Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa


Spis treści

Dedykacja

Wstęp

Rozdział 1

Rozdział 2

Rozdział 3

Rozdział 4

Rozdział 5

Rozdział 6

Rozdział 7

Rozdział 8

Rozdział 9

Rozdział 10

Rozdział 11

Rozdział 12

Rozdział 13

Rozdział 14

Epilog

Fotografie

Polecamy

Dla Bartka, aby poznał prawdziwą historię swojego ojca

Ewa Ornacka

Wstęp

To nie jest historia „drugiego Tomasza Komendy” – człowieka niesłusznie skazanego na dwadzieścia pięć lat więzienia za gwałt i zabójstwo na skutek nieprawidłowości w postępowaniu karnym organów ścigania. To opowieść o zbrodni sądowej, dokonanej w majestacie prawa na Arkadiuszu Krasce, skazanym na dożywocie za mafijną egzekucję – od kul zginęli dwaj mężczyźni kojarzeni z półświatkiem. Wyrok był wypadkową przestępstw popełnionych w śledztwie przez policjantów, niechlujstwa prokuratora i rutyny sędziego, przekonanego o własnej nieomylności.

„Gruby, łysy, wytatuowany”, „po gębie widać, że kryminalista” – tak niektórzy (anonimowi rzecz jasna) komentatorzy z internetu oceniali bohatera tej historii, gdy po dwudziestu latach Sąd Najwyższy wypuścił go zza krat. „Widać, że nieźle go w tym więzieniu karmili”, „dobrze, że siedział, nieważne, że nie za swoje”, „pewnie i tak by w końcu kogoś zabił” – wylewali z siebie żółć.

Właśnie takiego człowieka postanowiła uratować najlepsza w kraju prokurator od pacyfikowania tzw. polskiej mafii. Chociaż prokurator ma oskarżać, a nie bronić, to jednak Barbara Zapaśnik ze Szczecina, bo o niej mowa, pokazała, że stoi na straży prawa bez względu na to, czy to się podoba jej przełożonym, czy nie. W 2016 roku stanęła przed kamerami na planie serialu dokumentalnego Kobiety i mafia (realizowałam go wraz z ekipą ATM, zaprzyjaźnioną od czasów słynnego programu Alfabet mafii stacji TVN).

Pani prokurator, wówczas w stanie spoczynku, wypowiedziała słowa, które na zawsze odmieniły życie skazańca:

„W moim przekonaniu, wbrew zapadłym wyrokom, Arkadiusz Kraska nie jest sprawcą tego zabójstwa”.

Poruszyły one nie tylko mnie – autorkę programów i książek o polskiej mafii, ale przede wszystkim świadków tamtej zbrodni. Po latach przełamali strach. Przyjechali zza granicy, aby powiedzieć prawdę o strzelaninie, jaka rozegrała się w centrum portowego miasta we wrześniu 1999 roku.

Pani prokurator wróciła z wygodnej emerytury i poprowadziła nowe śledztwo. To, co odkryła, nie mieści się w głowie ani tak zwanym zwykłym ludziom, ani wytrawnym dziennikarzom śledczym.

O „sprawie Kraski” mówiono i pisano w wielu mediach. Wyjście na wolność rzekomego zabójcy relacjonowały najważniejsze stacje telewizyjne w kraju. Sędzia, który go skazał, powiedział reporterom, że nie orzekłby dożywocia, gdyby nie miał stuprocentowej pewności co do winy oskarżonego. Być może miałby wątpliwości, gdyby wnikliwie zapoznał się z koronnym dowodem demaskującym kłamstwa świadków. Tym dowodem, nieujawnionym w procesie Arkadiusza Kraski, była taśma z monitoringu stacji benzynowej – miejsca mafijnej egzekucji. Widać na niej nie tylko ofiary, ale i osoby powiązane ze zbrodnią. Tymczasem kaseta VHS, zamiast skierować sprawę na właściwe tory, przeleżała wszystkie te lata w magazynie dowodów rzeczowych Sądu Okręgowego w Szczecinie. Arkadiusza Kraskę pozbawiono prawa do obrony.

Prawomocny wyrok może wzruszyć w Polsce jedynie Sąd Najwyższy. Książka, którą oddaję w Państwa ręce, powstawała, zanim zdecydował on o dalszych losach skazańca. Opisana tu historia nie jest relacją z dziennikarskiego śledztwa, lecz zapisem głosów osób, które znają ją od podszewki. Tamten wyrok odmienił także ich życie.

Trudno będzie Państwu uwierzyć, że takie rzeczy zdarzyły się naprawdę.

Ewa Ornacka

Dokument chroniony elektronicznym znakiem wodnym

This ebook was bought on LitRes

Rozdział 1
Kochanka Nikosia

Miała nogi jak Julia Roberts, głowę pełną szalonych pomysłów i ojca policjanta dbającego o jej maniery. W rodzinnym domu od dziecka widywała przedstawicieli służb mundurowych, prokuratorów i sędziów. Nie przeganiano jej od stołu, żeby nie przeszkadzała dorosłym, jak to było w zwyczaju w innych rodzinach. Podczas wspólnych posiłków bacznie obserwowała zachowanie gości. W lot przyswajała sobie słowa i gesty potrzebne w życiu.

Wychowywano ją na porządną osobę: szanującą rodzinę, tradycję i prawo. Kiedy dorastała, rodzice nie ograniczali jej wolności, jednak konsekwentnie wymagali, aby nie paradowała w zbyt krótkich spódniczkach, nie przeklinała i zawsze miała odrobione lekcje. Ale Mirela nie rwała się do nauki. Marzyło się jej kolorowe życie, z dala od zbyt sennego – jej zdaniem – Śląska.

Ojciec, szycha lokalnej policji, widział w niej „talent dochodzeniowo-śledczy”. Marzył, aby córka zdała maturę i dostała się do Wyższej Szkoły Policji w Szczytnie. „To bystra dziewczyna, błyskawicznie kojarzy fakty, ma odwagę żołnierza w natarciu i jest pyskata jak cholera, więc nadaje się do psiej służby” – przytakiwali kuzyni ojca z różnych miast w Polsce. Też policjanci.

Była córeczką tatusia, jego oczkiem w głowie.

Ucieczką z domu złamała mu serce, a wiadomość, że zadaje się z półświatkiem Trójmiasta, pogrążyła go w rozpaczy.

Pociąg do „Hollywood”

Dziś mówi, że to był impuls, młodzieńczy bunt. Działo się to w pierwszej połowie lat 90.

– Uciekłam ze Śląska z koleżanką w dniu swoich osiemnastych urodzin – wspomina Mirela Andersson. – Wskoczyłyśmy do pociągu i pojechałyśmy do Gdańska.

Dlaczego tam?

– Bo tak nam było po drodze. To wolne miasto, plaża i morze, tłumy turystów. Dopiero tam poczułam, że żyję. Nie jak na Śląsku, gdzie dni były do siebie podobne. W Gdańsku było jak w Hollywood: kolorowe neony, kluby nocne, kasyno, bogaci mężczyźni i strumienie szampana.

Zatrudniła się w U Maxima w Gdyni, słynnej restauracji w malowniczej części miasta – Orłowie, nad samym morzem, przy molo. Wtedy Maximowi popularnością dorównywał jedynie sopocki SPATiF. W latach 80. częstym gościem bywał tam m.in. reżyser Jerzy Gruza, dyrektor Teatru Muzycznego w Gdyni, bywali też bogaci turyści i marynarze z różnych stron świata, a potem trójmiejska mafia. Dziś są tam jedynie ruiny, aż trudno uwierzyć, że z najsłynniejszego lokalu pozostała spróchniała buda.

– Byłam kelnerką, ale nie od razu trafiłam na salę. Szef skierował mnie najpierw do kuchni, żebym nauczyła się wszystkich potraw i potrafiła polecać je gościom. Robiłam za pomoc kuchenną, a następnie gotowałam z kucharzami. Kelnerką, podobnie jak inne dziewczyny, zostałam po dwóch miesiącach.

Szef chyba był gejem, kobiety traktował z szacunkiem, ale wobec wszystkich pracowników był restrykcyjny. Kazał oddawać napiwki, za to nie szczędził dodatków do pensji: kupował nam świetne ciuchy i zapewniał najlepszych fryzjerów. Wszystkie wyglądałyśmy jak laleczki.

Z czasem przeniosłam się do Sopotu. Znalazłam pracę w restauracji Meduza, a gdy dowiedziałam się, że w pobliżu otwierają klub go-go, zaczęłam tam pracę jako barmanka.

W głowie Mireli zawirowało. Mężczyźni nie mogli oderwać od niej oczu, dawali spore napiwki, a prywatnie spełniali wszystkie jej zachcianki. Czerpała z życia pełnymi garściami i wierzyła, że kiedyś, spacerując brzegiem morza w blasku księżyca, spotka swoją wielką miłość.

Wtedy jeszcze nie wiedziała, że piękna dziewczyna bez pieniędzy szybko stanie się czyjąś zabawką.

– Wróciłam do domu z brzuchem. Urodziłam dwóch chłopców, ale nie byłam wzorową matką – przyznaje.

Wykarmiła ich, odchowała, a gdy pili już mleko z butelki, znów spakowała walizkę. Ciągnęło ją do świata. Rozgrzeszała się, że zostawia bliźniaki pod najlepszą opieką – babcia i dziadek nieba by im przychylili. Wsiadła do pociągu i pojechała do Gdańska. Tym razem przepadła na dobre.

 

– Pamiętam ją z tamtych czasów – wspomina Piotr Krajewski, artysta malarz z Trójmiasta. – Przyciągała wzrok jak magnes. Miała bujne rude włosy i piękną twarz. Naprawdę wyjątkowa uroda, ta dziewczyna była kwiatem towarzystwa. Widywałem ją w nocnych lokalach w otoczeniu ludzi z półświatka. Zwracali się do niej „Ewa” i traktowali z szacunkiem. Związała się ze znanym w Gdańsku złodziejem samochodów i jakiś czas byli parą. Dość szybko jednak została mu „odbita” przez samego Nikosia. Jego autorytet sprawiał, że nikt nie odważyłby się źle do niej odezwać.

Nikoś to nieżyjący już Nikodem Skotarczak – u schyłku PRL-u okrzyknięty królem szulerów i złodziei samochodowych. Generał Adam Rapacki, jeden z najlepszych w Polsce policjantów, współtwórca Centralnego Biura Śledczego, zwykł mawiać, że to w środowisku skupionym wokół Nikosia narodziła się tak zwana polska mafia. Czytelnikom zorientowanym w historii zorganizowanych grup przestępczych postać Nikodema Skotarczaka jest zapewne znana, lecz prawdopodobnie nie tylko oni czytają tę książkę. Przyda się zatem kilka słów wprowadzenia, tym bardziej że nie tylko losy Mireli były z nim związane. Ulubieńcem Nikosia był bowiem Marek Cisoń, o którego zabójstwo oskarżono Arkadiusza Kraskę. Marek pracował dla Nikodema, miał jego poparcie w półświatku i niewykluczone, że z tego powodu zginął.

Drogi tych czterech osób: szefa trójmiejskiej mafii, rudowłosej dziewczyny, młodego złodzieja samochodów i zagorzałego kibica Pogoni skrzyżowały się pewnego styczniowego dnia 1998 roku w restauracji hotelu Park w Szczecinie. Tamto spotkanie, którego szczegóły poznamy w dalszej części książki, na zawsze zmieniło życie Mireli i Arkadiusza. Trzy miesiące później Nikodem został zastrzelony w gdyńskiej agencji towarzyskiej Las Vegas. Marek Cisoń zginął niedługo potem.

Barwne życie - gangsterska śmierć

Zajrzyjmy do Nowego alfabetu mafii1, znajdziemy tam przestępczą biografię Nikosia w pigułce. Oto jej fragmenty:

„Nikodema S., ps. Nikoś, z Gdańska do dziś nazywa się ojcem chrzestnym polskiej mafii. To on, a nie słynny Pershing czy Dziad, już w drugiej połowie lat 70. stworzył pierwszą zorganizowaną grupę przestępców, złożoną z około dwustu waluciarzy, szulerów i złodziei z Trójmiasta. Kontrabanda Nikosia, czyli kradzione w Niemczech i Austrii samochody, przekraczała polskie granice wiele lat wcześniej niż papierosy, spirytus i elektronika szmuglowane przez «Pruszków» i «Wołomin».

– To właśnie Wybrzeże, a nie podwarszawskie miejscowości, jest miejscem narodzin polskiej mafii, a Nikoś rzeczywiście był niekwestionowanym bossem ówczesnego podziemia – przyznaje Marek Biernacki, szef MSWiA w rządzie Jerzego Buzka i minister sprawiedliwości w rządzie Donalda Tuska.

Nikoś zasłynął najpierw jako «król bramek» – ale nie tych na granicy, lecz w pierwszych w Polsce ekskluzywnych klubach nocnych na Wybrzeżu. Pracował jako wykidajło m.in. w Maximie w gdyńskim Orłowie i w Lucynce w Gdańsku. Zjednywał ludzi humorem, hojnym gestem (wpuszczał czasami za darmo, dokładał do rachunków, umarzał długi) oraz hucznymi imprezami organizowanymi nad ranem, już po zamknięciu lokali. Uwielbiał zmrożonego szampana, widok morza z orłowskiego mola i kuchnię w pobliskim Skorpionie (knajpa położona na skarpie przy plaży).

Miał słabość do hazardu, ale jego największą miłością był trzecioligowy wówczas klub piłkarski Lechia Gdańsk. Nie opuścił żadnego meczu swoich ulubieńców, najlepszym zawodnikom fundował atrakcyjne wczasy, dawał na boku sowite nagrody. W końcu został oficjalnym sponsorem drużyny i zyskał nawet od władz miasta tytuł «Zasłużonego dla Gdańska».

Już wtedy, kiedy kojarzono go głównie ze sportem i klubami nocnymi, Nikoś miał w kieszeni polsko-niemieckie przejścia graniczne. Kradzione na Zachodzie i przewożone do Polski auta liczono w tysiącach sztuk – nieoficjalnie, gdyż policja i służby celne słyszały o procederze, ale nikogo nie łapały. Nic dziwnego, skoro poza złodziejami i przemytnikami w samochodowym interesie pomagali Nikosiowi urzędnicy miejscy (w wyrabianiu nowych tablic i dowodów rejestracyjnych), skorumpowani celnicy i właściciele warsztatów samochodowych, przechowujący kradzione samochody. Nikodem S. miał też przyjaciół w wyższych sferach, m.in. prokuratorów i wojewódzkich notabli (…). Podejmował ich w Skorpionie, sopockim Grand Hotelu oraz w stadninie koni pod Jabłonną, której był właścicielem.

– Wezwałem go niegdyś na przesłuchanie w sprawie kradzieży samochodów i gdy się pojawił, sprawiał wrażenie gwiazdy, która zawitała w naszych skromnych progach na gościnnych występach – wspomina emerytowany prokurator ze Szczecina. – Elegancki, wypachniony, z nienagannymi manierami. I oczywiście w asyście ochroniarzy. Na temat tamtych samochodów nie miał nic do powiedzenia.

Po dziesięciu latach prosperity w interesach Nikoś zdecydował się na wyjazd z Gdańska. Najpierw razem z żoną przeprowadził się do Hamburga, gdzie wspólnie ze znanym przemytnikiem narkotyków prowadził sklep z elektroniką. Zajął się też przemytem amfetaminy i handlem bronią. Po kilkunastu miesiącach, w listopadzie 1986 roku, wyjechał na stałe do Berlina, ponieważ stamtąd – jak mawiał – lepiej kontrolował interesy samochodowe. Już wtedy miał pierwsze problemy z milicją – w 1985 roku aresztowano w Polsce piętnaście osób z jego gangu, a niemiecka policja wyłapała ponad stu jego współpracowników. Nikt nie sypnął bossa, chociaż zapadały wysokie wyroki.

Pierwszy wpis Nikosia do policyjnej kartoteki nastąpił w 1989 roku, kiedy niemieckie służby kryminalne przyłapały go na kradzieży luksusowego audi. Z wyrokiem jednego roku i dziewięciu miesięcy pozbawienia wolności trafił do berlińskiego więzienia Moabit. Czekał go jeszcze nowy proces, tym razem za kierowanie związkiem przestępczym, ale po trzech miesiącach odsiadki zniknął jak kamfora. Wyszedł za mur w ubraniu młodszego brata Marka, który, wcale nie przez przypadek, akurat zjawił się u niego na widzenie. Służba więzienna odkryła prawdę po kolejnych trzech miesiącach, ale wtedy Nikoś był już w Polsce.

Cieszył się wolnością trzy lata, z małymi przerwami, bo polska policja dwukrotnie go łapała, ale traciła podczas przejazdu konwoju, a on z niewyjaśnionych do dzisiaj powodów nadzwyczaj łatwo pryskał policjantom sprzed nosa. Na dobre schwytano go dopiero w lutym 1993 roku – na warszawskim Żoliborzu. Prokuratura postawiła mu zarzuty usiłowania sprzedaży kradzionego mercedesa, posługiwania się fałszywym paszportem oraz ucieczki z policyjnego konwoju.

Skazano go zaledwie na dwa lata, ponieważ sąd uwierzył oskarżonemu, że kluczyki od mercedesa dał mu «znajomy, który był zbyt pijany, żeby odprowadzić auto do Katowic». Znajomego nigdy nie odnaleziono, za to Nikoś krótko po procesie wyszedł na wolność za dobre sprawowanie. Podobno próbował wtedy przykleić się do starego «Pruszkowa», ale go pogoniono. «Twoje akta wożono od Niemiec do Polski, tyle tego było, a ty po chwili wychodzisz na wolność?» – miał usłyszeć na spotkaniu z szefami, kiedy złożył propozycję współpracy. «Wara stąd, konfituro» – powiedzieli mu młodzi pruszkowscy. Rozeszło się po Polsce, że Nikoś sprzedaje kolegów. Mówiono, że film z jego wesela służy jako materiał poglądowy dla policji z pionu do walki z przestępczością zorganizowaną. Nikoś miał im tłumaczyć, who is who w «Pruszkowie». Nie wiemy, czy rzeczywiście tak było, ale środowiskowy ostracyzm skazał Nikosia na pobyt w Gdańsku.

Na Wybrzeżu był legendą. Cały trójmiejski półświatek pracował dla niego, a on brylował w kasynach i najdroższych hotelach. Widywano go w towarzystwie aktorów, artystów rockowych i samorządowców, których przyjaźń cenił sobie najbardziej, gdyż pomagali mu inwestować w nieruchomościach «ciężko» zarobione za granicą pieniądze. Miał nawet ambicje artystyczne, przy jego pomocy zrealizowano film Sztos o trójmiejskim półświatku. Zagrał tam krótki epizod, ale głównie służył konsultacjami, a ponoć nawet w jakiejś części sponsorował to dzieło. Przy okazji chętnie pozował do fotografii razem z czołówką polskich aktorów. Jedna z aktorek zawile tłumaczyła potem dziennikarzom, że wcale nie wiedziała, że facet obok niej na zdjęciu to główny polski mafioso.

Kobiety, wille i stypa

Nikodem S. miał trzy żony. Pierwsza, która była podobno miłością jego życia, wcześnie umarła. Dwie kolejne mieszkały w sąsiadujących ze sobą domach przy tej samej ulicy w Gdańsku-Jelitkowie, niedaleko hotelu Marina, kilkaset metrów od morza. Do pierwszego domu Nikoś wprowadził się po ślubie z Haliną, energiczną bizneswoman. Willa należała do niej, więc po rozwodzie Nikoś spakował walizki. Przeniósł je parę metrów dalej do domu odkupionego od wspólnika w interesach i przyjaciela Wojciecha K., założyciela znanego towarzystwa ubezpieczeniowego. (…)

Nikoś nie chciał słyszeć o przeprowadzce do innej dzielnicy. Miał słabość do tego miejsca. Znajomi namawiali go na zakup rezydencji w Kamiennej Górze, ekskluzywnej dzielnicy Gdyni, ale on był sentymentalny. Mówił: «Wolę sąsiedztwo rybaków niż nuworyszy». Jakiś czas później do Nikosia wprowadziła się Edyta, jego trzecia żona.

– Wiedziałam, że obok mieszka była żona Nikodema, i nie widziałam w tym problemu. Od ich rozwodu minęło kilka lat, a ja nie byłam powodem rozstania – tłumaczy wdowa po Nikodemie S.

Jednak to pierwsza willa, w której mieszkał z Haliną i córką Natalią, kojarzy się z Nikosiem do dziś.

Dom wygląda jak każdy inny «kwadraciak» wybudowany w czasach PRL-u, chociaż wyraźnie nad nimi góruje. Dawni bywalcy twierdzą, że wnętrza urządzono ze smakiem, bez nowobogackiego przepychu: włoskie meble, skórzany wypoczynek, ciepłe oświetlenie. Gospodyni dbała o porządek, często robiła remonty. Dół willi zajmowała restauracja Caravelle, nazywana przez taksówkarzy knajpą U Nikosia. Przyszły boss trójmiejskiego półświatka osobiście pilnował, by żaden z gości po opuszczeniu lokalu nie zakłócał ciszy nocnej. Zaparkowane pod domem ciemnogranatowe porsche gospodarza (podobno pierwsze w Polsce) budziło większy respekt niż obecność radiowozów. Zresztą milicja rzadko tam zajeżdżała.

– Nie jest tajemnicą, że już w latach 70. Nikoś był agentem, więc mundurowi dawali mu spokój. Czasami tylko wpadali, żeby z nim pograć w ping-ponga – opowiada były policjant KWP w Gdańsku.

Drugi dom, ten odkupiony od przyjaciela, kojarzy się zaś głównie ze stypą po szefie trójmiejskiej mafii. (…) Zaraz po uroczystościach pogrzebowych na jelitkowskim cmentarzu zajechał tu sznur czarnych bmw. Kilkunastu żałobników w ciemnych okularach i garniturach od Armaniego przekroczyło próg. Był wśród nich Ryszard Bogucki [obecnie odsiadujący wyrok za zabójstwo Pershinga], pozostali to elita półświatka z Trójmiasta i Wrocławia. Nikt nie płakał po Nikosiu.

– Już tam nie mieszkam – mówi Edyta. – Tamte czasy to dla mnie rozdział zamknięty. Od jego śmierci trzymam się z dala od wszystkiego, co miało związek z tą historyczną znajomością.

W willi poprzedniej żony Nikosia wciąż jest jasno i gwarno. Są tu pokoje do wynajęcia, letnicy chwalą sobie miłą atmosferę i porządek. Kilka lat temu mieli się tam wprowadzić oficerowie łącznikowi z Niemiec. Przyjechali do Polski służbowo, ale pod przykryciem, nie afiszując się legitymacjami. Właśnie finalizowali formalności, gdy ktoś im doniósł, że mieszkał tu Nikoś.

Niemiecka policja dobrze go znała: w Niemczech kradł na potęgę, a gdy wreszcie został schwytany, brawurowo uciekł z więzienia. Tajniacy w popłochu przenieśli się ulicę dalej. Woleli wynająć dom od pasera, niż przespać się w pokoju Nikosia”.

Kochanka Nikosia

Jak się poznaliście? – pytam Mirelę.

– Na bankiecie u znanego biznesmena [który w tamtych czasach był jednym z najbogatszych Polaków na liście tygodnika „Wprost” i sponsorem konkursów Miss Polonia – przyp. aut.]. Poszłam tam z koleżanką, świętowano właśnie otwarcie hotelu nad morzem, w którym biznesmen miał pokoje i nieopodal prywatną plażę. Były skutery wodne, suto zastawione stoły i regularnie napełniane kieliszki. Bankiet trwał do białego rana. Nikodem był tam jednym z najważniejszych gości.

Wiedziała pani, że to figura w półświatku?

– Trudno było nie wiedzieć. W Trójmieście uchodził za osobę publiczną, sponsorował klub piłkarski, no i miał za sobą epizod filmowy w Sztosie z Janem Nowickim i Cezarym Pazurą. Wszyscy o tym mówili. Na tamtej imprezie wpadłam mu w oko i biegał za mną cały czas. „Jaka ty ładna jesteś”, mówił w kółko i robił maślane oczy. A ja nic. Po jakimś czasie spotkaliśmy się na paru innych bankietach, m.in. w Balladynie i słynnym Maksie w Gdańsku-Wrzeszczu. Wtedy już mi nie odpuścił (śmiech). Zostaliśmy parą i bywaliśmy wszędzie.

 

Przecież on miał żonę, wiedziała o was?

– Żona Nikodema musiała o nas wiedzieć, przecież on się nie krył z tą znajomością. Nie wypytywałam go o sprawy rodzinne, a on był dyskretny. Mówił tylko tyle, że spędza ze mną więcej czasu niż z własną żoną. Ona miała pieniądze, dwoje dzieci i dużo wolnego czasu. Moim zdaniem odpowiadało jej takie życie. Często widywano ją w towarzystwie atrakcyjnej dziewczyny, która wyszła za mąż za znanego aktora. Dobrze znałam tę dziewczynę, przez jakiś czas ukrywałam ją przed człowiekiem, który ją ściągnął do Polski. W pierwszej połowie lat 90. zarabiała w klubie go-go jako tancerka. Też tam pracowałam, stałam za barem. Byłam na jej pierwszym ślubie, wyszła za mąż za taksówkarza, który stał w dolnym Sopocie pod Fantomem, popularną w tamtym czasie dyskoteką. Łączył ich jedynie układ: chodziło jej o prawo pobytu w naszym kraju, musiała mu za przysługę zapłacić. Potem mieli się rozstać, ale zrobił się problem, bo on się w niej zakochał i nie chciał rozwodu.

Całe środowisko o tym mówiło. Ona i żona Nikosia się przyjaźniły. Wkrótce awansowała do roli tancerki rewiowej, a jej związek z popularnym aktorem trafił na okładki kolorowych pism. Mówiła, że zobaczył ją tańczącą na rurze. Przyszedł tam z Nikodemem, no i ugodziła go strzała Amora.

Nikoś był kobieciarzem?

– Nigdy nie powiedziałabym o nim czegoś takiego. Miał szacunek dla kobiet, nawet tych lekkich obyczajów. Dyscyplinował często swoich ludzi, gdy pomiatali dziewczynami. „Jak ona ci się nie podoba, to ją odpraw i zamów drugą, ale nie poniżaj i nie ubliżaj jej – mówił. – Ona pracuje na chleb, ma w domu dzieci, więc szanuj jej pracę”. W takich sytuacjach zawsze dawał dziewczynom napiwki i zamawiał im taksówkę. Dobrze się przy nim czułam, przynajmniej tak mi się wtedy wydawało.

Miły facet. Miał drugą twarz?

– Oczywiście! Widziałam wiele sytuacji, w których pokazywał prawdziwą naturę. Dzisiaj trudno mi o tym mówić, bo on nie żyje, a o zmarłych źle się nie mówi. Byłam z nim jakiś czas – proszę nie pytać o szczegóły – mogę powiedzieć, że dość dobrze go poznałam. Towarzyszyłam mu w miejscach publicznych, na spotkaniach ze złodziejami i osobami publicznymi, wyjeżdżałam z nim za granicę. On nigdy mnie nie skrzywdził. Szanowałam go. Z mojej strony należy mu się cisza.

Podobno w tamtym czasie Nikoś nadużywał kokainy i przepuszczał w kasynach majątek, widziała to pani?

– W tamtym czasie wszyscy wciągali koks, mówię o trójmiejskim półświatku. Nie będę udawać, że nie wiedziałam, czym są narkotyki. Któregoś dnia ktoś podrzucił mi heroinę zamiast kokainy. Otarłam się wtedy o śmierć i nie wierzę, że to był przypadek. Nikodem wpadł w szał, myślałam, że ich tam wszystkich w lokalu pozabija.

Dlaczego ktoś to pani zrobił?

– W otoczeniu Nikodema było wielu chłopaków, którzy mnie nienawidzili. Nie podobało im się, że siedzieliśmy przy jednym stoliku, gdy przychodzili pogadać z szefem. Nie byłam odprawiana jak inne dziewczyny. Oni uważali, że Nikodem łamie niepisane zasady, że kobieta ma znać swoje miejsce, szemrali za jego plecami. Wcale nie garnęłam się do tych męskich nasiadówek, wielokrotnie sama wstawałam od stołu pod pretekstem przypudrowania nosa, ale Nikodem nalegał, żebym została. „Siedź tu, nigdzie nie odchodź” – mówił, przyciągając mnie do siebie. To się chłopakom nie podobało. Szczególnie gdy ich dyscyplinował w mojej obecności.

Udawałam, że pewnych rzeczy nie widzę i nie rozumiem. Tak było trzeba. Moją rolą było ładnie wyglądać i niewiele mówić. Ludzie przy stoliku się zmieniali, a ja trwałam przy Nikodemie jak posąg.

Jacy to byli ludzie?

– Najczęściej złodzieje samochodów. „No wiesz, te felgi to wypas, mucha nie siada” – o tym rozmawiali najczęściej. A za godzinę lub dwie ich miejsce zajmowali ludzie kulturalni, których znałam z telewizji.

Politycy?

– Też. I to nie lokalni, tylko z Warszawy. Trzymali fason, rozmawiali o sprawach kraju i widać było ich zażyłość z Nikodemem. Przypominały mi się wtedy wykwintne kolacje w domu moich rodziców z udziałem osób znanych i szanowanych. Klimat rozmów był podobny.

A ci politycy wiedzieli, kim jest Nikoś?

– No jak mieli nie wiedzieć? Przecież to była mafia. Udawałam, że nie widzę ich usłużności wobec gangstera, ale te układy były dla wszystkich czytelne.

Liczyła pani na coś więcej niż rola kochanki lokalnego szefa mafii?

– Nie planowałam przyszłości, żyłam chwilą. Byłam szczęśliwa i rozpieszczana jak księżniczka. Nikodem był niesamowitym facetem, dobrym dla mnie, szczodrym. Miał pieniądze i fantazję, niczego mi nie brakowało.

Kiedyś w Warszawie w środku nocy, kiedy wszystkie sklepy były już pozamykane, otworzył dla mnie butik w hotelu Marriott.

– Ubieraj się, Ruda, idziemy do kasyna – powiedział zdecydowanie.

Nikodem rzeczywiście był hazardzistą, zawsze szukał okazji do gry. Wygrywał i przegrywał, i tak w kółko. Wiadomo było wtedy, że nie wrócimy do hotelu przed świtem. Nie byłam przygotowana na wielkie wyjście.

– Jeżeli mam iść z tobą do kasyna, to muszę włożyć coś porządnego, a nic takiego tutaj nie mam – próbowałam się wymigać.

– To trzeba coś ci kupić, zejdź na dół i wybierz sobie coś w butiku – nie odpuszczał.

Zjechałam windą, pooglądałam witryny i wróciłam do pokoju.

– Wszystko pozamykane – oznajmiłam i wskoczyłam pod koc, bo trochę mi się w głowie kręciło od szampana.

– Nic na to nie poradzimy – odpowiedział, bezradnie rozkładając ręce.

Chwilę później jego ludzie pojechali po właścicielkę jednego ze sklepów. Jej nazwisko i numer telefonu były na wizytówce przyklejonej do szyby. Przywieźli ją do Marriotta zapewne nie pod groźbą, ale obietnicą sowitego wynagrodzenia za przysługę. Mogłam do woli buszować wśród eleganckich sukienek.

– Bierz, co chcesz, ty wybierasz, ja płacę – zachęcał Nikodem.

Zdecydowałam się wtedy na sukienkę z cekinami. Była bajońsko droga i… koszmarna. Uzmysłowiłam to sobie dopiero następnego dnia, gdy bąbelki ze mnie wyparowały. Na trzeźwo nigdy czegoś takiego bym na siebie nie włożyła, chyba że pod groźbą śmierci (śmiech).

Wykorzystywała pani swoją pozycję w półświatku? Kobieta wiele może, gdy ma przy sobie samca alfa.

– Raz mi się zdarzyło, w Szczecinie. Do jednej z tamtejszych agencji towarzyskich przyjechała śmietanka grupy pruszkowskiej. Sami znani, sami ważni, sami pijani i naćpani. Było to krótko potem, jak pewną dziewczynę wyrzucili w hotelu przez okno, dla hecy, bo już im się znudziła.

Wtedy przyjechali po raz drugi i na wszystkie prostytutki padł blady strach. Żadna nie chciała do nich jechać. Pojechały najodważniejsze.

Tamtej nocy zadzwoniono do mnie z agencji towarzyskiej.

– Ratuj, Ruda, w hotelu jest pogrom, pruszkowscy przeginają i nie możemy wyciągnąć stamtąd naszych dziewczyn – usłyszałam głos dobrej znajomej.

Była przerażona, nigdy wcześniej nie była w takim stanie.

Ubrałam się i pojechałam do hotelu. Nie byłam już wtedy kochanką Nikodema, odeszłam od niego, ale dzięki niemu wciąż coś znaczyłam w półświatku. Poza tym osobiście znałam tych chłopaków z „Pruszkowa”. W przeciwieństwie do innych nie czułam przed nimi strachu.

Dziewczyny były w fatalnym stanie. Jak oni je potraktowali? Brakuje mi słów, żeby to opisać. Gorzej niż psa! Nie traktuje się tak żadnej ludzkiej istoty. One były wykończone, zmasakrowane. Jedna z nich ponad cztery godziny siedziała w jacuzzi i robiła laskę słynnemu mafiosowi, który był po hurtowo wciągniętym koksie. Raczej nie miał szans na erekcję. Ona była sina z zimna, miała skórę praczki, pomarszczoną od wody. Bała się przerwać ten żałosny spektakl, bo „pan życia i śmierci” mógł się na niej zemścić za swoją impotencję.

Inne dziewczyny zwijały się z bólu, zmywały z siebie krew, która była dosłownie wszędzie.

– Panowie, koniec zabawy – oznajmiłam towarzystwu. – Jestem od Nikodema i zabieram dziewczyny.

– To ty, Ruda? – Otworzył oczy ze zdziwienia jeden z „ogierów”. – Sorry, nie poznałem cię, chyba ufarbowałaś włosy.

– Na blond, więc nie mów do mnie Ruda – rzuciłam przez ramię, zbierając z podłogi porozrzucaną garderobę dziewczyn.

Dlaczego rozstała się pani z Nikosiem?

– Poznałam Arka Kraskę i zakochałam się w nim po uszy. Dla niego zmieniłam całe swoje dotychczasowe życie.

1 Ewa Ornacka, Piotr Pytlakowski, Nowy alfabet mafii. Najnowsze losy polskiej przestępczości zorganizowanej, DW REBIS, Poznań 2013, s. 380–385. [wróć]

Inne książki tego autora:
Zrozumieć zbrodnię
32,90 24,68
Pajęczyna strachu
29,90 22,43
Rozwiń