Zrozumieć zbrodnię

Tekst
Z serii: Varia
0
Recenzje
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

Odwaga mistrzów świata

Niewielu sławnych i niezłomnych pokonało wstyd i opowiedziało, co ich dręczy. Ku przestrodze i pokrzepieniu innych, aby nie dali się pokonać myślom o umieraniu.

Jedną z takich osób okazał się niemiecki skoczek narciarski Sven Hannawald – trzykrotny medalista olimpijski i czterokrotny medalista mistrzostw świata, największy rywal Adama Małysza. Ich współzawodnictwo przyprawiało o dreszcze fanów tej dyscypliny sportu nie tylko w Europie.

O Hannawaldzie mówiono, że ma psychikę ze stali. Był nie do pokonania. Pojawiał się i wygrywał w cuglach. Tak jak podczas 50. Turnieju Czterech Skoczni, zimą 2001/2002, kiedy Adam Małysz był w rewelacyjnej formie. Wszystko zapowiadało jego triumf, jednak Sven Hannawald pogrzebał nadzieje Małysza i Polaków na zwycięstwo w prestiżowym, jubileuszowym turnieju.

Sportowy świat był w szoku, gdy trzy lata później niemiecki skoczek wycofał się z dalszej rywalizacji, enigmatycznie tłumacząc swoją decyzję syndromem wypalenia. Latem 2005 roku oficjalnie zakończył karierę.

O tym, dlaczego to zrobił, opowiedział dopiero w 2014 roku, w swojej autobiografii Sven Hannawald. Triumf. Upadek. Powrót do życia, której obszerne fragmenty opublikował m.in. portal Onet.pl:

„Po moim poczwórnym zwycięstwie w Turnieju Czterech Skoczni na przełomie 2001/2002 nagłówki gazet wychwalały mnie słowami: svenomenalny, Hannawald, który przeskakuje skocznie, loty w nieśmiertelność. Cena sukcesu była w moim przypadku bardzo, bardzo wysoka. Drogo okupiłem zaangażowanie w sport wyczynowy. Przerosły mnie niezwykle wysokie oczekiwania otoczenia. Ten niebezpieczny proces wślizgnął się niepostrzeżenie w moje życie i w końcu psychika pokonała ciało. Chcę pomóc wszystkim, którzy znajdą się w podobnej sytuacji”1 – tłumaczył swoje motywy.

Depresja zmieniła go w agresywnego anorektyka, przerażonego na samą myśl, że będzie musiał wyjść z domu. Napady szału, wymioty, ból całego ciała – taka była jego codzienność.

Chorobę udało mu się pokonać dopiero po pięciu latach.

Prasówka:

„Czułem się sfrustrowany do tego stopnia, że w pewnym momencie wyrzuciłem wszystkie zdobyte medale do kosza – powiedział Sven Hannawald w szczerej rozmowie z Dariuszem Faronem, dziennikarzem Onetu. – Chodziłem do wszystkich możliwych lekarzy i żaden nie potrafił mi pomóc. Każdy mówił, że wszystko jest w porządku. Ja czułem coś innego. Myślałem wtedy, że nawet najgorsza diagnoza byłaby lepsza od niepewności. Gdybym usłyszał, że mam raka, przynajmniej wiedziałbym, co mi dolega, i mógłbym zacząć leczenie. Tymczasem lekarze rozkładali ręce, a moja frustracja rosła. Nie wiedziałem, co się ze mną dzieje.

Gdybym nie trafił do specjalistycznej kliniki, pewnie zacząłbym myśleć o samobójstwie. Słyszałem o przypadku Roberta Enke, niemieckiego bramkarza, który zachorował na depresję i popełnił samobójstwo. W Niemczech było o tym bardzo głośno. Myślę, że gdybym nie zgłosił się na leczenie i nadal próbował wytrwać w zawodowym sporcie, mógłbym skończyć jak on.

Sven Hannawald przekonuje, że depresja go nie zmieniła, ale czegoś ważnego nauczyła:

– Wiem już, że jest pewna granica, której nie można przekroczyć. Droga bez odpoczynku może prowadzić do sukcesów, ale nie jesteś w stanie iść zbyt długo, taka kariera zawsze trwa krócej. Choroba sprawiła, że zmieniłem nastawienie do życia”.

(źródło: Onet, 23.11.2018)

O swojej depresji opowiedziała też nasza mistrzyni Justyna Kowalczyk, złota medalistka olimpijska z Vancouver i Soczi, czterokrotna zdobywczyni Pucharu Świata w biegach narciarskich. W jednym z wywiadów2 przyznała, że po poronieniu jej życie diametralnie się zmieniło. O jej chorobie wiedziały tylko trzy osoby, z których dwie nie mogły w to uwierzyć. Wszyscy się nią zachwycali, a ona czuła się wrakiem człowieka. Walczyła z bezsennością, wysoką gorączką, lękiem i zasłabnięciami.

– W pewnym momencie byle posiłek bywał wystarczającym powodem do wymiotowania – powiedziała Pawłowi Wilkowiczowi ze Sport.pl. – Przez cały ten zły czas starałam się zachowywać pozory. Bo mi mówiono, że tak trzeba […]. Trener uznał, że najlepszym sposobem na depresję będzie praca. Chciał dobrze, ale „weź się w garść” to najgorsze, co można mówić w takiej sytuacji. Ja zdecydowałam się dobiec do Soczi, ale było ze mną coraz gorzej. Postanowiłam opowiedzieć moją historię, bo odbiór społeczny jest taki, jakby depresja była wstydem.

W przeciwieństwie do sportowców i tzw. większości depresji nie wstydzą się gangsterzy, specjaliści od przekrętów z VAT-em, defraudanci z banków i pozostała masa przestępców zaliczanych do białych kołnierzyków. Demonstrują swoje złe samopoczucie bez oporów, najczęściej w prokuraturze i przed sądem, a w szczególności przed biegłymi psychiatrami, przygotowującymi – na potrzeby postępowania karnego – opinie o stanie ich zdrowia psychicznego.

Ale stali bywalcy aresztów śledczych cierpią na nieco inny rodzaj depresji, i to nagminnie.

Epidemie psychiatryczne

Kiedy aresztowani przestępcy wiedzą, że są obserwowani, całymi godzinami wpatrują się w ścianę, ale po zakończeniu obserwacji chętnie oglądają telewizję. Odmawiają przyjmowania posiłków, za to gdy nikt nie patrzy – zajadają skrywane przed lekarzami zapasy. Podczas spotkania z biegłymi demonstrują spowolnienie psychoruchowe, ale gdy wracają do swojej celi, nic nie umknie ich uwadze. Bacznie nasłuchują odgłosów więzienia i obserwują ruchy wizjera.

– Jednego z pierwszych symulantów miałem okazję obserwować jako młody jeszcze psychiatra, w słynnym Instytucie Psychiatrii Sądowej im. Władimira Serbskiego w Moskwie – wspomina doktor Jerzy Pobocha. – Był to mężczyzna podejrzany o szereg przestępstw gospodarczych. Obiecywał – powołując się na wpływy – załatwienie różnych rzeczy, brał zaliczki i niczego nie załatwiał. Taki miał sposób na życie. Zwykły oszust. Kiedy go schwytano, zaczął opowiadać, że czuje prądy na genitaliach i boi się, że będzie bezpłodny. Dlatego przykrywał przyrodzenie blachami.

Z czego słynął Instytut Serbskiego?

– W czasach Związku Radzieckiego opiniowano tam dysydentów, u których raz rozpoznawano psychozy, raz nie, w zależności od potrzeb totalitarnej władzy. Sprawa była niebywała, dlatego pozwólmy sobie na dygresję. Otóż oni tam w ZSRR przez całe lata 50., 60. i 70. rozpoznawali chorobę psychiczną na takich zasadach: wiadomo, że najlepszym ustrojem świata jest socjalizm, bo to jest bezsprzeczne i wszyscy tak wokół uważają. Jeżeli ktoś mówi, że jest inaczej, wbrew opiniom ogółu, to zgodnie z definicją urojeń są to nieprawdziwe sądy. Takich ludzi należy zamykać w zakładach psychiatrycznych, bo nie dość, że sami są chorzy, to jeszcze podtruwają innych. Zatem są niebezpieczni, trzeba ich bezwzględnie izolować w szpitalach.

Mówiono na to „schizofrenia bezobjawowa” lub „utajona”. Rozpoznawano ją po nieprawomyślności (!), zatem można ją było zdiagnozować, u kogo tylko chcieli, ponieważ była ukryta i „rozwijała się bezobjawowo”. Taka właśnie była nowa jednostka chorobowa zalewająca ZSRR, wprowadzona do radzieckiej medycyny przez głównego psychiatrę Instytutu Serbskiego, profesora Andrieja Snieżniewskiego.

Psychiatria na usługach władzy?

– Dlatego w 1977 roku Światowy Kongres Psychiatrów potępił działania sowieckich lekarzy, a sześć lat później radziecka psychiatria została wykluczona ze Światowego Towarzystwa Psychiatrycznego. Z czasem przywrócono ją do stowarzyszenia, ponieważ pracowało tam wielu wybitnych naukowców, którzy przysłużyli się współczesnej psychiatrii. Więcej zrobiono dla nauki dobrego niż złego.

Skąd się pan tam wziął, doktorze?

– Był rok 1981, w Polsce „wybuchła” Solidarność, a ja dostałem się na staż do Związku Radzieckiego i to właśnie tam, gdzie trzymano wrogów komunizmu. W Instytucie Serbskiego spędziłem miesiąc. Tamtejsi lekarze byli dla mnie bardzo mili i gdy orzekali w sprawie pacjenta z blachami na genitaliach, dopisali mnie do „komisji”. Rozpracowali symulanta w najdrobniejszych szczegółach, a ja zrządzeniem losu znalazłem się w komisji orzekającej Instytutu Serbskiego w Moskwie. W dzisiejszych czasach coś takiego nie mogłoby się wydarzyć, science fiction po prostu.

Prasówka:

„Groźne choroby psychiczne dotknęły już 1,2 mln obywateli ZSRR – szacowało KGB na przełomie lat 60. i 70. Mówiło się o epidemii chorób psychicznych nękających społeczeństwo radzieckie. Instytut Serbskiego w Moskwie stał się głównym organem powołanym do wydawania fałszywych ekspertyz psychiatrycznych przez lekarzy na usługach KGB. Ludziom zdrowym, lecz niewygodnym dla władzy wystawiano świadectwa niepoczytalności, co było podstawą do przymusowego «leczenia» i wieloletniej izolacji.

Gdy w latach 1967–82 szefem KGB był Jurij Andropow, później krótkotrwały następca Leonida Breżniewa na stanowisku szefa partii, psychiatria represyjna przeżywała rozkwit. Andropow doceniał jej możliwości, a zwłaszcza to, że «chorego» można było poddawać przeróżnym torturom i więzić bezterminowo. Pacjentów najczęściej pozbawiano prawa do informacji i korespondencji, co odcinało im drogę do szukania jakiejkolwiek pomocy, a odpowiednie «leczenie» okazywało się skuteczniejsze niż łagier.

Nie robiono rozróżnienia pomiędzy politycznymi a groźnymi kryminalistami, zdrowi trafiali do cel z prawdziwymi obłąkańcami, gwałcicielami i innymi zwyrodnialcami, bojąc się – jak pisał gen. Grigorienko – że sami z upływem czasu mogą przemienić się w tych, których widzą wokół siebie. Bardzo często ktoś z kręgu «normalnych» zaczynał bełkotać niezrozumiale, plątał się, wpadał w paranoję albo tracił zmysły”.

 

(Marta Grzywacz, Zesłanie do psychuszki, historia najnowsza, „Gazeta Wyborcza”, 26.10.2015)

– Wracając do współczesnych symulantów, to wielu z nich próbuje się ciąć lub wieszać, ale podejmowane przez nich próby samobójcze mają charakter wyłącznie bezpiecznej demonstracji – zauważa psychiatra. – Myśli samobójcze to jeden ze sposobów na wydostanie się z aresztu do szpitala psychiatrycznego. Wszyscy oni: gangsterzy, oszuści bankowi i specjaliści od VAT-u, wykazywali się przed aresztowaniem ponadprzeciętną odpornością psychiczną. Prowadzili rozległe interesy, kontrolowali skomplikowane operacje finansowe, organizowali sprawnie działające struktury przestępcze. Chorować zaczęli dopiero za kratami.

Skąd depresje u gangsterów?

– Z tymczasowego aresztowania i stawianych zarzutów. Nasilenie objawów chorobowych jest wprost proporcjonalne do wysokości grożącej kary: im większe zagrożenie karą, tym głębsza depresja. Chory udaje, że ma depresję, a lekarz udaje, że ją widzi. Stąd nazwa, którą wprowadziłem do obiegu jeszcze w latach 90. – „depresja udawana”. W tamtym czasie obserwowaliśmy w polskich aresztach prawdziwą epidemię tej „choroby”. Z czasem nasiliły się też „choroby psychiczne”, na które masowo zaczęli zapadać podejrzani o poważne przestępstwa, takie jak kierowanie zorganizowaną grupą przestępczą i zabójstwa. To stała tendencja. Niektórzy przygotowują się do tej roli jeszcze na wolności, zanim zjawi się po nich policja.

Po co to robią?

– Oczywiście po to, żeby wyjść na wolność. Na przełomie lat 70. i 80. około dwustu więźniów w Polsce dokonało samookaleczenia gałek ocznych, ponieważ rozeszła się wieść, że jeden z osadzonych został po czymś takim zwolniony z aresztu. Po co zadawać sobie ból, skoro są prostsze sposoby otwierające drzwi do wolności. Udawanie depresji ze zgłaszaniem myśli samobójczych ułatwia dostanie się do szpitala psychiatrycznego, ponieważ z reguły lekarz dyżurny nie będzie podejmował ryzykownej odmowy przyjęcia takiego „chorego”. Dylematu diagnostycznego: depresja czy symulacja na ogół nie można rozstrzygnąć natychmiast. Przesądzanie sprawy przy pierwszym badaniu byłoby zbyt pochopne. Dzięki temu podejrzany może zdobyć dowody o pobycie w szpitalu psychiatrycznym albo – z uwagi na nawrót „choroby” – uzyskać zwolnienie z aresztu śledczego. W symulowaniu najczęściej pomaga mu przekupiony lekarz, ale o tym jeszcze nie teraz.

Dlaczego właśnie depresja, a nie paranoja?

– Ponieważ udawanie depresji jest łatwiejsze niż innych, bardziej skomplikowanych zaburzeń. Kiedy w ramach eksperymentu zalecono grupie studentów psychologii udawanie zaburzeń psychicznych, spośród osiemdziesięciu osób zdecydowana większość demonstrowała właśnie depresję. Symulowanie schizofrenii paranoidalnej, którą podała pani za przykład, byłoby związane z pobudzeniem czy agresją, a to bardzo wyczerpuje symulanta. Choroby psychiczne są zdecydowanie trudniejsze do „zagrania”. Wcielenie się w taką rolę wymaga od aktora stałej kontroli swoich wypowiedzi, skupiania uwagi, no i pewnej wiedzy o zaburzeniach myślenia.

Przecież wiadomo, że doświadczony psychiatra na coś takiego się nie nabierze.

– I ja tak uważam, ale rzeczywistość jest inna. Pewien sfrustrowany gangster, któremu nie udało się wydostać z aresztu do szpitala psychiatrycznego, chciał pociągnąć biegłych do odpowiedzialności zawodowej. Uważał, że „są niekompetentni, bo nie rozpoznają depresji”. Inny, 195 centymetrów wzrostu i 110 kilo wagi, skierował skargę do prowadzącej śledztwo pani prokurator, ponieważ lekarze aresztu śledczego nie uwzględniali jego „orzeczenia o niepełnosprawności”. Jako ordynator oddziału psychiatrii sądowej musiałem ustosunkować się do tej skargi. Zgodnie z prawdą napisałem, że lekarze aresztu wiedzą o orzeczeniu, ale wiedzą też, że lekarze, którzy je napisali, nie znali sprawności naszego delikwenta jako członka zorganizowanej grupy przestępczej.

Depresje gangsterów to dla doktora Pobochy temat rzeka.

– Przypomina mi się taka sytuacja: dzwoni do aresztu prokurator i prosi, aby zbadać delikwenta na terenie prokuratury, przed przesłuchaniem – opowiada. – Stawiamy się tam we dwóch, z moim doświadczonym kolegą psychiatrą. Siadamy w pokoju obok, aby w drodze na badanie podejrzany nie miał czasu na jakieś spektakularne przemyślenia. Człowiek, którego zaraz mieliśmy zbadać, w kontaktach z policją był rozmowny, jakby nic specjalnego w jego życiu się nie stało. Uodporniony na stres recydywista nawet nie mrugnął, gdy skuwano go kajdankami. Po chwili rozmowy z prowadzącym śledztwo przyprowadzono go do nas. Wszedł do pokoju, zobaczył, z kim ma do czynienia, i zamilkł. Jakby mu mowę odjęło. Ani be, ani me. Przejście z pokoju do pokoju spowodowało u niego taką reakcję.

Obaj wiedzieliśmy, że był podejrzany o kierowanie groźną grupą przestępczą. Już wtedy miał bogatą przeszłość kryminalną. Nie znaliśmy szczegółów, ale uprzedzono nas, że to ktoś znaczący w mafijnych strukturach.

Zgodnie z instrukcją

Recydywista, o którym opowiada psychiatra, znany jest w półświatku pod pseudonimem Picek. Po aresztowaniu członków słynnego gangu Oczki, rządzącego w latach 90. przestępczymi interesami w północno-zachodniej Polsce, Picek postanowił siłą przejąć Szczecin. I prawie mu się to udało. Podlegli mu „żołnierze” siali postrach wszędzie, gdzie się pojawiali. Ostentacyjnie nosili broń i dokonywali egzekucji w wojnie gangów: dwa morderstwa, dziesięć usiłowań zabójstwa, do tego brutalne porwania, handel narkotykami, stręczycielstwo. Ostrzelali ludzi stojących pod pubem w centrum miasta, bo wśród nich byli członkowie konkurencyjnej grupy.

Było o nich głośno. Zamienili Szczecin w miasto bezprawia.

O ich przywódcy mówiono, że nie ma żadnych hamulców. Nawet swojej żonie pociął twarz, a rany polał spirytusem.

Prasówka:

„O takich jak Picek mówią «dożywotka z przerwami». Jako stary wyrokowiec i znany z prasy gangster od lat stał wysoko w bandyckiej hierarchii. Nikt nie przypuszczał jednak, że z więzienia w Czarnem przez kilka lat kierował strukturą, która miała przejąć wszystkie podziemne interesy w północno-zachodniej Polsce. Gangiem zawiadywał przez komórkę. Podczas rozmów posługiwał się kodem – gdy mówił «czternastka», myślał o amfetaminie, «szesnastka» to marihuana, «wózek» – macie gościa pobić tak, aby został kaleką, «piach» – wyrok śmierci. W pierwszej połowie lat 90. sąd skazał Picka za groźby karalne i nakazał umieszczenie w zakładzie psychiatrycznym. Chwalił się wtedy, że «kupił sobie żółte papiery» (później szczeciński psychiatra, który stwierdził, że Picek miał ograniczoną poczytalność, został skazany za wystawienie lewej opinii).

To Picka podejrzewano o zorganizowanie słynnego napadu na kasyno w orbisowskim hotelu Neptun. Mówiło się, że to zemsta za to, że wpisano go tam na czarną listę. Ale śledztwo w tej sprawie zostało umorzone. Mniej więcej w tym samym czasie gangster dostał osiem lat za usiłowanie zabójstwa – z błahego powodu strzelił w brzuch chłopakowi, z którym miał na pieńku”.

(Adam Zadworny, Monika Adamowska, Wyroki dla Picka i jego kompanów, „Gazeta Wyborcza”, 22.12.2004)

„Masz iść do szpitala psychiatrycznego i udawać wariata. Wszelkie koszty pokryję”. Gryps o tej treści przechwyciła Służba Więzienna, ale wtedy nie było jeszcze pewności, że to instrukcje dla Picka.

Jak pan, doktorze, zdiagnozował Picka?

– Byłem pierwszym psychiatrą, a w swojej przestępczej karierze Picek spotkał ich wielu – który orzekł, że jest poczytalny i może stanąć przed sądem. Chociaż w śledztwie „nic nie wiedział, niczego nie rozumiał”, to już podczas procesu odzyskał sprawność umysłową. Świadczyły o tym przenikliwe pytania zadawane świadkom, którzy zeznawali przeciwko niemu.

Nie miał pan wątpliwości, że to symulant?

– Aby kierować osiemdziesięcioosobową organizacją przestępczą, przydzielać „żołnierzom” zadania, rozliczać ich i – przede wszystkim – zarabiać na działalności przestępczej, trzeba się wyróżniać, być psychicznie odpornym, zorganizowanym, mieć zdolności przywódcze. Picek zdecydowanie górował nad innymi przestępcami z tak zwanej polskiej mafii. Doceniłem to. Tymczasem on sprawiał wrażenie upośledzonego umysłowo. Pomyślałem, że przecież ktoś taki nie byłby w stanie zorganizować grupy. Zacząłem mu się bacznie przyglądać…

Ale zgromadził taką dokumentacją medyczną, że mógłby się ubiegać o rentę inwalidzką! Sam nie wystawił sobie karty choroby. Ktoś przecież podpisywał mu „żółte papiery”.

– Psychiatrzy rozpoznali u niego znaczne ograniczenie poczytalności, dlatego Picek był wiecznie zwalniany z aresztu. Trafiał do szpitala psychiatrycznego w Gorzowie Wielkopolskim, a tam udzielano mu niekończących się przepustek, podczas których popełniał kolejne przestępstwa. Już pierwszego dnia hospitalizacji chadzał sobie tu i tam. Jak człowiekowi, który odbywa w szpitalu środek zabezpieczający (areszt, wyrok), można dawać tyle przepustek? Centralne Biuro Śledcze, które przyszło po Picka w związku z zarzutami kierowania zorganizowaną grupą przestępczą, zaskoczyło go na rynku, gdy robił zakupy. Powinien być na oddziale, ale jak zwykle go wypuszczono.

Gangster szkolony po akademicku

W celi Zakładu Karnego w Goleniowie autorka tej książki rozmawiała z Arkadiuszem Kraską, niesłusznie skazanym na dożywocie za podwójne zabójstwo. Sam o sobie mówi, że nie był aniołem, ale w mafijną egzekucję został wrobiony.

– Obserwowałem symulacje Picka z perspektywy więziennej celi – opowiada Arkadiusz Kraska. – Trafiłem za kraty mniej więcej w tym samym czasie co on. Chociaż w gazetach pisano, że należałem do konkurencyjnego gangu, w rzeczywistości byliśmy kolegami.

Naprawdę miał depresję?

– Ależ skąd! Symulował i świetnie wiedział, jak to robić.

Ktoś go instruował?

– Sylwek, jego wspólnik, który siedział w innej celi.

A ten Sylwek to kto, psychiatra?

– Bezwzględny bandyta z wieloma grzechami na sumieniu [m.in. zlecenie zabójstwa rezydenta białoruskiej mafii w Polsce Wiktora Fiszmana, napady w Niemczech, pranie brudnych pieniędzy – przyp. aut.]. Miał w areszcie fory u wychowawczyni. Pani Ewa, bo tak miała na imię, przynosiła mu do celi różne rzeczy, których inni mieć nie mogli. Jedną z zakazanych „zabawek” był podręcznik dla studentów medycyny – gruba książka z psychiatrii. Sylwek uczył się z niej objawów klinicznych depresji i wielu innych chorób psychicznych. Potem nabytą wiedzę – sobie wiadomymi sposobami – przekazywał Pickowi, a ten świrował niepoczytalnego. Zresztą całkiem nieźle mu to wychodziło.

Lekarze nabierali się na to?

– Przynajmniej tak to wyglądało. Nie wiem, czy „nabierali się” to właściwe określenie, bo przecież psychiatrzy nie robili tego za darmo. Tylko doktor Ewa Kramarz i Jerzy Pobocha z Aresztu Śledczego w Szczecinie nie dali się nabrać. Picek i Sylwek byli wściekli, przecież to burzyło ich linię obrony. Mieli na wolności interesy, a tych dwoje biegłych psychiatrów stanęło im na drodze.

Znam panią doktor Ewę Kramarz jeszcze z czasów studenckich. Żeby zaliczyć u niej psychopatologię, trzeba było mieć w małym palcu opasłą książkę Podstawy psychiatrii profesora Bilikiewicza.

– To może uczyła się pani z tego samego podręcznika co Sylwek (śmiech). Wiem, że szykowano prowokację. Oboje psychiatrzy mieli być odsunięci od opiniowania.

Kto szykował?

– Bardzo źli ludzie. Ktoś miał pomówić tych biegłych o korupcję, żeby stracili uprawnienia. Prowokacja była przygotowana, ale nie wiem dokładnie, dlaczego jej nie zrealizowano. Podejrzewam, że miało z tym coś wspólnego aresztowanie innego psychiatry z tego samego aresztu. Problemy miała też lekarz psychiatra ze szpitala w Gorzowie Wielkopolskim. Mówiono że pomagała Pickowi w oszukiwaniu organów ścigania. Wszyscy wiedzieliśmy, że jego żółte papiery to kompletna ściema.

Picek dostał 15 lat za kierowanie gangiem. Ogłoszenie wyroku zbojkotował, pozostając w celi. Na długiej ławie oskarżonych Sądu Okręgowego w Szczecinie, gdzie toczył się proces, zasiadał m.in. mafijny zabójca o pseudonimie Boski Wiatr, a także były komandos z wojsk ONZ-u. Ten drugi miał zastrzelić szefa konkurencyjnego gangu, jednak w kluczowym momencie zaciął mu się pistolet. Najemnikami Picka byli też: zawodowy siłacz – mistrz w wyciskaniu leżąc, a także – co ciekawe – syn profesora medycyny, który jest dziś chirurgiem.

 

– Głupio wplątał się w przestępcze interesy, miał w areszcie próbę samobójczą i naprawdę drżeliśmy o jego życie – wspomina doktor Pobocha. – Był kurierem w przemycie narkotyków. Po aresztowaniu przechodził autentyczne załamanie nerwowe, a nie depresję udawaną. Potem zaczął tak sypać, że myśleliśmy, że przyjdą i go zabiją. Całe szczęście, że kamraci odpuścili mu współpracę z prokuraturą. Ale młodość i zdrowie chłopak sobie zmarnował.

W procesie tego gangu zapadły m.in. dwa dożywocia i trzy kary 25 lat pozbawienia wolności. W lutym 2019 roku, po 23 latach odsiadywania różnych wyroków, Picek wyszedł na wolność.

Szczecin zadrżał. Tak działa przestępcza legenda.

To koniec darmowego fragmentu. Czy chcesz czytać dalej?