ObietnicaTekst

Autor:Ewa Pirce
Z serii: Zrodzeni z zemsty #1
0
Recenzje
Oznacz jako przeczytane
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

PUNKT
2

Down – Jason Walker


Obecnie

Całym moim życiem rządziła jedna myśl: zemścić się na skurwielu, który zniszczył moją rodzinę. Wreszcie nastał ten wielki moment. Coś, do czego dążyłem przez szmat czasu, miało dojść do skutku. Poświęciłem wszystko, by wreszcie móc skosztować smaku zwycięstwa, które było teraz na wyciągnięcie ręki. Lata gnębienia przez rozpuszczone, bogate dzieciaki, dla których byłem jedynie plamą na śnieżnobiałych koszulach, w końcu miały zostać wynagrodzone. Lata poniżania i płaszczenia się przed pełnymi pychy snobami tylko po to, by osiągnąć zamierzony cel – zostać jednym z nich.

Udało mi się. Byłem kimś, przed kim ludzie czuli respekt, kimś, kto stawia warunki i żąda, a nie tym, który wykonuje polecenia. Poświęciłem temu najpiękniejsze lata życia, ale się opłaciło. Za niespełna rok miałem stać się potęgą. Potęgą, która zmiecie z powierzchni ziemi tych, przez których musiałem tyle przejść, i odpłaci im ze zdwojoną siłą. Teraz nadchodzi moja era i spełni się obietnica złożona lata temu nad grobem rodziców. Po trupach do celu – to zasada, której hołduję.

– Przepraszam, że przeszkadzam, Brianie, ale jest tutaj pan Andrews. – Moment zadumy przerwał mi dochodzący z interkomu głos sekretarki.

– Dziękuję, Marg, wpuść go – odpowiedziałem, poprawiając się w fotelu.

Po chwili rozległo się pukanie i drzwi z oszronionego szkła, które oddzielały mój gabinet od reszty świata, ostrożnie się otworzyły. Stanęła w nich starsza kobieta z burzą srebrnych loków, jej twarz rozjaśniał promienny uśmiech. Zza pleców Margaret wyłoniła się chuda postać Jerry’ego Andrewsa, trzymającego w dłoniach grubą teczkę.

– Witam, panie Wild – rzekł swoim donośnym barytonem i pochyliwszy głowę przed sekretarką, wszedł do gabinetu.

Kobieta wycofała się, zostawiając nas samych. Zmierzyłem Andrewsa surowym wzrokiem, demonstracyjnie patrząc na zegarek.

– Dwadzieścia minut – warknąłem i przechwyciłem jego spojrzenie.

W jego oczach czaił się strach, który potęgował moje podniecenie. Żywiłem się nim, rosnąc w siłę, którą kumulowałem w sobie, by wykorzystać, gdy nadejdzie odpowiedni moment. Już dawno nauczyłem się, że to, co dla innych jest słabością, dla mnie staje się siłą.

– Proszę wybaczyć, ale na Times Square zdarzył się wypadek. Korek mnie zablokował. Wiem, jak bardzo pan nie lubi braku punktualności, ale to naprawdę nie było ode mnie zależne – kajał się. Nawet z tej odległości widziałem krystalizujące się na jego czole krople potu.

Zmrużyłem oczy, przyglądając się mu w skupieniu. Pozwalałem, by jego lęk rozrastał się niczym bluszcz oplatający mury domu, w którym niegdyś mieszkałem.

– Naucz się jednego, Andrews. – Oparłem się wygodnie i złożyłem ręce na udach. – W moim słowniku nie ma takich słów jak „nie było ode mnie zależne” – wysyczałem. – Wszystko na tym pieprzonym świecie zależy od nas. „Nie mogę”, „nie dam rady”, „nie umiem” to tylko wymówki osób, które nie chcą, które są zbyt leniwe i bojaźliwe, by zawalczyć. Uważasz, że osiągnąłbym to, co mam teraz, gdybym na każdym kroku się poddawał i nie parł do przodu mimo niepowodzeń i przeciwności losu?

– Nie, proszę pana. Oczywiście, że nie. To się więcej nie powtórzy – zapewnił.

– Oczywiście, że się nie powtórzy, ponieważ zostawisz to, co dla mnie masz, zdasz mi szczegółowe sprawozdanie, a potem wyniesiesz się z mojej firmy i nigdy więcej tu nie wrócisz. – Nawet nie drgnęła mi powieka.

Jego oczy rozszerzyły się w szoku.

– Ale, panie Wild… to moje pierwsze potknięcie. – Wił się pod moim spojrzeniem, a ja napawałem się zapachem jego strachu. – Nigdy pana nie zawiodłem i przysięgam, że to się więcej nie powtórzy. Proszę mnie nie skreślać, proszę dać mi szansę na poprawę. – Jego twarz przybrała błagalny wyraz. Niemal zrobiło mi się go żal. Niemal.

– Miałeś ją, Andrews, ale nie wykorzystałeś. Nie poniżaj się, zachowaj resztki godności. Ja nie daję drugich szans, nie stać mnie na to. Mój czas jest cenny, a ty mi go kradniesz. Okradając mnie z niego, to tak jakbyś okradał mnie z pieniędzy. Mów, co masz do powiedzenia, resztą zajmie się Margaret. – Przyszpilałem go wzrokiem, czekając na próbę walki. Ale po mowie ciała wiedziałem, że nie zamierza jej podjąć. Tchórz.

Jerry Andrews pełnił funkcję mojego prawnika od pięciu lat. Faktem jest, że nigdy nie zawiódł – aż do dzisiaj, gdy się spóźnił. Był to jego pierwszy, a zarazem ostatni raz, bo oprócz niesubordynacji, głupoty i infantylności wśród ludzi, w szczególności tych, którymi się otaczam, nienawidziłem braku woli walki oraz marnotrawienia czasu. Czasu, który mógłbym poświęcić na coś konstruktywnego.

Z rezygnacją podszedł do biurka i położył na nim wypełnioną informacjami o rodzinie Hendersonów teczkę. Sięgnąłem po nią i otworzyłem.

– To sprawozdanie z ostatniego półrocza – poinformował, z trudem przełykając ślinę. – Panienka Olivia przyleciała wczoraj z Anglii. Ojciec zacznie ją wprowadzać do towarzystwa. Wszystko, co dotyczy ukończenia jej edukacji, znajduje się w aktach. Jego żona prężnie działa w założonej siedem lat temu fundacji, która ma na celu pomoc najuboższym. Wyglądają jak idealna rodzina, ale to tylko pozory. – Pociągnął za kołnierzyk koszuli, jakby coś go uwierało. Kolejna oznaka zdenerwowania. – Dokopałem się też do informacji, że Thomas Henderson będzie ubiegał się o stołek burmistrza Nowego Jorku. – Nagle do jego głosu zakradła się nuta dumy. Myślał, że tym mnie udobruchał. Głupiec.

– A to ciekawe, naprawdę ciekawe – stwierdziłem, rzucając okiem na zdjęcia córki mojego największego wroga.

– Ładna, prawda? – zapytał Andrews, posyłając mi głupkowaty uśmiech. Widząc moją minę, zamilkł natychmiast, a na jego policzkach pojawiły się szkarłatne plamy.

Fakt, Olivia Henderson była piękną kobietą, lecz jak setki innych chodzących po ulicach Nowego Jorku. Ciemna blondynka, średniego wzrostu, szczupła, ale nie wychudzona. Z pewnością jej największym atutem były oczy. Duże, wyraziste jak u sarny. Spojrzenie niemal identyczne co u Audrey Hepburn. Niemniej jednak bardziej od jej powierzchowności interesowało mnie to, jaka jest. Od dziesięciu lat bacznie śledziłem poczynania jej rodziny. Wiedziałem o nich więcej niż oni sami o sobie. I wszystkie te informacje już wkrótce zamierzałem wykorzystać przeciwko nim.

– Za dwa dni odbędzie się przyjęcie z okazji powrotu dziewczyny do miasta. Wielka sprawa, zostali zaproszeni wszyscy, którzy liczą się w świecie biznesu.

Na te słowa oderwałem wzrok od fotografii i skupiłem uwagę na rozmówcy.

– Wiem. Dostałem zaproszenie jako jedna z pierwszych osób.

– No tak, przepraszam – odparł, zmieszany swoją bezmyślnością.

Pokiwałem z niesmakiem głową, zastanawiając się, jak udało mu się pracować dla mnie przez te pięć lat.

– Jesteś już wolny – oznajmiłem. – Odprawą i wszelkimi formalnościami zajmie się pani Roberts. Dziękuję za współpracę. – Wstałem i wyciągnąłem ku niemu dłoń, którą ujął z rezerwą.

Uścisk dłoni może wiele powiedzieć o osobie, która stoi naprzeciw nas. Ten Andrewsa zdradzał niepewność i wycofanie. Ścisnąłem ją mocniej, utrzymując kontakt wzrokowy, od którego usilnie próbował uciec. Widziałem, że chce coś powiedzieć, wahał się jednak i toczył wewnętrzny pojedynek. Ostatecznie zwiesił ramiona, puścił moją dłoń i ruszył do drzwi.

– Andrews, jeszcze jedno – zatrzymałem go.

Odwrócił się natychmiast, prostując plecy, i wlepił we mnie pełen nadziei wzrok.

– Tak, panie Wild?

– Jeśli kiedykolwiek wyjdzie na jaw to, nad czym dla mnie pracowałeś, najpierw zniszczę każdego członka twojej rodziny, a potem ciebie. W tej właśnie kolejności, byś mógł patrzeć na ich cierpienie. – Moim słowom towarzyszyły powaga i stanowczość.

– Nigdy w życiu, panie Wild. Wszystko, co zebrałem, oddawałem panu i nikt nigdy się o tym nie dowie. Nigdy – zarzekał się.

– Oby – szepnąłem złowieszczo i ponownie usiadłem w skórzanym fotelu, odwracając się od niego. Wbiłem wzrok w rozpościerające się na całej ścianie okno, spoglądając na tętniący życiem Manhattan, nad którym dumnie królował Empire State Building. Tym samym dałem mu do zrozumienia, że nasza rozmowa dobiegła końca.

Gdy mój, już teraz były, prawnik zostawił mnie samego, zabrałem się do studiowania nowych faktów o rodzinie, którą zamierzałem doprowadzić do ruiny. Kilka nowych informacji było nad wyraz ciekawych. Henderson lubił ekskluzywne dziwki i hazard. Brak ostrożności i zbyt duża pewność siebie usypiają czujność, uśmiechnąłem się pod nosem, oglądając kompromitujące, wręcz odpychające zdjęcia Thomasa Hendersona. Patrzyłem na starca klęczącego przed odzianą w czarną skórę i lateks kobietą. Był nagi, usta miał zakneblowane czerwoną kulką, a domina chłostała go pejczem. Nawet nie zamierzałem wyobrażać sobie, czego dopuszcza się ten stary zboczeniec, by zaspokoić pragnienia. Z obrzydzeniem odrzuciłem zdjęcia na bok i sięgnąłem po coś, co interesowało mnie znacznie bardziej. Olivia. Jego córeczka. To z pozoru nieskazitelna młoda kobieta, której niewiele można było zarzucić. Byłem jednak pewien, że ma coś do ukrycia. W końcu każdy z nas skrywa jakieś grzechy, których pieczołowicie strzeże, i ona z pewnością nie stanowiła wyjątku. Maska grzecznej dziewczynki prędzej czy później miała zostać zerwana, obnażając brzydotę i grzeszność, jaką naznaczona jest ta rodzina.

Wiedziałem, że jej pasją było jeździectwo. Dlatego zacząłem inwestować w konie czystej krwi arabskiej i angielskiej, których pozazdrość mógł mi niejeden hodowca. Szczerze powiedziawszy, dość szybko pokochałem zarówno te stworzenia, jak i jazdę w siodle. Lubiłem wyrwać się za miasto, do Berne, gdzie znajdowała się moja mała stadnina. Lubiłem się odstresować, galopując po równinach, lasach i pagórkach. Choć nauka jazdy konnej stanowiła część planu, nie wiadomo kiedy stała się moją ulubioną rozrywką. Wiedziałem, że Henderson lubił wyścigi, więc jakiś czas temu zacząłem też wystawiać w zawodach swoje wierzchowce. Starałem się, by moje nazwisko wpadało w jego uszy jak najczęściej.

 

Uśmiechnąłem się do siebie, zamykając teczkę. Podszedłem do wiszącego na ścianie sejfu i umieściłem ją obok pięciu innych, które się tam znajdowały. Wszystkie zawierały informacje o członkach rodziny Hendersona. Posiadałem nawet szczegółowe dane o jego pracownikach. Taki już byłem – jeżeli cokolwiek rozpoczynałem, musiałem być do tego perfekcyjnie przygotowany.

– Brianie, czy masz ochotę na kawę? – usłyszałem głos Margaret. Nie był oficjalny, lecz ciepły i opiekuńczy.

Zamknąłem sejf i podszedłem do biurka, gdzie wcisnąłem przycisk interkomu.

– Nie, Margaret. Dziękuję – odpowiedziałem.

– To może coś zjesz? Cały dzień siedzisz tam zamknięty, zasłabniesz z przemęczenia – zrzędziła, ale wiedziałem, że chciała dobrze.

Przewróciłem oczami i westchnąłem głośno, co było błędem, ponieważ zaraz po tym zaczęła swój nigdy niekończący się wykład.

– Mój drogi, nie ma co wzdychać, nie masz już dziesięciu lat. Regularne jedzenie jest bardzo ważne, nie tylko ze względów fizycznych. Musisz się odżywiać…

– Okej, Margaret – wszedłem jej w słowo. – Pójdę za chwilę coś zjeść, nie kłopocz swojej ślicznej główki moim pustym żołądkiem.

– Na pewno pójdziesz? – naciskała.

– Tak, pójdę – obiecałem, wiedząc, że nie da mi spokoju, dopóki nie zrobię tego, czego chce.

– Masz mi przysłać zdjęcie tego, co zamówisz. Bo inaczej przyjdę na Upper East z moją zapiekanką makaronową i zmuszę cię do jedzenia.

– O nie! – powiedziałem z udawanym przerażeniem. – Tylko nie to. Przysięgam, już jadę do Fire Bird i należycie się posilę.

– Masz za czterdzieści minut jeszcze jedno spotkanie. Pamiętaj, przychodzi pani Newton, która ma przeprowadzić z tobą wywiad do „Daily News”.

– Dziękuję za przypomnienie. Zdążę do tej pory wrócić.

Nie lubiłem wywiadów, zdjęć, imprez charytatywnych i innych form pajacowania przed ludźmi. Starałem się ograniczyć te cyrki do absolutnego minimum. Niestety czasami trzeba zacisnąć zęby i założyć maskę, by móc wspiąć się jeszcze wyżej.

Uporządkowałem biurko i skorzystałem z toalety. Zgarnąłem z wieszaka marynarkę i poprawiłem krawat, po czym nieśpiesznie wyszedłem z gabinetu.

– Aha, Margaret. – Zatrzymałem się przy jej biurku. – Poszukaj, proszę, trzech najlepszych prawników w tym mieście i umów mnie z nimi na jutro. Najlepiej na godzinę piętnastą trzydzieści, niech się nie spóźnią.

– Już dwóch zwerbowałam – oświadczyła z zadowoleniem. – Po przygotowaniu wszystkich papierów potrzebnych do odprawy i poinformowaniu kadry o zwolnieniu Andrewsa. Wiedziałam, że będziesz kogoś potrzebował na jego miejsce. – Na jej twarzy zagościł przebiegły uśmiech.

– Wyjdź za mnie – zażartowałem.

– Jesteś dla mnie za stary i za brzydki, chłopcze. – Jej uśmiech zmienił się w figlarny.

Chwyciłem się teatralnie za serce, kiwając głową z nieskrywanym żalem.

– Masz rację, jesteś dla mnie zdecydowanie za dobra. – Puściłem jej oczko i ruszyłem w kierunku windy.

Kiedy przechodziłem koło lady recepcji, siedząca za nią Jennifer wstała i skłoniła mi się lekko.

– Panie Wild.

Nie odpowiedziałem. Pracownicy uważali mnie za zimnego, bezwzględnego, wywyższającego się tyrana. Nie przeszkadzało mi to, bo właśnie tak chciałem być postrzegany. Prawdziwego mnie znała tylko jedna osoba – Margaret. Z życia wyciągnąłem bardzo istotną lekcję: nie ufać. Ponieważ ufać komuś to tak jakby dać mu do ręki odbezpieczoną broń. Dawniej do tego wąskiego grona należał również mój brat, ale odkąd zaczął obwiniać mnie o każde nieszczęście i potknięcie w swoim życiu, nasza relacja sprowadziła się jedynie do przelewania przeze mnie pieniędzy na jego konto.

Margaret znałem od trzynastu lat. Pomogła mi podczas jednego z najcięższych okresów w życiu. Dzięki niej i jej wsparciu doszedłem tak daleko. Nie zawsze pochwalała moje postępowanie i nie o wszystkim wiedziała, ale jest jedynym światłem, które rozświetla mój mrok. Zastępowała mi matkę i robiła to tak, że kobieta, która wydała mnie na świat, mogłaby się od niej uczyć. Była silniejsza, wytrwalsza, a przede wszystkim nigdy nie odebrałaby sobie życia, będąc w zamkniętym domu z dzieckiem. Dzieckiem, które tkwiło z jej rozkładającym się ciałem przez cztery pieprzone dni. Dzieckiem, dla którego dałbym się zabić, a które znienawidziło mnie najbardziej na świecie.

Jestem, kim jestem, i tego nie zmienię. Żyję tylko po to, by zniszczyć i doprowadzić Thomasa Hendersona do takiego samego stanu, do jakiego on doprowadził moją matkę, Astona i mnie. Przez jego chciwość moja rodzina przestała istnieć – stało się tak z dniem, kiedy zachłanność Thomasa zabiła mojego ojca – więc teraz musiał za to zapłacić.

Drzwi windy otworzyły się i pewnym krokiem ruszyłem naprzód. Ludzie rozstępowali się na boki, kiedy szedłem. Kobiety bezwstydnie próbowały skupić na sobie moją uwagę, co było bezzasadne. Jeśli czegoś chciałem, to to brałem, nikt i nic nie było w stanie mnie powstrzymać. Dotyczyło to również kobiet.

– Panie Wild, samochód czeka – oznajmił portier, otwierając przede mną drzwi budynku i wskazując czarną limuzynę zaparkowaną przy krawężniku.

– Dziękuję, Trevorze – odpowiedziałem staremu Afroamerykaninowi, który kiedyś, siedząc przed budynkiem, gdzie mieści się moja firma, zapytał, czy dam mu dolara. Nigdy nie rozdawałem pieniędzy, ale zaproponowałem mu pracę. Przyjął ją z wielką radością, co znaczyło, że nie był kloszardem żebrzącym na alkohol bądź narkotyki. To była kolejna inwestycja, którą poczyniłem, inwestycja w człowieka o wielkim sercu, jak się później okazało.

Po zjedzeniu fantastycznego posiłku, składającego się z eskalopków jako przystawki, dania głównego w postaci turbota z glazurowanymi warzywami i sałatki owocowej na deser, wróciłem do firmy. Oczywiście zdjęcie mojego posiłku zostało wysłane do Margaret, co w rezultacie spowodowało, że poprosiłem szefa kuchni o przyrządzenie takiego samego zestawu na wynos.

Po powrocie do firmy zdążyłem przejrzeć informacje o dziennikarce, która miała mnie odwiedzić, i raz jeszcze przejrzałem pytania, skrupulatnie układając sobie w głowie odpowiedzi. Punktualnie o szesnastej do drzwi zapukała Margaret, zapowiadając Anne Newton, młodą, pnącą się szybko po szczeblach kariery, dziennikarkę. Pozwoliłem Margaret wziąć sobie wolne na resztę dnia i odesłałem ją limuzyną do przytulnego domku na przedmieściach.

Piękna kobieta, która przede mną stanęła, zdawała się nie być w ogóle podobna do osoby ze zdjęcia, jakie mi przysłano.

– Pani Newton? – Postanowiłem się upewnić, żeby nie popełnić jakiejś gafy.

– Panna – poprawiła mnie.

– Proszę wybaczyć mi nietakt, panno…

– Anna Elizabeth Newton. – Podeszła bliżej i wyciągnęła drobną dłoń.

Uścisk, którym mnie obdarzyła, był silny i pewny. No, no, twarda sztuka. Szkoda tylko, że skorzystała z usług chirurga plastycznego, na co wskazywały łagodniejsze niż na fotografii rysy twarzy, napompowane usta i powiększony biust.

– Mogę? – Skinęła na stojącą pod oknem kanapę.

– Proszę. – Wskazałem krzesło po przeciwległej stronie biurka.

– Czy nie wygodniej nam będzie na kanapie? – Zgarnęła długie brązowe włosy i przełożyła je przez ramię.

– Nie jest tu pani dla wygody, a w konkretnym celu. Nie marnujmy więc czasu i zaczynajmy. Ma pani dokładnie dwadzieścia pięć minut – oświadczyłem lodowatym tonem.

– Ale wywiad miał trwać trzydzieści…

– Miał, ale właśnie zmarnowała pani pięć na zbędną pogawędkę. Przypomnę tylko, że z każdą sekundą pani czas się kurczy.

Nie kryjąc niezadowolenia, usiadła na krześle i wyciągnęła notatki. Poszedłem za jej przykładem i umościłem się w swoim fotelu.

– Widzę, panie Wild, że plotki o panu są prawdą.

– A o czym się szepcze, panno Newton?

– Że jest pan aroganckim dupkiem – odpowiedziała odważnie, nie zadając sobie trudu, by na mnie spojrzeć.

Zaśmiałem się cicho i wbiłem w nią przenikliwe spojrzenie.

– Jeśli pan chce, może sobie wydrukować moje zdjęcie. Teraz przejdźmy do rzeczy – zakomenderowała zbyt bezczelnie, ale, o dziwo, spodobała mi się jej błyskotliwość i niewyparzony język. – Wiemy, że osiągnął pan dużo w bardzo krótkim czasie. Wiele osób podejrzewa, że prowadzi pan jakieś brudne interesy.

– Jeśli dla tych osób siedemnaście lat to niewiele, to im współczuję, gdyż muszą być pozbawieni jednego z narządów, dzięki któremu dotarłem tak daleko i osiągnąłem to, co mam.

– Mianowicie? – zapytała, wyraźnie skonfundowana.

– Mózgu, panno Newton, mózgu. – Postukałem się palcem w skroń.

– Ach, no tak, proszę wybaczyć. – Jej policzki oblał rumieniec wstydu.

I czar prysł. Przez chwilę, rozkoszując się jej intelektem, byłem w stanie zapomnieć o poprawkach chirurgicznych, jakich się dopuściła. Wydawała się bystra, jej odwaga i cięty język mocno mi zaimponowały, zwłaszcza że niewiele kobiet zdobyłoby się na takie zachowanie w moim towarzystwie. Niestety wszystko zniknęło, gdy rozmowa zaczęła się rozwijać.

– Czyli ma pan za głupców tych, którzy uważają, że zbyt szybko dorobił się pan milionów, jakie posiada – stwierdziła.

– Nie inaczej.

Słyszałem takie opinie już setki razy, dlatego ta wymiana zdań zaczęła mnie nudzić.

– Rozumiem. – Zapisała coś w swoim notesie. – Czy prawdą jest, że ma pan w planach postawić fabrykę półprzewodników w północnej części Nowego Jorku?

– Nie mam w planach – burknąłem, zirytowany faktem, że nie przygotowała się odpowiednio do wywiadu. – Już zdobyłem niezbędne pozwolenia, mam gotowe projekty i nie dalej jak za miesiąc ruszają prace.

Czerwień na jej policzkach pogłębiła się.

– Wielu mieszkańców było temu przeciwnych, protestowali i składali petycje do urzędu miasta, żeby powstrzymać pańskie działania.

– Jak pani wie, światem rządzą pieniądze. Poza tym nie rozumiem, dlaczego tak się oburzają, skoro stworzę miejsca pracy dla około tysiąca czterystu osób, a wiadomo, jak ciężko jest z zatrudnieniem w obecnych czasach. Nic, o co mnie posądzają, nie będzie miało miejsca. Żadne wyburzenia nie są planowane i nie będziemy truć ludzi pierwiastkami promieniotwórczymi. Naszym celem jest rozwój, a oni na tym bardziej skorzystają, niż stracą.

– Jak duża ma być ta fabryka i jak przekona pan mieszkańców, że istnieją pozytywne aspekty płynące z powstania tego dobytku na ich terytorium?

Złożyłem dłonie w wieżyczkę i zacząłem postukiwać o siebie palcami.

– Otóż, droga panno Newton, fabryka ma mieć około czterdzieści dwa tysiące metrów kwadratowych i nie zamierzam po raz kolejny nikogo uświadamiać o korzyściach, jakie będą płynęły z powstania tego miejsca. Poza tym miasto nie jest własnością tych wszystkich oponentów, słono zapłaciłem za ziemię, na której stanie fabryka, i dużo wysiłku włożyłem w to, by w ogóle powstała. Nikt nie jest w stanie stanąć mi na drodze.

Patrzyła na mnie, słuchając uważnie tego, co miałem do powiedzenia. Co chwila marszczyła brwi, jakby próbowała przyswoić płynące z moich ust zdania.

– A czy pogoń za pieniędzmi nie staje na drodze pańskiemu życiu prywatnemu? Z pewnością nie ma pan czasu na randki i miłość. Czy łatwo jest żyć samemu? – W jej oczach błysnęło zainteresowanie.

Poprawiłem się w fotelu i popatrzyłem na nią chłodnym wzrokiem.

– Tego pytania nie było na liście, którą dostałem.

– Improwizuję. – Ofiarowała mi kokieteryjny uśmiech, przygryzając wystudiowanym sposobem dolną wargę. – Nie czuje się pan samotny? – drążyła, niezrażona moją defensywną postawą.

Odsunąłem się od biurka, wstałem z fotela i zdjąłem marynarkę, którą starannie odwiesiłem na oparcie. Sztywnym krokiem podszedłem do kanapy, rozpiąłem mankiety koszuli i podciągnąłem je do łokci. Odpiąłem pasek, a potem guzik w spodniach i usiadłem na skórzanej kanapie, rozpościerając ręce na oparciu.

– Zapraszam – zachęciłem niskim głosem, spoglądając na jej falującą klatkę piersiową, która rozpychała na boki czerwoną koszulę. Jej piersi były tak wielkie, że odnosiło się wrażenie, jakby za chwilę miały trzasnąć guziki.

Kobieta podniosła się, rzucając na ziemię notatnik, i podeszła do mnie wolnym krokiem, kołysząc przy tym biodrami. Nachyliła się nade mną, żeby mnie pocałować. Odwróciłem głowę w bok, dając jej do zrozumienia, że nic z tego, po czym spojrzałem na rozporek swoich spodni. Załapała aluzję. Opadła na kolana i zaczęła masować mnie delikatnie przez materiał. Patrzyłem na każdy jej ruch i czekałem, aż mój kutas znajdzie się wewnątrz jej ust. Kiedy tak się stało, wypuściłem powietrze z płuc, pozwalając sobie na chwilę relaksu. Tego było mi trzeba po ciężkim dniu, a zamiast z własnej ręki skorzystałem z chętnych warg reporterki. Wiedziała doskonale, co robi, była z niej prawdziwa profesjonalistka. Ssała, lizała, otaczała końcówkę językiem i pompowała dłonią – wszystko w wyważonych proporcjach. Szybko skończyłem, zalewając jej usta gęstym nasieniem. Przełknęła, oblizała wargi i uśmiechając się z zadowoleniem, wstała, podniosła spódnicę, zrzuciła buty i usiadła na mnie okrakiem.

 

– Pocałuj mnie. – Ujęła w dłonie moją twarz.

– Żartujesz? – Chwyciłem jej nadgarstki i odciągnąłem je od siebie. – Przed chwilą doszedłem w twoich ustach, nie ma mowy, żeby teraz znalazł się tam mój język. Poza tym nie wiem, z kim dzisiaj prócz mnie przeprowadzałaś wywiad. – Zsunąłem ją z siebie, podniosłem się i poprawiłem ubrania.

– Serio? Czy ty sobie, kurwa, kpisz? – W jej głosie słychać było wściekłość i niedowierzanie.

– Koniec wywiadu – oznajmiłem. – Właśnie dostałaś odpowiedź na swoje ostatnie pytanie. Kiedy wyjdę z łazienki, ciebie ma już tu nie być, panno Newton. I nie życzę sobie, żebyś kiedykolwiek zwracała się do mnie po imieniu. Jeśli jednak masz ochotę, zostaw wizytówkę z prywatnym numerem telefonu, może kiedyś będę chciał raz jeszcze poczuć twoje usta na swoim fiucie. – Odwróciłem się do niej plecami i skierowałem do łazienki.

– Skurwiel – usłyszałem za sobą, na co uśmiechnąłem się półgębkiem.

Wykorzystywałem kobiety do zaspokojenia własnych potrzeb i nie zamierzałem za to przepraszać.

Doprowadziłem się do porządku i wróciłem do gabinetu. Kiedy usiadłem za biurkiem, nie byłem za bardzo zdziwiony, gdy zobaczyłem, że na samym jego środku leżała biała wizytówka. Wziąłem ją do ręki, przyglądając się starannie zapisanemu numerowi komórki, po czym odsunąłem szufladę i wrzuciłem do środka. Zalogowałem się na komputerze i zabrałem do pracy, chcąc skończyć przegląd projektu, który podesłała jedna z firm szukających inwestora.

Po trzech godzinach wyłączyłem komputer i postanowiłem, że na dziś koniec ze sprawami firmy. Budynek opustoszał, a na zewnątrz panował mrok. Zamknąłem biuro i zjechałem windą do garażu. Limuzyny najczęściej używałem podczas pracy. Po godzinach jednakże lubiłem przesiąść się do swojego maserati i zrelaksować krótszą bądź dłuższą przejażdżką.

Czasami po prostu jeździłem bez celu po mieście, słuchając muzyki i przyglądając się tętniącemu życiem miastu. Tak też miało być i tym razem. Wsunąłem się na siedzenie kierowcy, zapiąłem pas i włączyłem odtwarzacz. Z głośników popłynęło In A Perfect World, jeden z moich ulubionych utworów grupy Kodaline. Przekręciłem kluczyk w stacyjce, budząc samochód do życia, i wyjechałem z parkingu.

Są chwile, kiedy przykro wraca się do pustego domu. Właśnie teraz nastał taki moment, więc odwlekałem go tak długo, jak mogłem. Lata samotności sprawiły, że stałem się outsiderem – i zazwyczaj było mi z tym dobrze. Ale raz na jakiś czas dopadało mnie zwątpienie. Pozwalałem sobie tęsknić za czymś, co lata temu mieli moi rodzice, a czego sam nigdy nie zamierzałem doświadczyć. Nie dlatego, że nie chciałem czy nie mogłem, ale dlatego, że w to nie wierzyłem. Z uczuciami wiązał się smutek i ból. Człowiek zakochany jest mniej czujny i narażony na nieprzyjemności. Jest słabszy, łatwiej go zranić. Dlatego już dziesięć lat temu obiecałem sobie, że nigdy nie pozwolę, by zawładnęła mną jakakolwiek kobieta. Oduczyłem się kochać i nikogo do siebie nie dopuszczałem, dzięki czemu unikałem zranienia. Zbudowałem wokół siebie tak gruby mur, że nikt ani nic nie było w stanie się przez niego przedrzeć.

Po godzinnej jeździe wróciłem do domu. Kolejną spędziłem na siłowni, zjadłem resztki wczorajszej kolacji i po szybkim prysznicu padłem na łóżko.

Zamknąłem oczy, lecz mimo zmęczenia nie mogłem zasnąć. Wspomnienia zaczęły napływać do mojego umysłu nadzwyczaj szybko. Działo się tak zawsze, gdy nie miałem nic do roboty.

– Ty, żebrak, spadaj z tego miejsca – usłyszałem za plecami nieznany mi głos.

Kiedy się odwróciłem, mój wzrok spoczął na wysokim blondynie w białej koszuli i granatowym swetrze przerzuconym przez ramiona.

– To było do mnie? – zapytałem grzecznie, poprawiając w dłoni torbę.

– A widzisz tu innego nędzarza?

Przesunąłem wzrokiem po wypacykowanych dzieciakach, które wręcz śmierdziały pieniędzmi, a ich poczucie wyższości biło po oczach.

– Nie, ja również nim nie jestem, więc nie życzę sobie, żebyś się tak do mnie zwracał – odparowałem, siląc się na spokój, po czym odwróciłem się do niego tyłem i postawiłem torbę na znajdującej się obok ławce.

Po chwili leżałem na ziemi, a wszystko potoczyło się tak szybko, że nie zdążyłem zareagować. Blondyn, z którym wcześniej rozmawiałem, przyciskał wypolerowanego buta do mojej krtani, miażdżąc ją i odbierając mi dech.

– Słuchaj uważnie, łachmaniarzu. – Pochylił się, żeby mówić prosto w moją twarz. – Jestem książę Albert Francisco Edward William Monterno i radzę ci traktować mnie z należytym szacunkiem. W przeciwnym razie kolejne lata twojego życia tutaj zamienię w horror. Ja ustalam warunki, więc jeśli chcesz tu zostać choćby dzień dłużej i żyć z naszych pieniędzy, to radzę ci zamknąć gębę i wykonywać wszystkie moje polecenia. Inaczej wrócisz do tej swojej zapyziałej dziury i zgnijesz razem ze swoją rodzinką. Rozumiemy się? – Wzmocnił ucisk na moim gardle.

Przez brak powietrza oczy nabiegły mi łzami. Udało mi się jedynie wycharczeć ciche „tak”. Wtedy zabrał nogę z mojej szyi, splunął obok i zaczął odchodzić. Kiedy próbowałem się podnieść, zawrócił i pchnął mnie jeszcze raz tak, że wylądowałem na tyłku. Starając się nie rozpłakać, popatrzyłem na twarze osób, które obserwowały całą scenę. Nie zareagowały w żaden sposób, nie pomogły mi, po prostu stały i gapiły się, szydząc z mojego nieszczęścia. Upokorzenie paliło mnie od wewnątrz, ale zaciskałem zęby, żeby się nie rozkleić i nie dać im satysfakcji.

Odwróciłem się w poszukiwaniu torby z podręcznikami, ale nigdzie jej nie dostrzegłem. Książki były własnością szkoły i ostrzegano mnie, bym ich nie zgubił, bo nie dostanę drugiego kompletu. Nie stać mnie było na kupienie nowych, a jeśli ich nie znajdę, nie będę miał wyjścia.

– Cholera! – przekląłem spanikowany, podrywając się na nogi.

– Zabrali ci ją – dobiegł mnie chłopięcy głos.

Uniosłem głowę i oszołomiony spojrzałem na ciemnookiego, niezwykle chudego i wysokiego chłopaka, który odprowadzał wzrokiem grupę dręczycieli.

– Tak łatwo nie odpuszczą, wierz mi – kontynuował, nim się odezwałem. – Przez rok zmagałem się z tym samym co ty, ale z innych powodów. Cóż mogę powiedzieć? Chyba tylko tyle, że będzie gorzej. Co prawda, uspokoili się, kiedy mój tata zainterweniował, ale jak powszechnie wiadomo, za tobą nie będzie miał się kto wstawić.

– Jak to „powszechnie wiadomo”? Skąd wiadomo? Wiedzą, że jestem na stypendium? Mówili, że nikt nie będzie wiedział prócz nauczycieli. – Do mojego głosu wkradła się panika.

– W takiej szkole jak ta wszyscy wiedzą o tobie wszystko, stać ich na to. A Albert jest wyjątkowo podły. Uważa, że jest tutaj najważniejszy i wszyscy mają się go słuchać.

Gniew przysłonił mi oczy. Nienawidziłem ludzi, którzy mieli wszystko i szydzili z innych. Którzy uważali, że pieniądze czynią ich panami świata. Którzy karmili się krzywdą słabszych. Nienawidziłem takich ludzi, ponieważ przypominali mi o Thomasie Hendersonie – człowieku, przez którego moje życie całkowicie się zmieniło.

– Ja nie zamierzam – odparłem stanowczo.

– To się źle dla ciebie skończy. – Chuderlak westchnął. – Nie trafiłbyś tu, gdyby ci nie zależało. Po prostu uważaj – skwitował i ruszył w kierunku budynku, gdzie mieściła się biblioteka.

– Hej! – zawołałem za nim.

Zatrzymał się i posłał mi pytające spojrzenie.

– Jak masz na imię?

Uśmiechnął się szeroko, wrócił do mnie i wyciągnął dłoń, którą uścisnąłem.

– Benjamin Philipe Kane – przedstawił się z dumą.

– Ten Kane od oprogramowań?

– Nie, inny. – Wyszczerzył się, ukazując rząd białych, pokrytych żelastwem zębów.

– Brian Graves. Niezwykle mi miło cię poznać, Benjaminie.

Naprawdę cieszyłem się, że go poznałem. Być może znalazłem pierwszego w życiu przyjaciela, a w każdym razie sojusznika. Przynajmniej taką miałem nadzieję.