Nowy alfabet mafiiTekst

Z serii: Varia
0
Recenzje
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa


Spis treści

Wstęp

I. Skąd się wzięła mafia?

II. O miłości, przyjaźni i nienawiści

III. Kto wziął zlecenie na wielkiego psa?

IV. Konie, ruletka i odzyskiwanie długów

V. Kto zabił Pershinga (i generała policji)?

VI. Teraz mówi Masa

VII. Teraz mówi Parasol

VIII. Dziadowskie sprawy

IX. Cmentarz wokół Dziada

X. „Wołomin” to fałszywa marka

XI. Srebrny Książę, czyli nieznana historia Śledzia

XII. O jeden most za daleko

XIII. Gang Oczki, czyli ferajna z ulicy Żabiej

XIV. Krakowiak po śląsku

XV. Kulawy ojciec chrzestny

XVI. Nikoś, Rympałek i (prawie) cała reszta

XVII. Marzenia o mafii

XVIII. „Nigdy nikogo nie sprzedałem”

Epilog. Ludzie mafii

Dokument chroniony elektronicznym znakiem wodnym

This ebook was bought on LitRes

Wstęp

Książka Alfabet mafii powstawała w latach 2003–2004 równolegle z noszącym ten sam tytuł serialem telewizyjnym dla stacji TVN. Uczestniczyliśmy w realizacji tamtego pionierskiego dokumentu o przestępczości zorganizowanej w Polsce, przeprowadzając przed kamerą wywiady z gangsterami, ich rodzinami, ofiarami, prokuratorami i policjantami. Poznaliśmy wiele głęboko skrywanych tajemnic ludzi uważanych za kwiat polskiego przestępczego podziemia, ich życie prywatne, poglądy na świat, miłość i nienawiść. Naszą wiedzą podzieliliśmy się z czytelnikami.

Od tamtej pory wiele się zmieniło. Pozapadały wyroki skazujące lub uniewinniające. Niektóre z nich zakwestionowały to, czy tzw. mafia pruszkowska w ogóle istniała. Przebieg najgłośniejszego w Polsce śledztwa w sprawie zabójstwa byłego szefa policji zasiał (nie tylko w nas) poważne wątpliwości co do tego, czy kiedykolwiek poznamy prawdę. Kilku świadków koronnych – broń masowego rażenia organów ścigania w walce z przestępczością zorganizowaną – skompromitowało tę instytucję, bo będąc już pod ochroną państwa, popełniało przestępstwa – także najcięższe zbrodnie.

Niezależnie od zawirowań na salach sądowych i dyskusji wokół tematu, co jest mafią prawdziwą, a co trzepakową, staraliśmy się wnikliwie obserwować losy naszych bohaterów z pierwszej edycji Alfabetu mafii. Niektórzy odsiedzieli swoje wyroki, ale nie wyciągnęli wniosków z przeszłości. Próbowali odbudować dawną pozycję w półświatku, lekceważąc – jak np. Rympałek i Żaba z „Pruszkowa” – przeciwników i policję. Przeliczyli się, wrócili do celi. Inni, jak choćby synowie legendarnego Dziada, Mańka Klepaka z „Wołomina” czy Wańki z zarządu „Pruszkowa”, kontynuowali rodzinne tradycje, próbując pomnażać fortuny ojców. Przemycali narkotyki, ściągali haracze albo zakładali białe kołnierzyki i wkraczali na salony. W końcu i oni trafiali za kraty albo ginęli w gangsterskich egzekucjach.

Obserwowaliśmy, jak zmienia się polska przestępczość zorganizowana, jak strzela się do kobiet, by wymierzyć karę mężczyznom za ucieczkę z gangu lub współpracę z policją. Śledziliśmy losy ofiar mafijnych przestępstw i tajemnicze zaginięcia w półświatku. Prowadząc własne dziennikarskie śledztwa, trafiliśmy nawet do jasnowidza, który opowiedział nam o swojej – skrywanej przez wiele lat – przyjaźni z Pershingiem. Po egzekucji na liderze „Pruszkowa” obawiał się, że zabójcy przyjdą także po niego. Ale nawet jasnowidz nie wiedział, co stało się z ciałem zastrzelonego Pershinga i dlaczego żadnej gazecie nie udało się zdobyć zdjęcia z jego pogrzebu. My dowiedzieliśmy się tego po latach.

Przez minione dziesięciolecie przyglądaliśmy się, jak oskarżeni o najcięższe zbrodnie gangsterzy po kolei wychodzą na wolność, chociaż ich procesy wciąż się toczyły. W takich momentach nasz dawny przewodnik po Alfabecie mafii, Jarosław S., ps. Masa, tracił wiarę w wymiar sprawiedliwości i chęć do dalszej współpracy z organami ścigania. Jako jedyni rozmawialiśmy z bohaterami głośnych mafijnych historii, którzy dotąd milczeli, m.in. z Leszkiem Danielakiem, czyli słynnym Wańką, i Ryszardem Boguckim, skazanym za zabójstwo Pershinga (obaj wyrazili zgodę na używanie ich danych osobowych), córką zamordowanego bossa i człowiekiem „młodego Pruszkowa”, który dla niej i dla jej ojca zrobiłby wszystko. Sprawdziliśmy, jak potoczyły się losy najmłodszego w policji majora, który na własnym życiu przetestował związki ze światem mafii. To on zwerbował do tajnej współpracy Masę. Za przyjaźń z przestępcą zapłacił wysoką cenę.

Pisaliśmy o tym wszystkim na łamach różnych gazet, opowiadaliśmy w telewizyjnych reportażach. Z czasem postanowiliśmy uzupełnić naszą książkę sprzed lat o te materiały i nową wiedzę. Tak powstało drugie, rozszerzone wydanie Alfabetu mafii – reporterski zapis wydarzeń przestępczej Polski, w którym nie oceniamy, kto mówi prawdę, a kto nie. Przedstawiamy w tej książce naszą subiektywną historię polskiej odmiany mafii, jaką znamy z ulicy, a nie tajnych archiwów.

Kiedy tworzyliśmy pierwsze wydanie Alfabetu mafii, mieliśmy złudne poczucie, że o przestępczym świecie wiemy prawie wszystko. Dzisiaj, po latach, pora się przyznać do grzechu pychy. Nie wiedzieliśmy wszystkiego wtedy, nie wiemy też teraz, a czasem mamy świadomość, że gubimy się w meandrach tego świata. Opisywani przez nas członkowie polskiej mafii żyją w mroku swoich tajemnic, obcym wara od prawdy. Walczą ze sobą, by po jakimś czasie zawierać nieoczekiwane sojusze – tego wymaga przecież interes nadrzędny, czyli zysk. Działają jak sprawnie zarządzana firma, która dla korzyści niszczy konkurencję albo się z nią sprzymierza. Omerta, wynalazek sycylijskiej mafii, istnieje też w polskiej wersji. Kto wykrada ośmiornicy jej tajne plany – ginie. Na wszelki wypadek zaznaczamy, że nie kradliśmy mafii jej tajemnic. Ujawniamy głównie te, które nam powierzono. No, czasem udawało się zdobyć wiedzę skrywaną, ale mamy nadzieję, że nasi bohaterowie nie okażą się małostkowi.

Alfabet mafii nie jest leksykonem grup przestępczych w Polsce. Nie zamierzaliśmy stworzyć – wzorowanego na policyjnych raportach – rejestru wszystkich gangów. Skupiliśmy się na organizacjach i postaciach, od których wszystko się zaczęło, na czasach, gdy po raz pierwszy mówiono o „polskiej mafii”. Kolejne gangi kopiowały wcześniej sprawdzone schematy, a nowi liderzy wzorowali się na słynnych poprzednikach. Niektórzy do tego stopnia, że nawet przyjmowali ich pseudonimy. Jeden z przywódców rozbitej w lipcu 2011 roku grupy porywaczy z Solca Kujawskiego kazał tytułować się… Pershingiem.

To jasne, że bohaterowie kronik kryminalnych w rozmowach z nami nie powiedzieli wszystkiego. Przedstawili wyłącznie swój punkt widzenia, swoją prawdę. Uczynili to tylko po to, by pokazać się w innym, lepszym świetle, niż wynikałoby to z aktów oskarżenia. Uznaliśmy, że to cena, którą warto zapłacić za możliwość uzyskania jedynych w swoim rodzaju wywiadów – wielu bohaterów Alfabetu mafii nigdy nie wypowiadało się ani w prasie, ani przed kamerami. Tę ich prawdę skonfrontowaliśmy z wersjami wydarzeń prokuratorów, policjantów i ofiar mafijnych przestępstw. Czytelnik sam zadecyduje, komu wierzyć.

Autorzy

Rozdział I
Skąd się wzięła mafia?

Nie będziemy się spierać o definicję słowa „mafia”. Wiele mądrych głów zajmowało się tym przed nami. Ta, o której opowiada nasza książka, wyszła z podziemia w chwili narodzin wolnej Polski, w 1989 roku. Wydostała się z zapyziałego pruszkowskiego Żbikowa, z podwarszawskich Ząbek, z Wołomina, z ulicy Żabiej w Szczecinie, z miasteczka Zawidów pod Zgorzelcem. Wypłynęła z mrocznych zaułków, z otoczonych walącymi się kamienicami podwórek-studni, ze slumsów na przedmieściach. Pojawiła się nagle obok nas, od początku brutalna, żarłoczna i żądna krwi.

Pierwsze głośne strzały

Dwudziestego dziewiątego maja 1990 r. na szosie katowickiej w miejscowości Siestrzeń z pędzącego audi wyrzucono ciała dwóch zastrzelonych mężczyzn. Tak skończyli Lulek i Słoń, nieznani żołnierze armii pruszkowskiej. W samochodzie, w którym strzelono im w głowy, jechało jeszcze dwóch mężczyzn – Polak i Rosjanin. To oni wykonali wyrok. Policja wiedziała, kim byli, ale dysponowała tylko wiedzą operacyjną, dowodów procesowych nie zebrała. Przy szosie, nieopodal miejsca zdarzenia, parkowało wiele aut. Ustalono potem, że zasiadała w nich cała pruszkowska śmietanka, jeszcze wtedy nie za bogata, dlatego i maszyny były ubogie: małe fiaty, stare skody, polonezy i łady. Lulek i Słoń w imieniu oczekujących kolegów negocjowali z pasażerami audi wykupkę, czyli okup za samochód, który Polak i Rosjanin wcześniej ukradli i próbowali sprzedać chłopakom z grupy pruszkowskiej. Coś jednak w tych negocjacjach nie wyszło – stracili życie. Po latach w Hiszpanii zatrzymano Bogdana P., podejrzanego o zastrzelenie Lulka i Słonia. Deportowano go do Polski, w chwili, kiedy piszemy te słowa, czeka w areszcie na proces.

 

Lulek, czyli Lucjusz D., był charakternym członkiem pruszkowskiej bandy Barabasza, ale pochodził z Wołomina. Pewien warszawski adwokat z niejaką sympatią wspomina tę postać. Opowiada, że bandycka kariera Lulka zaczęła się w latach 80. w jednej z wołomińskich knajp. Młodziutki wtedy Lucjusz wypił trochę za dużo i wracając do domu, rzucił kamieniem w powszechnie znienawidzonego członka ORMO (Ochotnicza Rezerwa Milicji Obywatelskiej). Ormowca nie trafił, ale wybił szybę i trafił za to do aresztu. Tam poznał chłopaków od Barabasza. Po wyjściu na wolność razem z nowymi kolegami rabował i napadał. Znów wpadł i tym razem kosztowało go to jedenaście lat odsiadki. Wyszedł już w nowej Polsce, wziął się do handlu walutami. Ale dorobić się już nie zdążył. Poległ wraz ze Słoniem w Siestrzeniu.

Policja strzela w plecy

Szóstego lipca 1990 r. w motelu George, także przy szosie Warszawa–Katowice, policja zorganizowała zasadzkę na sześciu pruszkowskich (tak w slangu nazywa się członków gangu, by odróżnić ich od zwyczajnych mieszkańców Pruszkowa – pruszkowiaków): Wojciecha B., ps. Budzik, Janusza P., ps. Parasol, Ryszarda P., ps. Krzyś, Kazimierza K., ps. Kazik, Czesława B., ps. Dziki, i nieszczęsnego Szaraka. Pierwszych pięciu zyskało później mołojecką sławę w całej Polsce jako groźni mafiosi. Szaraka ten splendor ominął. Poległ od policyjnej kuli na samym początku bandyckiej drogi. Pogrzebano go z honorami, w uroczystości żałobnej uczestniczyła cała gangsterska czołówka Warszawy i okolic. Do dzisiaj ten pogrzeb w niektórych kręgach wspominany jest z nostalgią.

Policyjna zasadzka w George’u miała być efektownym finałem akcji rozbijania raczkującego jeszcze wówczas gangu pruszkowskiego. Długo czekano na jakąś okazję, wreszcie się trafiła, co prawda lekko naciągana. Otóż pewien dawny kompan pruszkowskiej ferajny, teraz zamieszkały w Niemczech, wpadł na stare śmieci z krótką wizytą. Zapomniał, że miał z kolegami jakieś niezałatwione do końca rozliczenia. Oni nie zapomnieli. Zarekwirowali mu mercedesa i obiecali, że zwrócą, jeżeli on odda im 15 tysięcy marek – na tyle oszacowali dług. Policja dowiedziała się o tym i sobie znanymi metodami przekonała Mirka (właściciela mercedesa) do współpracy.

Miejsce wymiany mercedesa na marki wyznaczono w motelu George, jednym z pierwszych prywatnych hoteli w okolicach Warszawy (powstał pod koniec lat 70.). Mirkowi towarzyszył policjant w cywilu, udający ochroniarza. Cały teren wokół obstawili antyterroryści. W powietrzu krążył helikopter. Gangsterzy szybko zorientowali się, że coś nie gra. Według wersji policjantów, to pruszkowscy jako pierwsi zaatakowali tajniaka udającego ochroniarza, uderzając go nunczakiem w głowę. Ten, chociaż ranny, wyciągnął broń i zaczął strzelać. Śmiertelnie trafił Szaraka, a Parasola postrzelił w udo. Podczas późniejszego procesu wyszło jednak na jaw, że cios nunczakiem zadano policjantowi z tyłu, a za nim stał tylko Mirek. Prawdopodobnie uderzenie padło już po tym, jak policjant wyciągnął pistolet. Przy pruszkowskich broni palnej nie znaleziono. Na niekorzyść policji zinterpretowano też fakt, że Szarak dostał postrzał w plecy. Oznaczało to, że uciekał, a nie atakował. Wszystkie te wątpliwości, a dodatkowo posłużenie się przez policjantów prowokacją (ówczesne prawo jej nie dopuszczało), sprawiły, że całą piątkę oskarżonych: Budzika, Parasola, Kazika, Krzysia i Dzikiego uniewinniono.

Parasol nie pamięta

Fragment rozmowy z Januszem P., ps. Parasol, skazanym na siedem lat za kierowanie gangiem pruszkowskim (sala widzeń więzienia w Wołowie):

Co się wydarzyło w 1990 r. w motelu George?

– Tak myślę, że może ten George też miał jakiś wpływ na to, że ja się znalazłem akurat w tej sprawie. George to była normalna prowokacja policyjna, nieudolna, nieudana. Bez zgłoszenia o jakimkolwiek przestępstwie. Sami sobie po prostu wyreżyserowali wszystko: wjechali, pobili, skopali, dwie nogi mi przestrzelili policjanci, obrabowali z biżuterii, ze wszystkiego. Szaraka, tego Andrzeja, zabili strzałem w plecy.

Sąd was uniewinnił?

– Sąd nas uniewinnił. Mieliśmy w tym czasie jeden z najgorszych składów sędziowskich [składowi przewodniczyła sędzia Barbara Piwnik – przyp. aut.]. Ja tylko jestem zadowolony z tego uniewinnienia, bo wiem, że gdyby choć cień padał, że byliśmy winni, to byśmy dostali tam bardzo duże wyroki. Ja wiem o tym, bo ten skład w tamtym czasie wymierzał największe wyroki.

Pan znał Lulka i Słonia?

– Lulka znałem bardzo dobrze. Był to mój bardzo dobry przyjaciel. Wychowałem się z nim od dziecka. Znałem również Słonia – to był kolega mój.

Można taką smutną wyliczankę zrobić, apel poległych: Lulek, Słoń, Szarak, Kiełbasa, Pershing, Ceber, Dreszowie ojciec i syn, Klepakowie ojciec i syn, Lutek, Wariat. Czy to nie za wysoka cena za wasze przygody?

– Kompletnie nie znam sprawy Lutka; nie mam na ten temat żadnej wiedzy i praktycznie znałem ich tylko z widzenia. Wariata w ogóle nie znałem; nawet go raz na oczy nie widziałem. Tak że ja nic na ten temat nie wiem.

Mit strasznego Barabasza

Dzięki ofierze, jaką ze swego życia złożyli wymienieni Lulek, Słoń i Szarak, nazwa „Pruszków” weszła do obiegu jako symbol polskiej mafii. Styl pruszkowski narzucił bandyta Barabasz (albo Barabas), postrach Żbikowa. Kradł i napadał już w latach 70. Przewodził bandzie, w której – jak wspomina Andrzej Wielondek, były naczelnik wydziału kryminalnego Milicji Obywatelskiej w Pruszkowie – przestępczego fachu uczyli się Dziki, Parasol, Kajtek, Krzysiek, Grzyb, Śledź i Ali. Później dołączyli młodzi, czyli Kiełbasa, Masa i Szarak. Dopiero po latach te pseudonimy stały się sławne. Do tego stopnia weszły do obiegu publicznego, że nazwiska gangsterów nic nikomu nie mówiły, ale ich ksywki kojarzono natychmiast. Media niektóre z tych przezwisk trochę poprzerabiały i tak zamiast Dzikusa pojawił się Dziki, a zamiast Kiełbachy Kiełbasa. Często pseudonimy nadawali przestępcom policjanci, bo łatwiej rozpracowywało się Bola niż Zygmunta R. Dziad przez całe lata twierdził, że nadano mu pseudonim należący do jego brata, nazywanego tak we wczesnej młodości, a dopiero później ochrzczonego Wariatem. Najczęściej pseudonim bandyty miał związek z jego nazwiskiem, czasem z charakterem albo wyglądem (Masa to mężczyzna wielkiej postury, Oczko ma szklane oko, a Kulawy nie jest wprawdzie kulawy, lecz sparaliżowany od pasa w dół).

Barabasz wziął pseudonim od biblijnego zabójcy, był prymitywnym i bezwzględnym człowiekiem, ale niektórzy przyznawali mu jedno – trzymał się grypserskich zasad, zgodnie z którymi w ferajnie obowiązywała swoista lojalność i sprawiedliwość. Główna zasada brzmiała: kto kapuje, ten nie żyje. Ale postać Barabasza przez lata obrosła nienależną mu legendą, w rzeczywistości był to dość podły typek, a do tego ponoć miał zwyczaj kapować na kumpli.

Banda Barabasza żyła przede wszystkim z włamań. Łupy dość regularnie przepijano w restauracji Urocza w centrum Pruszkowa. – Czasem, kiedy już wyprztykali się z gotówki, płacili biżuterią – mówi dawny bywalec tej knajpy. – Na własne oczy widziałem, jak Barabasz za rachunek zapłacił kawałkiem złotej obrączki. Po prostu klapcążkami odciął część, bo wyliczył, że to wystarczy. Kelnerka nie protestowała.

W Uroczej bandyci Barabasza zajmowali połowę sali, drugą okupowali milicjanci po służbie. – W Pruszkowie nie było dużego wyboru lokali – tłumaczy Andrzej Wielondek. Początkowo obie grupy trzymały się oddzielnie, jak na weselu, kiedy rodziny pana młodego i panny młodej zachowują dystans. Ale po kilku półlitrówkach lody przełamywano i dochodziło do ogólnego zbratania, stoliki łączono i pito wspólnie – wyjaśnia Wielondek. To tłumaczy, dlaczego tak wielu pruszkowskich milicjantów było na ty z lokalnymi bandytami.

Barabasz zginął tragicznie w 1991 r. Pędził swoją ładą z Pruszkowa do Komorowa, nie wyrobił się na zakręcie i wpadł na drzewo. Pozostawił żonę i syna. W tym czasie jego banda już się wybiła na samodzielność, Barabasz nie był jej potrzebny. W Polsce właśnie zmienił się system, krajem rządził pierwszy powojenny niekomunistyczny premier, w Ministerstwie Spraw Wewnętrznych trwały weryfikacje. I w takim gorącym politycznie okresie nagle i niespodziewanie dawna banda Barabasza odrodziła się w postaci nowoczesnego gangu.

Oplułem tego śmiecia!

Mit o pruszkowskim Barabaszu i jego nieugiętych wspólnikach zweryfikował w liście przysłanym z zakładu karnego Marek D.-B., dawny członek gangu pruszkowskiego:

„Kiedy zawiązywała się grupa wołomińsko-pruszkowska, a był to rok 1990 r., byłem na wolności. Ali, Kajtek to moi bardzo bliscy koledzy! Jacek Dresz to eks-wspólnik i kolega niemal od ławy szkolnej. Jego syn, o którym śmierdzący Dziad napisał, że to on zabił ojca, to mój chrześniak, a z jego matką to ja zapoznałem Jacka.

Jacek to był człowiek, którego panicznie się bali wszyscy przestępcy warszawscy. Szczególnie ci, którzy łamali zasady i wyciągali łapy po pieniądze kolegi. Jacek Dresz, odsiadując 10-letni wyrok, miał tzw. wafla, z którym dzielił się każdym kawałkiem chleba. Kiedy wyszedł na wolność, to temu koledze wysyłał paczki, pieniądze na wypiskę, aż przyszedł czas, że tamten wyszedł i przyjechał do Jacka. Trzeba trafu, że Jacek Dresz akurat musiał jechać w interesie i na czas swojej nieobecności polecił go swojemu bliskiemu koledze – by ten go ugościł, wziął gdzieś na balety, załatwił dziewczyny itp. Oczywiście na koszt Jacka. No i ten chłopak wziął go do dobrego lokalu, popili wódeczki. I co się okazuje? Ten, co wyszedł z więzienia, okradł chłopaka, któremu Jacek go polecił. I co zrobił Jacek? Szukał go po całej Warszawie, aż znalazł u kurwy, wyciągnął, wsadził w bagażnik i powiózł do Palmir, a tam oprócz zdrowego lania kołkiem wyjął z bagażnika siekierę i obciął mu rękę, mówiąc, że więcej kolegi nie okradnie.

Śmieszy mnie, kiedy wspomina się tego śmiecia Barabasza. W roku 1978 ta już zdechła szmata sprzedała Parasola, Alego, Dzikusa, Liska, Sorka, Kajtka i wielu innych. Wtedy Parasol dwa lata leżał i nie mówił. Za to cała Warszawa mówiła o tym parchu Barabaszu, jak dziś o Masie. Później odwołał zeznania, ponowili sprawę, ale co odsiedzieli z jego ręki, to ich. Sam Barabasz to było grube bydlę mające 4 klasy szkoły podstawowej. Nawet pisać nie potrafił.

W roku 1990, kiedy tworzył się nowy układ, to wszyscy liczący się złodzieje w Warszawie spotykali się wieczorami w Olszynce Grochowskiej – to taka dyskoteka na Wiatracznej. Pojechałem tam, bo były akurat imieniny Jacka Dresza. Byli Ali, Kajtek i wielu innych (ok. 80 osób) i jakież było moje zdziwienie, kiedy zobaczyłem Barabasza tam na bramce. A że byłem na rauszu, to mówię: Kurwo, śmieciu, co ty tu w ogóle robisz! I go oplułem. Dopiero wtedy Ali i Dzikus zaczęli tłumaczyć, bym go zostawił, bo on odwołał zeznania, a oni mu wybaczyli. Tak mu wybaczyli, że odkręcili mu potem hamulce w aucie i się zabił”.