sopoc­ką plażę wszystko wygląda inaczej. Inaczej, bo rozpiera mnie duma, że udało mi się tutaj wystawić swoje prace.

Dym na morzu, bo tak zatytułowany jest wernisaż pięćdziesięciu moich prac, ma potrwać jeszcze kilka godzin. Potem przez następny tydzień kolekcję będzie można oglądać, a także wylicytować pojedyncze egzemplarze.

Odrywam się od barierki tarasu i odwracam w stronę zalanej światłem sali, ocierając pot z czoła. Powietrze jest ciężkie i trochę kleiste, a z nieba leje się żar. To też nie psuje mi nastroju. Grupka moich przyjaciół, roześmianych, z lampkami szampana w dłoniach, stoi skupiona wokół jednej z rzeźb – trójwymiarowej fali. A więc to naprawdę się dzieje. Pewnie nieraz jeszcze będę łapać się na tym, że przekonuję samą siebie.

W głębi przeszklonej sali moich rzeźb jest o wiele więcej, podobnie jak oglądających. Są niepokojące, dużo w nich mroku, nie mniej niż we mnie samej. Są jak świadectwo mojego wnętrza, którego sama najczęściej nie rozumiem. Drewniany konik morski o dwóch głowach złapany w sidła pajęczej nici, blat stolika usadowiony na mackach ośmiornicy, twarz i włosy młodej kobiety utkane z fal, do których wykonania użyłam grubej tektury. Sądząc po reakcjach zaproszonych gości, nie orientują się, że przedstawiona przeze mnie dziewczyna jest topielcem. To tylko kilka z rzeźb w zasięgu mojego wzroku.

Wykorzystując technikę kolażu, chciałam osiągnąć efekt optycznej iluzji, by zmusić mózg do sięgnięcia głębiej, poza oczywistość. Nigdy nie lubiłam mówić wprost ani o sobie, ani o świecie.

Z radością stwierdzam, że przyglądający się moim pracom goście wyglądają na zaciekawionych. Są między nimi mężczyźni w spodniach o sztywnych zaprasowanych kantach. Na ramiona mają zarzucone kolorowe sweterki z kaszmiru z wyeksponowanym dyskretnie logo. Suknie ich partnerek są idealne jak one same. Są tu też turyści w zapiaszczonych tanich klapkach i ciuchach w radośnie krzykliwych kolorach lata. Wokół nich unosi się zapach olejku do opalania. Zapewne przesiąkłam nim, kiedy składali mi gratulacje. Kolejną już godzinę chłonę ten widok i zapach, wiedząc, że przyszli tu tylko dla mnie. Na tę chwilę czekałam bardzo długo.

– Tu jesteś. – Jak spod ziemi wyrasta przede mną Filip, mój chłopak. Ma duże brązowe oczy i pełne usta lekko wykrzywione w kącikach ku dołowi. Jego twarz sprawia wrażenie zharmonizowanej całości. Podobnie jak ciało, sprężyste i silne. Nie jest ucieleśnieniem patologicznego wzorca mężczyzny, którego reprezentantów zwykle przyciągałam znacznie częściej niż ideały z dobrej rodziny.

A jednak z jakiegoś powodu od czterech miesięcy jesteśmy razem. Filip wsuwa mi w usta małą przekąskę i przez chwilę drażni palcem moje wargi, dopóki jej nie przełknę.

– Wszyscy cię szukają – mówi, chwytając mnie za rękę, i ciągnie w stronę sali.

– Wszyscy? – pytam, pozwalając mu się prowadzić. W sercu czuję znajome ukłucie. – Ale nie ci, których chciałabym mieć dziś przy sobie.

Filip kiwa głową i przystaje przy drzwiach wychodzących na taras.

– Co to za mina? – dodaje po chwili. Widzę, że czujnie mi się przygląda. – Ściągnęło tu pół Sopotu, ludzie są zachwyceni, masz udzielić wywiadu dla Radia Gdańsk i paru znaczących portali, a ty się ulatniasz.

– Chciałam po prostu ochłonąć.

– Ochłonąć?! Ściema. Co się dzieje, kotku?

Uśmiecham się, ale chyba jakoś blado.

Filip wplata palce w moje włosy i przyciąga głowę do swojej twarzy. Czuję na policzkach jego ciepły oddech.

– Znów chodzi o twoich rodziców?

Moje milczenie jest wystarczająco wymowne.

Zaskakuje mnie tym, że tak łatwo mnie przejrzał, szczególnie że rzadko poruszam ten temat. Skąd wiedział? Zwykle trudno mnie rozszyfrować. W chwilach takich jak ta, w momentach wielkiego szczęścia, faktycznie dociera do mnie, jak bardzo brakuje mi rodzicielskiej bliskości. Nie ich samych, ale raczej wyobrażenia tego, kim mogliby być. Zginęli w wybuchu gazu, kiedy byłam jeszcze niemowlęciem. Cudownie ocalałym, wydobytym spod gruzowiska.

Opiekę nade mną przejęła ciotka, która o moich rodzicach opowiadała niechętnie. Równie niechętnie poświęcała mi swoją uwagę. Śniadanie. Szkoła. Obiad. Lekcje. Kolacja. Tego planu się trzymała. Niby wszystko się zgadzało, ale czułam się jak piąte koło u wozu. Nie było w niej szczerego zainteresowania ani tym bardziej czułości. Dzieciństwo u jej boku zostawiło we mnie pustą, wydrążoną skorupę. Właściwie zajęła sobą całą przestrzeń tego, kim się stawałam, dorastając. Wyposażona w masę kompleksów i brak poczucia bezpieczeństwa, wyjechałam z Puszczykowa – całkowicie zdeterminowana, by nigdy tam nie wracać – na studia do Trójmiasta. Nie chciałam też zostać kimś ze średnich szczebli drabiny zawodowej. Chorobliwa wręcz ambicja, dyktowana strachem przed powrotem do Puszczykowa, zmusiła mnie do wytężonej pracy i zaprowadziła aż tutaj.

Ale konsekwencje dzieciństwa i tak miały mnie dopaść. To była tylko kwestia czasu. Nienauczona miłości, łatwo dawałam się zranić. Działałam jak magnes na toksycznych facetów, u których boku czułam się jak dawniej, niepotrzebna i niekochana. Przygodny seks nie pomagał mi w zbudowaniu pewności siebie. Czara goryczy przelała się, kiedy zupełnie straciłam szacunek nawet do własnego ciała. Odtąd, by cierpieć mniej, nauczyłam się nie angażować emocjonalnie w żaden związek.

Filip jeszcze o tym nie wie, ale nasze rozstanie wisi w powietrzu. Nie wie też, że to ja spiszę go na straty i że lista numerów chłopaków wykasowanych z pamięci mojego telefonu jest naprawdę długa. Może powinnam czuć się jak przebiegły oszust, może idę na łatwiznę, a moja bolesna przeszłość to tylko wygodna wymówka? Nie wiem. Naprawdę chciałabym się mylić i przerwać ten cholerny łańcuch, ale jak dotąd nie potrafię.

Wrzawa wzmaga się, a atmosfera jeszcze bardziej rozluźnia, kiedy przynoszą następną kolejkę drinków. Sala wciąż kipi od roześmianych gości, gdy za moimi plecami rozlega się odgłos otwieranej butelki szampana.

– No patrz. Same dziane grube ryby – słyszę nad uchem inny znajomy głos i zaraz widzę burzę blond włosów upiętych w wysoki kok. To Julia, moja przyjaciółka. – Może jeszcze nie jest za późno, żeby odkręcić tę licytację?

W rękę wciska mi kieliszek, z którego ścieka musująca piana.

– Mam nadzieję, że żartujesz – parskam śmiechem, spijając ją z krawędzi szkła.

Mojej przyjaciółki nie da się nie zauważyć, nawet w tłumie. Jej krzykliwe, ręcznie szyte stroje i make-up w stylu pin-up girl są jej znakiem rozpoznawczym. Mimo dość wyzywającego wyglądu i kiepskiego wrażenia, jakie może sprawiać, jest najcieplejszą i najserdeczniejszą osobą ze znanych mi ludzi.

– Nie kumam – mówi, poprawiając obcisłą mini. – Mieszkasz w jakiejś zatęchłej klicie, harujesz jak wół, ciułasz grosz do grosza, a kiedy masz okazję sobie odbić, przekazujesz kawał swojej pracy za friko.

– Nie martw się o stan mojego konta. Dobrze wiesz, że mam pracę w szkole i inne zlecenia. I nie za friko. Do dwóch gdyńskich hospicjów trafi tylko część pieniędzy ze sprzedaży.

Na twarzy Julii powoli pojawia się uśmiech.

– No dobra. Sprawdzałam cię. Ty i ten twój altruizm. – Czuję, jak w żebra wbija mi swój ostry jak szpikulec paznokieć. – Wiesz, że jestem z ciebie dumna. Cholernie dumna. – Na moim policzku ląduje jej pocałunek pachnący gumą balonową. – To nie koniec gratulacji na dzisiaj. Chyba wciąż masz branie. – Unosi brodę, wskazując dwie idące w moją stronę kobiety, po czym gdzieś się ulatnia. Zresztą i Filip zniknął mi z pola widzenia.

Elegancka blondynka w białym kostiumie połyskuje złotymi łańcuszkami i masywnymi pierścionkami, roztaczając wokół siebie aurę przesadnej pewności siebie. Nie mam wątpliwości, że to jedna z tych kobiet, którym się nie odmawia. Drobna brunetka w okularach i skromnej szarej garsonce ledwie za nią nadąża. Znam ją. To organizatorka wernisażu.

– Anna Seretny, koneserka sztuki i sponsor naszej wystawy – przedstawia brunetka blondynkę.

– Jestem absolutnie zakochana – mówi Anna, gestykulując teatralnie – zakochana w pani pomysłowości.

– Dziękuję. – Mój głos brzmi chyba niepewnie, bo czekam na więcej. Boję się, że to „więcej” wcale mi się nie spodoba.

– Pozwól, kochana, że od razu przejdę do rzeczy. – Anna klepie mnie po ramieniu. – Muszę mieć ten stolik – mówi i wskazuje na wciśnięty w narożnik sali szklany stolik na rzeźbionych nogach przypominających macki ośmiornicy. Praca nad nim pochłonęła mnie na całe trzy tygodnie. – Muszę go mieć. Koniecznie!

– Tuż po wernisażu w internecie rozpoczyna się licytacja. To miło, że chce w niej pani wziąć udział.

Anna nawet nie odciąga mnie na bok. Kiedy ścisza głos i szepcze mi do ucha konspiracyjnie, z jej ust dolatuje zatęchły zapach zakąsek i mieszanki drinków. Wytężam słuch, by wychwycić jej słowa z pulsującego gwaru.

– Tylko że, rozumiesz, to niepotrzebna fatyga, a ja nie lubię czekać – szczebiocze mi nad uchem. – Myślałam o jego kupnie od ręki. Poza wsparciem hospicjum jestem skłonna zaoferować lepsze wsparcie i samej autorce. A to na pewno się przyda. Szczególnie komuś, kto w świecie sztuki nie znaczy jeszcze zbyt wiele. Oczywiście, to może się wkrótce zmienić.

Najpierw ogarnia mnie popłoch, a zaraz potem cholerne rozdrażnienie.

– Schlebia mi, że moja sztuka znajduje pani uznanie. Naprawdę. Ale…

Spoglądam na twarz organizatorki. Jej uśmiech jest trochę zawstydzony. Myślę, że chciałaby się zapaść pod ziemię.

 

– To naprawdę dobrze zrobiłoby pani karierze – mówi blondynka, pociągając łyk ze swojego kieliszka. Bez ostrzeżenia ściska moją dłoń. W tej chwili jeszcze bardziej mam ochotę stamtąd zwiać.

– Życzę powodzenia w licytacji – mówię twardo i oschle, wyrywając rękę z jej uścisku. – Ten stolik faktycznie jest wart starań. A przede wszystkim gry fair play. Przepraszam, muszę do łazienki.

Ochlapując chwilę później twarz zimną wodą, zastanawiam się, co to miało znaczyć i co ten babsztyl w ogóle sobie wyobrażał. Jak na jeden wieczór wystarczy mi dziwnych konfrontacji.

Ale co do konfrontacji – mylę się. To dopiero początek.

W drodze powrotnej z toalety, w podświetlonym pustym korytarzu, wyrasta przede mną sylwetka mężczyzny. Jest barczysty i idzie wprost na mnie. Widzę go w rdzawej poświacie i moja wyobraźnia zaczyna mówić swoim własnym językiem. Zdaje mi się, że wylądowałam w czerwonym pokoju, zamknięta w scenie z Miasteczka Twin Peaks albo w innej psychodelicznej rzeczywistości.

Dopiero chwilę później, kiedy wzrok mi się uspokaja, dociera do mnie, że jest zapewne jednym z ulicznych artystów, którzy występami zarabiają na sopockim deptaku. Trudno mi określić, w jakim jest wieku, ale na pewno przekroczył sześćdziesiątkę. Biały podkład nieudolnie maskuje jego ogorzałą, pokrytą głębokimi zmarszczkami twarz. Musiał nałożyć go przynajmniej kilka godzin temu, bo podkład zdążył lekko się rozmazać i spłynąć pod wpływem letniej spiekoty. Blade strużki wyglądają jak smutne deszczowe zacieki. Wycieniowane czarne pierścienie wokół jego oczu trzymają się lepiej i naniesione zostały staranniej. W zestawieniu z chorobliwie wyglądającymi oczami dają nieco upiorny efekt. Usta mężczyzny umalowane są na czerwono co najmniej dwukrotnie ponad ich naturalny rozmiar. Ale to też element jego kreacji. Spod płaskiej czapki w czerwono-czarne romby wystaje plątanina długich nitek siwych włosów, a ciało wciśnięte jest w przymały i wypłowiały na słońcu trójkolorowy stój klauna pasujący do czapki. Na pasku przechodzącym przez jego pierś wisi lśniący saksofon. Za nic nie pasuje do jego wyglądu. Życie mężczyzny z pewnością dało mu w kość. Stoimy i przez dłuższą chwilę patrzymy na siebie. To on przerywa pełną napięcia ciszę.

– A więc to naprawdę ty, dziecinko… – mówi wilgotnym, chrapliwym głosem nałogowego palacza. Może się mylę, ale wyczuwam w nim nutę czułości.

Sama nie wiem, jak mam rozumieć jego słowa – chodzi mu o to, że ma przed sobą autorkę wystawy czy że w jakiś sposób mnie rozpoznał?

– Ty też lubisz funkcjonować odwrotnie niż cała reszta. To ma się w genach.

Normalnie pomyślałabym, że facet bredzi, ale jestem zaintrygowana, więc stoję i czekam na więcej.

– Nie rozumiem, czy sugeruje pan, że jesteśmy…

– Spokrewnieni? – Mężczyzna wybucha zgrzytliwym śmiechem. Jego głos staje się jeszcze bardziej matowy, jak kawał zardzewiałego złomu. – Nie, dziecinko, nic z tych rzeczy. Naprawdę mnie nie pamiętasz?

Skupiam wzrok, by móc wyobrazić sobie, jak wyglądałaby jego twarz bez tego makijażu. Ale nie, nie ma mowy, nigdy wcześniej nie widziałam tego człowieka.

– Nie. A więc o co chodzi? Bierze mnie pan chyba za kogoś innego.

Mężczyzna potrząsa głową, energicznie i zdecydowanie.

– O pasję. O sztukę. Bez saksofonu i ludzi spędzałbym cały dzień w bezdźwięcznej furii. Z tobą też tak było, prawda? Tobie też te rzeźby pozwoliły uporać się z rzeczywistością i wspomnieniami?

Jego słowa przywodzą mi na myśl jedyny powód, dla którego zamykałam się w pracowni, gdzie tworzyłam jak opętana. Tym powodem była ciotka. Musiałam wyrzucić z siebie całą swoją wściekłość i udowodnić jej, że jestem coś warta.

– Chodzi o moją ciotkę?? – wypalam wbrew samej sobie.

Nie wiem, co maluje się na jego twarzy – czy to chytry uśmiech, czy może coś na kształt tęsknego wspomnienia. Kompletnie nie mogę tego faceta rozszyfrować. To pewnie wina makijażu, pod którym się ukrywa. Na dodatek wciąż mi nie odpowiada. Z kieszonki spodni wyciąga paczkę tytoniu do żucia. Przyciska szczyptę do dziąsła i natrafiając na pierwszą wolną szczelinę, wciska ją do środka. Mijają nas dwie młode dziewczyny, rzucają nam ciekawskie spojrzenia.

– Po tylu latach wróciłaś do Trójmiasta, do domu. Czasem myślałem, że i ty nie żyjesz – mówi. Przekrzywia głowę i patrzy na mnie natarczywie, jakby rozbierał moje myśli, kawałek po kawałku. – Ale nie mogłaś przecież tak po prostu rozpłynąć się w powietrzu. Kiedy zobaczyłem porozwieszane w mieście plakaty i ciebie na nich… – urywa i rusza z miejsca.

Jego spojrzenie staje się szkliste i błędne, co zaczyna mnie przerażać. Kieruje się w moją stronę, a ja dopiero teraz zauważam, że utyka na prawą nogę. Zdążyłabym uciec, ale stoję jak uwięziona w tej absurdalnej scenie. Dopiero w ostatniej chwili robię krok do tyłu i wpadam na postument, na którym stoi jedna z moich rzeźb – gliniany koralowiec. Pod ciężarem mojego ciała postument przewraca się, a koralowiec roztrzaskuje o podłogę. Tracę równowagę i niemal się przewracam.

– Nie bój się mnie, dziecinko.

Mój unik na nic się zdaje. Jego dłoń, gorąca i szorstka, ląduje delikatnie na moim policzku. Na tej szpetnej nabrzmiałej bliźnie. Zostawił ją po sobie metalowy pręt, który wbił mi się w okolicach szczęki, kiedy mój dom i moje życie zamieniały się w zgliszcza prawie dwadzieścia pięć lat temu.

– To także po niej cię poznałem. Po tym małym przekrzywionym serduszku – mówi dalej, jakby w transie.

– Co pan, do cholery, wyprawia?! – zza pleców dobiega mnie głos i przyspieszony oddech. Rozpoznaję Filipa. Nigdy nie słyszałam go wcześniej w stanie tak potężnego wkurwienia.

Przypuszczam, że ten rumor go tutaj zwabił. Nie zadając pytań, Filip odpycha mężczyznę, a wtedy ten z impetem uderza plecami o ścianę. Głuchy metaliczny jęk wydobywający się z saksofonu jeszcze przez chwilę brzęczy mi w uszach.

– Zostaw go! Nic się nie stało! – rozpoznaję swój głos. Chyba krzyczę.

Mój chłopak nadal dyszy, gotów zadać cios w mojej obronie, ale nie posuwa się dalej.

– Widziałem przecież…

– Nic się nie stało. Potknęłam się, a pan pomagał mi tylko wstać.

Sama nie wiem, dlaczego kłamię.

Podniesiony głos mojego chłopaka ściąga gapiów. Pośród nich widzę Julię, Maćka i Janka, moich przyjaciół, ochroniarza, a także nastoletnią sąsiadkę, Kalinę. Zaciekawionych par oczu przybywa. Przypatruję się twarzom widzów, to samo w milczeniu robi mężczyzna w przebraniu klauna.

– Czy coś się stało? – słyszę jakby za mgłą czyjś głos. To ochroniarz. Zwraca się do mnie.

– Nie. Mówiłam już. Wszystko w porządku.

– Naprawdę nie chciałem cię wystraszyć – odzywa się klaun. – Ale po tylu latach to wszystko na nowo wróciło. Gram na molo. – Ogląda swój saksofon z troską, jakby szukał na nim śladów zadrapań albo wgłębień po zderzeniu ze ścianą. – Codziennie od samego rana. W razie gdybyś chciała porozmawiać – dodaje po chwili.

Nie odpowiadam, robi to za mnie mój chłopak.

– Zabieraj się stąd, patałachu.

Jest wściekły. Mężczyzna w przebraniu klauna rzuca mi przytomniejsze, może nawet przepraszające spojrzenie. Utykając, sunie w stronę wyjścia, kurczowo trzymając w rękach instrument. Osłania go z czułością, jak dziecko narażone na cios. Mija chwila, nim wtapia się w tłum i znika.

Przez dalszą część wieczoru udaję, że nic się nie stało. Z przyklejonym do twarzy uśmiechem udzielam kilku wywiadów, pospiesznie i byle jak, bo słowa i twarz mężczyzny wciąż nie dają o sobie zapomnieć. Niezależnie od tego, czy była to tylko chora wizja, czy może zwyczajna pomyłka, nie pozwalają mi cieszyć się dalszą częścią wernisażu. Oddycham z ulgą dopiero wtedy, kiedy wracam do domu, zamykam za sobą drzwi i zasuwam podwójny rygiel.

ADA

21 października 1998 r.

W ciemności czai się zło. Podobno. Niektórzy puszczają w obieg te bzdury, wierząc, że licho budzi się ze snu. Czasem kiedy siadam tu, w Osadzie Rybackiej, na dachu domu przeznaczonego do rozbiórki, zastanawiam się, czy ja też jestem zła. Ciągnie mnie do ciemności, ryzyka, niebezpieczeństwa. W tym miejscu po zmroku nieraz przekraczaliśmy i nadal będziemy przekraczać swoje granice. Ja i moja paczka. Wolę jednak myśleć o tym pustym domu jak o swoim drogowskazie do lepszego życia. Albo do życia w ogóle.

Wdrapując się tu po raz pierwszy, smutna i wściek­ła na cały świat, chciałam zniknąć. Tak na zawsze. Dwa lata temu ten jedyny raz naprawdę nie widziałam innego rozwiązania, kiedy atmosfera w domu stała się nie do wytrzymania. Nie chciałam żyć. Teraz wiem, że to byłoby tchórzostwo i marna próba zwrócenia na siebie uwagi. Nie pamiętam nawet dlaczego – chyba pchnął mnie do tego wyryty w głowie obrazek z dzieciństwa w kolorach black and white. Przez lata nasiąkałam tą brudną dorosłością i wszystkim tym, czym dziecko nie powinno być otoczone. W ciszy znosiłam kłótnie, obojętność, nieobecność, plątałam się między nogami jakichś podejrzanych typów ciągle krążących po naszym domu. Byłam tam, a jakby mnie nie było. A przynajmniej starzy mnie nie zauważali. Chłonęłam wszystko, zbyt szybko i zbyt łapczywie.

I faktycznie, stojąc dwa lata temu na dachu, patrząc na morze i na ostre krawędzie fal, czułam, że to mogłoby się stać, że one mogłyby mnie pochłonąć. Tylko że coś wtedy we mnie drgnęło. Jakaś wola walki. Zamiast skoczyć, postanowiłam stać się twarda, najtwardsza ze wszystkich. A przede wszystkim postanowiłam nie być samolubna – miałam przecież młodszą siostrę, za którą czułam się odpowiedzialna.

Wróciłam więc do życia – żarłoczna, pyskata i ostra jak brzytwa. Zmieniłam swój wygląd. Spaliłam grzeczne sweterki i bluzeczki w kwiatki, z lumpeksów wygrzebywałam tylko to, co mroczne i oryginalne. Ścięłam i utleniłam włosy. Wymyśliłam grę w wyzwania. Zaczęłam wyznaczać trendy. W szkole przestałam być niewidzialna, ale kumple akceptowali mnie głównie dlatego, że bali się mi podskoczyć. Jeśli chciałam, potrafiłam być naprawdę wredną suką. Szczególnie wobec tych plastikowych lalek, z chłopakami dogadywałam się jakoś lepiej. Może wpływ na moją pozycję w grupie miały też sukcesy w pływaniu synchronicznym – zajawce, której się poświęciłam. Ale nadal nie lubię być w centrum uwagi. Na co dzień trzymam się na uboczu, z niewielką grupą moich ludzi, z którymi balansuję na krawędzi. Iggy, Kamil i Łuki. To na nich tu czekam. W naszych żyłach płynie to samo: gniew i paląca potrzeba wyrwania się z murów naszych domów.

W oddali widzę już światła latarek i słyszę ich głosy oraz dobiegającą z głośnika muzykę. A więc są już niedaleko. Na ekranie telefonu szybko wstukuję wiadomość.

Zajrzyj do Neli. Matka ma zjazd.

Ostatnie zdanie kasuję i szybko poprawiam. Matka nie jest w formie. Idę na trening. Będę późno. Nauczyłam się, że niekiedy nie warto zaogniać sytuacji. Właśnie dlatego wyłączam telefon. Zresztą ojciec i tak nie pofatyguje się, by sprawdzić, gdzie jestem.

Metalowa drabinka prowadząca na dach to jedyna droga. Wyłaniającego się na niej Łukasza poznaję po sterczącej czuprynie i długich patykowatych kończynach. Dzięki nim ostatnie szczeble pokonuje jednym susem. Z tym wzrostem i sprawnością mógł­by sięgać ze swoją koszykarską drużyną po złoto. Zamiast tego popołudniami przerzuca drwa w tartaku, przez co często omija treningi.

Łuki odkłada ciężki worek i podaje rękę Iggy, swojej dziewczynie. Księżyc nad ich głowami jest jak nagi, blady cień za kurtyną chmur. W tym świetle kontur jej ciała i powiewające na wietrze długie proste włosy przypominają mi trochę Pocahontas na kwasie. Ostatni na dachu ląduje Kamil z boom­boxem w ręku. W tej obciachowej szaroburej kurtce, kraciastej koszuli wepchniętej w spodnie i okularach o grubych szkłach zakrywających połowę twarzy wygląda jak siedem nieszczęść. Z przyniesionych przez siebie drew i podpałki Łuki rozpala ognisko, a z boomboxa zaczynają dobiegać ostre gitarowe riffy. To mój ukochany Radiohead i ich Creep. Kiedy tonę w dźwiękach, znów jest idealnie.

– No to mamy klimat. Co na dzisiaj? – rzuca, spoglądając wyczekująco na mój plecak.

Otwieram klapę i wyciągam z niej dwie buteleczki acodinu.

– Dlaczego tylko dwie? – pyta Iga, marszcząc brwi.

– Odpadamy, Iga. Za trzy dni mamy zawody – tłumaczę.

– Dobrze wiesz, że kontrole antydopingowe są wyrywkowe. Zresztą za trzy dni w naszym moczu nie będzie śladu acodinu.

Między Igę i mnie wkracza Kamil z małą brązową buteleczką w ręku.

 

– Zabrałem swoją. Mamy trzy do podziału. No więc jak będzie? Wymiękasz? – Kamil rzuca mi wyzywające spojrzenie.

Łukasz i Iggy równocześnie parskają śmiechem. Muzyka po chwili cichnie.

– Piona, stary – odzywa się Łukasz. – Zobaczcie, jak się chłopak wyrobił. Jeszcze niedawno obrywał w kiblach, a teraz stał się mistrzem ciętej riposty.

To prawda. W szkole Kamil miał status szkolnej ofermy i kujona. Podczas przerw najczęściej na jego głowie lądowała zawartość koszy na śmieci. Ale nie tylko. To, co robili z nim ci „popularni”, było okrutne. Ja nigdy nie zadawałam bólu, by poczuć się lepiej czy kogoś upokorzyć. Robiłam to tylko w obronie słabszych, by wymierzyć sprawiedliwość. To ja wciągnęłam Kamila do naszej grupy. Szybko okazał się inteligentnym kolesiem, może tylko trochę zahukanym. Mimo wszystko, a może właśnie dlatego, pasował do nas.

Wzdycham ciężko, ale daję się przekonać.

– Okej.

Sięgam do plecaka po jutowy woreczek i odstawiam butelki na bok, bo chwila nie jest jeszcze odpowiednia. W woreczku znajduje się osiem odręcznie wypisanych przez nas karteczek. Po dwie na głowę. Zadania z pogranicza, które zmuszają nas do igrania ze strachem, z ogniem, wysokością, wodą, tlenem, a raczej jego brakiem. Naszych celów jest o wiele więcej, a każdy z nich naraża na to, co ekstremalne i nieznane. Zadania musimy wypełniać zgodnie z poleceniem, poddając się ślepemu losowi. Decyduje rzut kostką. Odczytaliśmy wyzwania wcześniej i przygotowaliśmy ekwipunek tak, by w razie potrzeby móc go wykorzystać. To on ciąży mi w plecaku. Poza wyzwaniami w woreczku znajduje się też czerwona kostka. Dwie ścianki są puste, na pozostałych wyrytych jest od jednego do czterech oczek, cyfry przypisane kolejno każdemu z nas. Ja jestem jedynką.

– Dzisiaj ja! – wydziera się Iga, a jej oliwkowa skóra i czarne włosy połyskują w świetle rzucanym przez płomienie, kiedy nachyla się nad woreczkiem. Wygląda w tym świetle zabójczo pięknie i niebezpiecznie. – Ja losuję!

Sięga po worek, wyławia z niego rulonik papieru, rozwija i czyta z namaszczeniem.

– Choking game, gra w podduszanie.

Nad ogniskiem rozlega się pomruk zadowolenia.

– Dobra, dawaj! Dla kogo to?

Iga bierze kostkę w dwa palce. To też stały rytuał. Pstryka, a wtedy ta ląduje nieopodal buchającego żarem paleniska.

– Trzy oczka. Trójka to chyba ty, skarbie – zwraca się do swojego chłopaka. – Ja ci to zrobię – oznajmia.

Ich usta łączą się w pocałunku. Ręka Łukasza ląduje na jej pośladku, a druga wpełza pod bluzkę i zaczyna ugniatać jej pierś. Zawstydzona Iga wyswobadza się po chwili z uścisku. Odwracam wzrok, by nie patrzeć, jak wymieniają ze sobą czułe szepty. Bliskość to dla mnie obcy teren.

Wracam do tego, co znam, co pewne.

– Zaczynajmy – mówię i puszczam w obieg jedną buteleczkę. Z drugiej pociągam kilka gorzkich łyków i popijam wyciągniętym z plecaka sokiem cytrynowym. Potem podaję je Idze. Łukasz i Kamil opróżniają zawartość swoich flakoników kilkoma haustami.

W milczeniu kładziemy się na lodowatej ziemi, na karimatach przechowywanych pod włazem w kominie. Ta marna izolacja nie chroni nas ani przed szorstką papą, ani przed fragmentami pokruszonego gruzu. To nam nie przeszkadza, za moment i tak nie będziemy odczuwać niczego z zewnątrz. Nie jesteśmy jedynymi, którzy odkryli to miejsce, co mnie akurat drażni. Wokół nas walają się pordzewiałe puszki, pety, zużyte gumki i inne ślady pozostawione przez zdesperowanych i niedyskretnych bywalców. Nad stertą porozbijanych cegieł wciąż unosi się słodkawy i mulisty zapach seksu. Cały ten syf, który po sobie zostawiają, jest jak odcisk ich brudnych paluchów. Przychodzą tu, żeby się bzykać albo spalić skręta, żeby przesiadywać grupami albo w pojedynkę i zastanawiać się nad tym, kiedy i jak ich życie się spieprzyło. Z nami jest inaczej. Nie zostawiamy po sobie niczego, niezależnie od tego, kiedy i w jakim stanie schodzimy z dachu. Nie marudzimy, jesteśmy nienasyceni i wciąż bierzemy więcej.

By odegnać ziąb, opatulam się kurtką, a na głowę naciągam kaptur. Pozostałym chłód wydaje się nie przeszkadzać – leżą spokojnie, bez ruchu. Czubki naszych głów stykają się ze sobą, a ciała rozchodzą na cztery strony, układając się w wielki znak mnożenia. Czekamy na działanie syropu, które zwykle zaczyna się po kilkunastu minutach, kiedy udaje nam się przetrwać pierwszą falę mdłości. Nic jeszcze nie czuję. Unoszę się lekko, by mieć lepszy widok na moich przyjaciół, kiedy znów odzywa się we mnie moja potrzeba kontroli.

– Pamiętacie nasz pierwszy raz po acodinie? – pyta Łuki, przesuwając palcem po piersiach Igi. Po kilku okrążeniach wokół brodawek natrafia na sutek, który pręży się pod jej bluzką.

– Nawet mi nie przypominaj. Myślałam, że umieram – odpowiadam.

Niechętnie wracam myślami do tamtej chwili sprzed dwóch lat. Pamiętam te chore wizje, z których nie mogłam się wydostać.

– Przez całą noc bałaś się ruszyć z miejsca, bo byłaś przekonana, że zamiast nóg masz syrenią płetwę, a z szyi wyrasta ci głowa jakiejś mitycznej bogini.

– Nie jakiejś, tylko Ateny. Bogini wojny. To akurat było całkiem fajne.

Ale gorączka i paraliżujący strach już nie.

Urywam temat, bo do tych wspomnień nie lubię wracać. Są jak wyrzut sumienia przypominający mi, że bez kontroli nad swoim ciałem przestaję być tą wersją siebie, którą znam. Przez chwilę wszyscy milczymy w dalszym oczekiwaniu na wejście w narkotykową fazę, wpatrzeni w rozgwieżdżone niebo i idealnie okrągły księżyc. Nieopodal księżyca dostrzegam Oriona, mój ulubiony gwiazdozbiór jesiennego nieba. Wyciągam w jego stronę swoją dłoń i udaję, że zamykam w ręku jedną z gwiazd.

– Orion jest dziś idealny – mruczę pod nosem, rysując palcem linie prowadzące od jednej gwiazdy do następnej.

Na wspomnienie konstelacji Kamil podrywa się z miejsca i mruży oczy, które wyglądają teraz jak wąskie szczeliny.

– Jego oddziaływanie między promieniowaniem widzialnym i nadfioletowym jest teraz najsilniejsze. Szczególnie przy pełni, takiej jak dzisiaj.

– Czyli że co? – dopytuje Iga, bawiąc się złotym wisiorkiem.

– Jeśli wierzyć teorii astrologów, zachowania ludzi zmieniają się pod jego wpływem. Pragnienia są silniejsze. Ale to tylko pseudonauka. Potwierdzonym faktem naukowym jest to, że podczas pełni powierzchnia jonów dodatnich przy powierzchni Ziemi się zwiększa, a to…

– Stary, nie zamulaj tymi bujdami – odzywa się Łukasz, przyciągając do siebie boomboxa. Mani­puluje przy jego pokrętłach, a wydobywająca się z głośników muzyka zagłusza słowa Kamila.

– Mów, to ciekawe. – Iga przejmuje kontrolę nad sprzętem, a wtedy muzyka znów cichnie.

– A to wpływa na nas niekorzystnie. Podczas pełni wzrasta liczba wypadków, samobójstw i morderstw. To nie bujdy – Kamil rzuca Łukaszowi krytyczne spojrzenie – to statystyki.

– Wkurza mnie to – odzywam się.

– Jak cholernie wiele rzeczy – śmieje się Iga. – Co tym razem?

– To, że ludzie wciąż wymyślają preteksty, byle nie brać odpowiedzialności za samych siebie. Nie wyszło mi, bo pieprzona pełnia księżyca, bo spóźnił się autobus, bo ktoś inny nawalił. To broń mięczaków. Chcesz osiągnąć sukces, spinaj dupę i do roboty!

– No dobra, załóżmy, że spinamy dupę… – Iga nie przestaje chichotać. – To czego chcecie od siebie za dwa lata?

Wiem, czego chcę. Niezmiennie od dwóch lat. Odzywam się pierwsza.

– Nie chcę być od nikogo zależna, od żadnego faceta, a tym bardziej od starych. Wyrwę się stąd razem z moją siostrą. Do Wrocławia studiować weterynarię. Treningi. Kino. Kumple. To też jest fajne. I wiecie co, wcale nie muszę żyć ciągle na krawędzi. Kręci mnie też takie normalne życie.

– Nudziarstwo – mówi Iga, przeciągle ziewając. W jej tonie słychać butę. – No i po co ci siostra? Boże, mamy po siedemnaście lat, a ty marzysz o tym, żeby niańczyć dzieciaka. Starzy i tak ci jej nie oddadzą.