Nowy alfabet mafii

Tekst
Z serii: Varia
0
Recenzje
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

Kot śpi – myszy harcują

W marcu 1995 roku Andrzeja K. oskarżono o sprzedaż skradzionego w Paryżu auta, posługiwanie się fałszywymi dokumentami oraz wymuszenie spłaty długu na współwłaścicielu myjni samochodowej z Żoliborza. Obrony podjął się wówczas mecenas Tadeusz De Virion. Oskarżycielką była młoda prokuratorka Marzena Kowalska. – Lekceważył mnie – opowiada po latach w swoim gabinecie zastępcy prokuratora generalnego. – A po wyroku skazującym nie ukrywał rozczarowania i złości. Nigdy się nie przyznał do popełnienia przestępstw. Nie zgadzał się z wizerunkiem gangstera, twierdził, że to media go kreują.

Sąd wymierzył wtedy oskarżonemu karę 25 tys. zł grzywny i skazał go na cztery lata pozbawienia wolności. W procesie przeciwko Pershingowi zeznawał pierwszy w Polsce świadek incognito.

Za kratami Andrzeja K. traktowano z honorami. Jako jedyny miał w celi dywan. 10 sierpnia 1998 roku Andrzej K. opuścił mury więzienia w Białołołęce. Przed bramą czekał na niego srebrzysty mercedes klasy S na białoruskich numerach, otoczony kilkoma innymi ekskluzywnymi samochodami. Ubranego w elegancki czerwony garnitur Pershinga witano jak ojca chrzestnego – kilku ogolonych osiłków z szacunkiem ściskało mu rękę, chyląc nisko głowy. Spekulowano, że po czterech latach odsiadki Andrzej K. zechce sięgnąć po władzę. Jeszcze zza krat w grypsie napisał przecież do jednego ze swoich ludzi: „Dobrze, że pamiętają o mnie. Wiesz, jak to bywa: jak kot śpi, to myszy harcują”. Marzyła mu się jedna silna organizacja przestępcza, której byłby niepodzielnym szefem. Nie przyjmował do wiadomości, że jego miejsce zajęli inni. Kiedy on siedział w celi, „Pruszków” zdążył zalegalizować większość swoich interesów. Boss z takim rozgłosem był już nie na rękę. Odsuwany powoli od władzy Pershing zajął się własnymi interesami, sprawy pruszkowskie zaniedbał. Nadzorował kilka tysięcy automatów do gier losowych, z tego płynęły olbrzymie pieniądze. Zarząd gangu pruszkowskiego najpierw zazdrośnie spoglądał na sukcesy niedawnego sprzymierzeńca, a potem próbował przejąć od niego przynajmniej część lukratywnego biznesu.

Zakusy na majątek Pershinga miał też urząd skarbowy. Już w połowie lat 90. podczas wnikliwej kontroli jego majątku ustalono, że w latach 1990–1994 Andrzej K. wydał o ponad 2,5 mld ówczesnych zł więcej, niż zadeklarował w przychodach. Pershing-podatnik, który od 1983 roku oficjalnie nigdzie nie pracował, musiał tłumaczyć, jak dorobił się okazałej willi z kortem tenisowym i basenem w Ożarowie Mazowieckim.

Dom Andrzeja K. w latach 80. naprawdę robił wrażenie. Pershing wybudował go z rozmachem i przepychem. Willę z basenem i kortami tenisowymi uważał za fundament luksusu. Lubił grube dywany, pozłacane klamki, mosiężne ozdoby i drogie meble. Mieszał style i epoki. Niektórzy twierdzą, że przesadzał z liczbą obrazów na ścianach – podobno zawieszał, co mu wpadło w ręce, a najchętniej w grubych ramach. Gości podejmował w przypominającym muzeum salonie, którego bogate wyposażenie przyprawiało o zawrót głowy. Kiedy inspektorzy skarbowi pytali Pershinga, skąd miał na to wszystko pieniądze, pruszkowski boss twierdził, że harował jak wół w RFN, a potem wygrywał w ruletkę. Przyznał też, że „niewielkie sumy” zarabiał u znajomych, którzy zlecali mu odzyskiwanie długów od nieuczciwych biznesmenów.

Podczas warszawskiego procesu, w którym oskarżono go m.in. o wymuszenie 40 tys. dolarów, denerwował się, że wszyscy czepiają się jego pieniędzy. „Ja nie jestem żaden gangster, tylko dobrze sytuowany mieszkaniec Ożarowa. Żyję z oszczędności – zawsze mam jakieś pół miliarda na czarną godzinę” – bronił się.

Pershing przyjaźnił się też z Andrzejem Gołotą, kibicował mu, jeździł na wszystkie jego walki bokserskie. Nieżyjący już Jerzy Kulej, niegdyś świetny bokser, dwukrotny złoty medalista olimpijski, podczas walki Gołoty z amerykańskim bokserem Michaelem Grantem w Atlantic City w listopadzie 1999 r. założył się z Pershingiem o wynik. Kulej był tam sprawozdawcą telewizyjnym, Pershing, jak zwykle, kibicował przyjacielowi. – Zaproponował zakład o pięćset dolarów – opowiadał nam Kulej. – On postawił na Gołotę, więc ja musiałem obstawić jego porażkę. Robiłem to z ciężkim sercem, bo pięćset dolarów to kupa pieniędzy. Ale Gołota przegrał, więc forsy nie straciłem. Ale proszę sobie wyobrazić, że Pershing dodatkowo obstawił u bukmacherów osiemdziesiąt tysięcy dolarów. Po porażce Gołoty miał trochę kwaśną minę, ale i tak dał mu kwiaty i podziękował za wysiłek.

Z Atlantic City Pershing wrócił do kraju w kiepskim humorze. Kiedy jechał z lotniska do Ożarowa, zatrzymano go do kontroli i spisano, chociaż przepisów nie złamał. Według innego jego przyjaciela, mieszkańca Zakopanego, Wiesława L. (imię i inicjał zmienione na prośbę naszego rozmówcy), to był czas, kiedy za Andrzejem krok w krok chodził Urząd Ochrony Państwa. – Tam była kwestia olbrzymich pieniędzy z automatów do gry. On nosił tę forsę walizkami, szukał przestrzeni, aby pieniądze dobrze ulokować i wyprać przy okazji – opowiada nam Wiesław z Zakopanego. – Chciał kupować fabryki tekstylne i fonograficzne. Myślę, że był wtedy narzędziem w rękach innych ludzi. UOP go obserwował, ale nie przeszkadzał, może to z tej strony pociągano za sznurki?

Kopalnią wiedzy o legendarnym szefie gangu pruszkowskiego – ku naszemu zaskoczeniu – okazał się Krzysztof Jackowski z Człuchowa, najsłynniejszy polski jasnowidz. W szczerej rozmowie wyznał nam, że przez lata przyjaźnił się z Pershingiem, ale długo się wahał, zanim publicznie o tym opowiedział.

„Spałem z Pershingiem”

Rozmowa z Krzysztofem Jackowskim, jasnowidzem z Człuchowa:

– Skąd ta znajomość z Pershingiem?

– Spotkaliśmy się na początku lat 90. Pershingowi polecił mnie pewien człowiek, którego ostrzegłem, że skradną mu nowe auto. I tak się stało. Andrzej K. miał podobny problem. Skradziono mu czarne bmw. Zrobiłem dla niego wizję: „Kradzież zorganizował człowiek, którego dobrze pan zna. Ma na dłoni tatuaż pająka”. Pershing zaklął. Wymienił rosyjskie imię. Później spotkałem tego mężczyznę z pająkiem. Pershing wybaczył mu to bmw.

– I tak zaczęła się wasza przyjaźń?

– Pershing wracał do mnie wiele razy po wizje. Któregoś razu pokazał mi zdjęcie młodej dziewczyny o imieniu Łada – Rosjanki z St. Petersburga. Zapytał, co o niej myślę. „Ta kobieta chce cię oszukać. Będzie twierdzić, że jest w ciąży, żeby wyciągnąć od ciebie pieniądze. Ale w ciąży nie będzie”. Pershing na to: „Jesteś genialny! Tak się właśnie dzieje! Napiszę do niej, że kasy nie dam, bo chcę to dziecko”. No i okazało się, że ciąży nie było.

– „Robił” pan za psychoterapeutę szefa mafii?

– On był naprawdę sympatycznym facetem! Tylko trochę zagubionym… no, w kwestii kobiet.

– Naprawdę?

– Otaczały go tłumy pięknych dziewcząt, ale on szukał prawdziwej miłości. Całe życie kochał swoją pierwszą żonę, z którą się rozszedł.

– Jak odwdzięczał się za pomoc?

– Postanowił przedstawić mnie swoim kumplom. Myślałem, że na imprezę w jego domu w Ożarowie Mazowieckim przyjdą znajomi biznesmeni, bo za takiego uważałem wtedy Pershinga, albo sąsiedzi. Grubo się pomyliłem! Przyszli najsłynniejsi gangsterzy z Pruszkowa. Prymitywni: jedni marudni, inni z bliznami. Nawijali o Platonie, a nie mieli pojęcia, kim był Platon! Byłem zmęczony, to nie moje klimaty – myślę. Wtedy pojawił się Andrzej Z., czyli Słowik. Malutki człowiek, niewysoki, ale elegancki, z manierami. Towarzyszyła mu atrakcyjna kobieta w czerwonej, krótkiej sukience. „Witam towarzystwo” – Ukłonił się nisko. „Oj, smętnie tu u was. Moja koleżanka zrobi wam zaraz atrakcję!” – Mrugnął do kobiety. Wtedy po raz pierwszy widziałem w życiu striptiz.

– Nie płacił panu za wizje?

– No właśnie i byłem na niego zły, bo przecież to moja praca. Któregoś razu czekałem na niego w jakimś mieszkaniu w Warszawie, ale on przepadł. Przenocowałem, budzę się i myślę: „Kawał chama z tego Andrzeja. Idę na dworzec”. Już miałem wychodzić, ale w głowie pojawiły się obrazy: Pershing podjeżdża pod dom, w mojej wizji to był marzec, dwóch ludzi strzela do niego, Andrzej ginie.

– Opowiedział mu pan o tym?

– Ostrzegłem go i wyjechałem do Człuchowa, do domu. Od tamtej pory nie widziałem Pershinga przez kilka miesięcy. Aż do marca. Okazało się, że faktycznie zorganizowano zamach. Andrzej przeżył, bo był sprytny – od czasu mojej wizji, którą potraktował śmiertelnie poważnie, mieszkał w Warszawie, nie w Ożarowie. Do domu wysyłał ochroniarza, bardzo do siebie podobnego. To ten człowiek został postrzelony.

– Zginął od kul?

– Cudem przeżył. Zamachowcy byli pewni, że strzelają do Pershinga. Po tym zamachu spotkałem się z Andrzejem w motelu pod Warszawą. Był przerażony. Powiedział, że uratowałem mu życie. Twierdził, że strzelał jakiś gość z Gdańska i brat Dziada – Wiesiek N. Od tamtej pory Pershing szukał mojej rady w prywatnych sprawach.

– Rozmawialiście o mafii?

– Nigdy! Teraz wiem, że w ten sposób mnie chronił. Bał się o moje bezpieczeństwo. Kiedy pomogłem policji w odnalezieniu zwłok zamordowanej studentki z Zielonej Góry i wskazałem dwóch zabójców, Pershing wpadł w szał. Byliśmy wtedy w Sopocie. Andrzej przeczytał o tej sprawie w „Super Expressie” i darł się, że mordercy Ewy mnie odnajdą i zabiją. „Ja się nie będę z tobą zadawał, jak ty będziesz udzielał prasie takich wywiadów” – wrzeszczał.

– Podobno jeździliście razem po świecie.

– W listopadzie 1999 roku pojechałem z Andrzejem do Atlantic City, na walkę Gołoty. Po walce Pershing zaproponował: „Jedziemy poznać ministra”. Wtedy właśnie we włoskiej restauracji spotkałem nieżyjącego już byłego ministra sportu Jacka Dębskiego. Jego nazwisko nic mi wtedy nie mówiło. Razem z nim było dwóch wyglądających na biznesmenów Polaków i jakiś Włoch. Pershing twierdził, że to wysoko postawiony mafioso z cosa nostry. Kolejną osobą w tym zacnym gronie był młody, szczupły facet. „Krzychu, przyjrzyj się dobrze temu chudemu” – szepnął mi do ucha Pershing. „To wnuk Ala Capone”. Całe towarzystwo dobrze się znało, widać, że Włosi byli kumplami pana ministra.

 

– Jak się zachowywał Jacek Dębski?

– Jak król, wszystko wiedział najlepiej. Pershinga traktował z góry, jakby ten był nikim. Gbur i prostak – tak go oceniłem. Przy stoliku siedziały dwie panie – młode i zgrabne (nie chcę ich inaczej nazywać), które bardzo zainteresowały się tym, że jestem jasnowidzem. „Ciekawe, co by było, gdyby jasnowidz mnie dotknął” – zagaiła jedna z nich. „No jak to co?” – zaburczał Dębski. – Poczułabyś się dotknięta”. Wkurzał mnie ten facet, wyszedłem do toalety na papierosa, za mną Pershing. „Co to za osiłek? Bandzior wysokiej klasy?” – wypytywałem. Andrzej na to: „Krzychu, to jest bardzo niebezpieczny człowiek. Nie możesz go obrażać, cokolwiek by ci powiedział”.

– A jak zachowywał się Pershing?

– Jak człowiek z klasą. Podczas pobytu w Stanach zaobserwowałem jego poranny rytuał. Zawsze po przebudzeniu sięgał po pieniądze. Miał przy sobie gruby plik dolarów, ściśnięty gumką. Same setki. Ledwie otworzył oczy – już je liczył. Spytałem kiedyś, dlaczego tak robi. „Stary, jak zaczniesz od rana liczyć kasę, to będziesz ją miał cały dzień”. Rachunki płacił jednak kartą. Platynową. Wściekał się, bo za każdym razem dokładnie mu tę kartę sprawdzano, ponieważ Polacy rzadko kiedy taką mają. Nie wiem, ile trzeba mieć na koncie, żeby ją dostać, ale z pewnością sporo.

– Kiedy Pershing bawił się w Stanach, ktoś planował na niego zamach.

– On coś czuł, widziałem, że stawał się niespokojny. Wciąż odbierał jakieś telefony. Radzono mu, żeby nie wracał do Polski. Zwierzył mi się, że traci wpływy, że się boi. Spaliśmy wtedy w jednym łóżku. Któregoś dnia zaraz po przebudzeniu zobaczyłem, że jest wyjątkowo podminowany. Ubrał się w elegancki garnitur i zszedł na dół. Prosił, żebym był w pobliżu. Spotkał się wtedy z dwoma urzędnikami. Rozmawiali kilka godzin. Pokazywali mu jakieś zdjęcia. Andrzej był skupiony. Jestem przekonany, że byli to pracownicy polskiego wywiadu.

– Wróciliście wtedy do kraju?

– Nie, z Atlantic City pojechaliśmy na trzy dni do Las Vegas. Pershing zagrał w ruletkę. Stawiał jak zwykle bardzo wysokie sumy. Przegrał 180 tys. dolarów. Generalnie nie pił alkoholu, ale wtedy sięgnął po butelkę piwa, żeby odreagować stratę. Nad ranem obudził się przerażony. „Słuchaj, miałem dziwny sen. Wytłumacz mi go. Śniłem, że jestem w domu, podjeżdżają bandziorki (tak nazywał mafijną konkurencję), pełno ich dookoła domu. Mają fuzje i chcą mi się ładować do środka. Biegam po pokojach, szukam kałacha lub czegokolwiek, co wypali, a tu nic! Nie mogę znaleźć, chociaż zawsze mam wszystko pod ręką!” Powiedziałem mu, żeby się nie przejmował, że to tylko sen. Następnego dnia zaraz po przeliczeniu dolarów opowiedział mi drugi, podobny sen. „Tym razem byłem w lesie. Szukam broni, znów nie mogę znaleźć, a bandziorki dookoła. Dochodzą do mnie…”

– Wychodzi na to, że miał prorocze sny. Dwa tygodnie później zginął przecież od kul „bandziorków”.

– Po jego śmierci bardzo się bałem. Mordercy i zleceniodawcy tej zbrodni nie wiedzieli przecież, że Pershing nie wtajemniczał mnie w swoje zawodowe sprawy. Obawiałem się, że będą mnie szukali. Wyjechałem z całą rodziną do Żywca. Ukrywałem się kilka tygodni. Nie tylko przed mafią. Nie ufałem policji: wielokrotnie byłem świadkiem, gdy funkcjonariusze z Pruszkowa telefonowali do Andrzeja i przekazywali mu istotne informacje. Kiedy po śmierci Pershinga przyjechał do mnie jakiś ważny gliniarz z Gdańska i wypytywał o mafię, powiedziałem mu zgodnie z prawdą: „W piwnicy mam taki stary regał. Wystaje z niego długa deska. Jak robiłem porządki, to się uderzyłem o nią głową. No i wszystko zapomniałem”. Policjant popatrzył na mnie, pokiwał i odpowiedział: „Właściwie to dobrze, żeś się pan w tę deskę walnął”.

– Wspomina pan Pershinga z wielką sympatią.

– Szanowałem go, bo był sentymentalnym gangsterem, z zasadami. Nie mścił się nawet za swoje krzywdy. Często o nim myślę, czasami zwyczajnie w świecie brakuje mi go. Tak, Pershing był moim przyjacielem.

– Dlaczego przez lata nie przyznawał się pan do tej przyjaźni? Wstydził się pan? A może ze strachu?

– Obawiałem się, że jego mordercy mogą dotrzeć także do mnie. Nawet teraz nie mówię o tym bez lęku. Pershing wielokrotnie wbijał mi w głowę: „Pamiętaj, gdyby coś mi się stało, wszystkie osoby, które przy mnie poznałeś, będą twoimi wrogami. Nigdy nie mów o naszej przyjaźni. Nic nie mów o wizjach. Nikomu nie ufaj”.

Zakazana miłość

Pershing zginął w Zakopanem, w niedzielę 5 grudnia 1999 roku, około godziny szesnastej. Zabójcy dopadli go, kiedy zjechał na nartach z Polany Szymoszkowej i pakował sprzęt do swojego mercedesa klasy S. Dostał kilka kul. Żył jeszcze, kiedy jakiś przygodny narciarz, jak się okazało lekarz, próbował go reanimować.

Wiesław L., który towarzyszył mu wtedy na Polanie Szymoszkowej, siedział w tym czasie wewnątrz mercedesa. Widział nadchodzących dwóch młodych mężczyzn, jednakowo ubranych, w czapkach i narciarskich goglach zasłaniających twarze. Szli i strzelali na postrach w powietrze. A potem jeden z nich wywalił magazynek w Andrzeja i zajrzał do wnętrza samochodu, gdzie zobaczył Wiesława. Zastukał w szybę i pogroził palcem, jakby chciał powiedzieć: pamiętaj, nic nie widziałeś!

Pershing przyjechał na Szymoszkową z dziewczyną o imieniu Patrycja, studentką ze Szczecina. W czasie zdarzenia oddawała narty w pobliskiej wypożyczalni. Kiedy zabójcy uciekli czarnym audi 80 (kradzionym, jak się okazało), podbiegła do leżącego Pershinga i przeszukała jego bezrękawnik. Znalazła telefon komórkowy, wyjęła z niego kartę i ją zniszczyła. Policji tłumaczyła, że zrobiła to bezwiednie, a ze śmiercią swojego przyjaciela nie miała nic wspólnego. Chociaż te tłumaczenia brzmiały naiwnie, nie postawiono jej zarzutu współudziału.

Pershing przed śmiercią próbował przejść z gangsterki w stronę legalności. Pod Gdańskiem założył wytwórnię płyt CD. Jego udziały przejęła córka, wtedy studentka. Paradoks polega na tym, że córkę Pershinga spotkali w warszawskim szpitalu policjanci, którzy zjawili się tam, aby zatrzymać niejakiego Bedzia. Mieli polecenie odstawić go do więzienia. Zapytana, co robi u człowieka, który – jak twierdzili funkcjonariusze – był powiązany z mordercami jej ojca, odrzekła, że po prostu przyszła go odwiedzić: „Przecież to mój konkubent, chyba mam prawo odwiedzać swojego mężczyznę”. Policyjnym insynuacjom nie dała wiary.

Bedzio, czyli Robert B., to dziś jeden z liderów tzw. gangu ożarowskiego. To on odbierał z kostnicy podziurawione kulami zwłoki pruszkowskiego bossa. Niewysoki, ale silny i szybki, bez widocznych tatuaży, oszczędny w słowach, wzbudza respekt. Przypomina włoskiego przestępcę, dla którego najważniejszą zasadą w męskim świecie jest omerta, czyli milczenie. Karierę w grupie zaczął jako kierowca i ochroniarz Pershinga, z czasem stał się jego powiernikiem i przyjacielem, chociaż różnica wieku między nimi to ponad dwadzieścia lat. Po śmierci Andrzeja K. Bedzio wielokrotnie stawał przed sądem zarówno jako świadek w głośnych procesach gangsterskich, jak i jako oskarżony o kierowanie grupą. Nigdy nie poszedł na układ z prokuraturą, nikogo nie obciążał, nawet Ryszarda N. i Ryszarda Boguckiego, skazanych za zabójstwo pruszkowskiego bossa. Pytany o znajomość z Pershingiem, powtarzał wyuczony tekst: „Andrzeja K. znałem od dwudziestu lat, byliśmy przyjaciółmi, ale nie znałem dobrze jego interesów. Wiem tylko, że był hazardzistą, działał w firmie fonograficznej i pożyczał pieniądze na procent”.

Pod koniec lat 90. córkę Pershinga i Bedzia połączyło gorące uczucie. Oboje ukrywali swój romans przed Andrzejem K., który – chociaż kochał Bedzia jak syna – połamałby mu kości za uwodzenie jedynaczki. Miłość młodych nie przetrwała zawirowań w półświatku i rozłąki spowodowanej aresztowaniem Roberta B. za kierowanie grupą ożarowską. Ale do dziś tych dwoje łączy przyjaźń.

Jako ojciec Andrzej K. nie był zbyt wylewny, często traktował Magdę przedmiotowo, ale potrafił docenić jej inteligencję i wrażliwość. Był dumny z jej urody. I z tego, że nie biegała za chłopakami, że się szanuje. Byli jak ogień i woda: on hulał i błyszczał, ona zawsze skromna, bezpretensjonalna. Po śmierci ojca pojechała z jego zakrwawioną koszulką do jasnowidza. „Kto mu to zrobił?” – pytała.

Zdjęć z pogrzebu nie będzie

Fragment rozmowy z Robertem B., ps. Bedzio (podczas krótkiej przerwy w tymczasowym aresztowaniu):

– Jak pan poznał Pershinga?

– Przez przypadek. Prowadziłem kiedyś dobrze prosperujący, całkiem legalny biznes. Zaufałem mu i nie zawiodłem się.

– Powierzył mu pan swoje pieniądze?

– Robiliście wspólne interesy?

– …

– Co pana z nim łączyło?

– Męska przyjaźń.

– Co się stało ze zdjęciami nieżyjącego Pershinga? Dlaczego w gazetach nie było nawet migawek z pogrzebu?

– Po zamachu przyrzekłem Magdzie, że żaden fotoreporter już nie zrobi nawet jednego zdjęcia jej ojcu, żaden dziennikarz nie dowie się o pogrzebie.

– Dlaczego?

– To oczywiste: nie mogłem pozwolić, żeby z jego śmierci robiono cyrk na pierwszych stronach gazet. Słowa dotrzymałem. Jedyną fotografią z tamtych wydarzeń jest mercedes Andrzeja i krew na śniegu w Zakopanem.

– Jak się panu udało powstrzymać fotoreporterów?

– Niech to na zawsze pozostanie moją tajemnicą.

– Widział pan Pershinga po śmierci?

Tak, byłem przy nim.

– Sam?

– Z Magdą. Oboje czuwaliśmy w kostnicy przy zwłokach.

– Wciąż się pan o nią troszczy.

– Magda przyjęła spadek po ojcu, jego willę w Ożarowie. Ma z tym same kłopoty. Nie wiedziała, że dom jest obciążony długami, że nie będzie mogła go sprzedać. Jeśli pani ma takie możliwości, to proszę jej pomóc.

To koniec darmowego fragmentu. Czy chcesz czytać dalej?