PrzetrwałamTekst

Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa


Tytuł oryginału

SURVIVING THE ANGEL OF DEATH

The Story of a Mengele Twin in Auschwitz

Copyright © 2009 by Eva Mozes Kor and Lisa Rojany Buccieri.

All rights reserved

Projekt okładki

Irina Pozniak

Zdjęcie na okładce

Agencja fotograficzna BE&W

Redaktor prowadzący

Adrian Markowski

Redakcja

Piotr Chojnacki

Korekta

Małgorzata Denys

ISBN 978-83-7961-663-3

Warszawa 2014

Wydawca

Prószyński Media Sp. z o.o.

02-697 Warszawa, ul. Rzymowskiego 28

www.proszynski.pl

Książkę poświęcam pamięci mojej matki Jaffy Mozes, mojego ojca Aleksandra Mozesa, moich sióstr Edit i Aliz oraz mojej bliźniaczej siostry Miriam Mozes Zeiger. Dedykuję tę książkę również dzieciom, które przeżyły obóz, a także wszystkim dzieciom na świecie, które cierpiały z powodu zaniedbania i złego traktowania, ponieważ chciałabym uhonorować ich walkę o powrót do życia po traumie, jaką była dla nich utrata dzieciństwa, bliskich i poczucia przynależności do rodziny. Na koniec dedykuję tę książkę mojemu synowi Alexowi Korowi i mojej córce Rinie Kor, którzy są moją radością, dumą i wyzwaniem.

E.M.K.

Olivii, Chloe i Genevieve, które są powodem wszystkiego. I mojej siostrze Amandzie za uratowanie mi życia.

L.R.B.


Eva (z lewej) i Miriam (z prawej), Auschwitz, 26 stycznia 1945 rok. Fot. BE&W

Dokument chroniony elektronicznym znakiem wodnym

This ebook was bought on LitRes

Prolog

Drzwi zostały otwarte na oścież po raz pierwszy od wielu dni, dzienne światło spłynęło na nas niczym błogosławieństwo. Byliśmy upchnięci z dziesiątkami innych Żydów w małym bydlęcym wagonie, który ze stukotem kół toczył się naprzód, uwożąc nas coraz dalej od naszego domu w Rumunii. Teraz ludzie zaczęli się rozpaczliwie przepychać do wyjścia.

Trzymając kurczowo za rękę swoją siostrę bliźniaczkę, dałam się wysadzić razem z nią na peron; nie wiedziałyśmy, czy się cieszyć, że nas wypuszczono z wagonu, czy raczej lękać tego, co nastąpi. Był chłodny poranek, zimny wiatr owiewał nam gołe nogi przez cienki materiał jednakowych bordowych sukienek.

Od razu się zorientowałam, że jest bardzo wcześnie, słońce ledwie wychodziło zza horyzontu. Ze wszystkich stron otaczały nas wysokie płoty z drutu kolczastego. Esesmani wychylali się z wież strażniczych, celując do nas z karabinów. Owczarki, trzymane na smyczach przez innych żołnierzy SS, szarpały się, szczekały i warczały jak wściekły pies, którego widziałam kiedyś we wsi; w ich mokrych od piany pyskach błyskały ostre białe kły. Czułam, jak serce mi wali. Dłoń mojej siostry zrobiła się ciepła i lepka od potu. Matka z ojcem i nasze dwie starsze siostry, Edit i Aliz, stały tuż obok.

– Auschwitz? – usłyszałam głośny szept mamy zwracającej się do ojca. – To Auschwitz? Co to za miejsce? Nie jesteśmy na Węgrzech?

– Jesteśmy w Niemczech – brzmiała odpowiedź.

Przejechaliśmy granicę i znaleźliśmy się na terytorium Niemiec. Tak naprawdę byliśmy w Polsce, ale Polska została zajęta przez Niemców. Na terenie Polski okupowanej przez Niemców znajdowały się wszystkie obozy koncentracyjne. Nie zostaliśmy zabrani do węgierskiego obozu pracy, żeby pracować, tylko do nazistowskiego obozu koncentracyjnego, żeby umrzeć. Nim zdążyło to do nas dotrzeć, poczułam szturchnięcie w ramię i odepchnięto mnie na bok.

– Schnell! Schnell! Szybko! Szybko! – Esesmani wyganiali pozostałych więźniów z wagonu na szeroką rampę.

W powstałym zamieszaniu Miriam starała się trzymać jeszcze bliżej mnie. Słabe światło dnia to nikło, zasłonięte przez wyższych ludzi stających przed nami, to się pojawiało, kiedy strażnicy odciągali ich na jedną lub drugą stronę. Wyglądało to, jakby dokonywali wyboru, dzieląc nas, więźniów, na dwie grupy. Tylko po co?

Nagle zaczęło się robić coraz głośniej. Strażnicy wciąż prowadzili selekcję, kierując kolejne osoby na prawą lub lewą część peronu. Psy warczały i ujadały. Pośród ludzi przybyłych w bydlęcym wagonie rozlegały się płacze, zawodzenia, krzyki, wszystko jednocześnie; każdy wypatrywał członków swojej rodziny, których nagle od niego oderwano. Mężczyzn oddzielono od kobiet, dzieci od rodziców. Sytuacja na rampie zmieniała się w istne pandemonium. Wszystko wokół działo się coraz szybciej i szybciej, nabierało obłąkańczego tempa.

– Zwillinge! Zwillinge! Bliźniaczki! Bliźniaczki! – Sekundę potem jeden z przechodzących strażników zatrzymał się przed nami jak wryty. Popatrzył na nas, na mnie i Miriam, jednakowo ubrane.

– Są bliźniaczkami? – zwrócił się do mamy.

– To dobrze? – spytała z wahaniem.

– Tak – odpowiedział strażnik.

– Są bliźniaczkami – potwierdziła mama.

Bez słowa chwycił nas i oderwał od matki.

– Nie!

– Mamo! Mamo! Nie!

Krzyczałyśmy z Miriam i płakałyśmy, wyciągając ręce do matki, która z rozpostartymi ramionami, przytrzymywana przez strażnika, próbowała się do nas wyrywać, ale została brutalnie odepchnięta w inną część rampy.

Krzyczałyśmy wniebogłosy. Szlochałyśmy. Błagałyśmy o zmiłowanie, ale nasze lamenty ginęły pośród ogólnego chaosu, zgiełku i rozpaczy. Nie miało znaczenia, jak bardzo płaczemy i jak głośno krzyczymy. Zostałyśmy z Miriam wybrane, bo miałyśmy jednakowe sukienki, bo byłyśmy identycznymi bliźniaczkami, łatwymi do zauważenia w tłumie brudnych, wyczerpanych żydowskich więźniów. Wkrótce miałyśmy stanąć oko w oko z Josefem Mengele, nazistowskim lekarzem znanym jako Anioł Śmierci. To on przeprowadzał selekcję na rampie, oddzielał tych, którzy mieli żyć, od przeznaczonych na śmierć. Ale my jeszcze tego nie wiedziałyśmy. Wiedziałyśmy tylko, że nagle zostałyśmy same. Miałyśmy zaledwie po dziesięć lat.

Nigdy więcej nie zobaczyłyśmy taty, mamy, Edit i Aliz.

Rozdział pierwszy

Miriam i ja byłyśmy identycznymi bliźniaczkami, najmłodszymi z czterech sióstr. Słysząc, jak niechętnie starsze siostry opowiadały o naszych narodzinach, można się było od razu domyślić, że byłyśmy ulubienicami całej rodziny. Cóż może być słodszego i piękniejszego od dwóch jednakowych dziewczynek?

Przyszłyśmy na świat 31 stycznia 1934 roku w wiosce Portz w rumuńskim Siedmiogrodzie, niedaleko węgierskiej granicy. Już w niemowlęctwie matka lubiła nas jednakowo ubierać, dodatkowo wiążąc nam na główkach wielkie kokardy, żeby wszyscy od razu wiedzieli, że mają do czynienia z bliźniaczkami. Sadzała nas nawet na parapecie okna naszego domu; przechodnie myśleli, że jesteśmy cennymi lalkami, a nie żywymi dziećmi.

Podobieństwo między nami było tak wielkie, że musiała stosować rozmaite oznaczenia, żeby nas odróżnić. Ciotki, wujowie i kuzyni lubili się bawić w zgadywanki, próbując wskazać tę właściwą.

– Która z nich jest Miriam? A która Evą? – mruczał wujek z błyskiem rozbawienia w oku. Matka uśmiechała się wówczas dumnie, spoglądając na swoje śliczne małe laleczki, a obie nasze starsze siostry prawdopodobnie wzdychały ze złością. Tak czy inaczej, większość odgadywała błędnie. Kiedy podrosłyśmy na tyle, by pójść do szkoły, zdarzało nam się robić użytek z naszego podobieństwa i nabierać ludzi, co stanowiło dla nas świetną zabawę. W ogóle przy każdej okazji wykorzystywałyśmy naszą szczególną, uprzywilejowaną sytuację.

Choć tato był człowiekiem raczej surowym i ostrzegał zarówno nas, jak i matkę przed zgubnymi skutkami nadmiernej próżności, wspominając, że nawet Biblia ją piętnuje, mama bardzo dbała o nasz wygląd. Ubierała nas w rzeczy szyte na miarę, tak jak dziś robią bogacze noszący stroje od modnych projektantów. Zamawiała materiał w mieście, a kiedy go dostarczano, zabierała Miriam, mnie, Edit i Aliz do krawcowej, która mieszkała w sąsiedniej wsi Szeplak. W jej domu pozwalano nam przeglądać żurnale z modelkami prezentującymi najnowsze kreacje. Jednak to matka podejmowała ostateczną decyzję co do kroju i koloru naszych sukienek, ponieważ w tamtych czasach dziewczynki zawsze nosiły sukienki, nigdy zaś spodni czy ogrodniczków stosownych dla chłopców. Dla mnie i Miriam matka zawsze wybierała bordowy, jasnoniebieski i różowy. Następowało zdjęcie miary, ustalano termin kolejnej wizyty i kiedy się zjawiałyśmy następnym razem, krawcowa miała dla nas sukienki gotowe do przymierzenia. Fasony i kolory zawsze były identyczne – dwie sukienki stanowiły idealnie jednakową parę.

Inni dawali się nabierać, ale nasz ojciec potrafił nas rozróżniać po zachowaniu wynikającym z charakteru. Patrząc na moją postawę, wykonywane gesty, od razu wiedział, że ja to ja, ledwie otworzyłam usta, żeby się odezwać. Mimo iż moja siostra urodziła się jako pierwsza, to ja byłam przywódcą. Byłam też wygadana. Zawsze kiedy musiałyśmy o coś tatę poprosić, moja najstarsza siostra Edit namawiała mnie, żebym to ja się do niego zwróciła.

Mój ojciec, religijny Żyd, zawsze chciał mieć syna, ponieważ w tamtych czasach tylko chłopiec mógł brać udział w publicznych modłach i odmawiać kadysz, modlitwę za zmarłych. Ale tata nie miał syna, tylko moje siostry i mnie. Ponieważ byłam młodszą z bliźniaczek i jego ostatnim dzieckiem, często patrząc na mnie, mawiał: „Powinnaś się była urodzić chłopcem”. Zapewne miał na myśli to, że byłam jego ostatnią szansą na posiadanie syna. Mój charakter jeszcze to potwierdzał; byłam silna, odważna i śmiała w mowie – zapewne tak sobie wyobrażał swego ewentualnego męskiego potomka.

 

Silna osobowość, choć mnie wyróżniała, miała też swoje złe strony. Odnosiłam wrażenie, że ojcu nic się we mnie nie podoba, z niczego, co zrobiłam, nie był zadowolony. Wiele razy toczyliśmy zażarte dyskusje, nierzadko zakończone kłótnią, ponieważ nie miałam zamiaru ustąpić. Nie przyjmowałam do wiadomości, że ojciec ma rację tylko dlatego, że jest mężczyzną, moim ojcem i głową rodziny. Dlatego prawie nigdy nie mogliśmy dojść do porozumienia, tata i ja.

Z całą pewnością poświęcał mi więcej uwagi niż Miriam i pozostałym siostrom, ale nie zawsze był to rodzaj uwagi, jakiej bym sobie życzyła. Nigdy się nie nauczyłam owijać prawdy w drobne kłamstewka, więc zawsze miałam kłopoty. Pamiętam do dziś, że zdarzało mi się chodzić po domu na paluszkach, żeby uniknąć konfrontacji z ojcem, jestem też pewna, że on często był zmęczony mną i moją niewyparzoną buzią.

Jednak patrząc wstecz, uświadamiam sobie, że utarczki z tatą zahartowały mnie i uczyniły jeszcze silniejszą. Dzięki nim umiałam przechytrzyć tych, którzy mieli nade mną władzę. Prowadząc ze mną ciągłe wojny, ojciec nieświadomie przygotował mnie do tego, co miało nastąpić.

Matka była zupełnie inna niż ojciec. Jak na owe czasy była dobrze wykształcona, ponieważ nie wszystkie kobiety chodziły wówczas do szkoły. W środowisku religijnych Żydów od dziewcząt i kobiet oczekiwano, że będą przede wszystkim zajmować się domem i rodziną, natomiast edukacja, a w szczególności studia, była zarezerwowana dla chłopców. Matka dopilnowała, żebyśmy umiały czytać, pisać i liczyć, żebyśmy poznały historię i języki obce, ale też nauczyła nas troski o innych ludzi z naszej społeczności.

Byliśmy jedyną żydowską rodziną w Portz i utrzymywaliśmy z całą resztą mieszkańców przyjacielskie stosunki. Do matki docierały wszystkie nowiny, często też w potrzebie służyła wsparciem sąsiadkom, zwłaszcza młodym kobietom w ciąży. Zanosiła im kluski albo ciasto, pomagała w domu, kiedy zachorowały, udzielała rad w kwestii wychowania dzieci i czytała im polecenia albo listy od innych członków rodziny. Zachęcała mnie i moje siostry do pójścia w jej ślady, do wspierania tych, których los obdarzył mniej szczodrze, gdyż powodziło nam się lepiej niż wielu innym mieszkańcom naszego rolniczego regionu.

Jednak niemal od chwili kiedy przyszłyśmy na świat, w naszej części Rumunii szerzył się antysemityzm. Większość ludzi wokół nas nie lubiła Żydów tylko dlatego, że byli Żydami. My, dzieci, nie zdawałyśmy sobie sprawy z istnienia tego uprzedzenia aż do 1940 roku, kiedy przyszła węgierska armia.

Ojciec opowiadał nam o antysemickim incydencie, jaki mu się przydarzył w 1935 roku, kiedy byłyśmy z Miriam zaledwie rocznymi maluchami. W tamtym roku Żelazna Gwardia – skrajnie antysemicka organizacja polityczna mająca pod kontrolą lokalne urzędy, policję i prasę – podsycała nienawiść wobec Żydów, rozpowszechniając nieprawdziwe opowieści o tym, że Żydzi są źli, że chcą wszystkich oszukać, by zawładnąć światem. Mój ojciec i jego brat Aaron zostali przez Żelazną Gwardię wtrąceni do więzienia pod fałszywym zarzutem niepłacenia podatków. Oskarżenie było całkowicie niesłuszne, ponieważ obaj zawsze wywiązywali się z należnych płatności. Wytypowano ich i aresztowano wyłącznie dlatego, że byli Żydami.

Tata opowiadał nam, że kiedy wyszli z Aaronem z więzienia, postanowili jechać do Palestyny, żeby sprawdzić, czy mog­liby tam zacząć nowe życie. Palestyna była skrawkiem ziemi na Bliskim Wschodzie, gdzie Żydzi mieszkali, zanim zostali stamtąd wygnani w czasach cesarstwa rzymskiego. Wielu Żydów, zwłaszcza w okresach prześladowań, uważało ten kraj za swoją ojczyznę. Na początku dwudziestego wieku z części Palestyny wydzielono obszar dla żydowskich imigrantów, który w 1948 roku stał się niepodległym państwem Izrael.

Ojciec i wuj Aaron zostali w Palestynie kilka miesięcy, po czym wrócili do Rumunii. Po powrocie wuj Aaron i jego żona sprzedali ziemię i cały swój dobytek i zamierzali wyemigrować albo się przeprowadzić gdzie indziej.

Tata namawiał mamę, żeby też zgodziła się wyjechać i osiedlić w Palestynie.

– Tam jest dobrze – zapewniał. – Jest ciepło i łatwo znaleźć pracę.

– Nie – upierała się mama. – Nie mogę się przeprowadzić z czwórką małych dzieci.

– Musimy wyjechać od razu, zanim zrobi się tu jeszcze gorzej – przekonywał ojciec, zmartwiony wiadomościami o fali prześladowań Żydów wzbierającej w całym kraju i Europie.

– Co ja tam będę robić? Jak sobie poradzimy? Nie mam ochoty mieszkać na pustyni – mówiła matka. I jak to się często zdarza matkom, tupnęła nogą, zdecydowanie odmawiając wyjazdu. Później często się zastanawiałam, jak by wyglądało nasze życie, gdyby wtedy ustąpiła.

W Rumunii mieszkaliśmy w ładnym domu na terenie rozległego gospodarstwa. Mieliśmy setki hektarów uprawnej ziemi – zboża, kukurydzy, fasoli i ziemniaków. Hodowaliśmy krowy i owce, z których mleka wyrabialiśmy sery. Duża winnica dostarczała owoców na wino. W sadach rosły jabłka, śliwki, brzoskwinie i soczyste czereśnie w trzech kolorach: czerwonym, czarnym i białym. W lecie te czereśnie zastępowały nam kolczyki, kiedy się bawiłyśmy w pięknie wystrojone damy. Mama kochała swój ogród kwiatowy przed domem i warzywnik od strony podwórza, a także krowy, kury i gęsi.

Najbardziej jednak martwiło ją, że musiałaby opuścić swoją matkę. My, dzieci, uwielbiałyśmy odwiedzać babcię i dziadka Hershów. Matka, jako jedynaczka, czuła się odpowiedzialna za opiekę nad babcią Hersh, która nie cieszyła się najlepszym zdrowiem i często wymagała pomocy od córki.

– Poza tym jesteśmy tu bezpieczni – argumentowała matka. Naprawdę wierzyła, że doniesienia o prześladowaniach Żydów przez Niemców i ich nowego przywódcę Adolfa Hit­lera są tylko plotkami. Nie widziała potrzeby ucieczki do Palestyny czy Ameryki, miejsc bezpiecznych dla Żydów takich jak my. Dlatego zostaliśmy w Portz.

Portz, miejscowość zamieszkiwana przez mniej więcej sto rodzin, w większości prawosławnych, miała swojego księdza. Córka księdza, Luci, była naszą najlepszą przyjaciółką, obie z Miriam uwielbiałyśmy się z nią bawić. Latem wspinałyśmy się na drzewa w sadzie, czytałyśmy różne opowieści i wystawiałyśmy sztuki w teatrzyku zrobionym z prześcieradła rozwieszonego na sznurze między dwoma drzewami. W zimie pomagałyśmy nawet Luci ubierać choinkę… ale nie przyznawałyśmy się do tego naszemu ojcu, bo nie byłby zadowolony.

Choć z różnych stron zaczęły dochodzić pogłoski o Żydach deportowanych do obozów pracy, mama nie wierzyła, że grozi nam jakiekolwiek niebezpieczeństwo. Nawet kiedy usłyszeliśmy o nowo powstających gettach – wydzielonych obszarach w miastach Europy, do których przesiedlano Żydów, żeby ich trzymać pod kontrolą, w ubóstwie i nędznych warunkach – wciąż nie dawaliśmy wiary, że coś może nam zagrażać. Nawet gdy innych Żydów pozbawiano wszystkiego, co posiadali, odbierano im wolność, wysyłano do obozów pracy i zmuszano, by harowali bez zapłaty, jak niewolnicy, nie sądziliśmy, by nam mogło się to przytrafić. Nie przypuszczaliśmy, że tacy nieszczęśnicy zjawią się w naszej wiosce.

Jedno z moich najwcześniejszych wspomnień dotyczy mężczyzn z żydowskiego obozu pracy w Budapeszcie, którzy przechodzili przez naszą miejscowość. Węgierski rząd wziął ich z obozu, żeby pracowali przy torach; po zakończeniu robót zostali zabrani z powrotem do obozu. Podczas pracy przy torach nie mieli się gdzie podziać nocą, więc ojciec pozwolił im wszystkim spać w naszej stodole. Czasami odwiedzały ich żony i zatrzymywały się u nas w domu. W rewanżu za gościnę te kobiety przywoziły nam mnóstwo zabawek i, co ważniejsze, mnóstwo książek z miasta. My, dzieci, spędzałyśmy nad nimi długie godziny; zdarzało mi się pochłonąć całą książkę w jeden dzień. Dzięki nim już bardzo wcześnie pokochałam czytanie.

Jak dowiedziałam się później z lektury, Adolf Hitler doszedł w Niemczech do władzy w 1933 roku, jako przywódca partii nazistowskiej. Nienawidził Żydów równie mocno, jak Żelazna Gwardia, i liderzy obu tych antysemickich, rasistowskich partii zostali sprzymierzeńcami – połączeni nienawiścią zapragnęli rządzić całą Europą. A potem we wrześniu 1939 roku wybuchła druga wojna światowa, kiedy wojska nazistowskich Niemiec napadły na Polskę. Węgrzy pod przywództwem Miklosa Horthyego również zaufali Hitlerowi i połączyli z nim siły. Wszystko to działo się wokół nas, jednak na tyle daleko, że jedynie tata obawiał się o nasze bezpieczeństwo.

Latem 1940 roku, kiedy miałyśmy z Miriam po sześć lat, sytuacja uległa zmianie. Hitler oddał północną część Siedmiogrodu Węgrom. W tamtych czasach ludność z regionu, do którego należała nasza wioska, była pochodzenia w połowie węgierskiego, w połowie rumuńskiego. Jednak w naszej miejscowości wszyscy byli Rumunami. Rozeszły się pogłoski, że armia węgierska zamierza wybić Żydów i Rumunów, a potem spalić wieś. Nawet jako sześcioletnie dziecko wiedziałam, że grozi nam niebezpieczeństwo.

Miriam, spokojniejsza z nas dwóch, wyczuła, że się boję; musiała zauważyć niepokój na mojej twarzy albo wyczytać go z mojej postawy. Nie skarżyła się jednak, bo to nie leżało w jej naturze.

Pewnego dnia węgierscy żołnierze wkroczyli do naszej wsi. Oddziały prowadził dowódca jadący długim, błyszczącym samochodem. Scena robiła wrażenie, zresztą jak najbardziej zamierzone. My, wieśniacy, mieliśmy odebrać wiadomość: obecnie wojsko reprezentuje siłę i władzę, więc mamy je witać z otwartymi ramionami! Słyszeliśmy, jak żołnierze śpiewają: „Jesteśmy wojskiem Horthyego, nie ma na świecie piękniejszego”.

Tamtej nocy matka i ojciec pozwolili żołnierzom rozbić obóz na naszym podwórzu, a ich dowódca spał w pokoju gościnnym. Mama traktowała oficerów jak zaprzyjaźnione towarzystwo: upiekła swój popisowy tort i zaprosiła ich na rodzinny obiad. Pamiętam, że toczyła się ożywiona rozmowa o dobrym jedzeniu, a my z Miriam byłyśmy podekscytowane faktem, że siedzimy przy stole z tymi ważnymi ludźmi w mundurach. Wieczór upływał przyjemnie, goście chwalili potrawy i wypieki mamy. Przed udaniem się na spoczynek podziękowali jej za poczęstunek, całując ją przy tym w rękę, zwyczajem praktykowanym podówczas przez wielu Europejczyków. Opuścili nas wczesnym rankiem następnego dnia, a rodzice po ich wyjeździe sprawiali wrażenie podniesionych na duchu.

– Widzicie? – mówiła mama. – Nie ma prawdy w tych pogłoskach, jakoby zabijali Żydów. Są prawdziwymi dżentelmenami.

– Po co ludzie rozpowiadają takie rzeczy? – pytał tata, wcale nie oczekując odpowiedzi, a tym bardziej sprzeciwu ze strony matki czy kogoś innego z rodziny. – Masz rację. Naziści nigdy nie przyjadą do takiej małej wioski jak nasza – stwierdzał. Miałyśmy to przyjąć za fakt. Bo tak powiedział tata.

Jednak późno w nocy, za zamkniętymi drzwiami, rodzice słuchali radia na baterie. Posługując się jidysz, językiem, którego żadna z nas nie rozumiała, omawiali usłyszane wiadomości. O co chodziło, że wymagało zachowania aż takiej tajemnicy? Że próbowali to ukryć przed swoimi dziećmi?

Przycisnęłam ucho do drzwi i starałam się podsłuchać, o czym mówią w radiu.

– Kim jest Hitler? – spytałam, kiedy rodzice wyszli z pokoju.

Mama zbyła nasze pytania, zapewniając lekkim tonem:

– Nie musicie się niczym martwić. Wszystko będzie dobrze.

Jednak udało nam się podsłuchać kilka audycji, w których Hitler krzyczał o wybiciu wszystkich Żydów. Jakbyśmy byli robactwem! Czułyśmy, że coś jest nie tak, mimo uspokajających zapewnień rodziców. A przez ich tajemnicze zachowanie nawet Miriam zaczęła się bać. Już jako małe dzieci zawsze się niepokoiłyśmy, kiedy coś wisiało w powietrzu nienazwane, nieomówione.

Jesienią 1940 roku Miriam i ja rozpoczynałyśmy naukę w szkole. W odróżnieniu od dzisiejszych szkół podstawowych w naszej szkole dzieci z klas od pierwszej do czwartej uczyły się w jednym pomieszczeniu. Miriam i ja byłyśmy jedynymi Żydówkami. I jedynymi bliźniaczkami. Codziennie chodziłyśmy ubrane w jednakowe stroje i miałyśmy wstążki tego samego koloru zawiązane na końcach długich warkoczy. Podobnie jak wcześniej członkowie naszej rodziny, nowi koledzy z klasy lubili zgadywać, która z nas jest która.

Odkryłyśmy też, że mamy w szkole dwóch nowych nauczycieli, Węgrów, sprowadzonych z miasta przez nazistów. Ku mojemu zdziwieniu przywieźli ze sobą książki zawierające obelgi pod adresem Żydów. Były tam również karykatury przedstawiające Żydów jako klaunów, z wielkimi nosami i brzuchami. Co najciekawsze, po raz pierwszy w życiu zobaczyłyśmy „skaczące obrazy” wyświetlane na ścianie – tak nazwałyśmy film, zjawisko, z którym nigdy wcześniej się nie spotkałyśmy. Pamiętam dokładnie, jak oglądałyśmy projekcję krótkiego filmu pod tytułem Jak złapać i zabić Żyda. Te propagandowe produkcje, coś jak obecne reklamy, tyle że przesycone nienawiścią, pokazywano przed filmami fabularnymi w miejskich kinach. Wyobraźcie sobie, że oglądacie instrukcję, jak zabijać Żydów, przed jakimś hollywoodzkim przebojem!

 

Oglądanie pełnych nienawiści filmów i czytanie rasistowskich książek wywarło wpływ na innych uczniów. Nasi przyjaciele, a raczej dzieci, które dotąd uważałyśmy za przyjaciół, zaczęły wyzywać Miriam i mnie od „brudnych, śmierdzących Żydówek”. Te przezwiska bardzo mnie rozzłościły. Kim oni byli, żeby nazywać nas brudnymi? Wiedziałam, że jestem czysta, jeśli nie czystsza od każdego z nich! Dzieci zaczęły na nas pluć i bić nas przy każdej okazji. Pewnego dnia znalazłyśmy w książce do matematyki zadanie, które brzmiało: „Jeśli masz pięciu Żydów i zabijesz trzech, to ilu zostanie?”.

Zdenerwowane i przestraszone, z płaczem uciekłyśmy z Miriam do domu. Ubrania miałyśmy brudne, bo znów nas popychano i przewracano na ziemię, na zakurzonych buziach mokre ślady od łez.

– Dzieci, tak mi przykro – powiedziała mama, przytulając nas i całując – ale nic nie możemy na to poradzić. Nie martwcie się! Po prostu bądźcie grzeczne. Odmawiajcie modlitwy, wypełniajcie swoje obowiązki w gospodarstwie i czytajcie książki.

Któregoś dnia w szkole w 1941 roku kilku chłopców zrobiło kawał nauczycielce, kiedy była odwrócona do tablicy. Położyli jej na krześle ptasie jaja. Cała klasa wiedziała, że tam leżą, ale nikt się nie odezwał ani słowem. Wszyscy wstrzymaliśmy oddech, kiedy nauczycielka usiadła. Rzecz jasna, gdy dotknęła siedzeniem krzesła, jajka popękały, plamiąc jej nową sukienkę.

– Te brudne Żydówki to zrobiły! – oświadczył jeden z chłopców z klasy niemal obojętnym tonem.

– Zrobiłyście to? – spytała nauczycielka, patrząc na Miriam i na mnie.

– Nie, proszę pani, nie! – Byłyśmy przerażone. Nigdy się nie zachowywałyśmy w taki sposób, nie robiłyśmy żartów nauczycielom. Czekałyby nas niekończące się wymówki od rodziców, gdybyśmy się odważyły na tego rodzaju występek! Poza tym uwielbiałyśmy szkołę i bardzo lubiłyśmy się uczyć.

I wtedy to się stało.

– Tak, to one! – zawołały inne dzieci. – One to zrobiły! Widzieliśmy! – Wyglądało na to, że umówiły się zawczasu za naszymi plecami.

Usiłowałyśmy protestować, ale nie dało to żadnego skutku. Byłyśmy Żydówkami, więc byłyśmy winne.

Nie zadając więcej pytań, nauczycielka wezwała nas na środek klasy, żeby nam wymierzyć karę. Wysypała na podłogę suche ziarna kukurydzy.

– Klękajcie! – zażądała. Przez godzinę musiałyśmy klęczeć na kukurydzy przed całą klasą. Twarde ziarna wbijały nam się boleśnie w gołe kolana. Ale nie ten ból okazał się najgorszy. Najbardziej raniło nas zachowanie innych dzieci, które drwiły z nas, robiąc brzydkie, pogardliwe miny. Obie z Miriam byłyśmy wstrząśnięte i zdruzgotane.

Kiedy po powrocie do domu opowiedziałyśmy o wszystkim mamie, przytuliła nas i powiedziała z płaczem:

– Dzieci, tak mi przykro. Jesteśmy Żydami i musimy to znosić. Nie możemy nic zrobić. – Jej słowa rozzłościły mnie bardziej niż kara wymierzona przez nauczycielkę. Miałam ochotę sama kogoś uderzyć, walić z całych sił w coś twardego, jak te ziarna kukurydzy, rozbić je na kukurydziany proch. Czy możliwe, by było tak, jak mówiła mama?

Kiedy pod koniec dnia tato wrócił z pracy w gospodarstwie i usłyszał, co się stało, zachował się podobnie jak mama.

– Przez dwa tysiące lat Żydzi wierzyli, że jeśli postarają się dostosować, to przetrwają – powiedział. – Musimy być wierni tradycji. I starać się przystosować. – Tata dowodził, że ponieważ mieszkamy tak daleko, nazistom nie będzie się chciało po nas fatygować.

Popołudnia i wieczory przestały być spokojne. Nastoletni chłopcy, którzy należeli do węgierskiej partii nazistowskiej, ale nie mieli jeszcze ukończonych osiemnastu lat – od tego wieku mogli zaczynać służbę wojskową – często otaczali nasz dom i godzinami wykrzykiwali pod naszym adresem różne plugastwa.

– Brudni Żydzi! – wrzeszczeli. – Głupie świnie! – Rzucali pomidorami albo kamieniami, które wpadały przez rozbite szyby. Inni mieszkańcy wsi się do nich przyłączali. Czasami trwało to trzy dni, podczas których nie mogliśmy opuszczać domu.

– Tato, proszę cię, wyjdź i każ im przestać! – wołałam. Chciałam, żeby coś zrobił! Cokolwiek!

– Evo, nic nie możemy zrobić. Dlatego naucz się to znosić.

Wówczas nie mogłam tego wiedzieć, ale mama i tata z pewnością czuli, że jeśli będą próbowali powstrzymać tych młodocianych łobuzów, to zostaną aresztowani i tym samym rozdzieleni z nami. A tak przynajmniej byliśmy razem całą rodziną.

Przestraszone, tuliłyśmy się z Miriam do siebie w łóżku. Nasze siostry trzymały się z dala od okien. Wiedziałam, że też się boją. Sytuacja stawała się coraz gorsza. W czerwcu 1941 roku Węgry przystąpiły do wojny jako sojusznik, czy może raczej partner Niemiec, z ich nienawidzącym Żydów przywódcą Adolfem Hitlerem. Żydzi w innych krajach Europy zostali zmuszeni do noszenia żółtej gwiazdy Dawida, naszytej na ubraniu, żeby każdy mógł od razu rozpoznać, że są Żydami. My nie musieliśmy nosić żółtej gwiazdy, ale i tak wszyscy wiedzieli, że jesteśmy Żydami. Czuliśmy się w naszej wiosce coraz bardziej izolowani.

W przeciwieństwie do innych żydowskich dzieci w Europie Miriam i ja nadal mogłyśmy uczęszczać do szkoły z nieżydowskimi uczniami, chociaż było nam coraz trudniej ze względu na nieustające zaczepki i dokuczanie. Nasze starsze siostry, Edit i Aliz, miały szczęście, ponieważ niemieckiego, sztuki, muzyki, rysunków, matematyki i historii – przedmiotów wymaganych w gimnazjum – uczyła ich żydowska nauczycielka, która mieszkała w naszym domu.

Kiedy jesień stopniowo przeszła we wczesną zimę, dni stały się krótsze, a w naszym życiu pojawiły się kolejne ograniczenia. Nie miałyśmy odwagi bawić się na zewnątrz ani chodzić do wioski tak często jak kiedyś. Rodzice nigdy nie dali po sobie poznać, co czują, ale we mnie i w Miriam było coraz więcej lęku.

A potem którejś nocy pod koniec września 1943 roku mama z tatą nagle nas obudzili.

– Eva! Miriam! – mówili nerwowym szeptem. – Ubierajcie się! Załóżcie ciepłe ubrania, ile tylko zdołacie, na to płaszcze i wysokie buty. Nie zapalajcie świecy! Musi być ciemno. I bądźcie bardzo, bardzo cicho.

– Co… co my robimy? – odezwałam się sennie.

– Rób, co ci kazano! – mruknął w odpowiedzi tata.

Założyłyśmy po kilka warstw ciepłej bielizny pod sukienki i poszłyśmy do kuchni. W świetle żaru bijącego od paleniska ujrzałyśmy nasze starsze siostry. One też były grubo okutane ubraniami, a ich twarze wyglądały w cieniu jak wyciosane z kamienia.

Tato zebrał nas wszystkie cztery razem i rzekł szeptem:

– Dzieci, nadszedł czas, że musimy wyjechać. Spróbujemy się przedostać przez granicę do drugiej części Rumunii, w której nie rządzą Węgrzy, gdzie będziemy bezpieczni. Chodźcie za nami i pamiętajcie, żadnych hałasów.

Gęsiego, z tatą na czele i mamą zamykającą tyły, wymknęliśmy się z domu w ciemność. Na zewnątrz było zimno i wietrznie. Ale ja miałam w głowie tylko jedną myśl: znaleźliśmy się w kłopotach, wielkich kłopotach. I uciekamy.

W ciszy, jedno za drugim, skierowaliśmy się do tylnej bramy, znajdującej się na skraju sadu. Tuż za bramą biegły tory kolejowe. W nocy nie jeździły nimi żadne pociągi. Wokół panowała cisza, przerywana jedynie cykaniem świerszczy i od czasu do czasu krzykiem nocnego ptaka. Wiedzieliśmy, że jeśli pójdziemy wzdłuż torów, to za mniej więcej godzinę znajdziemy się w bezpiecznej części Rumunii. Po dotarciu do bramy na końcu posesji tata nachylił się, żeby otworzyć zasuwkę.

– Stać! – rozległ się krzyk. – Jeszcze krok i będę strzelać!

Młody węgierski nazista celował do nas z pistoletu. Grupa nastolatków w opaskach ze swastyką i w czapkach koloru khaki pilnowała naszego gospodarstwa; obstawili tylne wyjście, żebyśmy się nie wymknęli. Nikt z nas nie wiedział, od jak dawna tam czekali.

Бесплатный фрагмент закончился. Хотите читать дальше?