Nowy alfabet mafii

Tekst
Z serii: Varia
0
Recenzje
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

Kłótnia o mafię

Politycy jeszcze długo upierali się, że to nieprawda, w Polsce mafii nie ma, to zaledwie raczkująca forma przestępczości zorganizowanej. Prawdziwa mafia to Włochy, Sycylia, no, może jeszcze jej amerykańska odmiana. Spory o nazewnictwo spowodowały, że trochę zbagatelizowano rolę i znaczenie grup przestępczych. Dopiero kiedy ministrem spraw wewnętrznych został w rządzie Jerzego Buzka Marek Biernacki, uznano, że zagrożenie jest realne – w Polsce istnieje lokalna odmiana mafii.

Prawdziwa mafia to sycylijska organizacja, która walczyła w XIX wieku przeciwko najeźdźcom i tworzyła nieformalną strukturę zastępującą instytucje państwowe. Była jednocześnie wojskiem, policją, prokuraturą i sądem. Tworzyli ją mafiosi i banditi. Ci pierwsi to kadra kierownicza, ci drudzy wykonywali polecenia, byli żołnierzami. W XX wieku mafia narodowowyzwoleńcza przekształciła się w związek kryminalny. Wciąż używała starych metod, wydawała wyroki śmierci, ale teraz już przeciwko własnemu państwu, bo czuła się od niego niezależna. Jak pisze dr Zbigniew Rau (Przestępczość zorganizowana w Polsce i jej zwalczanie, Zakamycze, Kraków 2002), „nowa mafia” była strukturą niebezpieczną społecznie, bo próbowała wdzierać się do świata polityki i gospodarki. Docierała do osób pełniących najpoważniejsze funkcje w państwie.

Ryszard Rychlik (Zarys koncepcji walki z organizacjami mafijnymi, „Prokuratura i Prawo”, nr 6/1998) tak opisuje strukturę sycylijskiej organizacji mafijnej, którą później przeniesiono do USA (lata 30. XX wieku): podstawowa komórka to tzw. rodzina (niekoniecznie spokrewniona), trzy rodziny tworzą okręg podlegający prowincji. Rodziną, okręgiem i prowincją kierują przedstawiciele (rappresentante). Mają zastępców (sottocapo) i doradców (consigliere). Prowincja podlega regionowi, w którym decyzje zapadają w gronie tzw. ludzi honoru. To najwyższa półka, szczyt hierarchii. Człowiek honoru musi wywodzić się z „rodziny”, a charakteryzuje go „męstwo”. Mafijne znaczenie tej cechy nie ma wiele wspólnego z np. męstwem rycerskim. Męski jest ten, kto potrafi z zimną krwią dokonać najokrutniejszej zbrodni. Kandydaci na „ludzi honoru” praktykują u boku tzw. prowadzących. Są przez nich wyznaczani do popełniania przestępstw i bacznie obserwowani. Jeżeli spełnią kryteria, zostaną poddani rytuałowi inicjacji i zaprzysiężeni. Dopiero po złożeniu przysięgi wchodzą w skład władz cosa nostry.

Amerykańska odmiana mafii początkowo wiernie opierała się na wzorach sycylijskiej cosa nostry. Składała się z rodzin, na których czele stali ojcowie chrzestni. Rada ojców chrzestnych była czymś w rodzaju walnego zgromadzenia ludzi honoru. W czasach Ala Capone mafia w USA zdobyła siłę i bogactwo dzięki prohibicji. Przemycała alkohol, prowadziła sieć nielegalnych punktów dystrybucji mocnych trunków. Wprowadziła system ściągania od właścicieli lokali gastronomicznych i sklepów opłat (haraczy) za tzw. opiekę. Wszystko działo się pod okiem i ochroną skorumpowanych gliniarzy. Państwo nie potrafiło sobie poradzić z tym zjawiskiem. Capone został w końcu skazany na 10 lat więzienia, ale nie za swoje zbrodnie i nawet nie za kierowanie alternatywnym rynkiem alkoholowym, a za przestępstwa podatkowe. Po zniesieniu nieżyciowych przepisów o prohibicji mafia opanowała rynek narkotykowy. Do dzisiaj funkcjonuje w Stanach Zjednoczonych, ale już pod nazwą organized crime – czyli przestępczości zorganizowanej.

Według kryminologów polska przestępczość zorganizowana działa na wzór amerykański. Polska odmiana mafii bez wątpienia zapatrzyła się na Amerykę i zamarzyło się jej, aby działać tak skutecznie jak mafiosi spod znaku rodziny Gambino i jak wielcy gangsterzy Capone czy Luciano.

Polska wersja ludzi honoru

Polska mafia ujawniła się na przełomie lat 80. i 90., ale istniała już wcześniej, w PRL. Działała w ukryciu, niewidoczna, bardziej tajemnicza. W tamtych czasach głośno było o słynnych bandytach (np. Zdanowicz, Maliszewski), seryjnych zabójcach (Kot), włamywaczach (Najmrodzki). To indywidualiści, samotne wilki. Milicja ich tropiła, dopadała i wtedy gazety donosiły o kolejnym sukcesie organów ścigania. Wspominano co prawda o przestępczości zorganizowanej, ale wyłącznie jako działalności malwersantów gospodarczych. W latach 60. I sekretarz KC PZPR Władysław Gomułka osobiście wydał wojnę tzw. aferzystom. I natychmiast opinia publiczna dowiedziała się o aferze skórzanej, gumowej i mięsnej. W tej ostatniej sędzia Roman Kryże skazał na śmierć Stanisława Wawrzeckiego, jednego z dyrektorów MHM (Miejski Handel Mięsem), i pod naciskiem najwyższych władz politycznych wyrok wykonano.

Tymczasem już wtedy, w głębokim cieniu, rozwijała się prawdziwa przestępczość zorganizowana – czarny rynek walutowy. Cinkciarze stali przed Peweksami (sklepy, w których sprzedawano towar za dolary) i hotelami. Skupowali – głównie od obcokrajowców – waluty, płacili ceny realne, a nie oficjalne, które były wielokrotnie niższe. Przykładowo w latach 70. państwowe banki płaciły za dolara zaledwie 30 zł, a cinkciarze – 140 zł. Sprzedawali je po 160 zł. Różnica między ceną skupu a sprzedaży dawała potężny zarobek. Dlaczego omnipotentne państwo przymykało oczy na konkurencję, która bezczelnie pozbawiała budżet wpływów?

Koników walutowych chroniła organizacja sterująca tym rynkiem. Cinkciarzy czasem zamykano, ale szybko wychodzili na wolność. Gazety pisały, że znów w sieci wpadły płotki, a prawdziwe rekiny dewizowej branży pozostają bezkarne. Dzisiaj nazwalibyśmy ludzi rekinów prywatnymi bankierami. Obracali wielkimi pieniędzmi, byli w stanie sfinansować każdą transakcję. Owe rekiny nigdy nie wyszły z ukrycia z prostego powodu. Chroniła ich potęga Służby Bezpieczeństwa Ministerstwa Spraw Wewnętrznych. W zamian SB otrzymywała cenne informacje i, co może było jeszcze cenniejsze, nieformalnie opodatkowywała czarny rynek dewiz. Już dzisiaj wiadomo, że Służba Bezpieczeństwa korzystała z tzw. lewej kasy. Organizowano za nią operacje specjalne, ale też wysocy oficerowie resortu spraw wewnętrznych zaspokajali z tych pieniędzy całkowicie prywatne potrzeby. Państwo nie miało nad SB praktycznie żadnej kontroli. To raczej ta służba kontrolowała państwo.

Gang z żelaza

W 1971 r. wybuchła pierwsza afera związana z SB. Nadano jej kryptonim „Zalew”. Funkcjonariusze MSW uczestniczyli w podziale zysków cinkciarzy i przemytników walut. W zamian kryli przestępców.

W 1984 r. ujawniono (ale wyłącznie wśród działaczy PZPR, opinii publicznej nie poinformowano) aferę „Żelazo” – specsłużby z Ministerstwa Spraw Wewnętrznych na przełomie lat 60. i 70. patronowały bandytom dokonującym w Europie Zachodniej napadów rabunkowych (m.in. na sklepy jubilerskie). Do MSW zgłosił się wówczas mieszkaniec Bielska-Białej Mieczysław J. ze skargą na postanowienie prokuratora o tymczasowym aresztowaniu jego brata Kazimierza (zarzucano mu spekulację alkoholem). Mieczysław zagroził, że jeśli brata nie uwolnią, ujawni tajemnice współpracy swojej rodziny (Kazimierza, Jana, Józefa i Jerzego oraz siostry Ireny i jej męża) z departamentem wywiadu MSW. Rodzina J. pod egidą Służby Bezpieczeństwa stworzyła grupę operacyjną już w 1960 r. Braci J. wysłano wtedy za granicę. Początkowo podlegali kontrwywiadowi, w 1967 r. przeszli do wywiadu. Mieczysław J. użył wobec MSW szantażu, gdyż, jak twierdził, obawiał się, że jego bratu Kazimierzowi w areszcie grozi śmiertelne niebezpieczeństwo. Poprzednio w tajemniczych okolicznościach straciło życie dwóch innych braci J.: Jerzy, zamordowany przez nieznanego sprawcę w Austrii, oraz Józef, zmarły na skutek obrażeń poniesionych w katastrofie samochodowej w Polsce. Mieczysław J. twierdził, że jego bracia stali się ofiarami zemsty MSW.

Czesław Kiszczak, minister spraw wewnętrznych w latach 80., powołał specjalną komisję do wyjaśnienia kulis operacji „Żelazo”. Na jej czele stanął generał milicji Władysław Pożoga. Uznano, że „Żelazem” kierował były szef resortu spraw wewnętrznych Mirosław Milewski, wówczas członek Biura Politycznego KC PZPR. Oto fragment raportu Pożogi, który ujawnia metody stosowane w czasach PRL przez resort spraw wewnętrznych:

„J. za wiedzą Departamentu I utworzyli za granicą grupę bandycką, powiązaną z międzynarodowymi gangami działającymi na terenie RFN, Francji i niektórych innych państw zachodnich. J., a zwłaszcza Kazimierz i Jan, m.in. poprzez rabunki zdobyli duży majątek, z myślą o zainwestowaniu w jednorazową akcję mającą przynieść zwielokrotnione zyski. Faktycznym organizatorem grupy przestępczej był Kazimierz J. Zdecydowano, że Kazimierz w drodze różnych przestępczych zabiegów zgromadzi maksymalną ilość złota i z tym – przy pomocy MSW – powróci do Polski. Departament I za pomoc w przerzucie złota do Polski i jego zalegalizowaniu miał otrzymać 50 proc. „łupu”, natomiast drugą połowę – Kazimierz i prawdopodobnie Mieczysław. Plan dojrzał do realizacji w połowie 1970 r. i uzyskał akceptację kierownictwa Departamentu I”.

Oszacowano, że J. zgromadzili majątek wartości ok. 2 mln marek niemieckich. Według sporządzonej przez oficerów MSW specyfikacji do Polski dotarło m.in. 10 kg złota w sztabkach, 10 kg złotych monet, biżuteria, złote zegarki, srebrne sztućce – w sumie przedmioty, które trafiły do departamentu finansowego MSW, ważyły ok. 30 kg. Tymczasem Kazimierz J. twierdził, że do Polski ściągnął 200 kilogramów złota i biżuterii, z czego zachował jedynie ok. 25 kg. Co się stało z brakującymi 145 kg złota – nie wiadomo. To znaczy, wiadomo, że znikły w centrali MSW, ale nigdy nie wskazano, w czyjej kieszeni.

Afera „Żelazo” wróciła na początku lat 90., już po zmianie ustroju w Polsce. MSW, kierowane przez Krzysztofa Kozłowskiego, nadzorowało śledztwo w sprawie dokonanej przez wysokich oficerów resortu kradzieży brakujących kilogramów złota i biżuterii. Do aresztu trafił nawet na kilka tygodni gen. Mirosław Milewski. Sprawę w końcu umorzono z powodu przedawnienia. Warto dodać, że aż do lat 90. gen. Milewski z rodziną mieszkał w willi skonfiskowanej niegdyś słynnemu przemytnikowi Mętlewiczowi, który specjalizował się w kontrabandzie złotych dwudziestodolarówek, zegarków i biżuterii. Mętlewicza skazano na wieloletnie więzienie, a jego willa przypadła resortowi spraw wewnętrznych, czyli towarzyszowi Milewskiemu we własnej osobie.

 

Racja stanu PZPR

W październiku 1990 r. we włoskim „Il Messaggero” ukazał się wywiad z gen. Kiszczakiem. Oto fragmenty tego wywiadu:

Komu zostały przekazane wnioski z waszego śledztwa [czyli raportu komisji Pożogi – przyp. aut.]?

– Biuru Politycznemu KC PZPR. Przedyskutowaliśmy ten przypadek i podjęliśmy wspólnie decyzję nieprzekazywania akt prokuraturze.

Generał Jaruzelski był wówczas członkiem BP?

– Tak, oczywiście. Był wówczas I sekretarzem PZPR.

Jak można wyjaśnić fakt, że pan jako minister spraw wewnętrznych od 1981 roku, przez trzy lata, aż do 1984 r. nie wiedział nic o sprawie Milewskiego?

– Wśród kierownictwa służb specjalnych byli jeszcze oficerowie zamieszani w tę sprawę.

Jakie były początki sprawy i jej główni uczestnicy?

– Na początku chodziło o szpiegostwo. Później ta część służb specjalnych przekształciła się w organizację kryminalną z zamiarem uzyskania wielkich dochodów, działając za granicą, również w państwach zachodnich.

Generał Milewski i jego wspólnicy zostali ukarani tylko przez partię. Szef UOP Milczanowski nie wyklucza ścigania tych wszystkich, którzy ich wtedy kryli.

– Nikt z kierownictwa MSW, kto prowadził dochodzenie, i nikt z tych, którzy podjęli decyzję o nieprzekazywaniu sprawy do prokuratury, nie kierował się interesem osobistym. Wyłącznym motywem była racja stanu.

Były minister ujawnił, że sprawę rozstrzygnięto na poziomie odpowiedzialności partyjnej. Według dzisiejszych standardów uznano by, że ukręcając sprawie łeb, popełniono przestępstwo. Wtedy jednak dla ludzi władzy prawo nie stanowiło wartości nadrzędnej.

„Żelazo” rozgrywało się prawie równolegle z aferą „Zalew”. Tam sprawcę wykryto i ukarano już w 1971 r., ale nikt nie miał wątpliwości, że wiceminister spraw wewnętrznych w latach 1969–1971 gen. Ryszard Matejewski, skazany jako winowajca, jest jedynie kozłem ofiarnym. Złożono go na ołtarzu walk frakcyjnych w MSW po to, aby ukryć prawdziwych bohaterów afery. I co ważne dla naszej opowieści, ujawnienie operacji „Zalew” i „Żelazo” nie przeszkodziło Służbie Bezpieczeństwa nadal współpracować z bandytami. Korzenie grup mafijnych z lat 90. sięgają właśnie tamtych czasów.

„Zalew” topi ministra

Ryszarda Matejewskiego za udział w „Zalewie” skazano na 12 lat więzienia. Wyszedł po sześciu latach. Do resortu już nie powrócił. Znalazł zatrudnienie w spółdzielni kaletniczej, wyrabiał paski do zegarków. W 1990 r. zgodził się opowiedzieć o kulisach swojej historii współautorowi tej książki.

Fragment opowieści Ryszarda Matejewskiego:

„Padłem ofiarą prowokacji ze strony Franciszka Szlachcica [w latach 1962–1971 wiceminister spraw wewnętrznych, od lutego do grudnia 1971 r. minister, następnie krótko był wicepremierem, po czym odstawiono go na polityczną emeryturę, jako prezesa Polskiego Komitetu Normalizacji Miar i Jakości – przyp. aut.]. Ja byłem w resorcie odpowiedzialny za Departament II – kontrwywiad, on nadzorował Departament I – wywiad. Między tymi służbami zawsze toczyła się rywalizacja. Zarówno Szlachcic, jak i ja byliśmy zaufanymi ludźmi Mieczysława Moczara [szef resortu spraw wewnętrznych w latach 1964–1968, przywódca grupy tzw. partyzantów, czyli działaczy PZPR rywalizujących z tzw. szarymi szynelami, którzy okupację hitlerowską przeczekali w ZSRR, współautor rozpętanej w marcu 1968 r. kampanii antysemickiej – przyp. aut.]. Potem, jak przyszły kłopoty, Moczar wypiął się na mnie. A z kolei Szlachcic zdradził Moczara.

Zastępcą dyrektora Departamentu I był wówczas Mirosław Milewski, który potem awansował na ministra i popadł w niełaskę z powodu odpowiedzialności za aferę »Żelazo«. Afera »Żelazo« miała miejsce równolegle z aferą »Zalew«. Ale takich afer był wówczas więcej, taka była wtedy normalna praktyka, resort specjalizował się w nieformalnych akcjach. Gromadzono w ten sposób środki specjalne na przeprowadzanie tajnych operacji. Wiem, że niektórzy koledzy korzystali z tej kasy, bogacili się. Ja nie, ja tylko raz dostałem w nagrodę złoty zegarek, o którym wiedziałem, że pochodzi z przemytu. No i mieliśmy w resorcie okazję nabywania po opłacalnym kursie walut dewizowych na udokumentowane potrzeby. Skorzystałem z tego dwukrotnie, kiedy wyjeżdżałem na urlopy do Austrii.

Nazwę »Zalew« nadano tej operacji dlatego, że część pochodzących z przestępstwa dewiz i złota oficerowie Departamentu II ukryli na swoich działkach nad Zalewem Zegrzyńskim. Zakopali je w słoikach pod ziemią, ale i tak łupy odkryto. To byli dwaj funkcjonariusze kontrwywiadu. Wymuszono na nich zeznania, w których podali, że to ja kierowałem całą akcją. To była oczywiście nieprawda. Nic nie wiedziałem, nie wydawałem poleceń. Do niczego się nie przyznałem. Stał za tym niewątpliwie Szlachcic, podobnie jak za »Żelazem«.

Mechanizm procederu był prosty. Ludzie z resortu obejmowali patronatem grupy handlarzy walutami. W zamian za opiekę zyski szły pół na pół. Potem włączono w to przemyt z Zachodu: złoto, biżuteria i waluty. Ale ja byłem czysty. Podczas rewizji nie znaleziono u mnie nawet centa. To Szlachcic mnie rzucił na żer. Z jednego tylko się cieszę, że niebawem jego też dopadnięto. I Milewskiego”.

Co łączyło Leppera z Dziadem

Wspomniany wyżej Mieczysław J., uczestnik operacji „Żelazo”, stał się sławny na całą Polskę, kiedy już jako biznesmen z Bielska-Białej w latach 90. kupił żwirowisko w Oświęcimiu i pomógł zorganizować tam antysemickie ekscesy. Później związał się z Samoobroną (nieżyjącego już) Andrzeja Leppera, kandydował nawet do Sejmu, ale bez powodzenia.

Przykład J. i Leppera pokazuje, jak dziwne nitki łączyły ludzi pozornie od siebie odległych. Jedną z książek o Lepperze, pełną kłamstw pochwalną biografię byłego wodza Samoobrony, napisał pod pseudonimem pewien dziennikarz z Zielonej Góry. Ten sam autor napisał dla Henryka N., znanego jako Dziad, czołowej postaci mafii wołomińskiej, autobiograficzną książkę Świat według Dziada. W tym dziele pełnym cierpkich słów pod adresem sędziów, prokuratorów, dziennikarzy, policjantów i polityków jedyną postacią godną szacunku jest Andrzej Lepper we własnej osobie. Brat Dziada, Wiesław N., ps. Wariat, w latach 80. w podejrzanych okolicznościach decyzją sądu został zwolniony z kryminału i wyjechał do Republiki Federalnej Niemiec, chociaż miał zakaz opuszczania kraju. W Niemczech prawdopodobnie uczestniczył w operacji „Żelazo”. Sugerował to sam Dziad, który skonfliktował się wtedy z bratem. Poszło o złote dwudziestodolarówki, jakie Wariat zarobił w RFN i dał Dziadowi na przechowanie. Popełnił błąd, bo Dziad cenne monety spożytkował po swojemu.

Być może Wariat w latach 70. i 80. był chroniony przez SB. Ale nie tylko on. Dzisiaj już wiemy, że wielu zwykłych złodziei z czasów Polski Ludowej, członków bandyckich grup dokonujących włamań i napadów, dzięki opiece ludzi z peerelowskich służb specjalnych w III RP przemieniło się w opromienionych sławą mafiosów, liderów „Pruszkowa”, „Wołomina” i wielu innych przestępczych grup zorganizowanych.

Pod opieką SB

Jak to się stało, że lokalnej grupie przestępczej z Pruszkowa pozwolono stworzyć tak rozgałęzioną strukturę, z zarządem, księgowymi i żołnierzami od czarnej roboty? – Może trochę ich zlekceważyliśmy – przyznawali policjanci. – A może trafili na podatny grunt?

Grunt dla gangów był podatny, bo trafiły na czas chaosu. Milicja zmieniona w policję dopiero uczyła się nowych obowiązków. Wszelkimi siłami odcinano się od PRL, przy okazji spuszczając ze smyczy tzw. osobowe źródła informacji, czyli agentów milicji i SB w świecie przestępczym. Wielu znanych w latach 90. gangsterów we wcześniejszej dekadzie zajmowało się cinkciarstwem (uliczny handel walutami). Wśród waluciarzy SB miała mocną agenturę. Większość esbeków zweryfikowano negatywnie i role się odwróciły – wtedy to oni stali się agenturą świata przestępczego. Gangsterzy wykorzystywali ich kontakty i znajomości z milicjantami przemianowanymi na policjantów, z prokuratorami, a nawet z sędziami.

Wszyscy przestępcy znani dzisiaj jako ojcowie chrzestni mafijnych grup w latach 80. dziwnie łatwo wyjeżdżali do RFN na wielomiesięczne pobyty. Bez problemów dostawali paszporty w czasach, kiedy nie było to wcale takie proste. Mekką dla polskich złodziei były wtedy Hamburg i inne miasta nadmorskie. Bywali tam Nikoś, Pershing, Wariat, Oczko, Słowik, Kiełbasa i Masa.

– Istniał dyskretny nadzór ze strony SB nad pruszkowską bandą Barabasza – twierdzi jeden z byłych policjantów z Komendy Rejonowej w Pruszkowie. – To była swego rodzaju opieka. Za czyny, jakie ludzie Barabasza popełniali w latach 80., można było trafić do ciupy na bardzo długo. A oni nie trafiali.

Nie jestem całkowicie legalny

Zygmunt R., ps. Bolo, skazany na siedem lat za założenie i kierowanie gangiem pruszkowskim, konsekwentnie twierdził przez lata, że on i koledzy z ławy oskarżonych padli ofiarą spisku. Nigdy nie był gangsterem, zajmował się biznesem.

Oto fragment rozmowy z Zygmuntem R., przeprowadzonej w sali widzeń oddziału dla niebezpiecznych Aresztu Śledczego w Radomiu:

Nigdy nie popełniał pan przestępstw?

– Nie twierdzę, że jestem całkowicie legalny. Ale jeżeli kiedyś nawet popełniałem przestępstwa, to nie znaczy, jak chciał prokurator, że popełniałem je ciągle. Zawsze kombinowałem, jak tu nic nie robić i dużo zarobić.

Jakie przestępstwa?

– My byliśmy wychowani, żeby kraść, i to najlepiej państwowe, a nie zabijać, chyba że w obronie własnej. Ja nigdy w życiu bym nawet z kijem na kogoś nie poszedł. U nas pewna moralność jest, pewnych rzeczy się nie robi. Zarabialiśmy na spirytusie. Masa, Kiełbasa i Jacek D. napadali na tiry. My się tym nie zajmowaliśmy, kupowaliśmy spirytus z przemytu, to dawało dobry zarobek. Byliśmy biznesmenami.

Kto był biznesmenem?

– Ja, Rysiek Sz. [ps. Kajtek – przyp. aut.], Słowik, Malizna, Parasol. Handlowaliśmy walutą. W kwietniu 1989 r., jak wprowadzono wolny handel dewizami, stanęliśmy pod kantorem na Wiatracznej. Różni z nami stali, także Ceber, ten od Dziada. Dziad też z nami handlował, aż do czasu, gdy pożyczył Zdziśkowi W. pieniądze, a ten je przegrał w kasynie. Wtedy Dziad potrącił sobie z naszej kasy i o to był konflikt. Ale wcześniej na Wiatracznej panowała zgoda i porządek. Dawaliśmy klientom lepsze ceny niż kantor, to woleli handlować z nami. Zarabialiśmy dziennie po tysiąc dolarów na głowę. Zabroniliśmy robić przewałki na tzw. wajchę [przy większych transakcjach oszuści zamiast paczek z pieniędzmi wręczali klientom pocięty papier – przyp. aut.]. Ale i tak milicja za nami jeździła, szukała dziury w całym. Potem, już za Suchockiej, kiedy była premierem, wydano specjalną instrukcję na nasz temat. Nazwano nas grupą Pięciu, a sprawie nadano kryptonim Elita. Inwigilowali nas, ale i tak niczego nie znaleźli.

Ale handel pod kantorami szybko się skończył.

– Wtedy założyliśmy spółkę akcyjną Oldstar – ja, Słowik, ten Zdzisiek, który orżnął Dziada, i pewien finansista, Jerzy K., on do tej pory w tej firmie działa. To było konsorcjum finansowo-handlowe, ale interesowała nas też produkcja. Kupowaliśmy tłuszcze z zakładów mięsnych w Sokołowie, a produkowaliśmy obrotnice na Targi Poznańskie. Potem to siadło, bo prasa nas atakowała i partnerzy nie chcieli z nami handlować. Mieliśmy kontrole jedna za drugą, ale nigdy nic nie znalazły. Siedziba firmy była na ul. Francuskiej, w lokalu dzierżawionym nam przez Wojtka P. [przedsiębiorca budowlany uważany za skarbnika Pruszkowa, na początku lat 90. typowany na wiceministra budownictwa – przyp. aut.]. Ten Wojtek miał przez nas kłopoty, bo bez jego wiedzy wpisałem go do rady nadzorczej spółki i potem mówiono, że współpracuje z gangsterami.

Jakimi gangsterami, przecież twierdzi pan, że to tylko biznes?

– Bo tak było, aż do czasu jak zaczął na nas polować brat Heńka zwanego Dziadem, czyli Wariat. Ubzdrał sobie, że będzie nas po kolei porywał dla okupu. Ryśka Sz. nawet zawinął, zwolnił go za 120 tysięcy dolarów. Kiedyś pod go-go przy hotelu Polonia zaczął do nas walić z kałacha. Chciał zabić Pershinga. No to zaczęliśmy się bronić.