Nowy alfabet mafii

Tekst
Z serii: Varia
0
Recenzje
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

Jak podnieść swój prestiż

Krążyła wersja, że to Jarek S., Masa, pozbył się swojego przyjaciela. Według jednej z plotek wykonanie zamachu zlecił swojemu szwagrowi Irkowi K. Wiarygodności tym pogłoskom dodawał fakt, że miesiąc przed śmiercią Wojciecha K. (zastrzelono go z broni maszynowej w lutym 1996 r. w centrum Pruszkowa) ktoś zdetonował bombę przed domem Masy. W obieg puszczono wersję, że Kiełbasa chciał zabić Jarka i teraz ten się zemścił.

Masa początkowo nie zaprzeczał. – Ja się do tego nawet przyznawałem, bo to podnosiło mój prestiż – wyjaśnia. – A prawda jest taka, że Kiełbachę odwalili ludzie Rympałka, mieli z nim konflikt.

Fragment rozmowy z Jarosławem S. na temat śmierci Wojciecha K.:

Dlaczego zastrzelono Kiełbasę?

W ostatnich dniach swego życia był bardzo niewygodny dla starych pruszkowskich. A poza tym się naraził Rympałkowi. Był złośliwy i nie ostrzegł Rympałka o planowanej akcji policyjnej, w której wpadł magazyn broni.

Kto mógł wydać na niego wyrok?

– Tego nie jestem pewien, ale sądzę, że przy wyroku brali udział i starzy pruszkowscy, i Rympałek.

W procesie pruszkowskim adwokaci oskarżonych sugerowali, że ze śmiercią Wojtka K. pan miał jakiś związek.

– Jest to bzdura! Wykorzystywali sytuację, że wśród kręgów niższych w grupie ja uchodziłem za egzekutora, za wykonawcę wyroku na Kiełbasie. Kiedy zastrzelono Wojtka, na początku się do tego przyznawałem, że to ja Wojtka odpaliłem. Nawet starzy byli pewni, że to ja zrobiłem. Więc mój prestiż jak gdyby urósł, moje akcje poszły do góry. Trochę mi było ciężko z tym, jeśli chodzi na przykład o rodzinę, bo rodzina cały czas się pytała, była niespokojna. „Jak to, no, Jarek, no co ty?” Ja musiałem to tłumaczyć, że to jest dla dobra tego, żebym był mocny w mieście, żebym miał szacunek, żeby się mnie bali, żebym więcej zarabiał.

Wirtualna prawda Masy

Fragment rozmowy z Januszem P., ps. Parasol (sala widzeń więzienia w Wołowie):

Dlaczego Masa został świadkiem koronnym?

– Żeby nie siedzieć i nie odpowiadać za swoje przestępstwa. Przecież ja wiem, co on tam ma na swoim koncie. Wiem o jednym jego bardzo poważnym przestępstwie: że zlecił zabójstwo Wojtka Kiełbasy.

Kiełbasa był jego przyjacielem?

– Tak. Był jego przyjacielem, ale później się bardzo poróżnili. Zaczęło się od tego, jak Jacek D. zginął, taki ich kolega, który zdeponował u nich sporo pieniążków i dużą ilość biżuterii. Jacek został zastrzelony i ten depozyt został u nich. I teraz od tamtej pory zaczęło się między Kiełbasą i Masą psuć. To już było widać, bo po Pruszkowie chodziły takie rozmowy. I zaczął o te kosztowności upominać się Jacka syn – Czarek. Jak się upominał, tak sam też zginął.

Został zastrzelony?

– Tak, też został zastrzelony! I teraz się zaczyna sprawa. Kiełbasa cały czas ma zwarcia, są kłótnie. Rozstają się, schodzą. Kiedyś mi Kiełbasa opowiadał, jak Masę zaczął wyzywać od pedałów. Kłócili się o jakieś rozliczenia. No tak to krążyło. Nikt się w to nie wtrącał, bo to ich sprawy. Wreszcie doszło do tego, że Kiełbasa zginął. Również na sprawie słyszałem, jak stanął Mirosław D., Malizna, i oficjalnie powiedział, że Masa przyjechał do niego, bodajże do Zakopanego, i mówi: No, zrobiłem porządek z Kiełbasą. Już nie ma Kiełbasy na Pruszkowie. To powiedział przed sądem. Nie wiem, co prokuratura robi w tej sprawie, ale myślę, że dopóki nie dokończą tych wszystkich spraw, w których Masa jest tym zawodowym koronnym, to na razie będą go jakoś strzegli, bo to im by wszystko upadło, bo to jest główny filar tych oskarżeń.

Według Masy za śmiercią Wojtka stoi Rympałek.

– Jest to wersja, którą kształtuje Masa. Wiadomo, że na siebie nie powie, tylko szuka winnego. Ja słyszałem, że w sądzie chyba mówił, coś w zeznaniach, że to coś z Rympałkiem. Ale ja uważam, że to jest kłamstwo. W sądzie on się przyznał, że mówił, że zlecił zabójstwo. Sędzia spytał: Dlaczego? On odpowiedział, że chciał prestiż swój podnieść. Ale jak inni opowiadali mu o jakimś zabójstwie, to już nie chcieli prestiżu swojego podnieść, tylko to dokonali. Najzabawniejsze w tym wszystkim jest, że do Masy wszyscy chodzili jak do biskupa. Nic nie znaczący kapitan Masa, a same szychy z samej góry – jak to on mówił – i starzy, i inni różni tam, jakieś Bysie, jakieś Bynki. Wszyscy chodzili do Jarosława S. i spowiadali mu się jak w konfesjonale. I to z czego? Z samych najcięższych przestępstw! Nie opowiadali mu, że na balecie byli, że coś sobie kupili, tylko same najcięższe przestępstwa! No i Masa wreszcie przed sądem stanął i mówi: Proszę sądu, ja z całych sił pomagałem policji, żeby z plotki prawdę zrobić! A jak chcieli, żebym ją rozrysował, tę mafię, to rozrysowałem im to wszystko na wzór mafii sycylijskiej. No to są takie zeznania Masy. Bardzo jest dziwne to, że nie było dopuszczonej prasy do tego, co on mówił, i telewizji, żeby przedstawić, o czym on mówi. On mówi o wirtualnych przestępstwach! Człowieku! Powiedz jakieś konkretne przestępstwo! Nie pamięta!

A może on chciał się ubezpieczyć. Nie chciał powiedzieć wszystkiego, bo chciał ratować życie.

– Mnie się wydaje, że wszystkiego nie powiedział i być może jakichś ludzi ukrywa, tych faktycznych szefów czy tam jakichś innych… No bo nie nas! To jest możliwe! Może kogoś ukrywa.

Przedsiębiorstwo „Pruszków”

Struktura gangu, według aktu oskarżenia w procesie tzw. zarządu „Pruszkowa”, zbudowana była według następującego schematu. Na samej górze zarząd, czyli generalicja: Wańka, Malizna, Bolo, Parasol, Kajtek, Słowik, Krzyś (niedługo po procesie zmarł na raka), a wcześniej Pershing (zastrzelony w Zakopanem 5 grudnia 1999 r.). Poniżej kapitanowie, m.in. Masa, Bysio, Żaba, Bedzio. Następnie podoficerowie – szefowie poszczególnych grup i grupek. Na dole armia prostych żołnierzy od czarnej roboty – umięśnionych osobników od rozwiązań siłowych, złodziei, włamywaczy.

Obowiązywał podział na „starych” i „młodych”. Stary „Pruszków”, czyli dawni towarzysze broni Barabasza. Młodzi to ci, którzy dołączyli w latach 90. Jarosław S., ps. Masa, w swoich zeznaniach wymienił kilkaset nazwisk i pseudonimów osób powiązanych z gangiem pruszkowskim. „Pruszków” to jedynie hasło, tak naprawdę mafia opanowała Mazowsze, Wybrzeże i Pomorze, Śląsk, Małopolskę, Lubelszczyznę. Z „Pruszkowem” współpracowały grupy gangsterów rozsiane po całym kraju.

Głównym źródłem dochodów były haracze. Każdy każdego opodatkowywał. Ściągano pieniądze od właścicieli knajp, sklepów, autokomisów, agencji towarzyskich, ba, nawet od prywatnych gabinetów dentystycznych. – Rąbaliśmy każdego, na kogo był hak – tłumaczy jeden z byłych żołnierzy pruszkowskich.

Hakiem był najczęściej strach. Łysi z potężnymi karkami wpadali do pubu, na dobry początek tłukli szkło, kufle, talerze, czasem szyby. Po nich zjawiał się szef i spokojnie, kulturalnie tłumaczył, że trzeba zapłacić, jeżeli w lokalu ma panować spokój. I płacono za spokój – miesięcznie od pięciuset do kilku tysięcy dolarów, w zależności od obrotów.

Wspomina były współwłaściciel klubu nocnego w centrum Warszawy: – Nasz lokal był elegancki, z nastawieniem na elitarnego klienta. W pobliżu liczne banki, siedziby dużych firm. Biznesmenom spodobało się w naszym klubie. Ale szybko pojawiło się tak zwane miasto. Przychodził Pershing, bywał Krakowiak (ale nie szef gangu ze Śląska, lecz gangster z Warszawy o takim samym pseudonimie). Towarzyszyli im żołnierze. To już był horror. Do ochrony zatrudniliśmy firmę znanego przed laty boksera. On znał tych facetów i zamiast zrobić porządek, płaszczył się przed nimi. Typowa scena: wpada Pershing z ludźmi, nasz szef ochrony staje przed nim na baczność, tamten klepie go po buzi jak dzieciaka i mówi: No, Grzesiu, no, uważaj. I Grześ zamieniał się w powietrze, był, a jakby go nie było. Zachowywali się jak w stajni, wulgarni, krzykliwi. Wszczynali awantury, dużo pili, ale rachunków nie płacili. Wkrótce naszych eleganckich gości wymiotło, już nie przychodzili. Staliśmy się zwykłą knajpą dla gangsterów. Tu się umawiali ze swoimi kompanami, tu załatwiali interesy. Od nas haraczu nie ściągali, wystarczyło, że codziennie kilkunastu chłopa musieliśmy karmić i poić za darmo. Zrezygnowałem z tego interesu. Moja wspólniczka jeszcze jakiś czas walczyła, ale w końcu też się poddała, zlikwidowała klub.

„Pruszków” wprowadził haracze od złodziei. Praktycznie w latach 90. nie było możliwe, aby ktoś w świecie przestępczym pracował wyłącznie na własny rachunek. Gang pruszkowski najpierw podporządkował sobie przemytników alkoholu, potem grupy złodziei samochodów, a na końcu rynek narkotykowy. Im większe pieniądze wchodziły w grę, tym więcej emocji. Podkładanie bomb, skrytobójcze strzały. Polała się krew.

Jeden z byłych podoficerów „Pruszkowa” zgodził się opowiedzieć nam o tym, jak funkcjonowała grupa. Dzisiaj jest świadkiem koronnym i dlatego zastrzegł anonimowość. Na użytek tej książki ochrzcijmy go pseudonimem Zegar, w rzeczywistości nosi inną ksywkę, związaną z jego faktycznym nazwiskiem.

Ciężka dola gangstera

Fragment rozmowy z Zegarem, świadkiem koronnym:

Dlaczego zdecydował się pan przyjąć status koronnego?

– Przeanalizowałem to z żoną bardzo dokładnie. Groziło mi od sześciu do ośmiu lat więzienia. Mam czworo dzieci. Uznaliśmy, że moja odsiadka spowodowałaby dla rodziny spadek w kompletną nędzę. Nie mogłem do tego dopuścić. No i druga rzecz, miałem świadomość, że wszystko wisi na włosku, moje życie też. Dawni koledzy chcieli się mnie pozbyć.

Jak pozbyć, dlaczego?

 

– To gra interesów, po prostu jeden mniej do podziału. Wyczułem, że decyzja zapadła. A potem naocznie się przekonałem, że tak jest. Chodziło za mną dwóch facetów. Kiedyś wyszedłem z domu, zbliżam się do samochodu, a oni nagle wybiegają zza rogu i do mnie. Sięgają za pazuchę. Już wiem po co, już się w duchu żegnam z życiem. Na szczęście pojawili się jacyś ludzie i ci goście zmienili kierunek, odeszli. Wiedziałem, że wrócą. To przeważyło, zgłosiłem prokuratorowi, że mogę zeznawać.

Od kiedy działał pan w gangu pruszkowskim?

– Od połowy lat 90. Miałem więc dużą wiedzę, głównie o tzw. młodym „Pruszkowie”. W grupie chodziłem cały czas przy Bysiu, on był moim kapitanem. Robiłem to co wszyscy, chociaż głównie specjalizowałem się w samochodach. Kradzież, dziupla, okup za zwrot albo rozbiórka na części.

Opłacało się?

– Robota ciężka, niewdzięczna. A zarobki wcale nie rewelacyjne. Podział był taki: od każdego interesu dwadzieścia procent zysku przekazywałem Bysiowi. Ten połowę z tego dawał Jarkowi Masie, a połowę zatrzymywał. Masa dzielił się swoją częścią ze starymi. I tak to się kręciło.

Zostawało panu 80 procent, to chyba nie tak mało.

– O tym, jakie to pieniądze, niech świadczy takie wyliczenie. Kiedy senator Gawronik zaproponował nam wejście do swojego biznesu [zwrot podatku tax free – przyp. aut.], przez półtora miesiąca oddawaliśmy po pięćdziesiąt procent zarobków na ten cel. W sumie zebraliśmy 50 tysięcy dolarów, a zrzucało się około 30 ludzi, chłopaki od Bysia, Bryndziaki i Mięśniaki.

– No to policzmy. Trzydziestu ludzi zarobiło przez półtora miesiąca 100 tysięcy dolarów. Na głowę wypadało około 3300 dolarów. Czyli miesięcznie szeregowy gangster wyciągał mniej więcej 2200 dolarów. Po oddaniu dwudziestu procent na zarząd zostawało mu jakieś 1800 dolarów, czyli ponad 7 tysięcy złotych. Przyzwoita pensja.

– Ale, jak to się mówi, koszty uzyskania też niemałe, a do tego ryzyko i stres. Starzy mieli lepiej. Nic nie musieli robić, a forsa sama spływała.

Pan pracował u Bysia. Kim byli owi Bryndziakowie i, jak pan ich nazwał, Mięśniaki?

– Bryndziaki to grupa Marcina B. To on miał ksywkę Bryndziak. Chodzili u niego Jacek R., ps. Sankul, Damian K., ps. Kotlet, Matyś, Lisek i wielu innych. Podlegali najpierw bezpośrednio Jarkowi Masie, potem przeszli do Parasola. Bryndziak to chyba najniebezpieczniejszy facet, jakiego znałem. Prawdziwy tyfus. Groził, że odstrzeli Masę, a ten bał się go jak zarazy. W roku 2000, kiedy ruszyły aresztowania, a Jarek został koronnym, Bryndziakowi udało się schować. Ukrywał się cztery lata i cały czas było zagrożenie, że coś mu strzeli do łba, pojawi się, żeby zabić. Ja też się bałem. Podejrzewam, że to on załatwił chłopaka o ksywce Matyś, swojego żołnierza. Matyś któregoś dnia znikł całkowicie, do dzisiaj nie ma po nim śladu.

A Mięśniaki?

– To grupa bandycka z Ochoty. Wszyscy napakowani, utuczeni sterydami. Ich szef miał właśnie ksywkę Mięśniak, liczyli się jeszcze Orzeł i Karaś.

No i pana grupa, ludzie od Dariusza B., Bysia.

– Bysio miał łeb na karku. To on załatwił kiedyś wczasy w Łańsku, w rządowym ośrodku. Wybuchła z tego afera w prasie, ale nie odkryto prawdziwych przełożeń Bysia na świat polityków. On sam to może kiedyś ujawni. To ja ich pogrążyłem. Na procesie grupy Bysia na ławie oskarżonych siedziało prawie trzydziestu ludzi. Ja już byłem po drugiej stronie.

Kiedy patrzy pan z dzisiejszej perspektywy, żałuje pan podjęcia decyzji o zostaniu świadkiem koronnym?

– Trochę tak. To straszne życie. Już trzy razy musieliśmy zmieniać miejsce zamieszkania. Dla mnie to drobiazg, ale żona i dzieciaki każdą przeprowadzkę silnie przeżywają. No i w ogóle biednie jest. Nie mam żadnego majątku, żyjemy wyłącznie z pieniędzy z programu świadka koronnego, a to naprawdę ledwo starcza na związanie końca z końcem. Bo ja wiem, czy dobrze wybrałem? Może lepiej było dać się zamknąć, odsiedzieć wyrok i zacząć wszystko od nowa.

Ostatnia droga Krzysia

O początkach i latach prosperity gangu pruszkowskiego próbowaliśmy – wiosną 2004 roku – porozmawiać z człowiekiem uchodzącym za legendę w tym środowisku, Ryszardem P., ps. Krzyś. Nie zdążyliśmy. W maju Krzyś zmarł na ciężką odmianę raka przełyku. Miał 51 lat. Wspominamy go, ponieważ dla wielu wciąż jest wzorem.

Ryszard P. pochodził z Pruszkowa. Przyjaźnił się z Januszem P., ps. Parasol. Był dwukrotnie żonaty, miał dorosłego syna. W grupie pruszkowskiej był odpowiedzialny za haracze i wymuszenia. Szkolił do bandyckiej roboty młode pokolenie. W sierpniu 2000 roku, podczas policyjnej obławy na mafię pruszkowską, był z rodziną na wakacjach. Ukrywał się przez dwa lata, aż do 4 października 2002 r., kiedy sam zgłosił się do warszawskiej prokuratury. Postawiono mu zarzut udziału w zorganizowanej grupie przestępczej o charakterze zbrojnym i kierowania 28-osobowym gangiem (młodym „Pruszkowem”). Zwolniono go z aresztu we wrześniu 2003 roku z powodu nieuleczalnej choroby. Zmarł w szpitalu kolejowym w Pruszkowie.

Podczas zdjęć do Alfabetu mafii byliśmy o krok od spotkania z Ryszardem P. Wiedzieliśmy, że jest ciężko chory, że krąży od szpitala do szpitala. Nawet w domu podłączony był do kroplówki, z dnia na dzień tracił siły. Rozmowę przed kamerą uzależniliśmy od poprawy stanu jego zdrowia. Ten moment już nie nastąpił. – Musimy przełożyć zaplanowane spotkanie – zaalarmowała nas wczesnym rankiem w ustalonym wcześniej na spotkanie dniu Małgorzata, żona Ryszarda. – Wiozę męża do szpitala. Ma krwotok! – płakała do słuchawki.

Kilka dni później, kiedy wrócił do domu, rozmawialiśmy z nim telefonicznie. To zapis tej rozmowy:

– Chcielibyśmy porozmawiać o pana kolegach z „Pruszkowa”, dowiedzieć się, jaka była pana rola w grupie, jakie były początki mafii pruszkowskiej.

– To miło z waszej strony, że chcecie mnie o to spytać, a nie powtarzać jakieś plotki. – Jego głos był cichy, przerywany kaszlem. – Chętnie porozmawiam, ale nie teraz. Jestem w kiepskiej kondycji. Zaraz wróci moja żona. To anioł. Załatwia mi konsultacje u profesora. Ona wam wszystko opowie.

– Ale chcielibyśmy to usłyszeć od pana. Nie mieszajmy w to pana żony.

– Nie dam rady. Naprawdę. Ale powiedzcie w tym filmie prawdę.

– Proszę nam pomóc tę prawdę ustalić.

– Przecież sam zgłosiłem się do prokuratury. Niczego nie ukrywałem. Wyszedłbym z tego… (długie milczenie).

– Nie żałuje pan tych miesięcy za kratami?

– Niczego nie żałuję. Cieszę się z każdego dnia, który spędzam teraz z rodziną. Szkoda tylko, że tyle mają ze mną kłopotów. Do nikogo i o nic nie mam pretensji.

– Do świadka koronnego Masy też? Przecież pana obciążył.

– Jarek był świadkiem na moim ślubie. Naprawdę bardzo go lubiłem. Nieraz biesiadowaliśmy razem, gadaliśmy po męsku, robiliśmy dobre interesy. Potem zrobił, co zrobił… Co tu mówić. Życzę mu zdrowia. I szczęścia. Niech żyje w spokoju, ale jak najdalej ode mnie.

Ryszard P. zmarł 22 maja 2004 roku. – Strasznie walczył o życie – wspominała w rozmowie z nami Małgorzata, wdowa po Krzysiu. – Tamtego dnia byłam przy nim od siódmej rano. Pocieszał mnie: „Damy radę. To tylko zapalenie płuc”. Chciał, żeby go zoperowano, wycięto chore płuco. Ale wszystko było w nim chore. O piętnastej nastąpiło pogorszenie, pluł krwią. Lekarz powiedział mi, że to koniec. Wieczorem mąż usnął, odłączono kroplówkę i respirator. Chwilę po 21 mocniej ścisnął mnie za rękę. Płakałam, a wszyscy wkoło mieli do mnie pretensję, że nie pozwalam mu odejść, bo nie zostawiam go w spokoju. Mówili, że on przeze mnie nie może umrzeć. Jak mogłam od niego odejść?!

Na pogrzebie Ryszarda P. były tłumy. Wśród żałobników zauważono samego Daniela Olbrychskiego. Dziennikarze indagowali go później, dlaczego tak manifestacyjnie uczestniczył w ostatniej drodze gangstera. Aktor wyjaśniał, że przyjaźnił się z tym człowiekiem, dlatego musiał go pożegnać. Kiedyś Olbrychskiemu ukradziono samochód. O pomoc zwrócił się właśnie do Ryszarda P. I następnego dnia auto stało pod domem artysty, umyte, z pełnym bakiem. Od tamtego wydarzenia trwała bliska znajomość szanowanego aktora z pruszkowskim bandytą.

Skarżył się grobowi

Na procesie tzw. zarządu „Pruszkowa” zabrakło jednej z najważniejszych postaci, Andrzeja Z., ps. Słowik. Wyfrunął do Hiszpanii. Wcześniej już siedział w klatce, w areszcie przy ul. Rakowieckiej w Warszawie, ale przytrafiła mu się bolesna przepuklina kręgosłupa lędźwiowego. Lekarze orzekli, że Słowika trzeba operować. Według Jarosława S., ps. Masa, cała ta choroba i późniejsza operacja były wielką mistyfikacją, a lekarz, który podjął się tego zadania, dostał w prezencie mieszkanie.

Słowika złapano w październiku 2001 roku na Półwyspie Iberyjskim. Po długiej procedurze ekstradycyjnej odesłano go do Polski, ale na tyle późno, że nie zdążył zająć należnego mu miejsca na ławie oskarżonych obok Parasola, braci D., Ryszarda Sz., Zygmunta R. i kilku innych postaci z czołówki pruszkowskiej.

Na szerokie wody wypłynął z rodzinnego Stargardu Szczecińskiego. Znany był wtedy, w latach 80., jako Banasiak, był złodziejem. Po ślubie przyjął nazwisko żony. Podczas odbywania jednego z wyroków zdobył w więzieniu fach – został fryzjerem. W 1993 r., kiedy ukrywał się po tzw. niepowrocie z przepustki do zakładu karnego, załatwił sobie ułaskawienie prezydenckie. Do dzisiaj okoliczności tego zdarzenia nie zostały wyjaśnione. Wiadomo, że kosztowało to Słowika 150 tys. dolarów, nie ma natomiast pewności, kto z pracowników kancelarii Lecha Wałęsy te pieniądze wziął.

Andrzej Z., wspólnie z Markiem M., ps. Oczko, przemycał spirytus i papierosy. Deklarował przynależność do „Pruszkowa”, co nie przeszkadzało mu w robieniu interesów na boku z Henrykiem N., pseudonim Dziad, szefem „Wołomina”. 22 września 1992 roku, w okolicach podwarszawskiego Nieporętu, policja namierzyła tira z zawartością kilkunastu tysięcy litrów pochodzącego z przemytu spirytusu oraz towarzyszący mu konwój. Ciężarówka zmierzała do dziupli, w której towar miał być rozładowany. Zatrzymano i aresztowano wówczas dziesięć osób, m.in. Dziada, Oczkę i Słowika, posługującego się dowodem na nazwisko Marek Stępniewski. Obok zarekwirowanego przez policję tira leżała odrzucona przez przemytników broń. Słowik trafił do aresztu, ale mimo poważnych zarzutów (przemyt, nielegalne posiadanie broni i fałszywych dokumentów) szybko wyszedł na wolność. 16 października 1992 prokurator podpisał decyzję o uchyleniu wobec niego aresztu tymczasowego. Słowik chełpił się, że grupa pruszkowska wyłożyła na ten cel ok. 300 mln (starych) zł.

Kilka miesięcy po prezydenckim ułaskawieniu, w kwietniu 1994 r., Słowik został zatrzymany pod domem Wiesława N., brata Dziada, w towarzystwie kilku pruszkowskich żołnierzy – na widok bandy osiłków ktoś powiadomił policję, że może być gorąco. Andrzej Z. znów miał sporo szczęścia. Zdążył odrzucić broń (policja znalazła w krzakach pistolety oraz pokaźną kolekcję granatów) i zaprzeczał, jakoby planował najazd na dom Wariata. Twierdził, że „wyszedł z kolegami na wieczorny spacer”.

Pod koniec lat 90. Andrzej Z. został współwłaścicielem wspomnianej wcześniej przez Zygmunta R. firmy Old Star. Prowadząc zalegalizowaną działalność gospodarczą, w maju 1998 roku Słowik wpada razem z Leszkiem D., ps. Wańka, na próbie wymuszenia 500 tys. dolarów, fikcyjnego długu, od współwłaściciela warszawskiego klubu Dekadent. Za podjęcie interwencji obaj żądali 100 tys. dolarów. Ciążył na nich także zarzut grożenia wspólnikowi innej firmy (Wodamex) „zamienieniem życia w koszmar”. Proces miał się rozpocząć na początku 1999, ale prokuratorowi nie udało się odczytać aktu oskarżenia. Właśnie wtedy Słowik zaczął cierpieć na dyskopatię. W rezultacie odnaleziono go aż w Hiszpanii.

Kiedy ukrywał się za granicą, w Polsce ukazała się drukiem jego autobiograficzna książka Skarżyłem się grobowi. Wynikało z niej, że Słowik jest człowiekiem szalenie religijnym, czemu daje wyraz, pielgrzymując do Ziemi Świętej. W podróżach do źródeł wiary, jak ujawnia, towarzyszyli mu znany m.in. z serialu Złotopolscy i Człowieka z żelaza ksiądz Kazimierz Orzechowski oraz aktor Krzysztof K. (dziś już nieżyjący), odtwarzający także role gangsterów. W rozmowie z nami aktor ten przyznał przed laty, że faktycznie brał udział w takiej eskapadzie, ale nie miał wtedy pojęcia, kim tak naprawdę jest Andrzej Z. – Dowiedziałem się potem, że ten miły, spokojny człowiek, to mafioso Słowik – powiedział. – Przyznam, że później w granych przez siebie rolach trochę inspirowałem się podpatrzonymi u niego zachowaniami.

 

Do Ziemi Świętej jeździła z Andrzejem Z. także jego małżonka Monika. Tam właśnie nagrano na kamerze wideo symboliczny ślub, jakiego udzielił im ksiądz Mieczysław O. Na temat wielkiej niegdyś miłości tych dwojga do dziś krążą barwne opowieści. Podobno byli dla siebie stworzeni, świata poza sobą nie widzieli.