ObietnicaTekst

Autor:Ewa Pirce
Z serii: Zrodzeni z zemsty #1
0
Recenzje
Oznacz jako przeczytane
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

– Co to, kurwa, ma znaczyć?! – krzyknął wzburzony, czytając wstęp do umowy, jaką sporządziłem.

– To, mój drogi, zobliguje cię do pracy i sumiennego wywiązywania się z powierzonych ci funkcji. Konkretnie do pracy u mnie, ciężkiej pracy – podkreśliłem, uśmiechając się pod nosem.

– W życiu! Nie ma mowy, żebym stał się takim szczurem jak ty. – Z każdą upływającą sekundą jego twarz przybierała coraz czerwieńszy kolor.

– Posłuchaj mnie bardzo uważnie, smarkaczu – warknąłem tonem nieznoszącym sprzeciwu. – Albo ruszysz swoją leniwą dupę i wrócisz do szkoły, którą ukończysz z wyróżnieniem, a potem zaczniesz uczyć się czegoś ode mnie, albo skończysz na ulicy, dając ją naćpanym czarnuchom, którzy z chęcią zostaną twoimi alfonsami. Bo ode mnie nie dostaniesz ani grosza więcej. Masz wybór i po raz pierwszy musisz wziąć życie we własne ręce. Skoro jesteś wystarczająco dorosły, by się staczać, to jesteś też wystarczająco dorosły, aby zacząć pracować.

Zerknął na mnie szybko, po czym wrócił do studiowania umowy. Jego oczy skakały od punktu do punktu, śledząc każdy zapis.

– Mieszkanie jest moje, nie możesz mi go zabrać! – odezwał się, kiedy doszedł do odpowiedniego paragrafu.

– Mieszkanie jest zapisane na mnie, chłopcze. Co prawda, kupiłem je dla ciebie, ale nigdy nie pomyślałeś nawet, żeby postarać się, bym je na ciebie przepisał. Jeśli chcesz, żeby coś należało do ciebie, zdobądź na to papiery na swoje nazwisko. Pierwsza zasada w biznesie, braciszku. – Teraz ja pozwoliłem sobie na odrobinę drwiny.

– Jesteś pojebany! – Odrzucił umowę na bok i zgromił mnie wzrokiem. – Nie ma mowy, żebym się na to wszystko zgodził!

– Zatem masz czas do jutra, do godziny siedemnastej, aby opuścić moje mieszkanie, a twoje karty kredytowe za pięć minut zostaną zablokowane. Życzę ci udanego życia, Aston. Ja od dziś umywam ręce. – Uniosłem dłonie w poddańczym geście. – Wyjdź i nigdy więcej nie wracaj. – Zachowałem stoicki spokój, choć nie było łatwo. – No chyba że przemyślisz sprawę i zechcesz podjąć u mnie pracę. – Prowokowałem go wyzywającym spojrzeniem.

– Pierdol się, Brianie… Wildzie. – Ostatnie słowo wypowiedział ze wstrętem. – Nawet prawdziwego nazwiska się wstydziłeś, co? Ciekawe, co powiedziałby na to twój kochany tatuś!

– Nie waż się o nim wspominać! – Zerwałem się i wycelowałem w niego palcem. Wrzała we mnie wściekłość, która groziła porządnym wybuchem. – Miałem swoje powody, by je zmienić.

– Taa… jasne – prychnął. – Pław się w tych swoich milionach i zgnij razem z nimi. – Wstał i skierował się do drzwi. Otworzył je mocnym szarpnięciem, po czym opuścił gabinet, złorzecząc pod nosem.

Zawiesiłem spojrzenie na drzwiach i zastanawiałem się, czy faktycznie woli żyć na ulicy niż przebywać ze mną. Znając brata, obawiałem się, że wybierze to pierwsze.

W którymś momencie drzwi ponownie się otworzyły i stanęła w nich Margaret. Bez pytania weszła do środka, patrząc na mnie z litością.

– Brian… – odezwała się łagodnie. – Co znów się stało, chłopcze?

– To się stało. – Machnąłem na rozrzucone papiery, które po chwili zacząłem zbierać z kanapy.

– Umowa…

– Tak, umowa. Jak widać, mój mały braciszek woli skończyć w rynsztoku niż zarabiać, pracując ze mną.

Margaret podeszła bliżej, wzdychając głośno.

– Daj mu czas, synu, wszystko musi przemyśleć. – Poklepała mnie pocieszająco po ramieniu. – Pamiętasz, jaki ty byłeś buntowniczy i nieokiełznany?

Mimo złości uśmiechnąłem się na wspomnienie moich młodzieńczych wybryków. Objąłem Margaret ramieniem i przyciągnąłem do siebie.

– Pamiętam, jak spotkałem pewną ślicznotkę, która w odpowiednim momencie palnęła mnie w łeb i pomogła mi się podnieść. – Cmoknąłem ją w skroń. – Uratowałaś mi życie, wiesz? – Tak właśnie myślałem za każdym razem, gdy patrzyłem na tę kobietę.

– Ślicznotkę, co? – Odsunęła się, na jej ustach zobaczyłem szeroki uśmiech.

– Naprawdę? – Parsknąłem śmiechem. – Tylko tyle wychwyciłaś z tego, co powiedziałem?

– A mówiłeś coś jeszcze? – Zatrzepotała kokieteryjnie rzęsami, ewidentnie powstrzymując się od roześmiania.

Patrzyłem na jej wciąż piękną twarz, choć teraz pokrytą większą liczbą bruzd, niż pamiętałem. Wyciągnąłem rękę i pogłaskałem ją delikatnie po policzku.

– Tak, ślicznotkę. Ślicznotkę, którą wciąż jesteś, Margaret.

– Zaraz zaczniesz mi wmawiać, że święty Mikołaj też istnieje. – Zaśmiała się serdecznie, chwytając mnie za rękę.

– A tak nie jest?! – Wybałuszyłem oczy, jakby mi powiedziała, że trawa jest niebieska.

Złapała mnie za policzek jak małe dziecko i lekko ścisnęła.

– Idź już do domu, Brianie, bo najwyraźniej jesteś mocno przepracowany.

Ująłem jej pomarszczoną dłoń i złożyłem na niej szybki pocałunek.

– Jak zawsze samochód będzie czekał przed firmą. Jeśli chcesz, to zabieraj się stąd, ja jeszcze chwilę popracuję. – Pochyliłem się i cmoknąłem ją w czoło. Nie byłem wylewny w okazywaniu uczuć, jednak przy Margaret nie miałem z tym problemu.

– Nie siedź zbyt długo, Brianie – poprosiła jak co dzień. – Praca wcale nie jest lekiem na wszystko, a już z pewnością nie na samotność. I nie martw się o Astona, zmądrzeje i wróci.

– Obiecuję, że nie spędzę tu nocy. A teraz zmykaj, żeby odpocząć – nakazałem i odmaszerowałem do biurka. Odwróciłem się na moment i powiedziałam: – I dziękuję, Marg.

– Też cię kocham, łobuzie – odparła, zanim wyszła z gabinetu.

Starałem się pracować, zrobić coś konstruktywnego, ale nie byłem w stanie. Nieustannie myślałem o Astonie. Nie chodziło o to, że się o niego bałem. Wiedziałem, że jest na tyle silny i bystry, żeby sobie poradzić. Ale męczyło mnie kilka pytań, na które nie znałem odpowiedzi. Czy naprawdę straciłem brata? Czy jego nienawiść do mnie jest aż tak wielka? Gdzie popełniłem błąd?

Potrzebowałem muzyki, która zawsze nieco łagodziła mój temperament i pomagała okiełznać myśli. Nacisnąłem jeden z przycisków na konsoli i z głośników popłynął spokojny, kojący zmysły utwór Johanna Pachelbela Canon & Gigue in D major. Podszedłem do barku i nalałem sobie szkockiej. Zdjąłem marynarkę, którą odłożyłem na wieszak, rozluźniłem krawat i odpiąłem dwa pierwsze guziki koszuli. Opadłem na kanapę i sącząc palący trunek, oddałem się całkowicie muzyce, która przeniosła mnie wspomnieniami kilkanaście lat wstecz.

– Hej, ty, łachmaniarzu, podejdź tu! – krzyknął Monterno.

Ruszyłem w kierunku grupki chłopaków, którzy z wyższością łypali na mnie wzrokiem. Wiedziałem, jak to się skończy, jeśli nie ugnę się do ich woli, dlatego wolałem spełnić polecenie.

– Pospiesz się! Sądzisz, że mamy czas dla takich ścierw jak ty? – Obraził mnie, a reszta, zamiast stanąć w mojej obronie, wybuchła głośnym śmiechem.

Gniew zagotował mi się w żyłach. Zacisnąłem dłonie tak mocno, że paznokcie zatopiły mi się w skórze, pozostawiając krwawiące półksiężyce.

– Czego chcesz, Albert? – Wsunąłem dłonie do kieszeni, żeby nie walnąć go w tę wymuskaną gębę.

Nagle coś podcięło mi nogi i runąłem na ziemię, uderzając głową w wybrukowany kostką chodnik. Uporczywy szum i pulsowanie w głowie na chwilę mnie sparaliżowały. Kiedy poczułem ostry ból, lekko oprzytomniałem, a przed oczami pojawiła mi się rozmazana twarz Monterno. Wtedy uświadomiłem sobie, że trzyma w garści moje włosy i unosi za nie moją ociężałą głowę.

– Po pierwsze, szmato, „książę Albercie”, a po drugie, szacunek! Nie waż się stawać przede mną z łapami w kieszeniach, bo pożałujesz. Następnym razem nawet nie próbuj patrzeć mi w oczy, jeśli ci na to nie pozwolę. – Szarpnął mnie, by podkreślić swoje słowa. Z całych sił starałem się nie zawyć z bólu.

– Cz-cz… czego chcesz? – wyskamlałem. Czując, jak po policzku spływa mi ciepła ciecz, walczyłem z chęcią odepchnięcia go. To sprowokowałoby bójkę, a na to nie mogłem sobie pozwolić. Domyślałem się, że to krew znaczy moją twarz, ponieważ tamta część głowy łupała niemiłosiernie, ale zagryzłem zęby i znosiłem upokorzenie z godnością.

– Podobno jesteś dobry z matmy. – To nie było pytanie, tylko stwierdzenie. – Przekonamy się, bo mam dla ciebie kilka zadań do rozwiązania. Frank ci je dziś podrzuci, na jutro mają być gotowe. – Puścił moją głowę, która znowu walnęła z impetem o ziemię. Potylicę przeszył ból i zobaczyłem mroczki przed oczami.

– Ale mam dużo swojej pracy – wydusiłem z trudem.

Te słowa okazały się błędem, ponieważ zadano mi cios w nadnercze. Objąłem się w pasie i zwinąłem w kłębek. Nie mogłem złapać oddechu, a nieproszone łzy zaczęły spływać mi po policzkach.

Nagle w polu mojego widzenia pojawiła się para niedużych stóp, odziana w damskie pantofle. Po chwili rozbrzmiał melodyjny głos.

– Bert, co ty robisz?!

– O, hej, Kath – zwrócił się do dziewczyny. – Pomagam właśnie temu nowemu. Upadł i chyba nieźle się poobijał – kłamał w żywe oczy, a mnie ból tak doskwierał, że nie byłem w stanie sprostować jego słów.

– Dlaczego ci nie wierzę? – zapytała oskarżycielskim tonem dziewczyna.

– To prawda, zapytaj go. – Szczurzy książę chwycił mnie za ramię i podciągnął do pozycji siedzącej, przy okazji głęboko wbijając w nie palce. Stłumiłem wycie.

– Czy to prawda, że on ci pomaga? – zapytała cichutko.

Utkwiłem przestraszone spojrzenie w jej twarzy i już wtedy wiedziałem… Wtedy na własnej skórze przekonałem się, że miłość od pierwszego wejrzenia istnieje.

Musiałem przysnąć, ponieważ kiedy się obudziłem, w gabinecie panował mrok. Podniosłem się, przecierając zaspaną, mokrą od potu twarz. Spojrzałem na zegarek – dochodziła północ. Wstałem z kanapy i potrząsnąłem głową, żeby wyrwać się ze szponów snu, a raczej wspomnień. Nigdy o niczym nie śniłem, mój mózg zawsze wypełniały te same obrazy z przeszłości. Nocą, kiedy tylko zamknąłem oczy, powracały demony.

 

Nie miałem na nic ochoty, czułem się jeszcze bardziej zmęczony, niż zanim zasnąłem, a musiałem jeszcze wrócić do domu. Margaret nie byłaby zachwycona, gdyby się dowiedziała, że spędziłem noc w biurze. A z pewnością nie umknęłoby to jej uwadze. Ta kobieta była jak FBI i CIA w jednym.

Przeszedłem do pomieszczenia służącego mi za garderobę, a czasami również za sypialnię. Sięgnąłem po czarną torbę, z której wyjąłem strój sportowy. Zawsze miałem go przy sobie, ponieważ zdarzało mi się sporadycznie korzystać z sieciowych siłowni. Prawdę powiedziawszy, zniżałem się do tego tylko po to, żeby wyhaczyć kobietę, która mogła mnie zadowolić. Nigdy nie stało się to moim nawykiem. Wybierałem tego typu rozwiązanie jedynie w takich sytuacjach jak dzisiaj. Gdy już znalazłem potencjalną kandydatkę, wystarczyło powłóczyste spojrzenie, a ona sama pchała się na mojego fiuta. Jeśli wyglądasz jak młody bóg i dysponujesz obszernym kontem, każda rozkłada nogi, zanim sięgniesz do kieszeni po prezerwatywę.

To nie pierwszy raz, kiedy Hypnos zabrał mnie na wycieczkę do przeszłości. Zdarzało się to od dawna, zawsze wtedy budziłem się roztrzęsiony i musiałem się uspokoić, nim spróbowałem ponownie zasnąć. Najlepiej wyciszałem się, biegając po niemal pustych o tak późnej porze ulicach. Mieszkałem niedaleko firmy. Normalnie pieszo pokonywałem tę trasę w kilkanaście minut, w kilka – samochodem. Jednak kiedy decydowałem się na przebieżkę, zawsze wybierałem okrężną drogę, tak by pozbyć się nadmiaru energii, zmęczyć ciało i oczyścić głowę. Kiedy byłem fizycznie wyczerpany, sny-wspomnienia stawały się łagodniejsze.

Po przebraniu się w sportowy strój i odwieszeniu garnituru z notatką dla Margaret, by oddała go do pralni, wsunąłem do uszu słuchawki iPoda i ustawiłem odpowiednią do mojego nastroju muzykę. Rozejrzawszy się po raz ostatni, wyszedłem z gabinetu. Zamiast zjechać windą zbiegłem schodami.

– Panie Wild. – Przez muzykę, która wypełniała moje uszy, przebił się słaby głos Trevora.

Kiedy spojrzałem na niego ze zmarszczonymi brwiami, wstał ze swojego miejsca. Odniosłem wrażenie, jakby jego twarz momentalnie pobladła, co jednak trudno stwierdzić, gdy ma się skórę niewiele jaśniejszą od smoły.

– Witaj, Trevorze. Co tutaj robisz? – zapytałem, wyciągając jedną ze słuchawek.

Grdyka Trevora przesuwała się z góry na dół, kiedy przełykał nerwowo ślinę.

– Johns nie mógł dziś przyjść, proszę pana. Jego żona ma problemy z sercem i leży w szpitalu, dlatego poprosił o zastępstwo – wydukał, unikając mojego spojrzenia.

– Nie masz uprawnień, by stróżować, Trevorze. To jest wysoce nieodpowiedzialne – powiedziałem spokojnie, aczkolwiek z nutą złości w głosie.

– Wiem… – Westchnął ciężko. – Ale, proszę, niech pan przymknie na to oko, panie Wild. Tu chodzi o jego żonę. Sam mu zaoferowałem, że go zastąpię, by mógł przy niej być.

– Nie obchodzi mnie, czy to jego żona, siostra czy matka. Niesubordynacja zostanie ukarana.

– Panie Wild, proszę… – ciągnął, ale uciszyłem go, podnosząc dłoń.

Wyjąłem telefon z etui przyczepionego do mojego ramienia i wybrałem numer do szefa ochrony.

– Słucham?! – odezwał się po kilku sygnałach Henrix. Miał zaspany głos i zdecydowanie nie był zadowolony z wyrwania go z objęć Morfeusza.

– Rusz dupę i w ciągu pięciu minut przyślij do firmy ochroniarza, który ma do tego cholerne uprawnienia. – Nie siliłem się na najmniejszą uprzejmość.

– Pan Wild?! – zapiszczał jak zarzynane prosię, słysząc mój głos.

– Nie, Wróżka Zębuszka, kurwa – zadrwiłem. – Masz pięć minut, by tu kogoś sprowadzić albo byś sam zastąpił Trevora. Widzę cię jutro o dziesiątej w moim biurze razem z… – Odsunąłem telefon od ucha. – Jak on się nazywa? – zapytałem Trevora.

– Panie…

– Trevor, jak się, kurwa, nazywa ten ochroniarz, którego zastępujesz?!

– Johns, proszę pana. – Opuścił głowę, pokonany.

Przyłożyłem telefon ponownie do ucha.

– Ty oraz Johns jutro punkt dziesiąta w moim biurze.

– Tak, proszę pa…

Rozłączyłem się, nie dając mu dokończyć, i wsunąłem telefon z powrotem do pokrowca.

– Wszędzie idioci. – Wymierzyłem w Trevora wkurzone spojrzenie. – Ty też zjawisz się jutro razem z tamtymi dwoma – oznajmiłem, po czym odwróciłem się i skierowałem do drzwi.

Na zewnątrz włączyłem iPoda, którego wcześniej zastopowałem. W moich uszach rozbrzmiały żywe dźwięki Paradise zespołu Coldplay. Ruszyłem powoli przed siebie. Oddając kontrolę swojemu ciału i porzucając kompletnie myślenie, zatraciłem się w muzyce. Biegłem coraz szybciej, z radością przyjmując palenie w płucach i ból w mięśniach.

PUNKT
7

Starlight – Muse


Siedziałem w swoim prezesowskim fotelu, przyglądając się trójce stojących przede mną nieudaczników. Tylko facet o nazwisku Johns miał na tyle odwagi, by patrzeć mi w oczy, co spowodowało, że nabrałem do tego człowieka szacunku. Stał prosto, z podniesioną głową, jego szare oczy wlepione były w moje. Henrix wyglądał, jakby liczył okręgi w słojach dębowych desek na podłodze, a Trevor uważnie przyglądał się oknom, szukając zapewne jakichś smug na ich szklanych taflach.

– Co macie do powiedzenia na temat wczorajszej niesubordynacji? – Złączyłem palce przed sobą, tworząc z nich wieżyczkę, i taksowałem wzrokiem mężczyzn, którzy za kilka minut zostaną pozbawieni pracy. Żaden z nich nie starał się nawet o nią walczyć, licząc na łaskę z mojej strony. – Nic? Nikt nie chce się wypowiedzieć?

– Ja… panie Wild… to znaczy… – zaczął, jąkając się Trevor.

– No dalej – ponagliłem. – Nie mam dla was całego dnia.

– Nie chcę, żeby Johns wyleciał, niech pan zwolni mnie – wyrzucił z siebie w końcu. Zaskoczył mnie brawurową postawą, ale jednocześnie rozczarował głupotą.

– Wyjdź zatem z mojego gabinetu. Już tu nie pracujesz – oznajmiłem bez emocji.

Oczy Trevora rozszerzyły się. Przywołałem na twarz uśmiech, widząc, że nie tego się spodziewał.

– Zmieniasz zdanie? – Uniosłem pytająco brew.

– Proszę go nie zwalniać, to dobry człowiek. Ja zawiniłem, więc poniosę konsekwencje. Człowiek nie powinien tracić pracy tylko dlatego, że ma dobre serce. A pan nie ma prawa się nad nami pastwić. Za kogo się pan uważa? Za Boga? – zaczął się pieklić, uszami mało nie buchnęła mu para. – Proszę mówić, co ma pan do powiedzenia. Jestem gotowy na wszystko – dodał nieco spokojniej.

– No, no, no… w końcu ktoś przemówił. – Miałem nosa, zatrudniając tego człowieka. – Okazało się, że jednak któryś z was ma jaja. – Zerknąłem na Trevora i oświadczyłem: – Zostajesz. Henrix, co masz mi do powiedzenia? – Przeniosłem beznamiętne spojrzenie na drugiego mężczyznę.

– Ja? No… Ja nie wiedziałem, że oni tak zrobili. Przecież jeśli Johns potrzebował zastępstwa, wystarczyło powiedzieć.

Widziałem, że kłamie. Jego przygarbiona sylwetka i nerwowe zachowanie wręcz krzyczały, że każde pieprzone słowo opuszczające jego usta to stek bzdur. Kątem oka wychwyciłem, że Trevor szepcze coś do Johnsa, który odkąd przestąpił próg mojego biura, milczał.

– No powiedz – doszło w pewnym momencie do moich uszu.

– Co ma powiedzieć? – zwróciłem się do Trevora.

Ten odezwał się z wahaniem.

– Johns dzwonił do Henriksa i prosił o wolne, ale ten się nie zgodził, więc poprosił o zastępstwo. Na to również Henrix nie wyraził zgody. Kazał mu sobie jakoś radzić i nie zawracać mu głowy, bo nie miał czasu. To było nie fair w stosunku do Johnsa. Sprawa wyniknęła nagle, a Henrix jako szef, a przede wszystkim jako człowiek, powinien okazać zrozumienie. – Z sekundy na sekundę twarz Trevora ciemniała z irytacji i chyba zawstydzenia tym, że zdobył się na taką odwagę, a równocześnie donoszenie.

– Bzdura! – zaprzeczył Henrix, przeskakując wzrokiem z Trevora i Johnsa na mnie.

Zmarszczyłem brwi, zastanawiając się, co z tym fantem dalej począć.

– Czy to prawda, co powiedział Trevor? – skierowałem pytanie do Johnsa.

Stał prosto, nie odzywając się ani słowem. Widać było, że toczył ze sobą walkę, ale brakowało mi cierpliwości i czasu, żeby znosić jego wewnętrzne rozterki.

– Zadałem pytanie! Czy to cholerna prawda, Johns? – Uderzyłem pięścią w stół dla podkreślenia swojego stanowiska.

– Tak – przytaknął w końcu, na co twarz Henriksa wykrzywiła się w grymasie niezadowolenia.

– Henrix, wypad. Już dla mnie nie pracujesz. – Wskazałem mu dłonią drzwi.

– Ale…

– Nie zrozumiałeś czegoś?

Spojrzał na swoich towarzyszy, potem na mnie, aż w końcu odwrócił się powoli i ze zwieszonymi ramionami opuścił mój gabinet.

– Wy zostajecie – powiedziałem do pozostałych mężczyzn, gdy zamknęły się za nim drzwi. – Johns, przejmiesz chwilowo stanowisko Henriksa. Jeśli się spiszesz, to je zatrzymasz. Powstał wakat, więc musisz go zapełnić. To będzie twoja próba. Aha, na teraz znajdź kogoś, kto cię zastąpi, póki twoja żona nie poczuje się lepiej. A teraz zejdźcie mi z oczu. – Odprawiłem ich gestem ręki.

– Dziękuję panu – przemówił po raz kolejny Johns, w jego głosie słychać było ulgę. Zbliżył się o krok do mojego biurka i wyciągnął dłoń, którą mocno ścisnąłem.

– Dziękuję – zawtórował mu cicho Trevor.

Obydwaj skłonili się lekko, po czym zostawili mnie samego.

Opadłem na miękkie, skórzane oparcie fotela, uniosłem głowę i utkwiłem wzrok w suficie. To dopiero początek dnia, a już musiałem zmierzyć się z pieprzonym syfem i zwolniłem jednego pracownika. Zostało mi wiele do zrobienia, ale pierwszy raz od dawna nie miałem ochoty siedzieć w czterech ścianach gabinetu. Postanowiłem, że upiekę dwie pieczenie na jednym ogniu. Podniosłem słuchawkę telefonu, żeby połączyć się z Margaret.

– Margaret, odwołaj resztę moich spotkań, na dziś kończę – poinformowałem, gdy odebrała. – I zadzwoń, proszę, do Michaela Clarksa, by przygotował na dziś Shadowa i Lady – poprosiłem, nim przerwałem połączenie.

Piętnaście minut później wyszedłem z firmy i udałem się do domu. Po szybkim prysznicu i lekkim obiedzie przygotowanym przez moją gosposię ubrałem się w ciemne jeansy, czarny T-shirt i sportowe buty. Rzadko pozwalałem sobie na taką modową nonszalancję, ale niespodzianka przygotowana dla Olivii Henderson wymagała wygodnego stroju.

Pogratulowałem sobie w duchu pomysłowości. Wiedziałem, że jeżeli jeszcze nie zapałała do mnie głębszym uczuciem, to po dzisiejszym wieczorze z całą pewnością to się zmieni. Później już pójdzie z górki, doprowadzę ją do takiego stanu, że nie będzie w stanie myśleć o niczym innym, jak tylko o mnie. Stanę się dla niej centrum wszechświata i wtedy wykonam kluczowy ruch, dzięki któremu zemszczę się na starym Hendersonie.

Zgarnąłem z konsoli kluczyki do land rovera i zjechałem windą do garażu. Odblokowałem samochód, wsunąłem się na siedzenie kierowcy, włączyłem radio i dopiero po tym obudziłem pojazd do życia. Łagodne wibracje silnika i jego przyjemne mruczenie działały na mnie odprężająco. Spojrzałem we wsteczne lusterko. Kiedy je poprawiałem, zatrzymałem na kilka chwil wzrok na swoim odbiciu. Uniosłem dłoń i przeczesałem ręką mokre jeszcze włosy. Uśmiechnąłem się do siebie z aprobatą i ruszyłem na spotkanie ze słodkim narzędziem mojej wyrafinowanej, skrupulatnie zaplanowanej zemsty. Pięknym, kruchym i zabójczym jednocześnie instrumentem, jakim była Olivia Henderson.

Ulice jak zwykle o tej porze w Nowym Jorku tonęły w korkach. Sznury prywatnych samochodów, poprzetykane żółtymi taksówkami i autobusami miejskimi, ciągnęły się przez cały Manhattan. Piesi gdzieś spieszyli, ocierając się o siebie i nie zwracając uwagi jeden na drugiego. Turyści błąkali się po ulicach jak zagubione szczeniaczki, chłonąc tutejszą atmosferę. Uliczni sprzedawcy zachwalali swoje towary, zachęcając do zakupu. Kolorowe neony biły po oczach, błagając o uwagę, a w powietrze wdzierały się zapachy z okolicznych knajpek i food trucków zmieszane ze smrodem wielkiego miasta. Chaos, gwar i rozgardiasz stanowiły kwintesencję Wielkiego Jabłka, które kochałem i nienawidziłem zarazem.

Z głośników sączyła się melancholijna muzyka, a ja analizowałem, czy wszystko zostało dopięte na ostatni guzik. Nie znosiłem, kiedy coś szło nie tak, jak zaplanowałem. Lubiłem mieć całkowitą kontrolę nad wszystkim, nie uznawałem potknięć, niedociągnięć, niedopracowanych ruchów. Począwszy od umów, a skończywszy na kupnie bielizny – wszystko musiało być perfekcyjne.

A co, jeśli Olivia nie zamierzała się nawet ze mną spotkać? Nie, to nie wchodziło w ogóle w grę. Ona jest kluczem do wszystkiego, moim złotym biletem. Od niej się zacznie, ale na niej nie skończy.

Na Long Island dotarłem kilkadziesiąt minut później. Brama otworzyła się od razu, a ironią okazała się piosenka zespołu AC/DC, która wypełniała wnętrze samochodu, gdy przekraczałem granice posiadłości Hendersonów. Bon Scott śpiewał o autostradzie do piekła. Ten kawałek idealnie pasował do mojego aktualnego położenia.

 

– No to dotarliśmy do piekła – powiedziałem do siebie, wjeżdżając na podjazd. – Tylko ciekawe czyjego… – Kąciki moich ust uniosły się w zadowoleniu.

Zgasiłem silnik samochodu.

Olivia

Siedziałam przy toaletce, czekając na spotkanie z Brianem Wildem. Miałam na sobie boyfriendy z dziurami na kolanach i luźną koszulkę z wizerunkiem Franka Sinatry na przodzie. Zawiązałam ją z boku w niewielki węzeł, tak że odsłaniała kawałek skóry na biodrze i kilka centymetrów brzucha.

Mój ojciec nigdy by nie pozwolił, żebym wyszła tak ubrana z domu, a co dopiero na spotkanie z kimś takim jak Wild, o którym od dnia przyjęcia nieustannie mówił. Kiedy tylko mama mu przekazała, że zaprosił mnie na spotkanie, jego telefony do mnie stały się nagminne. Ciągle słyszałam: „Nie przynieś mi wstydu”, „Zachowuj się jak należy”, „Pamiętaj, że jesteś moją wizytówką”. Nie dzwonił po to, by życzyć mi miłej zabawy, bym na siebie uważała czy żebym nie wróciła zbyt późno. Nie, jego interesowało tylko to, żebym zrobiła dobre wrażenie.

Jedynym plusem był fakt, że wyjechał, inaczej miałabym przechlapane, gdyby mnie teraz zobaczył. Z pewnością kazałby mi wrócić do pokoju, bym się przebrała, a później nie omieszkałby mnie ukarać za możliwość przyniesienia mu wstydu nieodpowiednim strojem. Na szczęście wróci dopiero za dwa dni i nawet nie dowie się o moim małym przejawie buntu.

Wbiłam wzrok w swoje lustrzane odbicie. Lubiłam tę zwykłą dziewczynę po drugiej stronie szkła. Nie byłam zwolenniczką makijażu, nie uważałam go za konieczność, poza tym nie widziałam w tym nic pociągającego. Nie chciałam być jak lalka leżąca na parapecie w moim pokoju: pusta, sztuczna, przerysowana.

Wolałam być całkiem zwyczajna, naturalna i świeża. Tony chemii nakładanej na twarz każdego dnia nie pozwalały mi się tak czuć. Wprost przeciwnie, mając na sobie makijaż, odnosiłam wrażenie, jakbym nosiła maskę. Był on swojego rodzaju powłoką oddzielająca prawdziwą mnie od tej wykreowanej przez mojego twórcę. To ojciec zawsze nalegał, żebym się malowała, co podobno podkreślało moją urodę, dodawało blasku i powagi. Nie mogłam mu się przeciwstawić, bo kiepsko by się to dla mnie skończyło, dlatego robiłam wszystko, czego żądał.

W moje rozmyślania wdarł się dźwięk parkującego na podjeździe samochodu. Normalnie bym go nie usłyszała, ale miałam otwarte okno, co umożliwiło mi wychwycenie seksownego mruczenia, które mógł wydawać tylko silnik dobrego auta. Poderwałam się z krzesła, podeszłam do okna i wyjrzałam na zewnątrz.

Kiedy zobaczyłam Wilda wysiadającego z absurdalnie drogiego samochodu, cofnęłam się o krok, by nie zostać dostrzeżona. Stałam przez chwilę oniemiała, nie wiedząc, co mam zrobić. Wzięłam kilka głębokich oddechów, żeby się uspokoić, i w pierwszej kolejności postanowiłam uporządkować moje dzikie włosy. Zebrałam je wszystkie w garść i związałam w koński ogon, aby trochę się zdyscyplinowały. Potem spryskałam się perfumami, palnęłam sobie motywacyjną gadkę, jeszcze raz rzuciłam okiem na swoje odbicie i wyszłam z pokoju.

Na schodach wpadłam na Stevena, który posłał mi wymowny uśmiech.

– Właśnie po panienkę szedłem – poinformował.

– Zajmę się już moim gościem. Dziękuję, staruszku. – Poklepałam go po ramieniu i ruszyłam w dół schodów, starając się nie biec.

Gdy pojawiłam się w holu, Wild stał do mnie tyłem, przyglądając się rodzinnym fotografiom. Mogłam śmiało i bezkarnie lustrować jego apetyczne ciało. Czarna koszulka przylegała idealnie do szerokich pleców, akcentując umięśnione przedramiona, które bezsprzecznie stanowiły efekt ciężkiej pracy na siłowni. Do tej pory widywałam go jedynie w garniturze i choć wyglądał w nim niesamowicie seksownie, nie było widać tego, co się pod nim kryło. Co prawda, podejrzewałam, że jest nieźle zbudowany, ale zobaczenie tego na własne oczy sprawiło, że niewiele brakowało, bym pisnęła z podniecenia. Włosy zaczesał do tyłu, jednak zdążyły już częściowo poopadać na boki, przez co mógł założyć je za uszy. Przez ułamek sekundy miałam ochotę zrobić to za niego. Były jeszcze wilgotne, co świadczyło o tym, że niedawno brał prysznic. Zastanawiałam się, jak pachnie i czy te włosy są tak miękkie, na jakie wyglądają. Przyjemne ciepło rozlało się po moim ciele, gdy tak kontemplowałam go z ukrycia.

Nagle z krainy fantazji wyrwał mnie głośny dźwięk tłuczonego szkła. Wzdrygnęłam się i spojrzałam na klęczącego teraz Wilda. Trzymał w dłoni zdjęcie, które musiało spaść, co było powodem łoskotu. Dostrzegłam, jak zacisnął pięść. Złość biła od niego falami. Zdziwiło mnie to, ale nie dałam tego po sobie poznać.

Podeszłam do niego powoli. Zawiesiłam wzrok na fotografii przedstawiającej byłego wspólnika mojego ojca, który lata temu zginął w wypadku. Stał obok ojca i małego chłopca, a za nimi siedziała mama z żoną faceta ze zdjęcia. Tak w każdym razie mi mówiono. Nigdy nie rozumiałam, dlaczego pośród fotografii rodzinnych znajduje się zdjęcie obcych ludzi, ale nie obchodziło mnie to na tyle, by drążyć temat.

Kiedy wreszcie Wild zdał sobie sprawę, że tutaj jestem, spojrzał w górę wprost na mnie. Cofnęłam się o krok, kiedy dostrzegłam nienawiść wymalowaną nie tylko na jego twarzy, ale i wyzierającą z oczu. Musiało dotrzeć do niego, co zobaczyłam, bo natychmiast się wyprostował. W momencie, kiedy spojrzał na mnie ponownie, nie było już w nim tego, co mnie tak przeraziło. Oczy miał takie, jak zapamiętałam. Tajemnicze, łagodne i przyjazne. Zatem czy miałam przywidzenie? Wszystko na to wskazywało.

– Olivia? – zapytał zaskoczony.

– Tak, to ja. – Uśmiechnęłam się niepewnie, z lekką obawą, że nie spodoba mu się to, co zobaczył.

Omiótł wzrokiem moją sylwetkę. Na policzki wystąpił mi szkarłatny rumieniec i zaczęłam szybciej oddychać, gdy wnikliwie taksował mnie od stóp do głów. Kąciki jego ust zaczęły unosić się w dziwnym uśmieszku. Kiedy wrócił spojrzeniem do moich oczu, jego brew uniosła się pytająco.

– Buntowniczka?

Wzruszyłam nieśmiało ramionami.

– Tylko wtedy, gdy nikt nie widzi – odparłam, przygryzając wnętrze policzka.

– Imponujące – stwierdził bez cienia sarkazmu. Zrobił krok ku mnie, pochylił się i musnął wargami mój policzek. Jego odurzający zapach zaatakował moje nozdrza, drażniąc i tak już szalejące zmysły. – To będzie jeszcze ciekawsze, niż sądziłem – wyszeptał mi do ucha, co sprawiło, że wzdłuż mojego kręgosłupa przeszły rozkoszne dreszcze.