ObietnicaTekst

Autor:Ewa Pirce
Z serii: Zrodzeni z zemsty #1
0
Recenzje
Oznacz jako przeczytane
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

Patrzyłem na jej profil, kiedy tak trwała zagubiona we własnych myślach i odczuciach. Czyżby jej na pozór idealne życie nie było takie, na jakie wygląda? Czy nie jest klejnotem w koronie swego ojca, jak przypuszczałem? Niemożliwe. Kokietuje, próbuje grać słabą i zastraszoną, ale nie dam się na to nabrać. Jakkolwiek by nie patrzeć, nosi nazwisko Henderson, a to automatycznie oznacza, że umie dobrze grać. Oni są obłudni, zawistni, zachłanni i źli!

– Każdy może wybrać własną drogę, Olivio. Niezależnie w jakiej rodzinie przychodzimy na świat. To my jesteśmy panami swojego losu. Sami obieramy kierunek, w którym chcemy podążać, i stawiamy sobie cele, które chcemy zrealizować. Ponosimy odpowiedzialność za swoje czyny. Nikt nie może przeżyć twojego życia za ciebie. Bo to jedyna, najcenniejsza, taka najbardziej twoja rzecz na świecie. – Podniosłem dłoń i musnąłem wierzchem jej policzek. – Każdy, kto myśli inaczej, jest zwyczajnym idiotą.

Przechyliła nieznacznie głowę, lgnąc do mojej dłoni, jakby szukała pocieszenia, ukojenia, troski. Patrzyłem na niewinność, a także słabość tej dziewczyny i czułem… przyciąganie. Nie podobało mi się to, ale miałem świadomość, że takie gesty są niezbędne, jeśli chciałem zyskać jej przychylność.

Kontakt fizyczny i pozorna troska – odhaczone.

Zapewnienie o współczuciu i podniesienie na duchu – odhaczone.

Uśmiechnąłem się w myślach, widząc, jak panienka Henderson wkracza do klatki, w której zamierzałem ją zamknąć, a następnie wyrzucić pośrodku oceanu, gdzie w męczarniach utonie, czego świadkiem miał być jej kochany tatuś.

– Ekhm… – usłyszeliśmy za plecami głośne chrząknięcie.

Olivia niemal odskoczyła od mojej dłoni. Odwróciłem się nieśpiesznie w kierunku intruza, który zakłócił naszą intymność.

– To ty! – warknął chłopak, którego spotkałem w barze z rudą.

Uśmiechnąłem się leniwie, spoglądając na niego z wyższością. Przez głowę przeleciała mi myśl, że może ruda też tu jest. Szybko ją jednak zignorowałem, ponieważ najważniejsza w tym momencie była osoba siedząca obok mnie. To ona stanowiła priorytet.

– To ja – potwierdziłem z obojętnością i zwróciłem się do Olivii, olewając pajaca za naszymi plecami. – Wybacz, moja droga. Zignoruj, proszę, tego chłopca. Najwidoczniej pomylił przyjęcia, bo z tego, co kojarzę, nie ma tu kinderbalu. A może się mylę? – zadrwiłem.

– Nie, nie mylisz się. – Zachichotała cicho.

– Co ty z nim robisz?! – krzyknął chłopak, ogniskując wzrok na Olivii. – Mało ci jeszcze?! A może znów chcesz…

– Eric! – skarciła go, podnosząc się szybko. – Nie waż się zachowywać jak mój chłopak, rozumiesz? Nie jestem twoją własnością i nie rość sobie do mnie żadnych praw. – Przetaczała się przez nią złość, ale panowała nad tonem głosu. Była mądra, nie chciała zwracać na siebie uwagi.

– Spodobało ci się Livvie, co? Lubisz być obłapiana przez takich staruchów jak on?! – wypluł z siebie chłopak.

Te słowa sprawiły, że moja cierpliwość zmalała do zera. Poderwałem się na równe nogi i chwyciłem go za koszulę, wciągając do wnętrza altany. Bez problemu powaliłem go na ziemię, zablokowałem mu ręce i przycisnąłem przedramię do jego gardła.

– Co jest? – wydusił z siebie, zaskoczony moją reakcją.

– Tak jest, kochasiu. Nauczyli mnie tego w domu spokojnej starości. A teraz grzecznie przeprosisz panią, a następnie błagaj o wybaczenie również mnie. Jeśli twoje przeprosiny będą na tyle przekonujące, że w nie uwierzę, to być może zapomnę o tym, w jak skandaliczny sposób się zachowałeś. – Poluzowałem uścisk na jego szyi, dając mu szansę na zrehabilitowanie się.

– Sądzisz, że skoro masz na nazwisko Wild, to wszystko ci wolno?! Że kim ty niby, do cholery, jesteś?! Liv przeproszę, ale ciebie? Prędzej mi kaktus na ręce wyrośnie – prychnął lekceważąco. Zwiększyłem uścisk na jego szyi, odcinając mu dopływ powietrza.

– Nieco więcej szacunku, smarkaczu! – Palnąłem go dłonią w czubek głowy.

– Proszę, Brianie, nie warto robić sobie problemów. Chodźmy stąd – poprosiła Olivia, rozglądając się niespokojnie na boki. – Zaraz zacznie się widowisko, którego chciałabym uniknąć. Ojciec nie pochwaliłby tego, a ja nie chcę mieć kłopotów. – Położyła swoją małą dłoń na moim ramieniu i ścisnęła je delikatnie.

Zmierzyłem jeszcze raz wzrokiem przytrzymywanego przeze mnie kretyna.

– Robię to dla ciebie – rzuciłem pod adresem Olivii, po czym odsunąłem się od chłopaka.

Wyprostowałem się i poprawiłem swój do tej pory nieskazitelny garnitur od Ermenegildo Zegny.

Gnojek, charcząc i trzymając się za gardło, wlepił przestraszony wzrok w Olivię.

– Przepraszam Livvie, nie miałem zamiaru narażać cię na nieprzyjemności. – Niezdarnie wstał.

– Chciałeś, Eric. – Nie umknęła mi surowość w jej głosie. – Idź już, proszę. Na dziś wystarczy mi twoich popisów. – Zgromiła go chłodnym wzrokiem.

– Naprawdę, Liv…

– Nie chcę już tego słuchać. Wróć, proszę, na przyjęcie i zostaw nas samych. – Zbliżyła się do mnie, pokazując chłopakowi plecy.

– Przepraszam raz jeszcze – wymamrotał, robiąc krok do przodu. – A ty, Wild, jeszcze tego pożałujesz. – Poczęstował mnie pogardliwym spojrzeniem.

Głupek nie wiedział, co czynił, odgrażając mi się. Przygotuję dla niego coś specjalnego, coś, co uprzykrzy mu życie, postanowiłem, patrząc, jak oddala się od nas chwiejnym krokiem.

– Naprawdę mi przykro, nie mam pojęcia, co w niego wstąpiło – odezwała się po chwili Olivia.

– Nie ma potrzeby, byś mnie przepraszała za tego nic nieznaczącego prymitywa. Nie wiem, po co w ogóle zadajesz się z ludźmi jego pokroju – oznajmiłem nieco zbyt ostro. – Jesteś zbyt dobra, by otaczać się takimi półgłówkami. Pamiętaj, że ludzie z twojego środowiska określają cię przez pryzmat tego, z kim się zadajesz.

Skrzywiła się na moje słowa, ale nie zamierzałem przepraszać za prawdę.

– Tak, dobrze. Zapamiętam – powiedziała beznamiętnie.

– Wyglądasz pięknie, kiedy usilnie próbujesz zapanować nad gniewem. Podoba mi się to – wymruczałem, żeby ją udobruchać, i odruchowo musnąłem palcem jej policzek. Obruszyła się lekko, ale nie uciekła od mojego dotyku.

– Och, przestań. – Speszona, uderzyła mnie żartobliwie w ramię.

– Nie jesteś przyzwyczajona do przyjmowania komplementów – stwierdziłem. – Co jest dla mnie kolejnym dowodem na to, że albo wychowywałaś się pod kloszem, albo chłopcy, z którymi się spotykałaś, byli niedojrzali i zbyt zapatrzeni w siebie – kontynuowałem gładko, starając się ją urobić.

Zaczerpnęła gwałtownie haust powietrza, jakby zaskoczona tym, co wyszło z moich ust. Szybko się jednak zmitygowała i posłała mi spięty uśmiech.

– Wszystkiego po trochu. Mój ojciec jest specyficzny i jeśli już gdzieś wychodziłam lub kogoś poznawałam, to raczej ukradkiem, dobrze się maskując, by nikt mnie nie rozpoznał. – Przez jej twarz przemknął tajemniczy cień.

– Buntowniczka. – Mrugnąłem z igrającym w kąciku ust uśmiechem, chwytając jej dłoń. Splotłem nasze palce razem i pociągnąłem ją ku sobie. – Przejdźmy się w końcu.

Poddała mi się i podążyła za mną. Nie próbowała uwolnić dłoni, ale też nie zacieśniła uścisku. Przeszliśmy w głąb ogrodu, spacerując pomiędzy drzewkami owocowymi. Pamiętałem, jak sadziliśmy je razem z rodzicami. Byliśmy tacy szczęśliwi. Po chwili dotarliśmy na skraj jeziora. Jeziora, przy którym przeważnie spędzaliśmy leniwie niedzielne popołudnia. To nie był jednak odpowiedni moment na wspominki, dlatego natychmiast wyrzuciłem z głowy obrazy przeszłości.

– Scena niczym z kiepskiego filmu – zadrwiłem, bo to było lepsze niż rozczulanie się nad czymś, co minęło i już nigdy nie wróci.

– Nie wiem, czy kiepskiego, ale masz rację, niczym z filmu. Wiesz, że nigdy w nim nie pływałam?

– Czy to źle? Nie sądzę, że coś takiego przystoi takiej osobie jak ty.

– Takiej jak ja? A kim niby jestem? – żachnęła się. – Mówisz jak mój ojciec. – Puściła moją dłoń i odsunęła się ode mnie. W jej głosie wyczułem oburzenie. Zapatrzyła się przed siebie z dziwną tęsknotą w oczach.

Co za hipokryzja, ma w życiu niemal wszystko, a zachowuje się, jakby nie miała nic. Ale oni wszyscy są tacy sami. Wszyscy są jednego pokroju, zachłanni i nieznający umiaru.

Zirytowany, zerknąłem na dziewczynę, mając ochotę nią potrząsnąć i wykrzyczeć jej obłudę prosto w twarz. Odwróciła się, czując na sobie mój wzrok.

– Dlaczego tak na mnie patrzysz? Powiedziałam coś, co cię zdenerwowało?

– Nie zwracaj na mnie uwagi. Ja również nigdy nie pływałem w jeziorze – skłamałem. – Wolę sztuczne kąpieliska.

– To smutne. – Przeszła parę kroków, ściągnęła buty i usiadła na ziemi. Odłożyła szpilki za siebie i zanurzyła stopy w piasku.

Rozdziawiłem lekko usta. Nie spodziewałem się czegoś takiego.

– Dlaczego to robisz? Pobrudzisz się i…

– To jest niezwykle przyjemne – wtrąciła niegrzecznie, nie dając mi dokończyć zdania. Zacisnąłem zęby, żeby nie okazać złości. – Piach jest nagrzany od słońca, a moje stopy są zmęczone chodzeniem w tych koszmarnych szpilkach. Dobrze dać im odpocząć w ten sposób, to relaksujące. Spróbuj. – Uśmiechnęła się zachęcająco.

– Nie, dziękuję. Nie robię takich rzeczy – bąknąłem lekceważąco, wkładając dłonie w kieszenie spodni.

– Jesteś strasznym drętwusem, wiesz? Powiedz mi chociaż, że chodziłeś kiedykolwiek po brzegu jeziora, morza albo oceanu, mocząc stopy w chłodnej i orzeźwiającej wodzie. – W jej oczach rozbłysło wyzwanie.

Tak, do cholery, chodziłem i było to to samo jezioro, na które właśnie patrzę, krzyczał mój wewnętrzny głos.

– A po co miałbym to robić? – burknąłem zamiast wyznać prawdę. – Co w tym ekscytującego? Od kiedy stałem się osobą publiczną, muszę uważać na to, co robię. Nie chcę, żeby durne nagłówki na pierwszych stronach szmatławców były opatrzone moją twarzą. Nigdy nie stanę się pośmiewiskiem, kimś, kim wyciera się gębę.

 

Ostrość w moim głosie spowodowała, że Olivia się wzdrygnęła. Ruch był niemal niezauważalny, dostrzec mogło go jedynie bardzo wprawne oko. Mnie się udało i poczułem ukłucie wyrzutów sumienia za gwałtowność, jaką okazałem przy niej po raz kolejny tego wieczoru.

– Jakie to smutne. – Na jej twarzy rzeczywiście zagościł smutek. – Jak się zatem pan relaksuje, panie Wild? – zapytała, próbując rozluźnić atmosferę.

– Czytam, pracuję, jeżdżę konno. To zdecydowanie rzeczy, które pomagają mi się zrelaksować. Konie są moją małą słabością, tylko dzięki nim potrafię oderwać się od pracy i rzeczywistości – wyznałem, zerkając na nią kątem oka. Czekałem na reakcję na wzmiankę o koniach. Wiedziałem, że je kocha i że to stanie się kroplą, która przeleje kielich jej zainteresowania moją osobą.

– Naprawdę? Konie? – Biła od niej ekscytacja. I może odrobina niedowierzania. – Kocham konie! Są piękne, pełne elegancji i pewnego rodzaju wzniosłości. Moja klacz to angloarab, nazywa się Escape. Ma siwe umaszczenie i będzie tu za cztery dni. Nie mogę się doczekać, kiedy jej dosiądę i pognam tam, gdzie mnie poniesie. Nieważne gdzie, byle daleko. – Wyrzucała z siebie słowa z prędkością karabinu maszynowego, rozradowana jak dziecko. Na chwilę odpłynęła, wpatrując się w dal i błądząc myślami po nieznanych mi terenach jej umysłu. – Ale to nieistotne, za dużo mówię, przepraszam, zazwyczaj nie jestem tak samolubna, wybacz mi. Powiedz, proszę, jak nazywa się twój koń i od jak dawna jeździsz.

– Jeżdżę już od jakiegoś czasu, a koń nazywa się Shadow. To czarny arab, nie dosiada go nikt prócz mnie. A jeśli próbuje, źle się to kończy. – Na ustach zakwitł mi uśmiech, gdy przypomniałem sobie, jak pod moją nieobecność spróbował tego wcześniejszy stajenny, sądząc, że dosiądzie go bez mojej wiedzy. Złamana noga, bark i siedem żeber oduczyły go tego raz na zawsze.

– Shadow – powtórzyła w zamyśleniu. – Wiesz, jakoś mi do ciebie pasuje, masz w sobie coś mrocznego i złowieszczego. – Przechyliła głowę, żeby lepiej mi się przyjrzeć.

Błysnąłem uśmiechem, pozostawiając jej słowa bez komentarza.

– A dlaczego ty nazwałaś swoją klacz Escape?

– A czy to nie oczywiste po moim wcześniejszym wyznaniu? – odpowiedziała pytaniem, czego nie tolerowałem.

– Kiedy zadaję pytanie, oczekuję, że na nie odpowiesz.

Popatrzyła na mnie spod niebotycznie długich rzęs, przygryzając dolną wargę. Starała się nie roześmiać, ale odwróciła głowę i cicho zachichotała.

– Uważasz, że to zabawne? – Przykucnąłem obok, czekając na odpowiedź.

Posłała mi niewinne spojrzenie, wzruszając ramionami.

– Zachowujesz się jak bohater serii o Crossie.

– Czego? To jakiś romans?

– Przeczytaj, a się dowiesz. Zachowujesz się w podobny sposób jak Gideon, a do tego twój image. – Machnęła na mnie ręką. – Idealny Cross. Nie zastanawiałeś się nad karierą aktorską? Mieli zekranizować tę powieść, hmm… zastanówmy się… dziesięć lat temu? Może cię zatrudnią, nadajesz się do tej roli. – Kolejny raz dzisiejszego wieczoru usłyszałem jej chichot.

– Śmiejesz się ze mnie? – Nikt się ze mnie nie śmieje.

– Do tego bystry. – Poderwała się nagle, zgarniając swoje buty.

Zaczęła biec w dół skarpy, do brzegu jeziora. Jej sukienka powiewała, podkreślając seksowne krzywizny ciała. Na ten widok w moich spodniach zaczął tworzyć się namiot. To było… niebywałe. Nie pamiętam, kiedy ostatnio tak zareagowałem na kobietę, która nie była zupełnie naga.

– No rusz się, Wild! – zawołała, odwracając się do mnie z urzekającym uśmiechem. Wyglądała niezwykle dziewczęco. Tak zwyczajnie. Wiedziałem jednak, że to tylko poza, wystudiowane zachowanie, kokieteria. Pogrywała ze mną i byłem tego świadom. Podniosłem się i powędrowałem ostrożnie w dół, uważając, by nie zabrudzić butów od Johna Lobba. Podszedłem bliżej niej, zachowując jednak odpowiedni dystans.

– Naprawdę tego nie zrobisz? – Ewidentnie mnie podpuszczała.

– Czego nie zrobię, Olivio? – Jej zuchwałość wywołała we mnie irytację.

– Tego. – Ostentacyjnie wskoczyła do wody, zanurzając w niej jedynie stopy.

Co za niepoprawna dziewczyna. Podwinęła sukienkę i zaczęła brodzić w płyciźnie. Mój kutas drgnął na widok jej odkrytych nóg. Kurwa. Pragnąłem pogładzić jej gładką skórę.

– Nie rób tego, możesz upaść, a ja ci nie pomogę! – krzyknąłem, irytując się jeszcze bardziej, kiedy zaczęła wchodzić głębiej, a woda obmywała jej nagie uda.

– Nie potrzebuję pomocy, jestem samowystarczalna! – Puściła do mnie oczko i dalej sunęła przed siebie.

– Kurwa mać. – Podążałem za nią, tyle że po piaszczystym brzegu, przeklinając w duchu.

– Mówiłeś coś?

Gdy podniosłem wzrok, zobaczyłem, że wychodzi z wody, co przyjąłem z ulgą.

– Pora wracać – oświadczyłem twardo, kiedy znalazła się przy mnie. – Zniknęliśmy na dość długo. Twój ojciec może to uznać za niestosowne.

Przez chwilę na jej twarzy pojawił się zawód i chyba smutek, ale mogło mi się wydawać, bo gdy na mnie spojrzała, na jej ustach malował się uśmiech.

– Masz rację, nie będzie zadowolony z mojego zniknięcia, wracajmy.

Drogę powrotną pokonaliśmy w milczeniu. Widziałem, że Olivia chce coś powiedzieć, ale udawałem znudzonego i niezainteresowanego. Chciałem jak najszybciej opuścić ten dom, tak znajomy i tak niegdyś radosny, a teraz pozbawiony duszy. Nie sądziłem, że przebywanie w nim będzie tak bolesne. Myślałem, że wyzbyłem się wszystkich uczuć, jakie mogły stanąć mi na przeszkodzie. Myliłem się. Wróciły do mnie, wymierzając srogi policzek. Pozostawiły mały cierń, który zagłębiał się w poranionym sercu z każdą minutą coraz głębiej.

Kiedy wyszliśmy z ogrodu, Olivia w końcu się odezwała – bardzo oficjalnym tonem.

– Dziękuję za mile spędzone chwile, cieszę się, że cię poznałam. – Wyciągnęła w moim kierunku dłoń, którą obrzuciłem szybkim spojrzeniem, a następnie przeniosłem wzrok na twarz. Ująłem dłoń dziewczyny w swoją, pochyliłem się, po czym, omijając usta, delikatnie musnąłem wargami policzek.

– Mnie również było miło, Olivio. – Odsunąłem się od niej, zerkając przelotnie na jej błyszczące usta. – Udanego przyjęcia i… powodzenia. – Ukłoniłem się, jak na dżentelmena przystało. Zrobiłem w tył zwrot i podążyłem do domu, lekceważąc zaciekawione spojrzenia pozostałych gości.

Kiedy przemierzałem salon, by opuścić wreszcie to miejsce, drogę zagrodził mi Henderson. Zacisnąłem zęby z irytacji i ofiarowałem mu napięty uśmiech.

– Wild, jak miło znów pana widzieć. – Spojrzał za moje ramię. Po wyrazie jego twarzy wiedziałem, że dostrzegł córkę, której rzucił szybkie spojrzenie. – Czy moja córka zachowała się niestosownie?

– Ależ skąd, pańska córka jest nad wyraz fascynującą, piękną i niezwykle elokwentną kobietą – powiedziałem. I to w dodatku prawdę. Łatwiej by mi było, gdyby nie posiadała żadnej z tych cech. – Niestety praca wzywa, a jak pan wie, życie właściciela firmy jest pozbawione dni wolnych. Wynikła nagła, niecierpiąca zwłoki sprawa, przez co jestem zmuszony opuścić przyjęcie. Raz jeszcze gratuluję kandydatury i życzę sukcesów. – Wyciągnąłem rękę, którą chętnie ujął, i zuchwale poklepałem go po plecach.

– A może da się pan zaprosić na partyjkę golfa? – zapytał, przytrzymując moją dłoń.

– Zobaczę, co da się zrobić – zapewniłem, choć nie zamierzałem dotrzymać obietnicy. – W razie czego skontaktuję się z panem. – Wyminąłem go i udałem się wprost do wyjścia.

Nie zwracałem uwagi na uprzejmości, powitania i próby zatrzymania mnie. Ten dom, ci ludzie, wszystko to budziło we mnie gniew. Miałem dość przebywania na tym wysypisku próżności, wśród tych wszystkich śmieci. Takie komedie przyprawiały mnie o mdłości, czułem wściekłość i zdegustowanie. Owa rzekoma elita była dla mnie niczym robactwo wdzierające się do domów, by korzystać z przywilejów, żyć w luksusie bez wysiłku i wyrzeczeń. Nadeszła pora, by wrócić do domu, wyciszyć się i przejść do zrealizowania kolejnego punktu z listy.

PUNKT
6

What Hurts the Most – Rascal Flatts


Minęły cztery dni, od kiedy poznałem Olivię. Cztery dni ciszy, ciężkiej pracy i nieustannego napięcia. Henderson przyjął moją propozycję i zgodził się odsprzedać akcje za sumę, jaką zaproponowałem. W ciągu tygodnia miałem stać się akcjonariuszem firmy, którą stworzył mój ojciec, a która została nam bezprawnie odebrana.

Podniosłem słuchawkę, żeby wezwać do siebie Margaret.

– Tak, Brianie? – Weszła do gabinetu z perłowym uśmiechem na ustach.

– Zamów bukiet orchidei i wyślij je do Olivii Henderson.

Zmierzyła mnie przenikliwym wzrokiem, nie mówiąc ani słowa.

– Dołącz do nich to. – Podałem jej wizytówkę.

Odebrała ode mnie mały kartonik. Nadal stała przed moim biurkiem, nie kwapiła się ruszyć z miejsca. Zignorowałem ją. Starałem się przeglądać papiery, ale czułem na sobie jej wzrok.

– To wszystko, Margaret. – Zerknąłem na nią spode łba.

– Nie rób tego, Brianie – zaczęła, odsuwając fotel naprzeciw mnie, żeby na nim usiąść.

– Skończyłem, Margaret, i nie prosiłem, byś usiadła. Zabierz się do pracy. – Mój ton był srogi i nieustępliwy.

– Będziesz tego żałował, mój chłopcze. – Nie dało się nie usłyszeć urazy i złości, które wypełniły jej głos. Wiedziała jednak, że kiedyś moje słowa się ziszczą, a rodzina, która pozbawiła mnie wszystkiego, zapłaci za to z nawiązką, dlatego nie powinna próbować przekonać mnie do zmiany zdania.

– Możliwe – przytaknąłem, niezrażony, i znowu skupiłem się na leżącej przede mną umowie.

Margaret pomaszerowała do drzwi i opuszczając gabinet, wymownie nimi trzasnęła. Po jej wyjściu wyciągnąłem z kieszeni telefon i wybrałem numer do brata. Raczył odebrać po kilku sygnałach.

– Aston, tu Brian, spotkaj się ze mną jutro o osiemnastej w moim biurze. Chciałbym z tobą porozmawiać o czymś bardzo ważnym.

– Wiem, kim jesteś, nie musisz mnie informować. O co chodzi? Nie możesz mi tego powiedzieć przez telefon?

Nie umknęła mi pogarda, z którą wypowiedział te słowa.

– Nie. Jutro, osiemnasta. I proszę, nie spóźnij się. Przemyślałem kilka spraw i chciałbym cię o czymś powiadomić. Jeśli nie dotrzesz, źle się to dla ciebie skończy – zagroziłem, wiedząc, że to jedyny sposób, by nagiąć go do mojej woli.

– A co zrobisz? Ponownie mnie zostawisz, Brian? – zadrwił. Sprawił mi ból, jak za każdym razem, gdy wypływała kwestia mojego wyjazdu do Anglii. Nie mógł mi tego wybaczyć i nie omieszkał przypominać o tym na każdym kroku.

– Wiesz, że nie zrobiłem tego dla przyjemności, Aston. – Starałem się ukryć emocje, które we mnie rozbudził. – To była najcięższa decyzja w moim życiu. Tyle razy ci mówiłem…

– Tak, tak – przerwał mi. – Musiałeś się poświęcić dla naszego dobra, bla, bla, bla. Zachowaj te bzdury dla kogoś innego. Będę jutro, na razie. – Rozłączył się.

– Gówniarz – warknąłem, uderzając pięścią w blat. Znienawidziła mnie jedyna osoba, na której mi zależało i dla której wszystko poświęciłem. Jaki to miało sens?

Odsunąłem się od biurka i wyjąłem z szuflady paczkę papierosów oraz zapalniczkę. Odpaliłem jednego i głęboko się zaciągnąłem. Nie jestem nałogowcem od kilku lat. Były jednak sytuacje, kiedy sięgałem po papierosy. Zazwyczaj działo się tak po rozmowie z moim bratem, bo nikt i nic nie wzbudzało we mnie takich emocji jak on. Tylko na nim mi zależało i tylko on potrafił wyprowadzić mnie z równowagi w zaledwie kilka sekund od rozpoczęcia rozmowy. Położyłem się na kanapie i zaciągnąłem dymem, rozmyślając o tym, czy warto było się tak poświęcać, czy w imię zemsty warto było stracić rodzinę.

Prawda była taka, że gdyby nie Henderson, miałbym ją, a nawet więcej. Miałbym ojca, matkę, brata i godne życie. Byłbym otoczony ogromem miłości i troski. Czułbym, że znajduję się w odpowiednim miejscu. Cieszyłbym się tym, co otrzymała od życia Olivia, a nie pragnąłbym tego zniszczyć. Kto wie? Może bylibyśmy nawet przyjaciółmi. Zamiast tego dam jej to samo, co sam otrzymałem, czyli rozpacz i nieustający ból.

Olivia

Brian Wild siedział w mojej głowie od dnia przyjęcia. Choć nie powinnam, ciekawość wzięła górę i dowiedziałam się na jego temat wszystkiego. A raczej tego, co było dostępne w internecie, czyli niewiele. Ten intrygujący, nieco dziwaczny mężczyzna o oczach barwy chabra i kruczoczarnych włosach nieustannie zajmował moje myśli. Przypominał mi greckiego boga wojny. Już w pierwszej chwili, kiedy go zobaczyłam, pomyślałam, że jest idealnym ucieleśnieniem Aresa, jednej z moich ulubionych postaci w mitologii. A z każdą minutą spędzoną w jego towarzystwie utwierdzałam się w tym przekonaniu. Brian Wild był wojownikiem. Być może miał swoją Afrodytę, która czekała na potajemne spotkanie z ukochanym, ale to nie znaczyło, że nie mogłam o nim fantazjować. Powinnam wyrzucić go z głowy, bo inaczej pewnie skończę w zakładzie dla umysłowo chorych, jednak nie potrafiłam.

 

Od naszego spotkania minęło kilka ciężkich i wyjątkowo długich dni. Szczerze powiedziawszy, miałam cichą nadzieję, że zechce zobaczyć się ze mną w nieco intymniejszym miejscu. Ale tak się nie stało. Nie mogłam zrozumieć, dlaczego tak bardzo mnie do niego ciągnęło. Byłam już niejednokrotnie zauroczona, urzeczona jakimś mężczyzną, ale z nim sprawa wyglądała zupełnie inaczej. On hipnotyzował, pochłaniał, działał jak narkotyk, którego zawsze będziesz chcieć więcej, jeśli choć raz spróbujesz. Gdzieś głęboko wewnątrz czułam, że powinnam raczej od niego uciekać niż tęsknić za czymś, co tak naprawdę nie istniało. Wild był jak wampir, który roztaczał urok, wabiąc niczego niepodejrzewające kobiety, by wyssać z nich życie. Przyciągał ofiarę pięknem i tajemniczością. Bywał czasem werbalnie agresywny, jego ciało napinało się w akcie obrony, a oczy stawały się ciemniejsze i mroczne. Było w tym mężczyźnie coś, co chciałam rozszyfrować. Stał się moją maleńką obsesją. Układanką, której nie umiałam złożyć.

Kilka razy przyłapałam się na tym, że pochłaniam go wzrokiem. Usiłowałam zachować ostrożność, by nie ulec jego czarowi i nie wyjść na gówniarę, która wzdycha i trzepocze rzęsami na widok przystojnego mężczyzny. Widać było, że wie, czego chce, i po prostu to bierze, a skoro nie chciał niczego ode mnie, to zapewne nie byłam tym, czego pragnął.

Poderwałam się ze swojego przesadnie dużego łóżka, pokrytego nadmiarem białych i pudrowo-różowych poduszek. Cały mój pokój był w tej kolorystyce. Nienawidziłam go całym sercem, ale dla świętego spokoju przyklasnęłam projektantce wnętrz, którą zatrudnili rodzice.

Kiedy przebywałam w domu, byłam zmuszona do zakładania rzeczy, które sprawiały, że czułam się tak sztuczna jak lalka leżąca na parapecie mojego okna – powiększona wersja Barbie, w białej jedwabnej sukni i eleganckim koku. Dostałam ją od ojca na piąte urodziny. Wrócił wtedy z jednego ze swoich wyjazdów, śmierdział tytoniem i tanimi perfumami. Wszedł, dzierżąc w dłoniach pokaźny pakunek, który krył tę paskudną lalkę. Ciągle wyglądała jak nowa – nie dlatego, że tak o nią dbałam, tylko dlatego, że się nią nie bawiłam. Była wstrętna jak człowiek, który mi ją podarował. Pamiętam do dziś, że wolałam wspinać się na drzewa, walczyć na miecze z gałęzi i zabijać wyimaginowanych wrogów niżeli pijać herbatki z Chimerą. Tak, dokładnie. Dałam jej imię po hybrydzie, która wydawała mi się wtedy wyjątkowo odpychająca i obrzydliwa.

Podeszłam do okna i usiadłam na brzegu parapetu. Wlepiłam tęskne spojrzenie w krajobraz miasta rysujący się za murami domu, w którym przyszło mi mieszkać. Ten dom od zawsze traktowałam bardziej jak więzienie, nigdy nie czułam się tu dobrze. Nie wiem, czym to było spowodowane, ale miałam wrażenie, że nie jest mój, że jestem w nim intruzem. Często czułam, jakby nie chciał nas tutaj. Nie mogłam sypiać, bałam się chodzić sama po korytarzach, nawet z toalety korzystałam zawsze w czyjejś obecności. Nie lubiłam go jako dziecko i to jedna z rzeczy, jaka się do tej pory nie zmieniła.

Z rozmyślania wyrwało mnie pukanie do drzwi. Wstałam, poprawiłam sztywną, cholernie niewygodną sukienkę i wpatrzyłam się w białe drzwi.

– Proszę – powiedziałam cicho.

Po chwili do pokoju wszedł Steven, nasz kamerdyner. Zasłaniał go największy i zarazem najcudowniejszy bukiet orchidei, jaki kiedykolwiek widziałam.

– Przed chwilą to dostarczono, panienko Livvie. Chyba ma panienka adoratora. – Zza bukietu wychyliła się przyjazna twarz.

Doskoczyłam do kwiatów i ujęłam między palce jeden ze śnieżnobiałych płatków. Był zachwycająco piękny i delikatny. Wielki uśmiech rozciągnął moje usta, a w sercu zakiełkowało ziarno szczęścia, choć nie wiedziałam, kto przysłał mi bukiet.

– Postaw je, proszę, na stoliku – zwróciłam się do Stevena. – Och, spójrz, jest bilecik! – Rozentuzjazmowana, wyciągnęłam spomiędzy łodyżek małą czerwoną kopertę. Otworzyłam ją szybko i wyjęłam z środka elegancki papier, fakturą przypominający płótno.

Środa, 16.00. Załóż coś wygodnego.
B.

Gapiłam się w lekko pochyłe, starannie wykaligrafowane litery, czując, jak uśmiech znowu zakwita na moich ustach.

– Panienka się uśmiecha, to dobrze – stwierdził z zadowoleniem kamerdyner.

Podniosłam wzrok i złowiłam jego spojrzenie.

– Sądzę, że dopiero będzie dobrze – odparłam, pochylając się nad kwiatami i wciągając w nozdrza ich słodki zapach.

Brian

Cały dzień był napięty, a mój podły humor dawał się we znaki wszystkim w moim otoczeniu. Transakcje i spotkania przebiegały pomyślnie, być może dlatego, że nikt nie miał ochoty się wychylać – ze strachu, że jego głowa spadnie z karku z wielkim hukiem. Czekałem w swoim gabinecie na Astona, rozmyślając o wszystkim, co zamierzałem mu wyznać. Nadszedł czas, by wybrał swoją dalszą drogę. Uniosłem rękę, żeby zerknąć na zegarek i zacisnąłem mocno usta, kiedy zobaczyłem, że jest już pięć minut po osiemnastej. Spóźniał się. Smarkacz robił to celowo, jak zwykle wszelkimi sposobami usiłując wyprowadzić mnie z równowagi. Ale to działało na jego niekorzyść, o czym powinien doskonale wiedzieć.

Piętnaście minut później drzwi gabinetu się otworzyły i stanął w nich mój niesforny braciszek. Trzymał papierosa między palcami, uśmiechając się do mnie krzywo. Miał długie, sterczące we wszystkich kierunkach włosy i okrągły srebrny kolczyk w dolnej wardze. Nienawidziłem tych pieprzonych ozdób bardziej niż niechlujnego stylu ubierania się Astona i masywnych wojskowych butów, jakie miał w zwyczaju nosić. Wyglądał w tym jak wyrzutek społeczny.

– Spóźniłeś się! – warknąłem, wstając ze złością z fotela.

– No i? Co mi zrobisz? Zbijesz mnie, braciszku? – Szyderczy śmiech opuścił jego usta. Rzucił zapalonego peta na podłogę i przygniótł go buciorem.

Zmierzyłem go powoli wzrokiem, zaciskając pięści tak mocno, że poczułem, jak boleśnie napina się skóra na moich dłoniach.

– Podnieś to! – Z całych sił starałem się nim nie potrząsnąć.

Popatrzył na mnie tym swoim zamulonym przez narkotyki wzrokiem i kącik jego ust drgnął w kpiącym uśmiechu.

– Sam podnieś – zadrwił, ruszając w stronę kanapy.

Oderwałem raptownie stopy od podłogi, by po sekundzie znaleźć się przy nim. Chwyciłem go za przód koszulki i przyciągnąłem mocno do miejsca, gdzie leżał niedopałek.

– Podnoś!

Jego usta uformowały się w cienką kreskę. Kipiał gniewem, ale pochylił się i zgarnął niedopałek, po czym wrzucił go do stojącego obok kosza.

– Masz okres? Czy za mało dziś zarobiłeś? – Wsunął dłonie do kieszeni spodni, obdarzając mnie pogardliwym spojrzeniem.

Zbyłem jego sarkastyczny komentarz milczeniem i wróciłem do biurka.

– Siadaj, mam ci kilka rzeczy do powiedzenia. – Zgarnąłem z blatu plik dokumentów. – Siadaj – powtórzyłem z naciskiem, widząc, że nadal stoi w miejscu.

– Chyba mnie z kimś pomyliłeś. Nie jestem ani twoim sługusem, ani psem, którego tresujesz – odparował.

Minęło ledwie kilka minut, odkąd się tu pojawił, a ja już miałem go serdecznie dość.

– Aston, nie mam czasu na bzdurne grzeczności. Po prostu rusz swój chudy tyłek i siadaj, póki mam jeszcze cierpliwość.

– Postoję, dopóki nie poprosisz mnie o to, bym usiadł. – Szedł w zaparte, ale trochę spuścił z tonu. – Może ty zapomniałeś, jak traktuje się ludzi, ale ja nie. I powtarzam, Brian, nie jestem twoim pieprzonym psem.

– Dlaczego cały czas traktujesz mnie, jakbym był kimś gorszym? – Ledwo udało mi się ukryć ból w głosie. – Czy ja nie jestem człowiekiem, Aston? Nie zasługuję na szacunek własnego brata?

– A zasługujesz? – zapytał ironicznie, zakładając za uszy opadające na twarz włosy. – Do rzeczy, po co kazałeś mi przyjść? – Wrócił do sedna naszego spotkania, nie czekając na odpowiedź.

– Usiądź, proszę – wycedziłem przez zęby, wskazując kanapę.

Przez chwilę toczyliśmy pojedynek na spojrzenia. W końcu Aston skapitulował, podszedł do kanapy, klapnął na nią z głośnym plaskiem i oparł się nonszalancko, układając bok stopy na kolanie.

– Siedzę, tak jak sobie życzyłeś – sarknął.

Przemierzyłem kilka metrów, które nas dzieliły, i podałem mu papiery. Spocząłem po przeciwnej stronie i zarzuciwszy ramię na oparcie kanapy, czekałem na jego reakcję.