Emi i źródło EkryTekst

0
Recenzje
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa


Polecają:


Źródło

Źródło biło w samym środku wyspy Ekry, w najwyższym jej punkcie – na szczycie góry, zwanej przez kalijów cudowną.

Nigdy nie wysychało. Jedna łyżeczka jego wody, wylana w najgłębszej jaskini, nawadniała podczas suszy całą wyspę, zaś w czasie zarazy dawała strumieniom moc uzdrawiania.


Cudowna góra była tak wysoka, że jej szczyt tonął w chmurach. Prawie pionowe ściany bez żadnej roślinności, urozmaicone sterczącymi gdzieniegdzie półkami skalnymi, wyglądały jak gigantyczny szary stożek przez pomyłkę wstawiony w zieleń Ekry.

Trzeba było niezwykłych umiejętności i wyjątkowej odwagi, aby w ogóle rozpocząć wspinaczkę na tę górę. I trzeba było być kalijem źródła, aby zaczerpnąć z niego wody.

Najdzielniejsi kalijscy wojownicy co jakiś czas podejmowali próby przyniesienia cudownej wody. Bo dawno nie padało i las nie rodził już tak ochoczo niezwykłych roślin, więc kalijowie – chcąc nie chcąc – musieli zacząć uprawiać ziemię swymi delikatnymi dłońmi. Bo silny wiatr przywiał z dalekich stron wirusa grypy, a kalijowie nie życzyli sobie na grypę chorować. Najdzielniejsi z dzielnych zazwyczaj dawali radę. Wspiąć się. I zejść. Bez wody.

O tym, że wodę z góry może przynieść wyłącznie kalij źródła, wiedzieli już starożytni kalijowie. Kolejne pokolenia próbowały – bo może jednak… Bo po co pracować, skoro można wziąć jedzenie z lasu? Bo po co chorować, skoro można wyzdrowieć z pierwszym łykiem wody ze strumienia? Nic z tego. Kalijskie źródło było nieugięte. Cudowna woda cofała się przed każdym, kto nie był kalijem źródła, a i jemu dawała tylko tyle, ile potrzebne było do uratowania wyspy. Ani kropli więcej.

Dzielni wojownicy opowiadali, że szczyt góry jest zupełnie płaski. Wygląda jak szare koło z niebieską kropką pośrodku. Koło jest tak małe, że z trudem mieści się na nim jeden kalij. A ta kropka to źródło. Gdy ręka wojownika zbliża się do wody – niknie ona w głębi skały, jakby w tunelu. Żaden kalijski wojownik nie jest w stanie zmieścić tam dłoni. Otwiera więc maleńki róg na wodę, przywiązuje go do swojej liny i opuszcza ku źródełku. A ono cofa się i cofa, aż skończy się lina. Dzielny kalij poddaje się więc, zwija linę i rozpoczyna wędrówkę w dół – po górze, z której szczytu nie widać ziemi.

Narodziny Emi

Wija, akuszerka, powitała Emi na świecie jak każdego nowo narodzonego kalija.

– Witaj, Piękny, mały kaliju, niech życie będzie dla ciebie łaskawe – powiedziała, podnosząc dziecię w kierunku nieba. Po chwili dodała coś, czego nie mówiła jeszcze nigdy w swoim dość długim już życiu. – Witaj, kalijko źródła, niech twoja misja powiedzie się. Kalijowie cię potrzebują.


Nida, matka Emi, przytuliła małą córeczkę do serca. Patrzyła na niebieskie pasmo we włosach dziewczynki, a z jej oczu płynęły łzy. Chciała dla swojego dziecka zwykłego życia. Tymczasem na barkach tego maleństwa spoczywała odpowiedzialność za losy wszystkich kalijów, a pewnego dnia wyruszy ono na śmiertelnie niebezpieczną wspinaczkę, aby uratować kalijski ród.

O narodzinach kalija źródła Wija musiała poinformować starszyznę. Zwołała ją jeszcze tego samego dnia. Jedenastu kalijów, najbardziej zasłużonych dla rodu, siedziało w kamiennej sali, zastanawiając się, co takiego ma im do powiedzenia dwunasty, najmłodszy z ich grona.

– Czekają nas ciężkie czasy – rozpoczęła Wija.

W sali zaległa cisza. Ciężkie czasy mogły oznaczać suszę, wojnę lub zarazę. Jedenaście par oczu patrzyło na Wiję wyczekująco.

– Narodziła się kalijka źródła – oznajmiła w końcu Wija.

Teraz cisza zamieniła się w harmider. Kalijowie mówili jeden przez drugiego, nikt nikogo nie słuchał.

– Spokój! – krzyknął Rubo. – Spokój! – krzyknął jeszcze raz, mocno uderzając swoją laską w podłogę. – Rozumiem wasze emocje, ale – na moc źródła! – jesteście starszyzną kalijów! Powściągnijcie je!

Kalijowie zamilkli.

Rubo kontynuował:

– Masz rację, Wija, nadchodzą ciężkie czasy. Narodzenie kalija źródła zawsze je zwiastuje. Jednak zwiastuje też coś innego. Ratunek. Wyspa chce dać nam wodę. Będziemy jej potrzebować – i dostaniemy. Musimy tylko odpowiednio wychować kalijkę źródła.

Dokument chroniony elektronicznym znakiem wodnym

This ebook was bought on LitRes

Jak wychować kalijkę źródła

Witaj, Nida – powiedziała Wija, wchodząc do małego domku w lesie.

Nida popatrzyła na nią niepewnie.

– Miło cię widzieć, Wija. Mam nadzieję, że przynosisz dobre wieści.


– Starszyzna zdecydowała, że mała zostanie z wami – zakomunikowała Wija.

Nida odetchnęła z ulgą. Nowo narodzeni kalijowie źródła nie zawsze mogli mieszkać w swoich domach. Jeżeli rada starszych uznawała, że rodzina nie podoła wychowaniu cudownego dziecka, po prostu je zabierała. Kalij źródła stanowił dobro całego rodu. Nie można było ryzykować, że coś z jego wychowaniem pójdzie nie tak, jak trzeba.

– Lamisie, Pam, Emi zostaje! – zawołała Nida.

– Emi? – zapytała Wija. – Nie wybraliśmy jeszcze imienia.

– To piękne imię dla kalijki źródła – szepnęła Nida.

– Dobrze. Niech będzie Emi – zgodziła się po chwili zastanowienia Wija – jednak pamiętajcie, jej wychowanie musi przebiegać dokładnie według zaleceń starszyzny. Kalijowie ksiąg wiedzą, co jest dla niej najlepsze.

– Oczywiście, Wija, rozumiemy jej przeznaczenie – powiedział Lamis.

– Starszyzna uznała, że jesteście w stanie zapewnić jej odpowiednie warunki. Ma wzrastać otoczona miłością, w atmosferze spokoju i bezpieczeństwa.


– Damy radę – uśmiechnęła się Nida, przytulając Emi.

– Nie spodziewam się problemów w tym zakresie – odpowiedziała Wija i kontynuowała: – Spędzajcie jak najmniej czasu w domu. Kalij źródła ma wychowywać się w lesie. Ma czuć wyspę. Uczyć się pełzania na mchu, stawiać pierwsze kroki przy drzewach. Najlepiej, aby spała w lesie. Dobrze, Nida, tylko czasami. Tak, można z tym poczekać, aż będzie miała kilka miesięcy. Kalij źródła od urodzenia ma mieć kontakt ze zwierzętami. Nie bójcie się, nie skrzywdzą jej. I z wodą – musi pływać jak ryba. Nie zaniedbajcie tego. Gdy skończy trzy lata, zacznie intensywną edukację, by w wieku lat szesnastu dysponować wiedzą niezbędną dla członka rady starszych.


– W radzie nie ma nikogo poniżej sześćdziesiątego roku życia – wtrącił zdumiony Lamis.

– Nie wiemy, kiedy będziemy potrzebować jej umiejętności, Lamisie, musi być gotowa jak najwcześniej. Jest kalijką źródła, nieprzeciętną pod każdym względem. A teraz najważniejsze – po pierwszych urodzinach ma zacząć naukę wspinania i strzelania z łuku. To są kluczowe umiejętności kalija źródła. Bez nich nie wypełni swej misji. Raz w miesiącu wizytę złożą wam przedstwiciele starszych, którzy sprawdzą postępy Emi. Jeżeli nie wywiążecie się odpowiednio ze swoich obowiązków, będziemy musieli znaleźć jej innych opiekunów.

– Poradzimy sobie – zapewnili równocześnie Lamis, Nida i Pam.

– Dbajcie o nasz mały cud. W waszych rękach jest los wszystkich kalijów. Starszyzna wam zaufała. Do zobaczenia za miesiąc – Wija skinęła głową i opuściła domek.

Pozostało w nim czworo szczęśliwych kalijów.

– Mamy Emi – szepnął pierwszy z nich.

– Mamy Emi – powtórzył drugi.

– Mamy Emi! – krzyknął trzeci.

– Bluuum – potwierdził czwarty, unoszony już w ramionach matki towarzyszącej mężowi i starszej córce w tradycyjnym kalijskim tańcu wdzięczności.

Siostry

Oj, Pam – marudziła Emi – ciągle się uczę i uczę. Nie mogłabym już iść do lasu? Proszę cię, Pam, jutro się pouczę. Przecież jeśli mam wejść na tę górę, to muszę ćwiczyć wspinanie. I strzelanie z łuku. Po co mi ta cała nauka?


– Emi, jesteś kalijką źródła – wyjaśniła jak zwykle cierpliwie Pam. – Spoczywa na tobie ogromna odpowiedzialność. Musisz być nie tylko sprawna, ale i mądra. Za kilka lat zasiądziesz w radzie starszych. Będziesz decydować o losach kalijów.

– Mama na pewno nie kazałaby mi się tyle uczyć! – Tego argumentu Emi używała rzadko i dlatego czasami działał, choć trochę skracając czas nauki. Dzisiaj się nie udało.

– Mama jest na wojnie, Em, a o twoim wychowaniu decyduje starszyzna. Za kilka dni znów nas odwiedzą – powiedziała Pam stanowczo. – Jeśli okaże się, że nie robisz wystarczających postępów, zabiorą mi ciebie – zakończyła smutno.

 

– Już dobrze, Pam, już dobrze, będę najpilniejszą uczennicą na świecie i nigdy się nie rozstaniemy, nie martw się! – zawołała Emi, mocno przytuliła siostrę i szybko wróciła do książek.

Pam była kalijką ziemi. Miała długie włosy – tak jasne, że prawie białe, z jednym brązowo-zielonym pasmem, duże błękitne oczy i – jak wszyscy kalijowie – duże, zakończone w szpic uszy oraz duży, trójkątny nos. Była – znów jak wszyscy kalijowie – wysoka i smukła oraz – jak ich większość – łagodna, spokojna i poważna. Emi stanowiła jej wierne odbicie. Różniła się jedynie kolorem pasma we włosach, wzrostem i usposobieniem. Była dzika, radosna i nieokiełznana.

Pam miała siedemnaście lat, gdy ich rodzice pojechali bronić Ekry przed gardami. Była za młoda na wojnę, jednak wystarczająco dorosła, aby zająć się wychowaniem dwuletniej wówczas siostry – oczywiście ściśle według wskazań starszyzny.

Od tego momentu minęło osiem lat. Pam bardzo tęskniła za Nidą i Lamisem. Opieka nad Emi osładzała jej ten trudny czas i pozwalała zapomnieć niekiedy o trwającej wojnie. Emi też tęskniła za rodzicami, chociaż trochę mniej niż Pam. Prawie ich nie pamiętała. Chciała, aby wrócili, wiadomo, szczególnie że Pam tak na tym zależało. Ale… ale Emi miała Pam, las i górę. I była najszczęśliwszą kalijką na wyspie.

Codziennie budziła się z uśmiechem na ustach. I codziennie, zaraz po przebudzeniu, wybiegała boso na łąkę, gdzie rozpoczynała swój taniec wdzięczności dla świata i słońca, będący specyficzną, nieco dziką odmianą tradycyjnego tańca kalijskiego.

Zawsze tak robiła, mimo że Pam zabraniała tego niezwykle stanowczo.

– Wybieganie z ciepłego posłania wprost na zimną i mokrą trawę może się źle skończyć, Em! Możesz dostać skurczu, przewrócić się, połamać, uderzyć w głowę albo rozdeptać jeża! – tak lub podobnie wołała Pam.

– Kocham cię, Pam – odpowiadała wtedy z uśmiechem tańcząca Emi. – Nie bój się o mnie.


Pam była najlepszą siostrą na świecie. Oraz najlepszą nauczycielką. To Pam nauczyła Emi strzelać z łuku, pływać, czytać, pisać i liczyć. Podsuwała książki opowiadające historię Ekry, opisujące świat jej roślin oraz zwierząt. Uczyła jak – w zgodzie z naturą – korzystać z jej dobrodziejstw, i wprowadzała w świat kalijskiej sztuki – słowem – Pam dbała o to, aby Emi potrafiła, rozumiała i wiedziała to, co każdy dobry kalij potrafić, wiedzieć i rozumieć powinien – a nawet znacznie więcej.

Wspinać Emi nauczyła się sama. Gdy skończyła pierwszy rok życia, zaczęła radośnie i uparcie zdobywać kolejne szczyty – od szczytów pniaków w ogrodzie począwszy. W wieku pięciu lat wspinała się tak dobrze, że żaden kalij z całej wyspy nie mógł się z nią równać. Mimo to nieustannie ćwiczyła.

– Pam, skończyłam, mogę już iść? – zapytała teraz z nadzieją w głosie.

– Oj, Emi, minęło zaledwie dziesięć minut – zaśmiała się Pam. – Naprawdę trzeba było tak marudzić?

– No przecież – uśmiechnęła się Emi. – To mogę?

– Idź – westchnęła Pam – tylko uważaj na siebie.

– Jasne. Obiecuję, że nie spadnę z urwiska, nie utopię się w rzece i nie pójdę na wojnę z gardami. Na razie!

– Emi, dobrze wiesz, że kalij źródła jest zbyt cenny, aby iść na wojnę. Gdyby nie to, że musisz ćwiczyć wspinanie, pewno w ogóle nie wychodziłabyś z domu.

– Tak? A nie kazali wam przypadkiem wychowywać mnie w lesie? – Emi porwała swój łuk – i już jej nie było.

Po chwili wróciła.

– Zapomniałam cię uściskać, najlepsza siostro świata! – szepnęła jej do ucha, nadrobiła niedopatrzenie i zniknęła na dobre.

Бесплатный фрагмент закончился. Хотите читать дальше?