Skazana

Tekst
Z serii: Varia
0
Recenzje
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Nie masz czasu na czytanie?
Posłuchaj fragmentu
Skazana
Skazana
− 20%
Otrzymaj 20% rabat na e-booki i audiobooki
Kup zestaw za 71,80  57,44 
Skazana
Audio
Skazana
Audiobook
Czyta Marta Walesiak
37,90  27,29 
Szczegóły
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa


Spis treści

1  SKAZANE NA POTĘPIENIE

2  Rozdział 1: Królowa jest tylko jedna

3  Rozdział 2: Aferzystka ze SKOK Wołomin

4  Rozdział 3: Droga do piekła

5  Rozdział 4: Dziewczyna z tatuażem

6  Rozdział 5: Biuro spraw nie do załatwienia

7  Rozdział 6: Witamy w celi zabójczyń

8  Rozdział 7: Księżniczki na zamku

9  Rozdział 8: Rozmowa o seksie i co z niego wynika

10  Rozdział 9: Jak dziewczyna z dziewczyną

11  Rozdział 10: Czyste zło

12  Rozdział 11: Anielskie bestie

13  Rozdział 12: Damy bez zębów

14  Rozdział 13: Śmierć przychodzi po cichu

15  Rozdział 14: Kobieta i mafia

16  Epilog

SKA­ZANE NA POTĘ­PIE­NIE

Ni­gdy nie przy­pusz­cza­łam, że kie­dy­kol­wiek tra­fię do wię­zie­nia w innym cha­rak­te­rze niż jako praw­nik przy­cho­dzący do klienta – zaczyna swoją opo­wieść nar­ra­torka tej książki. – Życie pisze jed­nak zaska­ku­jące sce­na­riu­sze.

W wię­zie­niu trudno nie oka­zy­wać stra­chu. On jest wszech­obecny. Naj­gor­sze są noce, gdy czyjś krzyk lub płacz roz­rywa ciszę i nie pozwala zasnąć do świtu. Ktoś szlo­cha, bo tęskni za domem, ktoś kogoś krzyw­dzi lub wie­sza się w celi obok na prze­ście­ra­dle. Strach udziela się wszyst­kim.

Wycho­wa­łam się w porząd­nym domu, pod klo­szem. Rodzice wpo­ili mi wiarę w ludzi i prze­ko­na­nie, że słab­szym trzeba poma­gać. Ale świat za kra­tami jest jak inna pla­neta, obo­wią­zują w nim twarde reguły. Począ­tek tego świata wyzna­cza wie­życzka z uzbro­jo­nym straż­ni­kiem i wielka, roz­su­wa­jąca się brama. Dalej są tylko mur, zasieki i kraty w oknach. Wszystko wokół wydaje się nie­rze­czy­wi­ste, nie­zro­zu­miałe, straszne. Dźwięk trza­ska­ją­cej przy otwie­ra­niu i zamy­ka­niu meta­lo­wej kraty zastę­puje śpiew pta­ków i odgłosy ulicy. Zło i dobro sku­piają się tam jak w soczewce. Szyb­ciej niż gdzie­kol­wiek indziej traci się dotych­cza­sową toż­sa­mość i buduje nową, uczy odróż­niać wro­gów od przy­ja­ciół.

Czło­wiek, który tra­fia tam po raz pierw­szy, jest jak roz­bi­tek nie­umie­jący pły­wać. Rzu­cony na głę­boką wodę albo prze­żyje, albo uto­nie.

Kiedy usły­sza­łam szczęk zamy­ka­ją­cej się za mną bramy, pomy­śla­łam: Co ja tutaj robię, prze­cież to nie jest miej­sce dla grzecz­nych dziew­czy­nek. Stare mury aresztu śled­czego dla kobiet w Kamie­niu Pomor­skim, zbu­do­wane z czer­wo­nej cegły jak zamek krzy­żacki, koja­rzyły mi się z for­tecą, któ­rej nawet szwedz­kie kule armat­nie nie byłyby w sta­nie skru­szyć. Poczu­łam, jak ugi­nają się pode mną kolana, a oczy gubią drogę, którą mnie pro­wa­dzono. Wtedy jesz­cze nie wie­dzia­łam, że w wię­zie­niu nie można być sła­bym, bo gdy ludzie wokół to wyczują, znisz­czą każ­dego, kto nie potrafi się obro­nić.

W mło­do­ści, po zakoń­cze­niu apli­ka­cji sędziow­skiej, pra­co­wa­łam w Sądzie Rejo­no­wym w Gry­fi­cach na eta­cie ase­sora. Nosi­łam łań­cuch z godłem pań­stwo­wym i togę, wyda­wa­łam wyroki w imie­niu Rzecz­po­spo­li­tej Pol­skiej. Z cza­sem zmie­ni­łam zawód, ale na­dal pra­co­wa­łam jako praw­nik. Po latach zaro­bione pie­nią­dze zain­we­sto­wa­łam w pry­watną aptekę w Świ­no­uj­ściu, w dziel­nicy Posej­don. Pozna­łam ludzi, któ­rych ni­gdy nie chcie­li­by­ście spo­tkać. Jed­nemu z nich zaufa­łam.

Zawsze ufa­łam na wyrost. Pobyt w celi i wyda­rze­nia, które mnie do niej dopro­wa­dziły, zbu­rzyły moje życiowe fun­da­menty. Dopiero na ich gru­zach zbu­do­wa­łam nowe. Teraz nie ufam nikomu.

Moja histo­ria jest dowo­dem na to, że wol­ność nie jest dana raz na zawsze. Zamknę tam­ten roz­dział w życiu tylko w jeden spo­sób – gdy o nim opo­wiem.

Zawsze było mi łatwiej mówić o innych niż o sobie, dla­tego przed­sta­wię tam­ten świat przez pry­zmat kobiet, które spo­tka­łam w aresz­cie i wię­zie­niu. Wiele z nich opi­nia publiczna poznała już wcze­śniej z prze­ka­zów medial­nych. Ich twa­rze, z oczami prze­sło­nię­tymi czar­nym paskiem, poja­wiały się na pierw­szych stro­nach gazet i w czo­łów­kach pro­gra­mów infor­ma­cyj­nych.

Były wśród nich potwory, ale też anioły.

Roz­dział 1
Kró­lowa jest tylko jedna

Moja cela wyglą­dała jak nora, kry­jówka z cza­sów dru­giej wojny świa­to­wej. Stały w niej dwa paskudne meta­lowe łóżka z takimi mate­ra­cami, że lepiej nie mówić. Ściany brudne, okna malut­kie, na pod­ło­dze wytarte lino­leum, łazienka mikro­sko­pijna, bez kotary, w kra­nie wyłącz­nie zimna woda. Chłód prze­szy­wa­jący do szpiku kości, żad­nego świa­tła, powie­trza. Zimą wiatr hulał po wszyst­kich kątach, a sza­liki, któ­rymi zaty­ka­ły­śmy dziury, przy­ma­rzały do szyb. Spę­dzi­łam tam pięć mie­sięcy, a każdą noc w dre­sach i gru­bych skar­pe­tach. Pew­nego dnia do aresztu przy­je­chała repre­zen­ta­cja z Hel­siń­skiej Fun­da­cji Praw Czło­wieka. Jedna z pań bio­rą­cych udział w inspek­cji na widok naszych cel miała odruch wymiotny. Wszech­obecna wil­goć zaowo­co­wała grzy­bami na ścia­nach i smro­dem, który zawłasz­czał koce, pościel i nasze ubra­nia. Do dziś nie mogę pojąć, jak to moż­liwe, żeby w XXI wieku prze­trzy­my­wać kobiety w takich warun­kach.

Nie wiem, kim była ska­zana, która jako pierw­sza wyczuła moją sła­bość i niczym wam­pir wysy­sała ze mnie soki życiowe. Wyrzu­ci­łam z pamięci wspo­mnie­nia o niej, jed­nak wypo­wia­dane przez nią słowa jesz­cze długo po opusz­cze­niu wię­zie­nia wra­cały do mnie po nocach. Świet­nie za to pamię­tam dziew­czynę, która mnie wtedy obro­niła, a potem była w aresz­cie moją tar­czą. Bez niej prze­pa­dła­bym z kre­te­sem.

– Taka stara krowa, a naiwna jak dziecko z downem. Niby praw­niczka, a zwy­kła kry­mi­na­listka – drwiła kobieta-wam­pir, a ja kuli­łam się w sobie, nie mając sił, aby odpy­sko­wać.

To był mój naj­gor­szy czas. Nie mogłam się pozbie­rać, pogo­dzić z wyro­kiem i utratą wol­no­ści. Żal mi było życia na zewnątrz. Całymi dniami leża­łam na łóżku odwró­cona twa­rzą do ściany, tak żeby nikt nie widział, co prze­ży­wam. Tamta kobieta pró­bo­wała mnie zdo­ło­wać, zdo­mi­no­wać i była bli­ska osią­gnię­cia celu.

Pew­nego dnia w celi zagrzmiało.

– Jesz­cze raz, kurwo, ode­zwiesz się do niej w ten spo­sób, to tak ci jebnę w ryj, że się nie pod­nie­siesz!

Czy to moż­liwe, żeby któ­raś z dziew­czyn sta­nęła w mojej obro­nie? Do tej pory wszyst­kie mil­cząco przy­zwa­lały, aby tamta robiła ze mną, co chciała. Odwró­ci­łam głowę z nie­do­wie­rza­niem. Zoba­czy­łam, że naj­wyż­sza i naj­ład­niej­sza z osa­dzo­nych aż się trzę­sła, taka była wku­rzona. Stała w roz­kroku, z pię­ściami przy­go­to­wa­nymi do walki i spo­glą­dała z góry na moją prze­śla­dow­czy­nię. Kobieta-wam­pir, zawsze taka mocna w gębie, wtedy skur­czyła się do roz­mia­rów robaka. Burk­nęła coś pod nosem i już jej nie było. Ni­gdy wię­cej mnie nie prze­śla­do­wała.

– Ogar­nij się, kobieto – powie­działa do mnie moja wyba­wi­cielka. – Prze­stań się w końcu nad sobą roz­czu­lać. W prze­ciw­nym razie sta­niesz się prze­ką­ską dla wię­zien­nej sza­rań­czy.

– Dzię­kuję – wydu­ka­łam z tru­dem, bo z wra­że­nia głos mi odjęło.

– Hej, głowa do góry! Udźwi­gniesz to, dziew­czyno. Damy radę! – Roze­śmiała się, a we mnie jakby nowe życie wstą­piło.

Wie­dzia­łam o niej jedy­nie, że ma na imię Magda, jest po trzy­dzie­stce i grała kie­dyś w pierw­szo­li­go­wym klu­bie siat­kar­skim. Wła­śnie ona uświa­do­miła mi reguły obo­wią­zu­jące w wię­zie­niu i to, że chcąc tam prze­żyć, nie można opo­wia­dać o swo­ich lękach i pro­ble­mach, nie można pła­kać.

Tam­tego dnia przy­rze­kłam sobie, że za para­sol ochronny i wspar­cie odwdzię­czę się jej kie­dyś po sto­kroć.

Po raz pierw­szy zoba­czy­łam ją jakieś pół roku wcze­śniej w aresz­cie śled­czym w Kamie­niu Pomor­skim. Scho­dziła o kulach po scho­dach. Miała nogę w gip­sie i w takim sta­nie tra­fiła za kraty.

– Jak się tu zna­la­złaś? – spy­ta­łam, gdy zaczę­ły­śmy się bli­żej pozna­wać.

– Nor­mal­nie, sama się zgło­si­łam do odsiadki – odpo­wie­działa ze śmie­chem.

– Jak to „sama”?

– Przy­szłam pod bramę i powie­dzia­łam, że chcę odbyć karę, ale mnie nie przy­jęli, więc wró­ci­łam do domu nie­po­cie­szona.

Myśla­łam, że moja nowa kole­żanka – mówiąc kolo­kwial­nie – robi sobie ze mnie jaja, ona jed­nak mówiła poważ­nie. Kiedy zapadł wyrok w jej spra­wie, popro­siła sąd o odro­cze­nie kary do czasu, aż zapewni opiekę swo­jemu jede­na­sto­let­niemu synowi. Plan był taki, aby bab­cia chłopca (od strony ojca) zakoń­czyła pracę w urzę­dzie skar­bo­wym i poszła na wcze­śniej­szą eme­ry­turę. Pro­ce­dury były już w toku, więc sąd przy­chy­lił się do jej prośby.

 

Magda opła­ciła czynsz za dwa lata z góry, prze­ka­zała babci chłopca pie­nią­dze na jego utrzy­ma­nie, obozy i kolo­nie, a następ­nie zadzwo­niła do Kamie­nia Pomor­skiego z pyta­niem, jakie rze­czy wolno wnieść do aresztu. Cho­dziło o kosme­tyki, ciu­chy i jedze­nie – żeby potem jej niczego nie wyrzu­cili. Spa­ko­wała walizkę według listy, zamknęła drzwi na klucz i poże­gnała toną­cego we łzach narze­czo­nego – miłego chło­paka o kil­ka­na­ście lat od niej młod­szego. Miała z nim sta­nąć na ślub­nym kobiercu, ale w ostat­niej chwili się roz­my­śliła.

W ter­mi­nie wyzna­czo­nym przez sąd, nasta­wiona psy­chicz­nie na odby­cie kary, sta­nęła przed wię­zienną bramą.

– Dzi­siaj już nie przyj­mu­jemy, zapra­szamy w godzi­nach pracy admi­ni­stra­cji – oznaj­mił funk­cjo­na­riusz Służby Wię­zien­nej, odpra­wia­jąc ją z kwit­kiem.

A ona stała przed tamtą kosz­marną bramą jak słup soli, bo uparła się, że wej­dzie teraz albo ni­gdy. Straż­nik nie miał ochoty na dal­szą wymianę uprzej­mo­ści, więc zamknął jej przed nosem okienko, przez które roz­ma­wiali.

– Jak wy ze mną tak, to ja was pier­dolę! – wykrzy­czała Magda, patrząc w oko kamery. – Sami będzie­cie mnie szu­kać. Ja już z wła­snej woli się tu nie sta­wię. Jak zechce­cie mnie posa­dzić, to naj­pierw będzie­cie musieli mnie zła­pać. A tym­cza­sem BYE!

Poka­zała środ­kowy palec i wró­ciła z walizką na dwo­rzec. Zła­pali ją dopiero po pół roku, cho­ciaż okre­śle­nie „zła­pali” nie jest naj­szczę­śliw­sze. Poli­cja nie musiała spe­cjal­nie się gim­na­sty­ko­wać – Magda przez cały czas prze­by­wała w miej­scu zamel­do­wa­nia. Stróże prawa mieli nakaz dopro­wa­dze­nia jej do aresztu, lecz naj­wy­raź­niej się do tego nie palili. Poli­cjanci rzadko sami ini­cjują pro­ce­dury poszu­ki­waw­cze. Dzia­łają dopiero wtedy, gdy sąd na nich naci­ska. Liczą na szczę­śliwy traf, że osoba poszu­ki­wana sama się znaj­dzie, na przy­kład pod­czas kon­troli dro­go­wej, spraw­dza­nia doku­men­tów, ewen­tu­al­nie w związku z wezwa­niem do awan­tury domo­wej lub zakłó­ca­nia porządku publicz­nego. Wtedy funk­cjo­na­riu­sze mają sprawę z głowy.

Po Magdę przy­szli do jej domu.

– Jestem zatrzy­mana? – spy­tała, a oni przy­tak­nęli. – Dobrze, daj­cie mi tylko chwilę, pano­wie.

Wycią­gnęła z szafy od dawna spa­ko­waną walizkę, chwy­ciła kule i sta­nęła w przed­po­koju gotowa do wyj­ścia.

– Skąd pani wie­działa, że po nią przyj­dziemy? – nie mogli się nadzi­wić poli­cjanci.

– Kochani, ja od pół roku jestem gotowa, żeby pójść do wię­zie­nia, tylko wam się nie spie­szyło – odpo­wie­działa zgod­nie z prawdą.

W walizce miała wszystko, co potrzebne, by prze­trwać pierw­sze tygo­dnie za kra­tami: środki higieny oso­bi­stej, coś do pisa­nia, do czy­ta­nia. Tylko jedze­nia nie zapa­ko­wała, bo przez tyle czasu w sza­fie by się zepsuło.

Narze­czo­nemu powie­działa, że nie wymaga od niego wier­no­ści po gro­bową deskę.

– Jesteś młody, a mło­dość musi się wyszu­mieć – stwier­dziła, ocie­ra­jąc mu łzy. – Ocze­kuję od cie­bie, że będziesz odwie­dzał mnie w wię­zie­niu i przy­wo­ził mi syna. I że będziesz wpła­cał pie­nią­dze na moje wypi­ski [zakupy w wię­zie­niu – przyp. aut.]. Nie przy­sy­łaj Bóg wie jakich paczek. Odbędę karę i wrócę do domu, to będę sobie żyła jak wielka pani. Za kra­tami potrze­buję wyłącz­nie tego, co jest mi nie­zbędne: papie­ro­sów, kawy i zupek chiń­skich. Reszta mnie nie inte­re­suje.

Narze­czony odwie­dzał ją co dwa tygo­dnie, ale po kilku mie­sią­cach sam tra­fił do aresztu. Wdał się w jakąś bójkę w tram­waju i Magda została bez wspar­cia.

Nie od razu zna­la­zły­śmy się w jed­nej celi – ja byłam jesz­cze przed pra­wo­moc­nym wyro­kiem, a jej sprawa w sądzie już się zakoń­czyła, zatem prze­by­wa­ły­śmy na innych oddzia­łach.

– Pro­szę mnie nie sadzać z żad­nymi les­bij­kami i dzie­cio­bój­czy­niami, bo nie ręczę za sie­bie i któ­rejś wpier­dolę – wymu­siła na admi­ni­stra­cji.

W tych spra­wach nie prze­wi­dy­wała kom­pro­mi­sów. Miała przez to sporo pro­ble­mów, lecz ni­gdy nie ustą­piła.

Warto było cze­kać pół roku, żeby wresz­cie ją spo­tkać.

Ucho od śle­dzia

Magda miała natu­ralną urodę. Nie musiała się malo­wać, żeby olśnie­wać – fan­ta­stycz­nie zbu­do­wana, strze­li­sta, z ciem­nymi oczami i kasz­ta­no­wymi wło­sami. Myśla­łam, że jest Cyganką, ze względu na śniadą kar­na­cję, ale widać czy­stej krwi Polki też bywają egzo­tyczne.

– Była­byś kró­lową Cyga­nów – żar­to­wa­łam, nie wie­dząc jesz­cze, że jej fach też może się koja­rzyć z Romami.

– Jestem zło­dziejką z krwi i kości – mówiła o sobie. – Nic innego poza grą w siatkę i zło­dziej­stwem nie potra­fię w życiu robić.

– Madzia, prze­cież ty w ogóle nie wyglą­dasz na zło­dziejkę – mówi­łam naiw­nie.

– I dla­tego byłam taka dobra. Nie ma pod słoń­cem takiego faceta, któ­remu nie ukra­dła­bym port­fela. Nie ma na świe­cie takiego sklepu jubi­ler­skiego, któ­rego nie ogo­ło­ci­ła­bym z kosz­tow­no­ści. Potra­fi­ła­bym to zro­bić nawet w samym Nowym Jorku. Byłam naj­lep­sza.

– To dla­czego wpa­dłaś?

– Dobra passa w życiu też się kie­dyś koń­czy.

Podobno wyszko­lił ją naj­lep­szy spe­cja­li­sta w zło­dziej­skim fachu. Dru­giego takiego w Pol­sce nie było i długo nie będzie – prze­ko­ny­wała z dumą. Tajem­ni­czy mistrz był w jej opo­wie­ściach jakby żyw­cem wzięty z filmu Vabank Juliu­sza Machul­skiego. Ni­gdy nikomu nie powie­działa – ani pod­czas prze­słu­cha­nia, ani w luź­nej roz­mo­wie – jak się nazy­wał. Śled­czy wiele jej obie­cy­wali w zamian za ujaw­nie­nie jego toż­sa­mo­ści, lecz ona nie poszła na żaden układ. Nie wydała też swo­jej wspól­niczki, z którą przez lata pra­co­wała. Poli­cja dep­tała im po pię­tach, ale wciąż bra­ko­wało twar­dych dowo­dów. Tym­cza­sem one kur­so­wały mię­dzy Ślą­skiem i Pomo­rzem, czę­sto wyjeż­dżały za gra­nicę, głów­nie „na roboty” do Nie­miec.

Magda zaczy­nała jako kie­szon­ko­wiec. Była spe­cja­listką od port­feli. Z cza­sem roz­sze­rzyła zawo­dowy reper­tuar i miała swo­ich pase­rów, któ­rzy od ręki pozby­wali się gorą­cego jesz­cze towaru. Kie­ro­wała się zasadą, żeby ciu­chów i butów nie kraść w celach han­dlo­wych, za to fata­łaszki dla sie­bie i adi­dasy dla syna wyno­siła ze skle­pów w ilo­ściach hur­to­wych. Żaden, nawet reno­mo­wany dom han­dlowy nie wymy­ślił takich zabez­pie­czeń, które by ją powstrzy­mały. Bez trudu pozby­wała się kodów kre­sko­wych oraz innych pika­ją­cych puła­pek na zło­dziei. Mówiła, że dla fachowca (a za takiego się uwa­żała) nie sta­no­wią one naj­mniej­szego pro­blemu. Nie bawiła się w kra­dzieże deta­liczne. Ciu­chy dla sie­bie i syna wyno­siła ze skle­pów w tor­bach podróż­nych.

Nie miała tele­fonu sta­cjo­nar­nego, komórki z abo­na­men­tem, konta w banku ani zna­jo­mych na Face­bo­oku. Zło­dziej­skie pie­nią­dze wkła­dała do sło­ików i zako­py­wała w ogródku. Wystrze­gała się pod­pi­sy­wa­nia jakich­kol­wiek umów, w któ­rych musia­łaby podać swój PESEL, adres i nazwi­sko. Uwa­żała, że jest cał­ko­wi­cie ano­ni­mowa, a jej dane znał tylko klub spor­towy, w któ­rym grała, i… poli­cja.

Nie mam poję­cia, w jaki spo­sób wpa­dła. Ona sama ni­gdy o tym nie opo­wia­dała, a infor­ma­cje z innych źró­deł kom­plet­nie mnie nie inte­re­so­wały. Wiem jedy­nie, że całą winę wzięła na sie­bie i że dostała ponad cztery lata wię­zie­nia.

– Ta kobieta nie może być zło­dziejką, to nie­moż­liwe – prze­ko­ny­wał przed sądem tak­sów­karz, który przez trzy lata woził Magdę i jej wspól­niczkę do pracy. – Dał­bym głowę, że to świet­nie sytu­owane biz­ne­swo­men, takie były ele­ganc­kie i pach­nące. Dawały wyso­kie napiwki, jadały w naj­lep­szych restau­ra­cjach, zatrzy­my­wały się przy naj­lep­szych skle­pach i posłu­gi­wały się naj­po­praw­niej­szą pol­sz­czy­zną. Ktoś taki miałby okra­dać sklepy jubi­ler­skie? Wyklu­czone!

Zło­dziej­skie patenty

– Skąd ty jesteś, Beata? – zapy­tała mnie na spa­cer­niaku, gdy nasza zna­jo­mość jesz­cze racz­ko­wała.

– Ze Świ­no­uj­ścia, a co?

– Lubię to mia­sto, ludzie tam bogaci. Na ulicy [tu nazwa] był taki jubi­ler. Piękną miał biżu­te­rię.

– To sklep przy­ja­ciół moich rodzi­ców. Pamię­tam, że kilka lat temu mieli wła­ma­nie. Bar­dzo to prze­żyli, pod­upa­dli na zdro­wiu.

– To nasza robota, to zna­czy moja i wspól­niczki. – Wes­tchnęła. – Szkoda, że nie zna­ły­śmy się wcze­śniej. Nie kra­dła­bym w twoim mie­ście.

W Świ­no­uj­ściu zawsze były pie­nią­dze – kie­dyś ame­ry­kań­skie dolary, szwedz­kie korony i nie­miec­kie marki, dzi­siaj głów­nie euro. Rze­czy­wi­ście miesz­kają tam bogaci ludzie i coraz licz­niej­sza grupa kre­zu­sów, do któ­rych należą hotele, pen­sjo­naty i gastro­no­mia. Mia­sto jest poło­żone na 44 wyspach, więc żyje się tam ina­czej niż w głębi kraju. Połą­cze­nia pro­mowe z Danią, Szwe­cją i Nor­we­gią spra­wiły, że ten kawa­łek Pol­ski zawsze był oknem na świat. W Świ­no­uj­ściu nawet za komuny było dobrze. Port dawał pracę, ludzie pły­wali na stat­kach dale­ko­mor­skich i pro­mach, zara­biali w dewi­zach. Kiedy w Pol­sce było szaro i sier­mięż­nie – u nas kwi­tło życie, szcze­gól­nie nocne. Dzi­siaj wię­cej tam kura­cju­szy niż cink­cia­rzy i pro­sty­tu­tek, jak daw­niej.

– Beata, jak wy może­cie tam żyć, skoro zamiast jechać do mia­sta, musi­cie pły­wać pro­mami? – dzi­wiła się Magda.

– Jeste­śmy wyspia­rzami, lubimy mieć dystans do lądu. – Śmia­łam się. – Nie dusimy się we wła­snym sosie, bo tuż obok jest gra­nica. Han­del z Niem­cami kwit­nie od lat, więc nudy nie ma. U nas zawsze było ina­czej niż w głębi kraju, cho­ciaż dro­żej. Mie­li­śmy wię­cej nowo­ści ze świata i faj­nych ciu­chów.

– Wia­domo, por­towe życie – powie­działa z nostal­gią.

– Madzia, powiedz mi, jak to robi­ły­ście – zmie­ni­łam temat.

– Co? – uda­wała, że nie wie, o co pytam.

– Jak kra­dły­ście biżu­te­rię?

– Szcze­gó­łów nie mogę ujaw­niać. Wiesz, tajem­nice zawo­dowe.

– Ale ja znam ten sklep w Świ­no­uj­ściu, wiem, jaki jest roz­kład pomiesz­czeń. Eks­pe­dientka ni­gdy nie wycho­dzi na zaple­cze, jeśli na miej­scu nie ma zmien­nika. Prze­cież jakoś musia­łaś odwró­cić ich uwagę. Potem wyjąć towar spod lady, te wszyst­kie łań­cuszki, pier­ścionki i bran­so­letki. Jak to moż­liwe?

– To było naprawdę pro­ste. Trzeba było mieć patent, wspól­nika i być bar­dzo zgra­nym.

– Mów kon­kret­nie – pona­gla­łam.

– OK, no więc było tak…

Magda i jej wspól­niczka wcho­dziły do jubi­lera, ele­ganc­kie i wypach­nione, jak to miały w zwy­czaju. Zawsze oddziel­nie, jakby się nie znały. Magda wpa­try­wała się w gabloty i po chwili zasta­no­wie­nia pro­siła o poka­za­nie jakiejś bły­skotki. W tym momen­cie wspól­niczka sku­tecz­nie odwra­cała uwagę eks­pe­dientki, na przy­kład uda­wała, że wypadł jej port­fel albo że coś zgu­biła i trzeba tego poszu­kać. Mogła też uda­wać, że zoba­czyła przez szybę, jak ktoś z prze­chod­niów staje się ofiarą kra­dzieży. „Co za bez­czel­ność! W biały dzień, i to na dep­taku, wyrwał star­szej kobie­cie torebkę!” W tym momen­cie wzrok eks­pe­dientki wędro­wał za szybę, a ręce Magdy pod ladę. Wystar­czyła chwila nie­uwagi sprze­daw­czyni, aby wyszły ze sklepu z łupem za kil­ka­dzie­siąt tysięcy.

– Naj­sku­tecz­niej­szy był patent na omdle­nie lub zasłab­nię­cie w ciąży – opo­wia­dała Magda. – Cza­sami wystar­czyło nadep­nąć klien­towi na nogę i już robiło się zamie­sza­nie. Ludzie mają natu­ralny odruch nie­sie­nia pomocy i zło­dzieje na tym bazują. To czy­sta psy­cho­lo­gia. Wszy­scy bie­gną, żeby pomóc kobie­cie w ciąży lub dziecku, a ty spo­koj­nie robisz swoje. W takich chwi­lach mogę nawet wejść za ladę i wszystko zgar­nąć.

– I nikt tego nie widzi?

– Naj­wy­żej kamera, ale od czego jest cha­rak­te­ry­za­cja? W ciągu kilku sekund już mnie nie było.

– A wspól­niczka?

– Zosta­wała w środku, żeby nikt nie nabrał podej­rzeń.

Nie zna­łam wcze­śniej osoby tak sil­nej psy­chicz­nie jak Magda. Przy­się­gam, że nie chcia­ła­bym być jej wro­giem. Kro­czyła wła­sną drogą, a za błędy odpo­wia­dała bez uża­la­nia się nad sobą. „Damy radę” to jej powie­dze­nie, które na zawsze sobie przy­swo­iłam. Ani wcze­śniej, ani póź­niej nie mia­łam w życiu tak życz­li­wej kole­żanki. Widać musia­łam pójść do wię­zie­nia, żeby kogoś takiego spo­tkać.