ObietnicaTekst

Autor:Ewa Pirce
Z serii: Zrodzeni z zemsty #1
0
Recenzje
Oznacz jako przeczytane
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

– Ciebie również, Brianie, będziemy zgranym duetem. – Potarł palcami brodę, jakby się nad czymś zastanawiał. – Duetem dwóch wyrzutków. – O ile to możliwe, jego uśmiech stał się jeszcze szerszy.

– Wyrzutków, którzy kiedyś pokażą tym gogusiom, na co ich stać. Czas jest naszym sprzymierzeńcem. – Odwzajemniłem uśmiech, choć mój był trochę oszczędniejszy.

– Już cię lubię, Brianie – rzucił, po czym oddalił się tam, dokąd zmierzał, nim się na siebie natknęliśmy.

– Ja cię jeszcze nie znam, ale zamierzam poznać i wtedy powiem ci, co myślę! – Zaśmiałem się i ruszyłem w kierunku szkoły.

Najwyraźniej moje zmęczenie sięgnęło zenitu, ponieważ przysnąłem, lecz jak zwykle sen w moim wypadku nie wiązał się z odpoczynkiem. Dla mnie od zawsze była to walka, nieustanna bitwa. Przewracałem się z boku na bok, kiedy moją głowę zaatakował kolejny strzępek wspomnień.

PUNKT
3

Wayfaring Stranger – Ed Sheeran


Obudziłem się nagle i poderwałem na łóżku. W dłoniach ściskałem prześcieradło i ciężko oddychałem, usiłując się uspokoić i zapanować nad chaosem w głowie.

– Pieprzone sny! – krzyknąłem, uderzając w wezgłowie łóżka.

Zerknąłem na zegarek, czerwone cyfry świeciły intensywnie, informując, że od godziny, o której codziennie wstaję, dzieli mnie jeszcze pięćdziesiąt minut. Wiedziałem, że nie zdołam ponownie zasnąć. Otarłszy z twarzy pot, opadłem na poduszkę i wbiłem wzrok w sufit. Wpatrując się w niego, usiłowałem skupić myśli na tym, co mnie dzisiaj czekało. Chciałem obmyślić plan działania.

Leżałem dopóty, dopóki ciszy nie przerwał dźwięk budzika. Szybko wstałem i zbiegłem do siłowni, by oddać się półgodzinnemu treningowi na bieżni, który pozwoli mi nabrać sił i naładuje energią na nowy dzień. Potem wylądowałem w łazience, gdzie poświęciłem dłuższą chwilę na relaks pod prysznicem. Po wszystkim zakręciłem wodę, owinąłem biodra ręcznikiem i nie tracąc czasu na osuszenie się, ruszyłem do kuchni, żeby przygotować koktajl proteinowy, od lat stanowiący moje śniadanie.

Po wypiciu koktajlu i posprzątaniu po sobie wróciłem do sypialni, gdzie chwyciłem z komody telefon i wybrałem numer.

– Scott, bądź u mnie za dwadzieścia pięć ósma – poleciłem bez żadnego wstępu, gdy osoba po drugiej stronie linii odebrała, i nie czekając na odpowiedź, przerwałem połączenie.

Następnie zaszyłem się w garderobie, by wybrać garnitur. Dziś postawiłem na grafitowy, do tego popielata koszula i czarny krawat. Kiedy byłem gotów, ponownie zszedłem do kuchni. Czekała tam na mnie filiżanka mocnej czarnej kawy, przyszykowana przez panią Mirror, moją gosposię, która przychodziła pięć razy w tygodniu i każdego dnia przygotowywała dla mnie kawę, bym mógł się nią raczyć podczas piętnastominutowego studiowania prasy na skąpanym w promieniach słonecznych tarasie.

– Może zdąży pan coś zjeść, panie Wild? Kupiłam po drodze świeżutkie croissanty. Są jeszcze ciepłe – zaproponowała, wskazując talerz pełen pachnących rogali ze złotą skórką, który właśnie przede mną postawiła.

– Dziękuję, pani Mirror, ale muszę odmówić. Na mnie już pora.

Złożyłem gazetę i rzuciłem ją na stół. Wstałem, dopiłem szybko kawę i podawszy gosposi pustą filiżankę, zapiąłem guzik marynarki.

– Do widzenia, życzę spokojnego dnia. – Złapałem za aktówkę i nie czekając na odpowiedź, ruszyłem do wyjścia.

***

Dzień upłynął mi niezwykle szybko. Uczestniczyłem w kilku spotkaniach biznesowych, nawiązałem nową współpracę i odbyłem rozmowy z kandydatami na prawników. Wybór padł na absolwenta Yale, energicznego, pełnego pasji i woli walki trzydziestoletniego Jonathana Cassa. Właśnie kogoś takiego potrzebowałem do bitwy, jaką zamierzałem stoczyć z Hendersonem. Fakt, że patrzył na mnie z radością i niedowierzaniem, sprawił, że wydał mi się jeszcze lepszą osobą do roli mojej prawej ręki, a zarazem szpiega. Wszak wiadomo, że łatwiej sterować kimś, kto jest w ciebie wpatrzony i podziwia cię za to, co osiągnąłeś.

Po pracy postanowiłem wpaść do baru. Potrzebowałem chwili dla siebie, relaksu przed tym, co czeka mnie jutro. Bo właśnie jutro zamierzałem zacząć wcielać w życie swój plan. Jutro nastąpi początek końca klanu Hendersonów, a na pierwszy ogień pójdzie najmłodsza z ich rodu.

– Przyjedź po mnie za dwie godziny – powiedziałem do swojego szofera, zanim wysiadłem z limuzyny, i udałem się do Marqee, jednego z najbardziej prestiżowych klubów nocnych w Midtown. Byłem jego członkiem już od jakiegoś czasu i zdarzało mi się go odwiedzać, kiedy naszła mnie ochota.

– Panie Wild. – Ochroniarz podniósł linę, by wpuścić mnie do środka.

Kilka dziewczyn krzyczało za mną, bym zabrał je ze sobą, ale zignorowałem to i przestąpiłem próg budynku. Umiarkowanie głośna muzyka oraz wypełniona ludźmi sala przywitały mnie zaraz po zejściu do lochów.

– Witaj, Jackson – rzuciłem do barmana. – Podaj mi brandy, lekko schłodzoną, ale bez lodu.

– Już się robi, panie Wild.

Natychmiast się odwrócił i zabrał do przyrządzania mojego drinka.

Zdjąłem marynarkę i położyłem ją na wolnym hokerze stojącym tuż obok. Podwinąłem rękawy jasnoszarej koszuli, po czym oparłem przedramiona o krawędź blatu.

– Proszę bardzo. – Jackson postawił przede mną szklankę z bursztynowym płynem. – Czy mogę panu podać coś jeszcze?

– Na razie dziękuję. – Skinąłem głową, a następnie odwróciłem się z drinkiem w dłoni. Zacząłem lustrować wzrokiem salę, szukając kobiety, która będzie miała szczęście i zazna zaszczytu obciągnięcia mi dzisiejszej nocy.

Zauważyło mnie kilka dziewczyn z grupy tańczącej nieopodal mojego miejsca. Ich zachowanie i mowa ciała sugerowały, że były chętne mi służyć. Jednakże żadna nie sprostała moim fizycznym wymaganiom. Wśród nich królowała sztuczność. Skąpo odziane ciała, usta i piersi wypełnione silikonem, tlenione włosy i sztuczne paznokcie. Kto, kurwa, w ogóle chce czegoś takiego dotykać? Nie różnią się niczym od dmuchanych lalek, które można kupić w każdym sex-shopie.

Wychyliłem do końca swoją brandy i jednocześnie uniosłem dłoń, gestem prosząc o dolewkę.

– Podwójna – rzuciłem, kiedy Jackson podszedł z butelką.

Postawiłem przed nim szkło. Napełnił je alkoholem, a następnie zwrócił się do osoby, która właśnie podeszła do baru.

– Burbon bez lodu, podwójny – moje uszy wypełnił naznaczony subtelnością głos.

Zerknąłem w kierunku, z którego dochodził, i uniosłem w zdziwieniu brwi, widząc sięgającą po szklankę drobną postać. Z zainteresowaniem patrzyłem, jak ją przechyla, wlewając w siebie złocisty płyn.

– Imponujące – szepnąłem do siebie, popijając swojego drinka.

Dziewczyna musiała wyczuć moje spojrzenie, ponieważ zwróciła ku mnie głowę. Po ruchach jej ciała było widać, że jest skrępowana tym, że ktoś ją obserwuje. Rude, wyglądające na sztuczne loki spływały jej na ramiona, niewielkie piersi kryły się pod bladoróżowym sweterkiem, a dopasowane dżinsy opinały kuszące ciało.

Uśmiechnąłem się do niej i unosząc delikatnie szklankę z alkoholem, opróżniłem ją do dna. Zmierzyła mnie wzrokiem, po czym odwróciła się, by powiedzieć coś do Jacksona, na tyle jednak cicho, że nie byłem w stanie zrozumieć słów. Do rudej podbiegły dwie dziewczyny, które zupełnie nie pasowały do niej wyglądem. Po designerskich ciuchach wywnioskowałem, że były zamożniejsze, co rzucało się w oczy, ona natomiast wyglądała całkiem przeciętnie oraz zadziwiająco skromnie.

Kiedy barman postawił ich zamówienie na blacie, zgarnęły szybko alkohol i wmieszały się w podrygującą na parkiecie grupę. Jeszcze przez kilka chwil wlepiałem wzrok w miejsce, gdzie zniknęła dziewczyna, która swoją zwyczajnością skupiła na sobie moją uwagę.

– Panie Wild? – zagadał do mnie Jackson.

Spojrzałem na niego, a ten przesunął w moim kierunku szklankę. Uniosłem pytająco brew.

– Od rudzielca w dżinsach – uprzedził moje pytanie.

Przez chwilę się wahałem, ale ostatecznie pochwyciłem szklankę i przytrzymałem ją chwilę w dłoni, pozwalając bursztynowemu płynowi nieco się ogrzać. Upiłem odrobinę, rozkoszując się uczuciem palenia w gardle.

Nagle wstałem, czym zaskoczyłem sam siebie. Zabrałem marynarkę i wprawiłem nogi w ruch. Brnąłem przed siebie, przebijając się przez tłum spoconych ciał. Kilka razy próbowano mnie zatrzymać, wciągnąć w gorący taniec zmysłów, jednak moje myśli skupiały się tylko na tym, by odnaleźć dziewczynę.

Dostrzegłem ją wśród licznej grupy kobiet i mężczyzn. Musiała poczuć na sobie mój wzrok, ponieważ jej oczy powędrowały w moją stronę i natychmiast rozszerzyły się w zdziwieniu. Uniosłem ku niej szklankę i wziąłem porządny łyk alkoholu.

– O mój Boże! Przyszedłeś po mnie? Powiedz, że tak! – pisnęła siedząca naprzeciw rudej brunetka.

Uśmiechnąłem się połowicznie i podszedłem do nich.

– Dziękuję za drinka – odezwałem się do rudej, stawiając pustą już szklankę na stoliku. – Mógłbym się jakoś odwdzięczyć?

– Tak, spadając stąd, dziadku. – Obejmujący ją ramieniem brunet zarechotał. Dziewczyna wydawała się zawstydzona.

Zmroziłem go spojrzeniem i ignorując jego słowa, wyciągnąłem dłoń do rudej. Ta po chwili wahania uścisnęła ją, a kiedy najmniej się tego spodziewała, przyciągnąłem dziewczynę do siebie, chwyciłem jej twarz w dłonie i pocałowałem tak żarliwie, z taką żądzą, jakiej już od dawna nie doświadczyłem. Czułem, jak jej ciało mięknie pod wpływem pocałunku, co jeszcze bardziej mnie nakręcało. Początkowe zdziwienie oraz brak reakcji z jej strony sprawiły, że mocniej naparłem na jej wargi. W końcu oddała mi pocałunek z równą pasją.

Kiedy oderwałem od niej usta i spojrzałem w wielkie brązowe oczy, poczułem gdzieś głęboko wewnątrz ukłucie. Odsunąłem się natychmiast, przerażony czymś, co wydało mi się kompletnie obce. Zerknąłem przelotnie na chłopaka, któremu ze złości i poniżenia, jakie mu zafundowałem, zaczęła na czole wściekle pulsować żyła, a białka oczu rozbłysnęły w półmroku klubu.

 

– Ucz się od starszych, dzieciaku, i zmień pieluchę, którą, jak sądzę, właśnie zmoczyłeś – zadrwiłem, posyłając mu szelmowski uśmiech. – Twoja dziewczyna smakuje obłędnie – dodałem, oblizując nabrzmiałe od pocałunku usta. – Drogie panie, życzę miłego wieczoru. – Ukłoniłem się przesadnie nisko, po czym ruszyłem w kierunku wyjścia.

PUNKT
4

Already Gone – Sleeping At Last


Ze snu wyrwał mnie ostry dźwięk budzika. Kiedy powoli się podniosłem, żeby go wyłączyć, usłyszałem cichy jęk. Co jest, do kurwy?! Odwróciłem się i moje zdziwione spojrzenie spoczęło na leżącej obok nagiej brunetce.

– Nie, no proszę, tylko nie to. – Złapałem się za pulsującą i wyjątkowo ociężałą głowę. Zamknąłem oczy, by choć trochę uśmierzyć ból. Wróciłem myślami do wczorajszego wieczoru, żeby przypomnieć sobie, jak się potoczył.

Po wyjściu z klubu postanowiłem odwiedzić kolejny, a potem jeszcze jeden bar. Pamiętam nierealnie długie nogi jakiejś dziewczyny, która tak długo kusiła mnie kocimi ruchami, aż uległem. Zaciągnąłem ją do swojego samochodu, gdzie zafundowała mi niezłe obciąganie, a potem ją zerżnąłem. Ale dlaczego teraz leżała obok mnie, do cholery? Przecież to miał być jedynie szybki numerek. Co ta dziewczyna robiła w moim pieprzonym łóżku?! Zaraz… Moment… Poprawka. Przekręciłem się na plecy i – skonfundowany – rozejrzałem się po pomieszczeniu. Dlaczego leżeliśmy w pieprzonym pokoju gościnnym?! Dobrze chociaż, że nie byłem na tyle pijany, aby zabrać ją do sypialni. Lecz jakim cudem znalazł się tutaj mój budzik?!

– Hej, ty… – Chwyciwszy ją za ramię, poruszyłem wiotkim ciałem.

– Dzień dobry, skarbie – wymruczała zachrypniętym od snu głosem, obracając się w moją stronę. Jeszcze dobrze nie otworzyła oczu, a już flirtowała. – Masz ochotę na poranną gimnastykę?

Jęknęła, sięgając dłonią do mojego krocza.

– Wypad. – Odtrąciłem jej rękę i opadłem na poduszki.

– Co jest? – Na jej twarzy odmalowało się niedowierzanie. – Czy zrobiłam coś nie tak? – Podciągnęła się do pozycji siedzącej, co sprawiło, że jej wielkie, ale naturalne piersi ujrzały światło dzienne.

I tak oto poznałem powód mojego wczorajszego zainteresowania nią.

– Nie mam ani czasu, ani ochoty na przekomarzanie się z tobą, więc rusz swój zgrabny tyłek i ulotnij się najszybciej, jak potrafisz. Tym sprawisz mi największą radość. – Zasłoniłem oczy przedramieniem, żeby nie musieć dłużej na nią patrzeć.

– A może mógłbyś być trochę milszy, co? Powinieneś okazać mi choćby odrobinę szacunku i pozwolić zostać przynajmniej do śniadania.

Albo była dobrą aktorką, albo w jej głosie rzeczywiście słychać było, że poczuła się dotknięta.

Nie przejąłem się tym jednak, tylko prychnąłem na tyle głośno, by nie umknęło to jej uwadze. Jeżeli laska nie szanuje sama siebie, nie może liczyć na szacunek ze strony faceta, zwłaszcza obcego, który kilka godzin temu spuścił się w jej ustach.

– Wczorajsza noc była dość wyczerpująca. Może byś ją pamiętał, gdyby nie ogromna ilość alkoholu, jaką w siebie wlałeś – ciągnęła dalej nieznajoma, jakby nie dotarły do niej moje wcześniejsze słowa. – Prawdziwy facet miałby na tyle godności, żeby nakarmić dziewczynę, którą przeleciał w każdy możliwy sposób. Przez większość nocy…

– W takim razie nie jestem prawdziwym facetem i nie mam godności – przerwałem jej. – Koniec dyskusji, zabieraj tyłek i spieprzaj albo za chwilę ktoś ci w tym pomoże – zagroziłem, wyskakując z łóżka. Nie kłopotałem się zakładaniem bokserek, tylko ruszyłem do łazienki w stroju Adama.

Odkręciłem wodę pod prysznicem i podszedłem do szafki, żeby poszukać czegoś, co zmniejszyłoby ten cholerny ból głowy. W końcu dokopałem się do opakowania advilu i od razu zaaplikowałem sobie dwie tabletki. Wszedłem pod strumień zimnej wody, próbując w ten sposób pozbyć się resztek snu i ochłodzić zmaltretowane zbyt dużą ilością alkoholu ciało. Lubiłem od czasu do czasu napić się czegoś mocniejszego, ale wczorajszego wieczoru zdecydowanie przesadziłem. Stałem pod wodą przez kilka minut, trzęsąc się z zimna, ale to była moja kara za niezatrzymanie się w odpowiednim momencie, za przekroczenie granicy, której starałem się nigdy nie przekraczać. Nie lubiłem tracić kontroli. Nie mogłem pozwalać sobie na jej brak w jakimkolwiek aspekcie życia. Najgorsze były luki w pamięci. Na szczęście miałem w domu zamontowany monitoring. Byłem spokojniejszy, wiedząc, że będę mógł przejrzeć zapis, aby sprawdzić, czy nie posunąłem się za daleko albo czy nie zrobiła tego ta dziwka, którą ze sobą przyprowadziłem.

Zakręciłem kurek i wyszedłem spod prysznica, owijając biodra ręcznikiem. Poszedłem na dół z zamiarem zaczerpnięcia świeżego powietrza. Przeważnie, gdy dopadał mnie kac, biegałam lub ćwiczyłem na siłowni, ale dziś nie miałem na to wystarczająco chęci. Zdecydowałem, że nadrobię, kiedy poczuję się lepiej. Najpierw poszedłem do kuchni, gdzie z lodówki wyjąłem składniki potrzebne do przygotowania mojego codziennego koktajlu. Wiedziałem, że dzięki niemu nabiorę więcej wigoru, a także oczyszczę organizm z toksyn alkoholowych, które wciąż krążyły w moim ciele. Zgarnąłem szklankę z zielonym płynem i przeszedłem do gabinetu. Usiadłem w fotelu i włączyłem laptopa, chcąc sprawdzić wczorajsze taśmy.

Seks był wulgarny i wyuzdany. Kręcą mnie kobiety, które nie boją się ostrej zabawy, a ta do takich właśnie należała. Pieprzyłem ją mocno i bez zahamowań, za co odwdzięczała mi się spektakularną laską.

– Co, do cholery? – wyrzuciłem z siebie, przesuwając nagranie.

W pewnym momencie dziewczyna pochyliła się nade mną, żeby upewnić się, czy śpię. Kiedy uznała, że nie stanowię zagrożenia, wyszła z łóżka, lekko się zataczając. Ukucnęła przy moich leżących na podłodze spodniach i zaczęła przeszukiwać kieszenie.

– A to suka…

Wyciągnęła portfel, rzucając szybkie spojrzenie w kierunku łóżka. Powoli wysunęła z kieszonki kilka banknotów o wysokich nominałach, po czym uśmiechając się zwycięsko, podpełzła na czworakach do swojej torebki, w której schowała pieniądze, a następnie wyciągnęła telefon. Wróciła do łóżka i zrobiła mi kilka zdjęć. Zakląłem ze złością, zaciskając pięści tak mocno, że aż zbielały mi knykcie.

– Pieprzona dziwka.

Czułem wściekłość, widząc, jak z zadowoleniem uwiecznia moją nagą postać na zdjęciach.

Zerwałem się z fotela i pobiegłem do pokoju, w którym spędziłem ostatnią noc. Był pusty.

– Szlag! – wrzasnąłem, uderzając pięścią w dębowe drzwi. Wróciłem do gabinetu i od razu wybrałem numer do swojego nowego adwokata.

– Dzień dobry, panie… – zaczął, ale nie dałem mu skończyć.

– Masz szansę się wykazać – oznajmiłem. – Podeślę ci nagranie. Znajdź kobietę, która się na nim znajduje. Chcę wiedzieć o niej wszystko! Nie obchodzi mnie, kurwa, jak to zrobisz i kogo do tego zatrudnisz, ale mam mieć informacje o niej do godziny dwunastej, rozumiesz?

– Tak, proszę pana, czekam na film – odpowiedział szybko.

Odłożyłem słuchawkę, wpatrując się w obraz na monitorze. To skutki utraty kontroli, pomyślałem, kopiąc ze złością w krzesło.

Rozległo się delikatne pukanie do drzwi.

– Czego?! – warknąłem.

Drzwi uchyliły się i stanęła w nich pani Mirror.

– Panie Wild, przygotowałam dla pana kawę. Wypije pan tutaj czy na tarasie?

– Proszę ją zabrać i wezwać Scotta. Ma dziesięć minut, żeby przywlec tu swoją dupę i czekać przed domem, póki nie wyjdę – burknąłem, zaciskając i rozluźniając pięści.

– Czyli nie będzie pan pił kawy?

Moja irytacja sięgnęła zenitu. Podszedłem do niej, wyrwałem jej filiżankę z dłoni i cisnąłem za siebie. Porcelana uderzyła o ziemię, roztrzaskując się w drobny mak, a jej kawałki brodziły w ciemnobrązowej kałuży.

– Nie! Nie będę pił tej pieprzonej kawy!

Wyminąłem pośpiesznie kobietę, zmierzając do sypialni. Musiałem szybko się ubrać i wyjść.

Dziś po pracy zamierzałem rozpocząć operację: Zniszczyć Thomasa Hendersona. Moja frustracja rosła z każdą minutą. Nie mogłem pozwolić, aby jakaś dziwka mi w tym przeszkodziła. Musiałem mieć czysty umysł, nie mogłem być zdekoncentrowany. Wszystko, co zaplanowałem, musiało się udać, inaczej całe moje życie okazałoby się jednym wielkim niepowodzeniem. Że też, kurwa, sprowadziłemwczoraj do domu, złajałem w myślach sam siebie.

Nigdy więcej nie spożyję takiej ilości alkoholu. Wszystko przez rudą, która siedziała mi się ciągle w głowie. To przez nią, to ona sprawiła, że coś poczułem. Coś, co było dla mnie obce i przerażające. Dlatego chciałem się upić, wymazać jej obraz z umysłu i smak jej ust z języka.

Założyłem ciemnografitowy garnitur i koszulę w barwie stali. Drugi komplet spakowałem do pokrowca i zarzuciłem go sobie na ramię. Dziś odbywało się wyczekiwane przeze mnie przyjęcie. Nie zamierzałem wracać do domu, żeby się przebrać. Wszystko, czego potrzebowałem, miałem w gabinecie. Dojazd do mieszkania, a potem z mieszkania na przyjęcie zająłby mi zbyt wiele czasu. Nie lubiłem marnować żadnej minuty w swoim życiu, mój czas był na wagę złota.

Kiedy wyszedłem na zewnątrz, Scott akurat parkował przed moim domem. Lubiłem go, zdecydowanie umiał szanować czas. Dziś będzie lepiej, jeśli nikt nie stanie mi na drodze i mnie nie rozdrażni, bo źle się to dla niego skończy. Podszedłem i umościłem się w limuzynie, witając się niezrozumiałym mruknięciem. Scott wiedział, że gdy jestem w tak podłym nastroju, nie należy nic do mnie mówić, dlatego milczał niewzruszenie.

W drodze do firmy przejrzałem pocztę i odpowiedziałem na najpilniejsze wiadomości. Kiedy dotarliśmy pod budynek, wysiadłem z samochodu, nie czekając na to, aż kierowca otworzy mi drzwi, i od razu pomaszerowałem do biura.

PUNKT
5

Photograph – Ed Sheeran


Kiedy wjeżdżałem na posesję Hendersonów na Long Island, buzowała we mnie mieszanka najrozmaitszych uczuć. Starałem się odizolować je od umysłu, ponieważ nie chciałem, by wpłynęły na moje zachowanie, burząc układany latami misterny plan. Zatrzymałem się u szczytu schodów prowadzących do domu. Nie gasząc silnika, wysiadłem z auta i ogarnąłem wzrokiem olbrzymi granitowy budynek z białymi okiennicami. Z zaskoczeniem stwierdziłem, że niemal wszystko jest takie samo jak wtedy, gdy tu mieszkałem. Róże mamy, pnące się po drewnianych kratach, co prawda, znacznie wyższe i gęstsze niż kiedyś, po dziś dzień ozdabiały zewnętrzne mury posiadłości. Rzeczny żwir pod stopami, który służył mi jako naboje do procy, przywoływał miłe wspomnienia. Poza drzewami i krzewami – teraz potężniejszymi i bujniejszymi – oraz idealnie przystrzyżonymi trawnikami, na których strach było stanąć w obawie, że pozostaną ślady, tak naprawdę nie zmieniło się nic.

– Zajmę się pańskim samochodem – przerwał mi kontemplację parkingowy. Skinąłem głową i ruszyłem ku schodom.

Zaraz po przekroczeniu progu przywitał mnie stary kamerdyner. Ukłonił się dostojnie, zatrzymując na mnie przez kilka sekund wzrok. To nieco zbiło mnie z tropu, choć na zewnątrz utrzymywałem maskę obojętności i surowości. Poznał mnie? Nie. Nie po tylu latach.

– Szampana? – zaproponował, nie odrywając spojrzenia od mojej twarzy.

– Dziękuję – odparłem oschle i podążyłem do ogromnego salonu, który stanowił centrum imprezy.

Rozejrzałem się po wnętrzu. Czułem nostalgię, widząc część mebli należących niegdyś do mojej rodziny. Kanapa, na której siadywaliśmy wszyscy razem w każdy niedzielny poranek, żeby oglądać maraton kreskówek Warner Brosa. Stoliki, na których ustawiałem swoje odziały żołnierzyków, żeby strzelać do nich z procy – teraz stały na nich wazony z kwiatami. Zniknęły kolekcjonowane przez matkę anioły, a śnieżny błękit ścian został zastąpiony żółtą, rażącą moje oczy farbą. Obecny wystrój był dość surowy, przez co dom nie sprawiał wrażenia przytulnego i pełnego miłości.

Pomieszczenie przystrojone było kryształowymi girlandami i żywymi różami w białym kolorze, które roztaczały słodki zapach. Na środku stała pokaźnych rozmiarów figura łabędzia z lodu, a dookoła poustawiano kieliszki z szampanem. Z oddali dochodziły dźwięki instrumentów smyczkowych, a między gośćmi kręcili się kelnerzy ubrani w biało-czarne liberie. Wszystko było piękne, wytworne i wręcz krzyczało bogactwem, ale zalatywało też takim fałszem i obłudą, że aż robiło mi się niedobrze. Niestety właśnie tak funkcjonowały wyższe sfery. Nienawidziłem tego z całego serca, ale musiałem się poświęcić dla dobra sprawy.

– Wild? No proszę, proszę. W końcu na salonach? – Zatrzymał mnie wysoki blondwłosy mężczyzna.

 

– Znamy się? – Spojrzałem na jego wyciągniętą w moim kierunku dłoń i przeniosłem wzrok na bladoniebieskie oczy, które wpatrywały się we mnie z nutą nienawiści. Nienawidziło mnie pół Nowego Jorku, więc się tym nie przejąłem.

– Michael Peters – przedstawił się. – Spotkaliśmy się kilka razy. Podkupiłeś mi teren w Ann Arbor i drukarnię w Indianapolis.

Nie odpowiedziałem, tylko zmrużyłem oczy z wymownym uśmieszkiem, po czym odszedłem, zostawiając go w osłupieniu.

Wkroczyłem majestatycznie do salonu, gdzie roiło się od ludzi w eleganckich strojach. Kobiety miały na sobie suknie od najlepszych projektantów i mnóstwo świecących kosztowności. Obwieszone jak choinki, udawały, że wiedzą, co to dobry smak i kultura. Szeptały między sobą, obgadując zgromadzonych, i chichotały w przesadny, wręcz sztuczny sposób. Z kolei ubrani w szyte na miarę garnitury mężczyźni gawędzili, uśmiechając się od ucha do ucha i popijając drogie alkohole. Zgrywali dżentelmenów czarujących kurtuazją, a w rzeczywistości byli gorsi od ulicznych robotników, pieprzących brudne dziwki na tyłach podrzędnych spelun. Oto patrzyłem na największą scenę teatralną świata.

Oglądając z obrzydzeniem ten spektakl, w którym niestety musiałem odegrać jedną z ról, przypomniałem sobie, jak niegdyś biegałem po tym salonie, udając włamywacza, strażaka albo policjanta. Uśmiechnąłem się z rozrzewnieniem na to wspomnienie, ale zaraz poczułem wściekłość, ponieważ wszystko to zostało mi odebrane. Ledwo powstrzymywałem się przed zrobieniem czegoś, czego później bym żałował. Po chwili dostrzegłem córkę Thomasa Hendersona – główny powód mojej wizyty tutaj. Musiałem przyznać, że ukochana i jedyna potomkini znienawidzonego przeze mnie człowieka – złodzieja i zabójcy – była urzekająca. Przyglądałem się jej, zaintrygowany. Wyglądała jeszcze piękniej niż na zdjęciach. Jej powierzchowność hipnotyzowała. Zielone oczy w kształcie migdałów, okolone zasłoną długich ciemnych rzęs, przeskakiwały pomiędzy gośćmi. Mały zadarty nos dawał do zrozumienia, że nie jest tak niewinna, jak by się oczekiwało, a róż policzków dodawał jej twarzy delikatności i dziewczęcości. Mój wzrok zatrzymał się chwilę dłużej na pełnych malinowych ustach, które zostały stworzone do pocałunków. Nie mogąc oderwać od niej oczu, czułem, jak moje serce przyśpiesza. Zjawiskowa, pomyślałem, sunąc wzrokiem po jej zgrabnym ciele.

Umiałem odczytywać ludzi, zawsze wychodziło mi to bezbłędnie. Dlatego wiedziałem, że panna Henderson udawała. Grzecznościowe rozmówki, przymilne uśmiechy i dygnięcia to farsa. W rzeczywistości była zła i znudzona, a to pozwoliło mi wykonać pierwszy ruch. Nogi automatycznie powiodły mnie w jej kierunku.

– Pan Wild. – Ni stąd, ni zowąd wyrósł przede mną Thomas Henderson. – Po tylu latach w końcu przyjął pan zaproszenie. – Uśmiechnął się, podając mi dłoń, którą niechętnie uścisnąłem. – Ostrożnie, młody człowieku. Palce jeszcze mi się przydają. – Zaśmiał się wymuszenie, gdy nieznacznie wzmocniłem uścisk, by tym znaczącym gestem pokazać mu, kto dzierży władzę.

– Proszę wybaczyć – odrzekłem z udawaną przykrością, kątem oka zerkając na Olivię. Wydawało mi się, że była mocno poruszona. Na każde moje spojrzenie reagowała rumieńcem na policzkach.

Po rzeczowej, ale treściwej rozmowie odbytej ze starym Hendersonem uzyskałem aprobatę zabrania dziewczyny na spacer. Gołym okiem było widać, że ojciec Olivii aż napuchł z zadowolenia, że wykazałem zainteresowanie jego pierworodną.

Ruszyłem w stronę starszej pary, która zasypywała dziewczynę pytaniami. Odbyłem z nimi kurtuazyjną pogawędkę, pokazałem, gdzie mam ludzi ich pokroju, po czym przeprosiłem i zabrałem stamtąd Olivię. Uwolnienie jej od natrętów zdawało się być przyjemne nie tylko dla mnie.

Wyszliśmy na zewnątrz. Znalezienie się z nią sam na sam było jak wciągnięcie w czarną dziurę. Mogłaby mnie pochłonąć, niwecząc ten tak skrupulatnie snuty plan. Fakt, była urocza i słodka, więc gdyby nie cel, który mi przyświecał, mógłbym poddać się jej powabowi. Jednakże nic poza realizacją planu nie wchodziło w grę. Otrząsnąłem się i wyrywałem spod jej niewątpliwego czaru. O mały włos linia dzieląca moją nienawiść do tej rodziny i sympatię do Olivii zostałaby zatarta. Ta dziewczyna miała w sobie coś, co sprawiało, że budziło się we mnie zbyt wiele niepożądanych uczuć. Uczuć, które skrzętnie skrywałem w zakamarkach serca i umysłu. Które mogły sprawić, że stałbym się słaby. Zrujnowałoby to sens każdej minuty męki, jaką przeżyłem, oraz ciężkiej pracy, jaką musiałem włożyć, by zbliżyć się do Hendersonów, a tego cholernie nie chciałem. Musiałem otoczyć się wyższym murem obojętności, aby odebrać zapłatę za każdą łzę, smutek, ból i stratę, której byli winni.

Znajdowaliśmy się wewnątrz niewielkiej altany. Trzymałem dłonie po obu stronach jej głowy, wnikliwie przyglądając się jej twarzy. Miała nieskazitelną cerę, a spojrzenie oczu głębokie niczym studnia, otoczone ciemnym lasem rzęs. Przeniosłem wzrok niżej, zatrzymując się na pełnych, kuszących ustach. Zauważyłem, że jej górna warga jest nieznacznie większa od dolnej. Przez chwilę miałem ochotę poczuć ich miękkość i smak. Słyszałem głośne bicie jej serca, które hipnotyzowało mnie miarowym i melodyjnym dźwiękiem. Klatka piersiowa dziewczyny falowała, unosząc się i opadając coraz szybciej. Promieniowało ku mnie bijące od niej ciepło, a ja traciłem zmysły.

Nasze usta dzieliły milimetry, wystarczyłby głębszy oddech któregoś z nas i połączyłyby się, zmieniając nas w złaknionych siebie nawzajem kochanków. Miałem tego świadomość, dlatego musiałem to przerwać, nim zrobiłbym coś, czego później bym żałował. Przysunąłem usta bliżej jej ucha, wdychając lawendowy zapach miękkich blond włosów. Chwyciłem ich pasmo, owijając je na palcu.

– Nie sądzę, byś była gotowa poczuć moje usta na swoich. Jest na to zdecydowanie za wcześnie. Ale może kiedyś, droga Olivio… może kiedyś… – wymruczałem, owiewając jej skórę oddechem, na co, daję słowo, zadrżała.

Zrobiłem krok do tyłu, wycofując się z jej przestrzeni osobistej. Zaskoczyła mnie, kiedy spojrzała mi w oczy i parsknęła głośnym śmiechem. Mimo zmieszania, jakie odczułem po jej zachowaniu, nie dałem tego po sobie poznać, starając się zachować kamienną twarz.

– Najmocniej przepraszam – powiedziała, uspokoiwszy się wreszcie.

– Nie do końca pojmuję twój wybuch radości, Olivio, ale przyznam, że warto było się zbłaźnić, by móc usłyszeć tę beztroskę i szczerą reakcję, jaką na moje słowa był twój śmiech. – To nie element gry, tylko szczera prawda.

– Naprawdę nie zamierzałam tego zrobić, ale może kiedyś zdołam ci wyjaśnić, co mną kierowało.

– Zatem poczekam. Zaintrygowałaś mnie, muszę przyznać. – Odwróciłem się i spocząłem na drewnianej ławeczce. Wskazałem puste miejsce obok siebie, zachęcając ją do zajęcia go.

Przez chwilę się wahała, ale ostatecznie przyjęła zaproszenie. Usiadła i zaczęła zrywać białe kwiaty, zdobiące rozłożysty krzew, który wdzierał się między deskami do wnętrza altany. Długimi palcami pieściła delikatnie listki, sprawiając, że zastanawiałem się, jak to by było poczuć na sobie jej dłonie.

– Dlaczego nie cieszy cię przyjęcie, które zostało wydane na twoją cześć? – zapytałem, żeby pozbyć się z głowy niestosownych myśli.

Obdarzyła mnie szybkim spojrzeniem, uśmiechając się smutno.

– Aż tak to widać?

– Nie sądzę, by zauważył to ktokolwiek inny. Jedną z moich nielicznych zalet jest umiejętność odczytywania ludzi.

– Nielicznych? Sądzę, że znalazłoby się ich całkiem sporo. – Zaśmiała się. Był to jednak śmiech zabarwiony rozżaleniem. – Zdaje się, że jesteś wyjątkowo skromnym człowiekiem, Wild – dodała z sarkazmem.

– Nie jestem. Wiem, jakie zalety posiadam, ale nie zmieniaj, proszę, tematu. – Przysunąłem się bliżej, odwracając się do niej przodem. – Która dziewczyna nie lubi być w centrum uwagi? Zwłaszcza w tak znamienitym towarzystwie – ciągnąłem, chcąc dowiedzieć się o niej czegoś więcej. Nie znosiłem tajemniczości, interesowały mnie tylko jasne sytuacje. Lubiłem znać człowieka lepiej niż on sam siebie. W jej przypadku coś było nie tak. Zdawała się być całkiem inna, niż wynikało z akt, które od dłuższego czasu gromadziłem na jej temat.

– Ta, która nigdy do tego świata należeć nie chciała – powiedziała z nutą złości i żalu. Nie patrzyła na mnie, tylko z zainteresowaniem przyglądała się białym płatkom, nerwowo się nimi bawiąc. – Ale nie możemy wybrać rodziny, w której się rodzimy, nie możemy wybrać drogi, którą podążamy, nie dane nam decydować, kiedy, co i jak mamy robić. Zwłaszcza gdy jest się córką mojego ojca. Zwłaszcza gdy twoje życie zostało szczegółowo zaplanowane, jeszcze zanim pojawiłeś się na świecie. – Ściągnęła usta, starając się nie pokazywać trawiących ją od wewnątrz emocji.