Obietnica

Tekst
Autor:
Z serii: Zrodzeni z zemsty #1
0
Recenzje
Oznacz jako przeczytane
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

„Ewa Pirce przychodzi do nas z Obietnicą niezapomnianych emocji. Ta historia to niezwykle ekscytująca, emocjonująca opowieść o tym, że w życiu lepiej wybaczać niż dać się ponieść goryczy zemsty. Charyzmatyczne postacie, zaskakujące wątki i miłość, która przychodzi w najmniej odpowiednim czasie. Obiecuję Wam, że długo nie zapomnicie o Obietnicy”.

Justyna Leśniewicz, „Książko, miłości moja”

„Powieść Ewy Pirce jest jak rwąca rzeka. Zanurzasz się w nią, tracisz oddech i zostajesz wciągnięty w wir pędzących zdarzeń. Porywa Cię wodospad emocji, a niespodziewane zwroty akcji niczym rozszalałe fale nie pozwalają wydostać się na brzeg”.

Martyna Kubacka, autorka książek „Bezczelna” i „Bez pamięci”

Obietnica to opowieść nieprzewidywalna, pełna tajemnic, w której przeszłość przeplata się z teraźniejszością i nie daje o sobie zapomnieć. Ta historia pozostanie z czytelnikiem na długo, rozszarpie mu serce i sprawi, że nie oderwie się od niej aż do ostatniej strony”.

Sylwia Cegieła, portal www.sylwiacegiela.pl

„Ewa Pirce wysyła nas w podróż pełną emocji, namiętności i zwrotów akcji. Jej książka nie jest słodką powieścią o rodzącym się uczuciu między dwojgiem ludzi, ale poruszającą kompozycją, która złamie Wasze serca, a zakończenie sprawi, że będziecie rwać włosy z głowy”.

Patrycja Bomba, portal BookParadise

Obietnica to książka, która serwuje czytelnikowi ogrom emocji. Siedzą w zakamarkach naszych umysłów i czekają na eksplozję. Historia jest tajemnicza, wciąga od pierwszych stron i pędzi jak rozszalały pociąg, którego nie sposób zatrzymać. Pokazuje, że miłość jest silniejsza niż żądza zemsty”.

Justyna Lubieniecka, „Oczarowana czytaniem”

Copyright ©

Ewa Pirce

Wydawnictwo NieZwykłe

Oświęcim 2018

Wszelkie Prawa Zastrzeżone

All rights reserved

Na okładce zdjęcie Kamila Nizińskiego

(www.kamilnizinski.com

Instagram: kamilnizinski

Facebook: nizinskikamil)

oraz

Moniki Synytycz

(Instagram: synytycz

Facebook: monikasynytyczpl)


Redakcja:

Anna Wasińska

Korekta:

Anna Kędra

Redakcja techniczna:

Mateusz Bartel

Projekt okładki:

Paulina Klimek


www.wydawnictwoniezwykle.pl


Dystrybucja: ATENEUM www.ateneum.net.pl


Numer ISBN: 978-83-7889-815-3


Skład wersji elektronicznej:

Kamil Raczyński

konwersja.virtualo.pl

DEDYKACJA

Dla mojej siostry Martyny – za to, że nigdy z nas nie zrezygnowałaś
i zastąpiłaś mi matkę, poświęcając własne szczęście
Oraz dla Agnieszki – za troskę, opiekę
i bezwarunkową miłość
Dziękuję, moje kochane

Dokument chroniony elektronicznym znakiem wodnym
20% rabatu na kolejne zakupy na litres.pl z kodem RABAT20

PROLOG

Mad World – Gary Jules


– Widzisz, Brandon, niepotrzebnie wetknąłeś nos w nie swoje sprawy. – Mężczyzna w grafitowym garniturze stał przed obszernym oknem i skanował wzrokiem panoramę miasta.

– W nie swoje sprawy?! Na Boga, ta firma należy do mnie, Thomasie. – Brandon poderwał się z fotela, mocno wzburzony. – Mój ojciec zbudował ją od podstaw, dzięki niej ty i twoja rodzina wiedziecie dostatnie życie. Nie pozwolę ci zrobić tego, co zamierzasz. Nie kosztem niewinnych ludzi. Zdajesz sobie sprawę, ile rodzin straci domy i oszczędności, na które pracowali całe życie?!

Thomas odwrócił się na pięcie i z grymasem wściekłości na twarzy podszedł do wspólnika. Dzieliło ich jedynie solidne dębowe biurko.

– A ty, Brandon, zdajesz sobie sprawę, ile na tym zarobimy?! Taka suma pieniędzy pozwoli nam, naszym dzieciom, a nawet wnukom przez lata pławić się w luksusie. To miliardy, Brandon, do cholery! Nie pieprzone tysiące, o które ty zabiegasz. – Dla podkreślenia swoich racji uderzył dłońmi w twardy blat.

– Nie mamy o czym dyskutować. Nie dopuszczę do tego, póki żyję! Nie zniszczysz tylu istnień tylko dla kilku dolarów. Są ważniejsze rzeczy od pieniędzy, Tom. Nie będziemy bogacić się na czyimś nieszczęściu. W przyszłym tygodniu podpiszemy kontrakt z Rosjanami.

Mężczyzna parsknął i opadł na skórzany fotel.

– Masz dzieci, Brandon… Myśl o nich, do cholery! – ciskał gromy pod adresem partnera w interesach.

– Nie chcę, żeby moi synowie żyli za pieniądze z imperium zbudowanego na krzywdzie innych ludzi.

Mierzyli się gniewnymi spojrzeniami, a pełną ciężkiego napięcia ciszę przerwał dopiero dźwięk telefonu. Brandon wyciągnął komórkę z wewnętrznej kieszeni marynarki. Uśmiechnął się pod nosem, widząc zdjęcie, które pojawiło się na wyświetlaczu.

– Przepraszam na moment – bąknął. – Cześć, synku – odezwał się łagodnym, pełnym czułości głosem, zupełnie innym od tego, którego używał w rozmowie ze wspólnikiem. – Tak, wiem, obiecałem i dotrzymam słowa. Będę w domu za dwadzieścia minut. Powiedz mamie, żeby wzięła coś do jedzenia dla Astona, bo po meczu zamierzam zabrać was w pewne miejsce. I nie zapomnij swojej rękawicy, poćwiczymy rzuty. – Uśmiechał się, słuchając podekscytowanej paplaniny starszego syna. – Też cię kocham, Brian – powiedział po chwili i się rozłączył.

Westchnął głośno, nim ponownie spojrzał na siedzącego naprzeciwko mężczyznę.

– Muszę iść, rodzina na mnie czeka. – Zgarnął z biurka teczkę i schował ją do skórzanej aktówki. Wstał i skierował się do drzwi. Jednak zanim wyszedł, jeszcze raz utkwił wzrok w rozmówcy. – Thomas, nawet nie myśl o podpisaniu tej umowy za moimi plecami. – Jego słowa podszyte były ostrzeżeniem. – Jesteś moim przyjacielem, ale pamiętaj, że to ja mam decydujący głos, a póki żyję i mój syn nie osiągnie pełnoletności, większość udziałów należy do mnie. Nie bez powodu taką decyzję podjęli nasi ojcowie – oznajmił twardo, po czym pospiesznie opuścił gabinet.

– Póki żyjesz… – wymamrotał Thomas, wpatrując się ze złością w stojącą na skraju biurka rodzinną fotografię. – Póki żyjesz, Brandon.

Wyciągnął z kieszeni komórkę i szybko wybrał nazwisko z listy kontaktów. Po kilku sygnałach osoba, do której dzwonił, odebrała telefon.

– Wyjechał – rzucił lakonicznie i szybko zakończył połączenie. Obszedł biurko i chwycił ramkę ze zdjęciem, gniewnie zaciskając na niej palce. – Trzeba było się nie upierać, głupcze – prychnął, wrzucił fotografię na spód szuflady i zamknął ją z trzaskiem. Usiadł w czarnym skórzanym fotelu, wyciągając przed siebie nogi. – Mogłeś mnie posłuchać – stwierdził i oparł się wygodnie. – Moje… – Potarł piękny blat biurka, uśmiechając się mrocznie, niemal na granicy obłąkania. – Teraz wszystko jest moje.

PUNKT
1

Broken Parts – Måns Zelmerlöw


Pięć lat później


Zerknąłem na zegarek, którego wskazówki powoli sunęły po białej tarczy. Była druga w nocy, jeszcze tylko pięć godzin i rozpocznę nowy etap w swoim życiu. Pięć godzin i zacznę realizować plan, który układałem w głowie przez ostatnich pięć długich lat.

Przewróciłem się na bok i zapatrzyłem w widok za oknem. Ciemne niebo pokrywały migoczące punkciki, które przypominały pyłki brokatu rzucone na czarny arkusz papieru. Od zawsze uwielbiałem gwiazdy – spokojne, nieznające bólu, cierpienia i rozpaczy ciała niebieskie, dodające magii każdej nocy.

Nagle moje uszy wypełnił cichy szloch. Westchnąłem ciężko i przekręciłem się na plecy. Wiedziałem, że to matka znowu płacze. Po raz tysięczny zacząłem się zastanawiać, jak wielka miłość musiała ją łączyć z ojcem, skoro tyle lat od jego śmierci wciąż za nim tęskni, wciąż go opłakuje. Czy to w ogóle możliwe, by taka miłość istniała?

Poczułem przypływ złości. To ON za wszystko odpowiada. Jest winien śmierci ojca i rozbicia naszej rodziny. Ponosi całkowitą odpowiedzialność za to, co przeżyliśmy, za to, ile musieliśmy znieść upokorzeń, za to, jak w dalszym ciągu cierpimy. Jeszcze jako dziecko postanowiłem, że poświęcę wszystko, żeby zemścić się na Thomasie Hendersonie. Pięć lat ciężkiej pracy, nauki i intensywnego planowania doprowadziły mnie do Eton – miejsca, które miało mi pomóc wcielić w życie moje zamiary.

To jedyna w swoim rodzaju prestiżowa szkoła ucząca tego, co w życiu najbardziej istotne. To tam kształcą się głowy państw i inne wielkie osobistości. Założył ją w tysiąc dziewięćset czterdziestym czwartym roku król Henryk VI. Tata często mi o niej opowiadał. Pragnął, żebym kiedyś został jednym z jej podopiecznych. Do dziś pamiętam jego słowa:

– Każdy z uczniów nosi taki sam, niezmieniony od stuleci, mundurek, na który składa się czarny frak, kamizelka i pasiaste spodnie. Będziesz w szkole, Bri, a wyglądem dorównasz królom. – Zaśmiał się ciepło. – Do tego dochodzi biały krawat, a także cylinder i laska na formalne okazje. Początkowo nauki w szkole mieli pobierać jedynie arystokratycznie urodzeni chłopcy, lecz z biegiem lat to się zmieniło i dzięki temu, mam nadzieję, staniesz się jednym z jej wychowanków.

 

Za kilka godzin miałem spełnić marzenia ojca, które z czasem stały się moimi. Postanowiłem, że choćbym miał zaharować się na śmierć, osiągnę ten cel i zrównam z ziemią Hendersona i jego pławiącą się w luksusach rodzinę, a Eton mi w tym pomoże.

Moje rozmyślania przerwało ciche pukanie. Nim zdążyłem zareagować, drzwi się otworzyły i stanęła w nich mała postać. Blask latarni ulicznych, który wpadał przed okno do pokoju, oświetlił anielską twarzyczkę Astona, mojego pięcioletniego braciszka.

– Co się dzieje, twardzielu? – Uniosłem się na przedramionach, tak by móc go lepiej widzieć.

– Bo wiesz… – zaczął szeptem. – Mógłbym się obok ciebie położyć, jeśli się boisz czy coś… – powiedział, a kąciki moich ust podjechały do góry.

– Ty zawsze najlepiej wiesz, co czuję i czego właśnie mi potrzeba. Chodź. – Odchyliłem kołdrę i poklepałem miejsce obok siebie. Podbiegł do mnie zadowolony, wskoczył na łóżko i przytulił się do mnie z całych sił.

– Już ci lepiej? – zapytał po chwili.

– Idealnie. A ty dlaczego nie możesz spać?

– Mamusia znów płacze. – Zabijał mnie smutek, który od niego emanował. – Nie lubię, kiedy to robi. Przecież jest duża i nie powinna płakać. – Głos mu się załamał.

– Ja też tego nie lubię, Aston, ale dorośli też czasami płaczą. – Próbowałem go pocieszyć.

– Dlaczego?

– Najczęściej dlatego, że są smutni.

– A mamusia jest bardzo często smutna.

– Jest… – Nie wiedziałem, co sensownego mógłbym mu powiedzieć. Sam sobie nie potrafiłem wyjaśnić, dlaczego matka zachowuje się w taki sposób od tylu już lat. Przecież rany się zabliźniają. Nie została sama, ma dzieci, więc to dla nich powinna żyć, dla nich powinna przyklejać do ust uśmiech, nawet jeśli jest źle, i brnąć przed siebie. Niestety, odkąd tata rzekomo popełnił samobójstwo, jest pogrążonym w żałobie wrakiem człowieka. Starałem się przejąć jak najwięcej obowiązków, żeby ją odciążyć, ale będąc nastolatkiem, niewiele mogłem zrobić. Jedyne, co mi pozostało, to dostać się do wymarzonej szkoły i zdobyć tytuł naukowy, dzięki któremu udałoby mi się w przyszłości odzyskać pozycję, jaką kiedyś zajmowaliśmy, i zemścić się na ludziach odpowiedzialnych za nasz upadek. Oni zniszczyli moją rodzinę, pogrzebali nas jeszcze za życia. Niegdyś należeliśmy do elity, rodzice byli stałymi bywalcami bankietów i członkami nowojorskiej elity, ludzie się z nimi liczyli. Teraz ledwo starczało nam na rachunki i jedzenie. Dlatego postanowiłem się zemścić.

– Bri… – w moje rozmyślania ponownie wdarł się głos Astona.

– Hmm?

– Musisz jechać?

– Muszę, twardzielu, a ty zaopiekujesz się mamą. To tylko kilka lat, będę cię odwiedzał tak często, jak tylko się da, i obiecuję dużo pisać. Mama ci przeczyta zawsze do snu mój list, okej? – zapewniłem żarliwie, choć czułem ból w sercu na samą myśl, że lada chwila opuszczę mojego małego braciszka.

– Okej. Będę strasznie za tobą tęsknił. – Pociągnął nosem.

– Ja za tobą również, Aston. – Pocałowałem czubek jego małej, pokrytej ciemnymi lokami główki. – A teraz śpij i niech ci się przyśni Barbie w towarzystwie tęczowych kucyków – zażartowałem.

– Brian! Ja nie jestem dziewczynką! – oburzył się.

– Wiem, wiem… Śpij, nicponiu, śpij. – Mocniej go do siebie przytuliłem.

– Dobranoc, Bri. Kocham cię.

– Też cię kocham, dzieciaku.

Po kilku minutach oddech Astona się unormował, więc wiedziałem, że zasnął. Pocałowałem go w policzek i przymknąłem oczy. Czekając w ciszy na poranek, przywołałem wspomnienia.


Stałem przed domem, czując ogromne zniecierpliwienie. Tata obiecał, że dziś zabierze mnie na mecz Jankesów z bostońskimi Red Soxami. Miał to być też pierwszy mecz Astona, który skończył dopiero kilka miesięcy, ale to nic – chciałem, żeby w tym uczestniczył, żeby już poznał ten niepowtarzalny klimat rozentuzjazmowanego tłumu. Chciałem, by mój młodszy braciszek tak jak ja zapałał miłością do baseballu i tej nowojorskiej drużyny.

Przestępowałem z nogi na nogę, wypatrując samochodu przy bramie wjazdowej, ale nadaremnie. Tata się spóźniał. Nigdy wcześniej mu się to nie zdarzało. Zawsze robił to, co obiecał. Spojrzałem na swój zegarek marki Garmin, który wcześniej należał do taty. Według wskazówek powinien tu dotrzeć trzydzieści minut temu. To nie w jego stylu. Z nudów i zniecierpliwienia zacząłem obracać w dłoni piłkę. Nie trwało to jednak długo, ponieważ usłyszałem za sobą kroki, a kiedy się odwróciłem, zobaczyłem zmierzającą ku mnie mamę.

– Hej, przystojniaku. – Uśmiechnęła się do mnie tak, jak tylko mama potrafi.

– Nie ma go jeszcze – jęknąłem, rzucając piłkę przed siebie. – I tak już nie zdążymy na mecz.

– Zaraz na pewno przyjedzie, a jeśli spóźnimy się kilka minut, nic się nie stanie. – Pogłaskała mnie po głowie. – Zadzwonię do niego ponownie, może tym razem odbierze. – Pocałowała mnie w skroń i oddaliła się w kierunku naszej posiadłości.

Ruszyłem po piłkę, która potoczyła się po trawniku. Podnosząc ją, zauważyłem jakiś ruch. Pobiegłem na podjazd, gdzie dostrzegłem policyjny radiowóz. Oddech uwiązł mi w gardle, serce zamarło, a przez całe ciało przeszła fala strachu. To nie wróżyło niczego dobrego.

Wtedy zobaczyłem mamę, która wybiegła na zewnątrz. Policjant podszedł do niej i powiedział coś, czego nie byłem w stanie usłyszeć. Nie musiałem, wyraz twarzy mamy powiedział mi wszystko. Wiedziałem, co się stało. Po co przyjechała policja i dlaczego tata nie wracał. Głośny i przerażający krzyk przeszył ciszę, echo maminego głosu niosło się w dal.

Z trudem oderwałem stopy od ziemi i ruszyłem do niej sprintem. Upadłem na kolana tuż obok i objąłem ją najmocniej, jak potrafiłem. Poczułem coś mokrego na twarzy i zdałem sobie sprawę, że płaczę.

– Nie ma go, Brian… – wyszeptała z rozpaczą w zgięcie mojej szyi.

***

– Bri! Bri! No wstawaj już! – Czułem, jak ktoś szarpie mnie za ramię.

Otworzyłem oczy i ujrzałem nad sobą rumianą twarz Astona. Przetarłem ręką oczy, by pozbyć się resztek snu. Zimny pot spływał mi po karku, ale starem się go ignorować, tak samo jak nieznaczne drgawki, które targały moim ciałem. Działo się tak zawsze, gdy nawiedzały mnie retrospekcje z tego strasznego dnia, kiedy dowiedzieliśmy się o śmierci ojca.

– Hej, twardzielu, musiałem przysnąć – odezwałem się ochrypłym głosem.

– Mama kazała cię obudzić, chociaż nie chciałem tego robić. Miałem nadzieję, że zaśpisz i mnie nie zostawisz. – Jego usta wykrzywiły się w podkowę.

Słowa te i nieszczęśliwa mina mocno mnie ukłuły. Nie chciałem zostawiać bliskich, a przede wszystkim nie chciałem zostawiać Astona. Nie miałem pewności, czy matka da radę się nim opiekować, ale wiedziałem, że w szerszej perspektywie pomogę im bardziej, jeśli wyjadę.

Uśmiechnąłem się do braciszka i chwytając go za dłoń, wciągnąłem na łóżko i zacząłem łaskotać.

– Nie, Bri! Nie… Zsiusiam się! – krzyczał i śmiał się jednocześnie. Był to najwspanialszy dźwięk na świecie. Świadomość, że jutro nie będzie mnie obok niego, cholernie bolała. Żeby zagłuszyć to paskudne uczucie, spojrzałem na zegarek. Była siódma.

– Cholera! – zakląłem, zapomniawszy, że uszy Astona chłoną wszystko. Jednak teraz to stanowiło najmniejszy problem. – Już powinienem być gotowy. Za piętnaście minut będzie tu pani Donovan!

Zeskoczyłem z łóżka, omijając brata.

– To ta twoja nauczycielka? – Aston powlekł się za mną.

– Tak, szkrabie, to ona. Odwiezie mnie na pociąg. – Balansowałem na jednej nodze, próbując zachować równowagę, kiedy zakładałem spodnie.

– Aha… Może nie przyjedzie? – W jego głosie pobrzmiewała nadzieja.

– Lepiej, żeby tak się nie stało, bo jeśli nie dotrę na miejsce, to moja i wasza przyszłość legnie w gruzach – odpowiedziałem ostrzej, niż zamierzałem.

– Okej… – Smutek i rozczarowanie, które na nowo zagościły w jego głosie, zmusiły mnie do odwrócenia się ku niemu.

– Nie smuć się, mały, wkrótce was odwiedzę – obiecałem, klękając przed nim. – I pamiętaj, jesteś twardzielem. Niepokonanym wojownikiem. Bądź silny dla mnie, bo jak nie, to popłaczę się jak dziewczyna – zagroziłem, robiąc do niego głupkowatą miną, przez co się roześmiał. Potargałem jego loki i chwyciłem z krzesła bluzę, którą ekspresowo włożyłem. Wrzuciłem ostatnie rzeczy do torby i rozejrzałem się po pokoju. – Od dziś to twoja twierdza – obwieściłem uroczyście, na nowo ogniskując spojrzenie na bracie. – Dbaj o ten pokój i o wszystko, co się w nim znajduje.

– Naprawdę?! – Podekscytowany Aston wodził roziskrzonym wzrokiem po pomieszczeniu.

– Naprawdę. – Obdarowałem go szerokim uśmiechem.

– I mogę dotykać komiksów?

– Możesz z nimi zrobić, co ci się żywnie podoba.

– Dziękuję, Bri. – Rzucił się na mnie z impetem i objął moje nogi.

– Proszę bardzo. – Przyklęknąłem i wziąłem go w ramiona. Uścisnąłem mocno jego drobne ciało, kołysząc nim na boki. – A teraz chodź, muszę jeszcze pożegnać się z mamą. – Wyplątałem się z objęć brata i wspólnie ruszyliśmy na poszukiwania mamy.

Zastaliśmy ją w kuchni. Stała zgarbiona przy oknie, w rękach miętosiła jednorazową chusteczkę. Od śmierci taty nie była już tą samą osobą co kiedyś. Nie była matką i kobietą, którą pamiętałem. Straciła ciepło i blask, jakie od niej emanowały, rozświetlając każde pomieszczenie, w którym przebywała. Teraz była przygaszona, przygnębienie i rozpacz na stałe wyryły się na jej twarzy. Moje serce ścisnęło się z żalu za tym, co straciła, co my straciliśmy razem z nią.

– Opiekuj się nim, mamo. – Podszedłem do niej i objąłem ją mocno od tyłu. Odwróciła się gwałtownie i zacisnęła wokół mnie ramiona, czym nieco mnie zaskoczyła. Już w tym momencie byłem od niej wyższy, a miałem dopiero piętnaście lat. Odsunęła się po chwili i chwyciła moją twarz w dłonie.

– Wyglądasz jak tata – wyszeptała, odgarniając mi włosy z oczu. – Jesteś równie przystojny i mądry jak on. Poradzisz sobie, synu, o nas się nie martw. My też jakoś damy radę.

W jej słowach nie było przekonania, ale musiałem wierzyć, że podoła. Musiałem mieć taką nadzieję, inaczej nie ruszyłbym z miejsca.

– Będę wam wysyłał tyle pieniędzy, ile będę w stanie – zapewniłem.

– Nie musisz, Brian – odparła, nadal bez pewności.

– Dostałem stypendium, dam radę. Pomogę, jak tylko będę mógł. Kocham cię. – Ścisnąłem ją raz jeszcze, walcząc ze łzami, które cisnęły mi się do oczu. Jestem niemal dorosłym mężczyzną, ale przecież nawet mężczyźni miewają chwile słabości.

– No dobrze, już dobrze. – Odsunęła się szybko. – Pani Donovan podjechała. Chodź, nicponiu, odprowadzimy twojego brata do drzwi. – Wyciągnęła drżącą dłoń w kierunku Astona.

Spojrzałem na małego, który siedział na kanapie, ocierając wierzchem dłoni mokre od łez policzki. Czułem, jak ból rozrywa moje serce na strzępy. Było ciężej, niż przypuszczałem. Podszedłem do niego, starając się nie rozpłakać.

– Nie płacz, twardzielu – poprosiłem, czochrając jego nieokiełznaną grzywę. – Obiecuję, że gdy tylko dojadę na miejsce, to napiszę. A może nawet kupię ci telefon, przez który będziemy mogli co wieczór rozmawiać.

– Nie chcę telefonu, chcę ciebie, Bri! – załkał żałośnie.

W tym momencie miałem ochotę porzucić swoje cele i zostać z domu, by tylko uszczęśliwić mojego małego braciszka. Ale wiedziałem, że nie mogę tego zrobić, jeśli chciałem, by nasze życie się poprawiło. Na dłuższą metę takie rozwiązanie było najlepsze.

– Wiesz co? Mam pomysł. – Podszedłem do torby, rozsunąłem ją i wyciągnąłem z niej czarną bluzę, którą kupiłem sobie za pierwsze zarobione pieniądze. – Masz. – Podałem mu ją.

– Dajesz mi swoją ulubioną bluzę? – zapytał z niedowierzaniem.

– Tak. Jeśli poczujesz, że musisz się do mnie przytulić, albo będziesz się czegoś bał, po prostu ją włóż. Strach i smutek od razu odejdą.

Niewielki uśmiech pojawił się na jego ustach.

– Dziękuję, Bri – wyjąkał, przyciągając do siebie czarny materiał.

Dźwięk klaksonu przerwał naszą rozmowę. Wziąłem głęboki wdech i pochyliłem się nad Astonem, żeby po raz ostatni pocałować czubek jego głowy.

– Muszę już iść. Kocham cię, braciszku. Zawsze i najbardziej – wyszeptałem, walcząc z naporem łez, które zalegały pod moimi powiekami.

– A ja kocham ciebie, zawsze i najbardziej. – Raz jeszcze objął mnie mocno swoimi małymi rączkami. – Bardzo cię kocham, Bri – powtórzył, a z mojego oka stoczyła się łza. Nie chcąc, by to zobaczył, chwyciłem z podłogi torbę i nie oglądając się za siebie, wybiegłem na zewnątrz.

 

Szybkim krokiem podszedłem do samochodu pani Donovan i wsunąłem się na miejsce pasażera, wpierw wrzucając torbę na tylne siedzenie nissana.

– Gotowy na wspaniałą przygodę, Brianie? – zapytała kobieta, posyłając mi ciepły, pełen dumy uśmiech.

– Jak nigdy dotąd – powiedziałem z taką pewnością, na jaką było mnie w tej chwili stać, zapatrzony w zdezelowany stary dom i małego chłopca stojącego na schodach w sięgającej ziemi bluzie. Przełknąłem łzy i strach, szykując miejsce na siłę i determinację. – Gotowy jak nigdy dotąd – dodałem bardziej stanowczo i odwróciłem wzrok od rozdzierającego serce widoku.

– No to ruszajmy. – Pani Donovan odpaliła silnik i wyjechała z podjazdu, kierując się w stronę stacji kolejowej, skąd za pół godziny miał odjechać pociąg do mojego nowego, miejmy nadzieję, lepszego życia.