Zrozumieć zbrodnię

Tekst
Z serii: Varia
0
Recenzje
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

Brednie naukowopodobne

– Badałem ją osobiście – kontynuuje psychiatra.

Dlaczego to zrobiła?

– Śmierć córki postrzegała jako drogę do jej szczęścia, bo tu na ziemi czekało ją wyłącznie nieszczęście. Dziewczynka była opóźniona w rozwoju, czyli inna. Nigdy nie wyrównałaby różnic w szkole. Dzieci bywają okrutne, dawałyby jej odczuć na każdym kroku, że jest od nich gorsza. Z miłości do dziecka podjęła taką decyzję i to w momencie, gdy doprowadziła córkę do szkoły średniej, co według prognoz lekarzy miało być niemożliwe. Była wykończona. Zdała sobie sprawę z tego, że nie ma już sił dalej walczyć. Gigantyczna praca, jaką przecież wykonała, zmagania ze stresem i dotkliwym brakiem pieniędzy nadwątliły jej odporność.

W opinii napisałem: „samobójstwo rozszerzone”. W szpitalu na chirurgii ręki przeszła skomplikowaną operację – z pozytywnym skutkiem, a u nas w areszcie, na oddziale psychiatrii – wielomiesięczne leczenie depresji. Także z pozytywnym skutkiem.

Wielu psychiatrów uważa, że w warunkach więziennych depresji wyleczyć się nie da. „Bo takie mury, kraty, strażnicy na wieżyczkach i taka sytuacja życiowa, że wszystko jest traumatyzujące, stresujące”. To są brednie, fantazje naukowopodobne. Mamy do czynienia z paradoksem: w warunkach pozbawienia wolności depresję można wyleczyć! Pielęgniarka z Koszalina jest tego najlepszym przykładem. Zresztą nie tylko ona. Pracując w więzieniu 31 lat, widziałem, jak ten proces wygląda, i proszę mi wierzyć, że bardzo dobrze leczy się depresję za kratami.

„Nasza” pielęgniarka, z racji wykonywanego zawodu, została otoczona przez funkcjonariuszki-pielęgniarki nad wyraz troskliwą opieką. Spotkała się ze współczuciem i zrozumieniem, wręcz oazą serdeczności. Do tego doszły leki i dobre informacje: że córka przeżyła i ona sama też będzie żyć. Była u nas blisko rok. Bardzo żałowała tego, co zrobiła. Po zakończonym leczeniu miała siłę stawić czoło losowi. W karcie choroby i opinii psychiatrycznej, która przesądziła losy śledztwa, napisałem zgodnie ze stanem faktycznym, że w trakcie popełniania czynu była niepoczytalna. „Nie wymaga leczenia w szpitalu psychiatrycznym” – dopisałem w karcie choroby.

Pacjentka [osadzona – przyp. aut.] została zwolniona do domu, a sprawa przeciwko niej umorzona. Po latach zadzwoniła do mnie dziennikarka „Gazety Wyborczej” z Warszawy i pytała o jakiś ciekawy przypadek z tego typu spraw. Opowiedziałem jej o pielęgniarce z Koszalina. Dziennikarka do niej dotarła, a następnie opisała dalsze losy. Kobieta wróciła do pracy, znalazła sens życia. Nadal opiekuje się córką, chociaż ta jest już dorosła. Radzą sobie, co mnie cieszy jako lekarza i człowieka.

Nie dostaniesz się do raju

– Kolejna historia, tym razem bez happy endu – uprzedza psychiatra. – Po pierwsze, dlatego że dwójki dzieci nie udało się odratować, po drugie – ich matka, podopieczna ośrodka pomocy społecznej spod Szczecina, wciąż myślała o samobójstwie. Jej dzieci były w widoczny sposób upośledzone umysłowo, a ona nie miała pracy i męża, bo uciekł od problemów jak ostatni tchórz. Miała wsparcie od siostry, matki oraz pomocy społecznej. Podziwiano ją za siłę psychiczną i za to, jak dbała o dzieci: były czyste, radosne, wpatrzone w matkę jak w obrazek.

Trzymała się dzielnie, niestety do czasu. Zdrowie zaczęło jej szwankować. Łudziła się, że to ogólne zmęczenie i niegroźne zaburzenia przewodu pokarmowego. Nie przypuszczała, że zachorowała na depresję, która w początkowej fazie rzeczywiście może się objawiać bólem brzucha i w klatce piersiowej. Depresję trudno rozpoznać właśnie z uwagi na objawy somatyczne, z tego powodu jest tak niebezpieczna.

Z czasem kobieta zaczęła podejrzewać u siebie wrzody żołądka. Lek przepisany na te dolegliwości nie zadziałał. Któregoś dnia wystraszyła się, że sama będzie niesprawna albo przedwcześnie umrze. Ogarnęło ją przerażenie. Pomyślała, że po jej śmierci dzieci pozostaną bez opieki. Nie mogła pozwolić na to, by cierpiały, tułały się po domach dziecka lub – co wydawało jej się najgorsze – trafiły do zakładu dla upośledzonych. Podała im środki nasenne w takiej dawce, by już się nie obudziły. Dla niej nie wystarczyło tabletek, więc podcięła sobie żyły. Rany okazały się niezbyt głębokie, a pomoc przyszła niespodziewanie (jej matka miała przeczucie, wezwała karetkę). Kobieta przeżyła, dzieci umarły. „Niepotrzebnie mnie odratowaliście” – powiedziała lekarzom. „Ja tu jestem tylko przez chwilę, muszę dołączyć do dzieci” – powtarzała.

Prokuratura rozpoczęła śledztwo i skierowała ją do nas na psychiatrię.

– Moje dzieci są już szczęśliwe – powiedziała z cieniem uśmiechu.

– Gdzie?

– W niebie. Nie widzi pan, doktorze, że otacza nas ocean rozpaczy?

– A tam go nie ma?

– Tam jest raj. Nie ma biedy i cierpienia, nie ma upośledzenia umysłowego, zmęczonych matek i bezradności.

– Kiedyś same trafiłyby do raju.

– Ale po co miałyby tak długo czekać, skoro mogłam im pomóc? Pan by nie pomógł swoim dzieciom, doktorze?

Nie było chwili, w której nie myślałaby o śmierci. Uznaliśmy ją za osobę niepoczytalną, dlatego prokuratura nie postawiła jej zarzutów karnych. Kobieta wróciła do pustego domu i miała nawroty depresji. Jeszcze raz próbowała targnąć się na swoje życie. Ponownie trafiła do szpitala.

– Muszę się z nimi spotkać – tłumaczyła coraz bardziej bezradnym lekarzom.

Wiedzieliśmy, że jest osobą głęboko wierzącą, dlatego poprosiliśmy o pomoc księdza. Przyszedł do aresztu i postawił sprawę jasno.

– Ależ ty się z nimi, drogie dziecko, nie spotkasz – powiedział, przysiadając przy jej łóżku.

– Jak to?! – Zamarła.

– Popełniłaś ciężki grzech, i to jeszcze Pan Bóg mógłby ci wybaczyć, bo jesteś chora, tak orzekli lekarze. Ale ty chcesz popełnić samobójstwo, a tego Pan Bóg już ci wybaczyć nie może. Ty nie dostaniesz się do nieba. To cię całkowicie dyskwalifikuje. Ty trafisz do piekła.

Trudno powiedzieć, na ile skuteczne okażą się argumenty duchownego. Wiem, że myśli samobójcze wciąż do niej powracały. „Wszystko, co kochałam i co nadawało sens mojemu życiu, zniszczyłam własnymi rękami” – mówiła, gdy lekarze i bliscy usiłowali ją wspierać.

Z zimną krwią

Dramat rodzinny w Lubinie (woj. dolnośląskie), o którym głośno było na początku 2018 roku, mógłby nasuwać skojarzenia z poprzednim przypadkien. Matka dwóch dziewczynek w wieku 13 miesięcy i 12 lat zabiła je nożem, a następnie sama się pocięła. Jej rany nie były śmiertelne. Podobno wcześniej przechodziła załamanie nerwowe, dostała skierowanie do poradni zdrowia psychicznego, jednak nie podjęła leczenia. Dziennikarze „Super Expressu” prześledzili jej profil na Facebooku. Ostatni wpis brzmiał niepokojąco: „Przyjdzie taka chwila, gdy stwierdzisz, że wszystko się skończyło. To właśnie będzie początek”.

Psychiatrzy orzekli, że kobieta była poczytalna, zatem prokuratura postawiła jej zarzut podwójnego zabójstwa.

– Rozumiała znaczenie czynu i zdawała sobie sprawę z konsekwencji swoich działań, stąd taka kwalifikacja prawna i akt oskarżenia skierowany do sądu – podkreślała w rozmowie z autorką prokurator Lidia Tkaczyszyn, rzecznik prasowy Prokuratury Okręgowej w Legnicy.

Prasówka:

„Innego wyroku w tej bulwersującej sprawie nie mogło być. 33-letnia Natalia W., która z zimną krwią zamordowała swoje dwie córeczki, usłyszała wyrok dożywotniego więzienia. O zwolnienie będzie się mogła ubiegać dopiero po 30 latach odsiadki.

Drobnej budowy ciała, niepozorna, ciągle zamyślona i jakby nieobecna. Nikt, patrząc na Natalię W., nie byłby skłonny powiedzieć, że to dzieciobójczyni, która bez litości zadźgała swoje córki. Przewodniczący składu sędziowskiego, sędzia Witold Wojtyło, nie ukrywał, że bardzo ciężko jest mówić o tym, co się stało 23 stycznia w mieszkaniu przy ulicy Cedrowej w Lubinie. Sędzia przypomniał również zeznania policjanta, który został skierowany na miejsce zdarzenia. Funkcjonariusz, wspominając interwencję i to, jak za wszelką cenę próbowano uratować życie 12-letniej Emilii i 13-miesięcznej Laury, nie mógł powstrzymać łez.

Emilia przyjęła na siebie ponad 50 ciosów nożem zadanych przez matkę. Biegli, którzy badali ciało dziewczynki, nie mieli wątpliwości, że dziewczynka zasłaniała się rękami przed kolejnymi ciosami, a nawet łapała za ostrze noża. Na to jednoznacznie wskazują rany na jej ciele.

Sędzia wspomniał również, że Natalia W. po zatrzymaniu trafiła do szpitala psychiatrycznego, gdzie była badana przez biegłych lekarzy. Ci stwierdzili jednak, że kobieta w momencie popełniania czynu była zdrowa psychicznie.

– Ta zbrodnia jest trudna do wyobrażenia i siłą rzeczy poszukujemy motywu – dodał sędzia Wojtyło. – Niestety nie ma racjonalnego motywu, który w jakikolwiek sposób pozwoliłby nam zrozumieć to, co się stało. Pani Natalia W. jest osobą, która ma skrzywiony charakter, ma bardzo głębokie cechy narcystyczne i oczekuje, że świat będzie wyglądał tak, jak ona tego chce. Jeżeli jednak wygląda inaczej, reaguje tak, jak zareagowała w tej sytuacji. Biegli wskazują, że najprawdopodobniej zachowanie Natalii W. wobec córek było przeniesieniem na dzieci złości wobec partnera”.

(Ewa Chojna, Dożywocie za zamordowanie swoich córek. Natalia W. usłyszała wyrok, „Nasze Miasto”, 11.12. 2018)

– Opiniowałem jako biegły podobny przypadek – mówi doktor Jerzy Pobocha. – Do tragedii doszło w Łodzi. Kobieta była poważnie skonfliktowana z partnerem. Próbowała wymusić na nim pewne zachowania, posługując się dzieckiem. Wsadziła półtorarocznego chłopca do samochodu, rozpędziła auto i pojechała na czołowe zderzenie z tirem. Dziecko zginęło, ona przeżyła. Chociaż była w depresji, co mogłoby wiele tłumaczyć, podczas obserwacji pojawiła się wątpliwość, czy w jej postępowaniu nie było elementów celowego działania wymierzonego w partnera. Ostatecznie przyjęto, że jej działanie było celowe, a co za tym idzie – nie była niepoczytalna. Musiała ponieść karę.

 

Pozornie silna płeć

– W Polsce dokonał się ogromny skok zachorowań na depresję – alarmuje psychiatra. – Przekłada się to na wzrost samobójstw, także tych rozszerzonych, w ciągu ostatnich pięciu–sześciu lat aż o połowę. Doganiamy inne kraje europejskie, chociaż kiedyś byliśmy pod tym względem na szarym końcu statystyk. Teraz jesteśmy w czołówce.

Takie dramaty zdarzają się również w poprawnie funkcjonujących związkach.

Pamiętam kobietę, która miała kochającego i troskliwego męża. Opiekował się nią, gdy zachorowała na depresję. Bywały chwile, gdy nie spuszczał jej z oka, ale czasami musiał wyjść do sklepu. Małżonkowie mieszkali w wieżowcu w centrum Szczecina. Pewnego dnia, wracając z zakupów, mężczyzna usłyszał przeraźliwy krzyk swojej córki. Wpadł do domu i zastygł z przerażenia. Zobaczył, jak żona usiłuje wypchnąć z balkonu ich dziecko i sama szykuje się do skoku. Dziewczynka jednak mocno chwyciła się prętów balkonowych i matka nie mogła odgiąć jej palców. Nagłe pojawienie się męża pokrzyżowało plany desperatki. Zobaczywszy go, zostawiła córkę i sama wyskoczyła za barierki.

W piśmiennictwie z medycyny sądowej dotyczącym samobójstw rozszerzonych stosuje się określenia, które mniej paternalistycznie [czyli z mniejszą troską o sprawcę – przyp. aut.] oceniają fakt zabicia kogoś przed swoim samobójstwem – reasumuje psychiatra. – Te nazwy to: samobójstwo poagresyjne, samobójstwo po zabójstwie, „podwójna śmierć”.

Powiedział pan, doktorze, że kobiety są z natury bardziej emocjonalne i podatne na depresję. Ale samobójstwa rozszerzone coraz częściej popełniają mężczyźni.

– Kobieca emocjonalność wiąże się m.in. z wahaniem hormonów: cyklami miesiączkowymi, ciążą, potem menopauzą. Mężczyzna, jak mawiał pewien profesor, jest hormonalnie bardzo prosty: testosteron i koniec. Ale to nie znaczy, że jest silny jak tur i odporny na stres. Konstrukcja psychiczna mężczyzn teoretycznie jest silniejsza, ale oni nierzadko nie dają sobie rady z narzuconymi rolami. Uciekają przed problemami w alkohol, dopalacze, uzależniają się od leków. Od dziecka słyszą, że chłopak musi być twardy, nie może się bać i nie wolno mu płakać – takie są uwarunkowania kulturowe. Dorastają w cieplarnianych warunkach, bezstresowym wychowaniu i gdy z chłopców wyrosną mężczyźni, okazuje się, że wielu z nich ma psychikę dziecka. Nie przyznają się do słabości, od młodych lat popadają w depresję. My, psychiatrzy, widzimy to zjawisko choćby po żołnierzach wracających z misji w Iraku i Afganistanie. Nagminnie cierpią na stres pourazowy, stają się agresywni, a przy tym bezradni i nieodporni psychicznie.

Słabi mężczyźni za porażki winią wszystkich, tylko nie siebie. Winni są „oni”, „system” lub „złe sądy i kobiety”.

Prasówka:

„«Za rozszerzone samobójstwo w sali zabaw na Bemowie odpowiedzialne są sądy, a ojciec miał prawo zabić swoje dziecko» – piszą otwarcie aktywiści Dzielnego Taty, organizacji, która na sztandarach niesie prawa ojców.

Sprawa Tomasza M. ciągnęła się od miesięcy. Mężczyzna twierdził, że żona izolowała go od dzieci. Ona z kolei, że to on stanowił dla nich zagrożenie. Tomasz M. natychmiast stał się męczennikiem Dzielnego Taty. W oficjalnym komunikacie przesłanym mediom aktywiści pisali o bólu, zadumie, konieczności zapobiegania tragediom. […] Zakładając nawet, że mężczyzna był ofiarą ogromnej niesprawiedliwości, że to nie on prześladował byłą partnerkę, lecz ona jego, i że cierpiał przez brak kontaktu z dziećmi, trudno znaleźć usprawiedliwienie dla zabójstwa własnego dziecka i trudno tego nie potępiać. Dzielni ojcowie deklarują jednak, że «nie oceniają jego czynów» i – choć mieli nie szukać winnych – oskarżają m.in. sądy rodzinne, Zbigniewa Ziobrę i Patryka Jakiego.

Argument ostateczny pojawia się pod komentarzem członka organizacji, który opisuje swoją historię walki o prawo do opieki, jednak kwituje ją stwierdzeniem, że «nigdy, przenigdy nie przyszłoby mu do głowy, żeby zrobić krzywdę dziecku». «Dał życie, to i je zabrał» – odpowiada administrator strony Dzielny Tata. Komentarz, jak nietrudno się domyślić, po jakimś czasie zniknął”.

(Wiktoria Beczek, „Dzielni” ojcowie to nie Linda z filmu „Tato”, „Gazeta Wyborcza”, 28.11.2018)

– Trzeba jednak przyznać, że sądowe boje o opiekę nad dziećmi wywołują w ludziach ekstremalne emocje – stwierdza doktor Pobocha. – Rozwodzący się małżonkowie walczą wszelkimi sposobami, atakują się wzajemnie z wielką zajadłością, a sprawy w sądach rodzinnych trwają latami. Trudno zachować spokój.

Nerwy puściły nawet lekarzowi psychiatrze, który – umęczony widać długotrwałymi procedurami i niekorzystnymi dla siebie postanowieniami – wtargnął do szczecińskiego sądu z siekierą i młotkiem. Zachowywał się jak oszalały: krzyczał, że sąd skrzywdził jego rodzinę, zaatakował pracownika ochrony, potem wyszedł z budynku sądu, lecz wrócił po chwili z dwoma kanistrami benzyny.

– Mężczyzna usłyszał zarzut usiłowania zabójstwa – powiedziała przed kamerami prokurator Joanna Biranowska-Sochalska, rzecznik prasowy Prokuratury Okręgowej w Szczecinie. – Chodzi o pokrzywdzonego pracownika sądu, którego zaatakował siekierą. Usłyszał też zarzut usiłowania sprowadzenia zdarzenia zagrażającego życiu i zdrowiu wielu osób albo mienia w wielkich rozmiarach w postaci pożaru.

„Specjalnie dla tego komentarza założyłem konto – napisał pod jednym z artykułów zamieszczonych w Internecie anonimowy internauta NikolajJezov. – Znam faceta osobiście, jego sytuacja wyglądała nieciekawie, fakt, nie usprawiedliwia to jego zachowania, ale do rzeczy. Facet jest psychiatrą, bardzo inteligentny, poczciwy człowiek, zarabia dobre pieniądze. Ma kilkuletniego syna, z którego matką wszedł na drogę sądową, gdyż ta nie chciała, aby utrzymywał kontakty z dzieckiem. Mimo wyroku sądu, uprawniającego go do widywania syna, ta miała to w dupie. Potrafiła nie otworzyć drzwi, gdy ten przychodził w asyście policji, a sąd nie potrafił zareagować. W końcu coś w nim pękło, przez co popełnił największy błąd w swoim życiu”.

Jego życie jako wolnego człowieka i kariera zawodowa są już właściwie pogrzebane. Za kraty nie trafiłby, tylko gdyby psychiatrzy orzekli, że podczas ataku z siekierą był niepoczytalny.

Prasówka:

„Psychiatra, który z benzyną ruszył na sąd, od dłuższego czasu starał się bezskutecznie o opiekę nad synem. Teraz zmierzy się z innymi lekarzami, którzy sprawdzą, czy podczas ataku był poczytalny.

45-letni mężczyzna siedzi w areszcie. Jest podejrzany o usiłowanie zabójstwa strażnika i działania zmierzające do podpalenia sądu.

Do wstrząsających chwil doszło w Sądzie Okręgowym w Szczecinie przy ulicy Małopolskiej. Tu toczą się sprawy rodzinne, związane z rozwodami i opieką nad dziećmi. Jedna ze spraw dotyczy podejrzanego, który stara się o opieką nad dzieckiem. Szczegóły nie są znane, bo tego typu sprawy toczą się z wyłączeniem jawności. Wiadomo jednak, że mężczyzna nie był zadowolony z rozstrzygnięć sądu.

– Zniszczyli mi rodzinę, zabrali syna – krzyczał, gdy dwaj petenci sądu obezwładnili go.

Chwilę wcześniej rzucił się z siekierą na strażnika (obrażenia nie są poważne), a potem wniósł dwa kanistry z benzyną. Ostrzegł przebywających w holu świadków, że będzie palił sąd, i dlatego kazał im wyjść z budynku. W samochodzie miał jeszcze pięć kanistrów z benzyną.

– Mówił, że nie miał nic do tego strażnika, którego zranił, ale obawiał się, że mają broń i uniemożliwią mu wykonanie planu – opowiadał świadek zdarzenia.

Prokuratura powoła biegłych, którzy mają ocenić stan psychiczny mężczyzny w chwili czynu”.

(Mariusz Parkitny, Dlaczego chciał podpalić sąd w Szczecinie? Psychiatra z zarzutami, „Głos Szczeciński”, 16.10.2018)

Rozdział 3
Wątłe zdrowie gangsterów

Depresja to nie tylko głęboki smutek, brak wiary w siebie i chęci do działania. Obniżony nastrój spowodowany przykrymi wydarzeniami zna każdy z nas. Smutek jest naturalną częścią życia i nawet jeśli trwa dłużej niż tydzień, dwa lub miesiąc (np. w żałobie, na bezrobociu, podczas rozwodu), nie jest jednostką chorobową. Tymczasem depresja to problem złożony, ponieważ jest chorobą, i to śmiertelnie niebezpieczną.

Wiemy o niej coraz więcej, także za sprawą osób znanych i lubianych.

Dziennikarz Rafał Pasztelański z TVP Info (wcześniej „Życia Warszawy” i tygodnika „Wprost”) o swoim przypadku opowiedział podczas kampanii „Twarze depresji. Nie oceniam. Akceptuję”. „Pasztet” – jak go nazywamy w środowisku dziennikarskim – od lat opisuje warszawskie gangi i robi programy dokumentalne o polskiej mafii. W rozmowie z dziennikarką „Newsweeka” nie ukrywał, że receptą na smutek bywały dla niego alkohol i samookaleczenia. Mówił też, że już nie pamięta miesiąca, w którym nie myślałby o śmierci.

Prasówka:

„Rafał mówił sobie, że jest nieudacznikiem, za głupim, za grubym i zbyt nieudolnym, by żyć. Uznawał, że rodzinie będzie lepiej bez niego. Przeczuwał, że jeśli nie pójdzie po pomoc, znajdzie sposób i się zabije. Kiedy wreszcie usiadł przed psychologiem, rozpłakał się. – Było mi wstyd, bo facet nie powinien pokazywać słabości.

Życie uratowała mu koleżanka z redakcji, która widząc jego ciągle pogarszający się stan, namówiła go na wizytę u psychiatry. – Wcześniej szpital psychiatryczny kojarzył mi się tylko filmem Lot nad kukułczym gniazdem, wydawał mi się miejscem koszmarnym. Byłem pewien, że tylko świr idzie do psychiatry. Długo sam nie zdawałem sobie z tego sprawy, że miałem wszystkie objawy depresji już w ogólniaku – przypomina sobie Rafał.

Pamięta też, że uchodził wtedy za osobę zabawną, wiedział, jak udawać, chociaż czuł się przygnębiony, wkładał maski i ukrywał swój stan. – Najlepszy przyjaciel przez 10 lat nie miał pojęcia, że chorowałem i chciałem umrzeć”.

(Paula Szewczyk, „Tylko świr idzie do psychiatry”. Mężczyźni wstydzą się leczyć depresję, „Newsweek”, 09.06.2018)

Depresja dotyka nawet niezłomnych – z pozoru – olimpijczyków, chociaż ci mają sławę, pieniądze i miłość tłumów. Chorują w milczeniu, bo tłumy kochają zwycięzców, a człowiek chory kojarzy się z porażką, nie sukcesem. Depresja u sportowca? To przecież niemożliwe, fanaberie jakieś – pokutuje myślenie. Robert Enke, bramkarz niemieckiej reprezentacji, był jednym z tych, którzy chorowali w milczeniu. Dopiero po jego samobójczej śmierci (w listopadzie 2009 roku rzucił się pod pociąg) okazało się, że od lat zmagał się z depresją.