Mój kumpel JeremiTekst

Z serii: To lubię
0
Recenzje
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa


Dokument chroniony elektronicznym znakiem wodnym

This ebook was bought on LitRes


Piegus

– No podaj! – krzyknąłem do mojego najlepszego kumpla Jeremiego. – Dawaj!

Dziś rano w parku obok placu zabaw znaleźliśmy dziurawą piłkę i graliśmy nią przez cały dzień. Stara futbolówka z wielką dziurą, bez powietrza, choć już dawno straciła swoje krągłe kształty, okazała się zupełnie fajną zabawką. Od kilku godzin dostarczała nam niesłychanie dużo frajdy.

– Masz! – wrzasnął Jeremi i kopnął piłkę wysoko w górę.

Patrzyłem, jak wystrzępiony, podarty kulisty zbitek wznosi się nad drzewami i po chwili, poddając się sile ciążenia, opada na ziemię. Był na wysokości ławek, gdzie rozsiedli się zwolennicy cienistych alejek, bo choć nadchodziła jesień, słońce grzało jeszcze niemal jak w środku upalnego lata. Moja koszulka była mokra od potu, a sól na wargach przypominała, że znów trzeba napić się wody.

– Dałeś czadu, stary! – Pobiegłem w stronę, gdzie wydawało mi się, że piłka musiała upaść.

Jeremi zatrzymał się w połowie drogi, odgarnął włosy z czoła. Postanowił nie ścinać ich w czasie wakacji i teraz jego jasna grzywka sięgająca policzka spadała mu na oczy za każdym razem, gdy wykonywał zbyt gwałtowne ruchy. Najwyraźniej nie chciało mu się już grać albo coś zupełnie innego przyszło mu do głowy, bo stał na środku trawnika, nie kwapiąc się, żeby mi pomóc.

– Zostaw! – zawołał. – Mamy fajniejsze rzeczy do roboty!

– Poczekaj! – Nie zrozumiałem, co miał na myśli. Nie mogłem sobie przypomnieć, żebyśmy się na coś umawiali. Cały dzień spędziliśmy w parku i naprawdę świetnie się bawiliśmy.

– Chodź! Daj sobie spokój z tym flakiem! – Jeremi zrobił w tył zwrot i ruszył przed siebie, nie oglądając się na mnie.

Odkąd pamiętam, a znaliśmy się od przedszkola, taki właśnie był – lubił czasem chodzić własnymi drogami. Zdarzało się, że zupełnie nieoczekiwanie wpadał na jakiś pomysł i biegł, nie mówiąc mi, o co chodzi. Ktoś, kto nie znał dłużej Jeremiego, mógłby uznać, że jest po prostu zarozumiały albo niezbyt towarzyski.


– Zaraz się znajdzie! – krzyknąłem za nim.

Pomyślałem, że piłka jest fajna i moglibyśmy zarekwirować ją na zawsze. Super się odbijało takim kapciem i może jeszcze kiedyś ją wykorzystamy.

– Tego szukasz? – usłyszałem nad głową.

Wygramoliłem się spod ławki. Przede mną stało trzech wyrostków. Jeden z nich, ten najwyższy w czerwonej czapce z daszkiem, trzymał w ręku naszą piłkę. Dwóch pozostałych patrzyło na mnie z niechęcią. Byli przynajmniej ze dwie głowy wyżsi ode mnie. Włosy ułożone na żel, nieskalanie czyste buty w typie sportowym i markowe bluzy. Wyglądali jak bliźniacy w tych swoich dresach. Nie sprawiali sympatycznego wrażenia i wolałem nie wdawać się z nimi w dyskusję.

– No! Dzięki! – Chciałem wziąć czym prędzej piłkę i sobie pójść, ale dryblas w czapce pozwolił mi jej dotknąć, a następnie cofnął ręce. Cała trójka wybuchła śmiechem.

– Nie tak szybko! Dostałem tym flakiem w głowę, więc musisz mnie przeprosić. – Chłopak splunął mi pod nogi i gdybym nie zdążył się przesunąć, jego ślina znalazłaby się pewnie na moim bucie.

Koledzy znów zarechotali chórem.

Byłem pewien, że stroili sobie ze mnie żarty, że piłka nikogo nie trafiła, spadła sobie beztrosko na trawnik i potoczyła się pod ławkę. Jeślibym teraz go przeprosił, pewnie śmialiby się ze mnie do rozpuku. Co, jeślibym tego nie zrobił? Może nie odzyskałbym piłki. Nie zamierzałem odpuścić, bo futbolówka była nasza i nawet jeśli już trochę wysłużona, i nie przypominała piłki, to my ją znaleźliśmy.

– No, piegusie! Przeproś! – Wyrostek z piłką wyraźnie tracił cierpliwość.

[no image in epub file]

Faktycznie, moja twarz jest cała w piegach. Miałem je od zawsze, a latem przybywa ich wraz z ilością czasu spędzonego na świeżym powietrzu i słońcu. Nic na to nie mogę poradzić. Zdążyłem się do nich przyzwyczaić, jak do swoich ciemnobrązowych, kręconych włosów i jasnej karnacji. Są i już. Nikt nie zwraca na nie uwagi.

Ostatni raz w pierwszej czy drugiej klasie Tymek nazwał mnie piegowatym koczkodanem i zaczęliśmy się przepychać. Wtedy pan Krzysztof, nasz wychowawca, rozdzielił nas i całej klasie opowiedział historię o tym, jak będąc pięcio- czy sześciolatkiem spędzał wakacje w gospodarstwie swoich dziadków. Była tam gęś, która bardzo lubiła za nim chodzić. Wkrótce stali się nierozłączni i pan Krzysztof nadał jej imię Emma. Chodziła z nim po mleko do sąsiedniego gospodarstwa i do kiosku po gazetę dla dziadka, nad staw i do lasu, i po jagody.

Pewnego dnia Emmie wykluły się małe gąski. Była niezmiernie szczęśliwa, troskliwie się nimi opiekowała, a kiedy trochę podrosły, dumnie spacerowała z maluchami po podwórku. Niestety którejś nocy do komórki, gdzie nocowały gęsi, zakradł się lis i zadusił maluchy. Emma była w rozpaczy, bardzo, ale to bardzo za nimi tęskniła. Nikt nie wiedział, co zrobić, by ją pocieszyć. Przestała jeść i gęgać na kury i indyki, jak to miała wcześniej w zwyczaju. Siedziała smutna w cieniu jabłoni i tylko na noc wracała do komórki.

Pewnego dnia Emma zniknęła i choć szukali jej do wieczora, przepadła jak kamień w wodę. Pan Krzysztof znalazł ją dopiero po dwóch dniach za stodołą sąsiada. Emma za żadne skarby nie chciała się stamtąd ruszyć. Okazało się, że ktoś podrzucił tam maleńkie kocięta i Emma zaopiekowała się nimi. Spały wtulone w jej ciepły puch. Została więc ich mamą i opiekowała się nimi tak długo, aż podrosły i stały się samodzielne.

– Różnorodność – tłumaczył nam pan Krzysztof – panuje wszędzie – wśród zwierząt, roślin i ludzi. Tylko od nas zależy, co z tym zrobimy.

Od tamtego czasu nikt mnie już nie przezywał. Aż do dzisiaj.

Nim zdążyłem zastanowić się, co odpowiedzieć dryblasowi, nadbiegł Jeremi. Chyba wyczuł, o co chodzi, bo od razu zbliżył się do chłopaka w czapce i wyrwał mu energicznie piłkę.

– Przepraszamy. Nie chcieliśmy – wycedził naprędce i odwrócił się na pięcie, rzucając do mnie: – Wiejemy!

Gnaliśmy przez trawniki, nie zważając na wylegujących się spacerowiczów, którzy prażyli się na kocach bądź piknikowali w cieniu. Nie wiem, ile butelek z wodą przewróciłem i ile kanapek rozgniotłem, próbując je przeskoczyć. Tamci biegli za nami i niewiele brakowało, żeby nas dogonili. Obaj wiedzieliśmy, że musimy jak najszybciej znaleźć się nad stawem, gdzie znajdowała się nasza tajna baza. Aby czym prędzej dopaść krzewów, przy brzegu przebiegliśmy skrótem koło kiosku, w którym niedawno ktoś zaczął sprzedawać przekąski i napoje. Schowaliśmy się za jedną ze ścian i poczekaliśmy, aż nas miną, a potem wróciliśmy na drogę, wpadliśmy w gęstwinę i przedzierając się przez chaszcze, dotarliśmy do naszej kryjówki. Nie było mowy, żeby nas tutaj znaleźli.

Rok temu na początku lata wybudowaliśmy z gałęzi szałas. Był świetnie ukryty w samym środku zarośli, żeby nikt nie mógł nas znaleźć. Podłoże wyściełaliśmy suchymi liśćmi, po pierwsze, żeby można było usiąść, a po drugie, ponieważ w ziemi wykopaliśmy dół, a w nim trzymaliśmy trochę niezbędnych rzeczy na wypadek, gdyby trzeba było podreperować szałas: sznurek, stary tępy scyzoryk, kamień, który służył nam za młotek, i – nie wiedzieć po co – trochę zardzewiałych gwoździ. Mieliśmy więc bazę i własną flagę, którą uszyła nam moja babcia Marysia. Naszyła na niej pierwsze litery naszych imion „OJ”. „O” jak Oskar i „J” jak Jeremi. Byliśmy więc drużyną „OJ”.

– O mały włos! – Jeremi rzucił się zdyszany na ściółkę z suchych liści i trawy, a flakowatą piłkę podłożył sobie pod głowę.

Nie mogłem złapać oddechu.

– Mogliśmy nieźle oberwać. – Padłem obok.


Leżeliśmy w milczeniu, próbując ochłonąć. Szum gałęzi i odgłosy ptaków pomagały zebrać myśli. Jeremi wyjął po chwili piłkę spod głowy i przyglądał się jej z uznaniem.

– Fajna nawet. Faktycznie jeszcze nam się przyda. – Jej opłakany stan zdawał się mu teraz w ogóle nie przeszkadzać.

– Chciałem ich jakoś sprytnie podejść – wróciłem do wydarzeń w parku – żeby sami ją oddali.

– Czekałbyś do jutra. – Jeremi rzucił piłkę w moją stronę. Zrobił to zbyt gwałtownie i nie zdążyłem jej chwycić. Potoczyła się do wyjścia.

– Ale przynajmniej nie narażalibyśmy życia – zauważyłem praktycznie i podniosłem naszą zdobycz.

– No coś ty, ci dwaj bez czapek to moi sąsiedzi z klatki. Chcieli nas tylko postraszyć – oznajmił Jeremi, całkiem obojętnie patrząc w dziurę przy wierzchołku szałasu.

– Bujasz! – Spojrzałem na niego zaskoczony, ale Jeremi pokręcił głową i po chwili łypnął na mnie rozbawiony.

Zanieśliśmy się śmiechem.

To był ostatni dzień wakacji. Przez szpary pomiędzy gałęziami, z których zrobiliśmy szałas, przenikały promienie słońca i tworzyły fikuśne wzory na ścianie naszej kryjówki, o której z siedmiu miliardów ludzi na Ziemi wiedzieliśmy tylko my dwaj i nikt więcej.

 

Następnego dnia zaczynała się szkoła. Szliśmy do czwartej klasy. Wszystko miało być inaczej niż dotąd: przedmioty, nauczyciele, chłopaki ze starszych klas, których do tej pory nie spotykaliśmy zbyt często, bo uczyliśmy się w innym budynku, mieliśmy też własny plac zbaw i małe boisko. W sumie to nawet się cieszyłem, że skończyliśmy trzecią klasę. Czułem się bardziej dorosły i bardziej ważny, aczkolwiek towarzyszył mi niepokój, jak zwykle, gdy coś było mi nieznane.

Ponad wszystko bałem się o naszą przyjaźń, bardzo nie chciałem, by coś się zmieniło, by coś, co mogłoby nas rozdzielić, stanęło nam na drodze. Jeremi był najfajniejszym kumplem na świecie i za żadne skarby nie chciałem go stracić.


Początek szkoły

Kiedy chodzi się do szkoły, czas podzielony na ciasne okienka w planie lekcji, w których mieszczą się tylko nazwy przedmiotów szkolnych, płynie zupełnie inaczej. Na prawdziwe życie zostają tylko przerwy i czas po szkole, jeśli nie ma się wtedy dodatkowego angielskiego albo basenu. Dobrze, że chodziliśmy z Jeremim do tej samej klasy, bo dzięki temu spotykaliśmy się codziennie i mieliśmy okazję zajmować się naprawdę ważnymi rzeczami: ustalaniem składu drużyny, żeby wreszcie pokonać 4b w piłce nożnej, wymianą kart z piłkarzami albo giełdą kapsli, bo od drugiej klasy wszystkie chłopaki w klasie je zbierały.

Czasem też oglądaliśmy zdjęcia, które robił Jeremi. Piłka to była bardziej moja pasja, Jeremi uwielbiał fotografować, szczególnie ptaki. Miał ich całe mnóstwo na zdjęciach i potrafił je nazwać. Tata podarował mu kiedyś na urodziny aparat, z którego Jeremi był bardzo dumny. Pewnego dnia wyszedł z nim na podwórko, zobaczył szczygła i zrobił mu zdjęcie. Tak to się zaczęło. Godzinami obserwował ptaki i wytrwale wyczekiwał na najlepsze ujęcie. W ubiegłym roku wygrał nawet fotograficzny konkurs przyrodniczy. Bardzo go za to podziwiałem, bo sam nie miałem tyle cierpliwości, by ich wypatrywać. Oglądanie zdjęć to co innego.

Trudno wracało się po wakacjach do tego uporządkowanego świata pełnego nowych zasad. Lekcje wlokły się jak gluty z nosa, a nowi nauczyciele sprawiali wrażenie, jakby początek roku i dla nich był udręką. Staraliśmy się przetrwać.


Pewnego wrześniowego dnia Jeremi przyszedł do szkoły bardzo smutny. Właściwie to wpadł w ostatnim momencie na polski, gdy pani Aniela, nasza wychowawczyni, zamykała drzwi. Klapnął obok mnie i rzucił plecak pod ławkę, nic nie mówiąc.

– Co jest? – zapytałem zdziwiony.

Jeremi wyglądał na wyjątkowo przygnębionego.

– Nic. – Położył głowę na ławce i spojrzał w okno.

Pani Aniela sprawdziła listę obecności i rozejrzała się po klasie.

– Kto przeczyta pracę domową? Może Jeremi? – spojrzała zachęcająco na mojego kumpla.

Jeremi wyprostował się i przez chwilę wahał się, co ma zrobić. W końcu, ociągając się, wstał i spuścił głowę.

– Gdzie masz zeszyt? – zapytała pani Aniela.

– Nie mam pracy domowej, proszę pani – wybąkał cicho.

– Czemu tego nie zgłosiłeś? Masz limit nieprzygotowań – zdumiała się pani Aniela. – Każdemu może się zdarzyć, że zapomni albo nie odrobi lekcji z ważnych powodów, a tak muszę ci postawić jedynkę. Robię to niechętnie, mój drogi – westchnęła nauczycielka.

– Dobrze. – Jeremi stał z czerwonymi uszami całkowicie zrezygnowany. Nie poznawałem go. Był kompletnie nieswój. – Przepraszam, czy mogę pójść do pani doktor?

– Źle się czujesz? – zaniepokoiła się pani Aniela.

– Boli mnie głowa – wyjaśnił Jeremi.

Zauważyłem, że trzęsą mu się ręce.

– Oskar, idź z nim, proszę!

Wyszliśmy z sali, odprowadzani wzrokiem przez całą klasę. Na korytarzu Jeremi oparł się o ścianę.

– Co jest? – spytałem, patrząc mu w oczy.

Dolna warga Jeremiego lekko zadrżała. Chyba nie zamierzał się rozpłakać?

– Saba jest ciężko chora – wyrzucił w końcu z siebie, a po policzkach spłynęły mu łzy.

– Wyliże się – próbowałem go pocieszyć. – Pamiętasz, jak ją znaleźliśmy? Była wtedy w fatalnym stanie i doszła do siebie. Na pewno znajdzie się jakieś lekarstwo.

– Tak, ale teraz to co innego. Ma bardzo słabe serce. Lekarz tak powiedział. – Jeremi wytarł nos w rękaw bluzy.

Sabę znaleźliśmy zimą dwa lata temu, szwendając się pewnej soboty bez celu po parku. W nocy ścisnął mróz i na rzece pojawiła się cienka warstwa lodu, zbyt cienka, by wejść na staw, ale spodobało nam się rzucanie patykami i obserwowanie, jak suną po iskrzącej się, gładkiej nawierzchni na sam środek.

W ciągu dnia nieco się ociepliło, zdjąłem nawet kurtkę, bo bieganie w poszukiwaniu patyków bardzo mnie rozgrzało. Przytargałem na brzeg duży drąg, mieliśmy rzucić go razem i Jeremi schylił się, by chwycić go za drugi koniec. Wtedy go zobaczyliśmy, po drugiej stronie – duży, rudy, bardzo wychudzony pies z podkulonym ogonem. Utykając, schodził do wody stromym brzegiem. Pewnie chciał się napić, ale nie mógł z powodu lodu.


– Chodź! – zawołał Jeremi. – Musimy mu pomóc.

Rzuciliśmy drąg i pognaliśmy zboczem w stronę psa, ześlizgując się po mokrych liściach. Nawet przed nami nie uciekał, tkwił w miejscu, patrząc na nas prosząco.

– No chodź! Zgubiłeś się? – Mój przyjaciel przemawiał łagodnie, zbliżając się do psa, a kiedy znalazł się tuż przy nim, przykucnął, by mu się lepiej przyjrzeć. Pies położył uszy i usiadł. Miałem wrażenie, że to on stara się nawet bardziej niż my, by nas nie przestraszyć.

– Wygląda trochę jak wilk – Jeremi wyciągnął ostrożnie rękę.

– Może komuś uciekł? – zgadywałem.

– Raczej nie. Zobacz, ta obroża to tylko kawałek sznurka. Poza tym jest strasznie chudy. – Jeremi pogłaskał psiaka za uchem. Długa rudawa sierść była skołtuniona. Pies przymrużył oczy z zadowolenia. – Zresztą to dziewczyna.

– W takim razie pewnie jest bezdomna – ciągnąłem dalej swoje przypuszczenia. – Widać, że dawno nikt jej nie głaskał.

Obaj spojrzeliśmy w wielkie, smutne oczy, w których malował się teraz cały bezkres błękitnego nieba, a może raczej tęsknota za pełną miską i miękkim legowiskiem w zamian za bezgraniczną miłość. Jeremi zaczął grzebać w kieszeniach. W końcu rozpiął kurtkę i wyciągnął pasek ze spodni.

– Co robisz? – zapytałem, widząc, jak mocuje pasek przy sznurku na szyi psiny, która wcale się nie sprzeciwiała.

– Zabiorę ją do domu. Przecież nie może tu zostać – oświadczył, z zapałem upychając bluzę w spodniach, żeby lepiej się trzymały.

Poprowadziliśmy psa w stronę osiedla, gdzie mieszkał Jeremi, zatrzymując się od czasu do czasu, by mój kumpel mógł podciągnąć spodnie, bo patent z bluzą nie wypalił i te co rusz się zsuwały. Psiak kulał, ale szedł za nami posłusznie. Chyba rozumiał, że nie może zostać sam w parku, że nic dobrego już go tam nie spotka.

Jeszcze tego samego wieczora Jeremi zadzwonił do mnie z wieściami na temat psiny.

– Ma na imię Saba, wiesz. Rodzice pozwolili mi ją zatrzymać. – Był bardzo podekscytowany. – Będę ją codziennie wyprowadzał, na razie na krótkie spacery, bo ma naciągnięte ścięgno w lewej łapie.

– To dlatego kulała – wtrąciłem.

– Tak. Teraz dużo śpi, ale to dobrze, bo musi wypoczywać. Tak powiedział weterynarz. Super, że mi pomogłeś. Dzięki!


– No coś ty! Przecież jesteśmy kumplami.

Prawdę mówiąc, byłem bardzo dumny, że uratowaliśmy Sabę, i trochę zazdrościłem Jeremiemu, że to on się nią zaopiekował. Choć myślę, że moi rodzice nie zgodziliby się na psa ze względu na naszego kocura Pafnucego, który, jak większość kotów, ze wszystkich zwierząt na świecie najbardziej lubił samego siebie i nie zamierzał zmieniać tego stanu rzeczy.

– Nie masz gorączki.

Pani Małgosia, nasza szkolna pielęgniarka, wyjęła termometr i z troską popatrzyła na Jeremiego. W gabinecie było jasno i ciepło. Uwielbialiśmy tam chodzić, gdy tylko nadarzała się okazja.

– Zrobię ci specjalną herbatkę na zmartwienia. Oskar, ty też chcesz?

– Poproszę. Czy Jeremi musi iść do domu? – zapytałem ze szczerą troską, bo naprawdę martwiłem się o mojego kumpla, i choć on teraz myślał pewnie tylko o Sabie, ja miałem w pamięci, że przed chwilą Jeremi miał dostać jedynkę z polskiego za nieodrobienie pracy domowej. Chciałem coś zrobić, żeby pani Aniela zaniechała wpisania jej do dziennika.

– Będzie dobrze. Saba będzie żyć tyle, ile jest jej dane, nie możesz tego zmienić. Ale najważniejsze, że ma ciebie, dach nad głową i dobrą opiekę. – Pani Małgosia sięgnęła po pudełko z chusteczkami. Jeremi wytarł nos.

– No właśnie, mogła trafić gorzej – pocieszyłem chlipiącego wciąż przyjaciela.

– Uważajcie! Gorąca. – Pani Małgosia podała nam dwa kubki herbaty. – Lawenda z melisą. Pomaga na wszelkie troski i koi nerwy. A na przerwie porozmawiam z panią Anielą.

Nasza pani pielęgniarka była naprawdę w porządku.

– A czy może pani wspomnieć, że Jeremi, i ja też, postaramy się nadrobić zaległości? – pociągnąłem nieśmiało temat.

– Jakie zaległości? – Pani Małgosia spojrzała na mnie nie mniej zaskoczona niż mój kumpel.

– No te zaległe prace domowe, notatki z lekcji i tak dalej. Wie pani, trudno się skupić w takich warunkach.

Pani Małgosia uśmiechnęła się do nas, a może bardziej do własnych myśli, a potem usiadła przy biurku, gdzie stał jej komputer.

– Rozumiem. Jeden za wszystkich, wszyscy za jednego. Wspomnę o tym. – Mrugnęła do nas, a mnie ulżyło.

Nawet Jeremi się rozchmurzył, dmuchając w kubek pełen aromatycznego napoju.

Taki był początek roku szkolnego. Wcale niełatwy.


Kilka dni później poszedłem z Jeremim do niego do domu i bawiliśmy się z Sabą. Nie wyglądała na chorą, była wesoła i merdała ogonem, gdy rzucałem jej piłkę. Lecz podobno choroba była w środku – niewidzialna, sprawiała, że Saba szybko się męczyła. Miałem nadzieję, że ten weterynarz, o którym wspomniał w szkole Jeremi, pomylił się w sprawie stanu jej zdrowia. To się przecież mogło zdarzyć. Dorośli też czasem nie mają racji, choć rzadko się do tego przyznają.


Chłopak w czerwonej czapce

Zapytałem kiedyś mamę, czy można mieć tajemnicę przed najlepszym kumplem. Odpowiedziała, że jeśli tajemnica ma być niespodzianką, to z pewnością nic nie stoi na przeszkodzie, żeby ją przez jakiś czas ukrywać przed kolegą. Na przykład, gdy zbliżają się jego urodziny i ma się zamiar sprawić mu przyjemność, przygotowując bez jego wiedzy jakiś drobiazg. Gorzej, jeśli coś przed nim ukrywamy, bo boimy się prawdy. Wtedy taka tajemnica jest bliska kłamstwu.

– Tylko szczerość buduje prawdziwe relacje. Kłamstwo je niszczy – dodała na koniec.

Miałem jedną taką tajemnicę – niespodziankę przed Jeremim. Lubiliśmy jeździć na rowerach, pruć przed siebie, nie myśląc o niczym. Mój rower był używany. To był ostatni prezent od mojego dziadka i wcale mi nie przeszkadzało, że nie ma zbyt wielu przerzutek ani zaczepu na bidon. Rama jest porysowana, a siodełko mocno przetarte. I tak jest to najfajniejszy jednoślad na świecie, bo przypomina mi czas, gdy żył dziadek, który zabierał mnie na pierwsze dalekie rowerowe wypady. Jednak chociaż tak bardzo lubię mój rower, piekielnie boję się na nim zjeżdżać ze stromych zboczy, szczególnie tego koło rzeki. Ale to nie jest ta tajemnica, o tym Jeremi wie.

Moim marzeniem było pokazać Jeremiemu, że pokonałem swój strach. Po kryjomu przed nim ćwiczyłem więc zjazdy na wale przy rzece, kiedy Jeremi miał dodatkowy angielski albo kiedy jechał do taty, bo jego rodzice pół roku temu się rozstali i teraz Jeremi odwiedzał tatę co drugi weekend. Zabierał nawet ze sobą Sabę, no i oczywiście aparat, bo jego tata mieszkał teraz na obrzeżach miasta w dużym domu i Jeremi nieraz ustrzelił tam niezłe okazy ptaków. Najbardziej podobało mi się zdjęcie z myszołowem, gdy ten gotów do ataku obniżył lot tuż nad wykoszoną łąką. Polował. Jeremi ujął go z przodu i miało się wrażenie, że leci prosto na niego. Ja też bardzo chciałem zaskoczyć kiedyś mojego przyjaciela, zaimponować mu. Dlatego uparcie ćwiczyłem i choć nie szło mi jeszcze zbyt dobrze, bo pokonanie strachu to coś więcej niż tylko trening, nie poddawałem się.

 

To była ta moja tajemnica i długo zastanawiałem się, czy to w porządku ukrywać przed nim, co planuję, ale rozmowa z mamą wszystko wyjaśniła. Pewnego dnia z pewnością mu pokażę, że nie jestem tchórzem. To będzie niespodzianka. Byłem więc spokojny.


Właśnie w taki weekend, kiedy Jeremiego nie było, wybrałem się nad rzekę, żeby trochę pozjeżdżać. Szło mi już całkiem nieźle, ale chciałem się rozpędzić, puścić hamulce, poczuć pęd w kołach, a to wymagało jeszcze trochę wprawy. Tego dnia trenowałem chyba ze dwie godziny. Byłem z siebie bardzo zadowolony. Udało mi się zjechać kilka razy, wyhamowując dopiero przy samej wodzie, i prawie w ogóle nie czułem strachu, no może raz, jak o mały włos nie wjechałem do rzeki.

Zasuwałem teraz bardzo szybko, żeby zdążyć do domu, nim zrobi się ciemno. Rodzice nie lubią, kiedy wracam po zmroku. Nie wszędzie są ścieżki rowerowe i aby unikać jazdy ulicą, musiałem przebijać się ponurymi podwórkami.

Był szary październikowy dzień. Z ciemnej chmury, która zawisła tuż nad moją głową, kilka ciężkich kropel deszczu spadło mi na nos. Zatrzymałem się w połowie trasy, w bramie starej kamienicy, skąd można było skrócić sobie drogę, omijając ruchliwą szosę.

Zapiąłem szczelniej kurtkę przeciwdeszczową i chciałem ruszyć dalej, kiedy coś, a raczej ktoś, przytrzymał mnie za rękaw. Obejrzałem się. Był to chłopak w czerwonej czapce, ten sam, którego kilka tygodni wcześniej spotkałem w parku. Poznałem go od razu, choć czerwony daszek wystawał mu teraz tylko spod czarnego kaptura bluzy. Miał niezły rower i spodnie zabłocone aż do kolan.

– Jesteś mi winien przeprosiny, piegowaty łosiu! – wymamrotał zadowolony z żartu na mój temat. – Łoś. Dobre, nie?

– Nie mam zamiaru cię przepraszać i przestań mnie tak nazywać. – Znów podjąłem próbę ruszenia z miejsca, ale ten trzymał mnie mocno.


– Bo co? Nie przeprosiłeś mnie wtedy, w parku. – Splunął mi pod nogi. Widocznie miał taki żałosny zwyczaj wyrażania swojej niechęci wobec innych. – Możemy to inaczej załatwić.

– Co załatwić? Nie robię interesów z takimi obwiesiami. – Wskoczyłem na rower, no i wtedy z kieszeni spodni wypadł mi telefon prosto pod koła roweru tego tyczkowatego gbura. Chciałem go podnieść, ale tamten był szybszy. Kopnął komórkę w bok i sam ją podniósł.

– Jak chcesz z powrotem swój badziewiasty telefon, to odpal mi pięć dych. Będziemy kwita.

– Co? – Byłem zszokowany. – To nie fair! Oddawaj!

Chciałem mu zabrać moją własność, ale przeszkadzał mi rower, więc kiedy wyciągnął rękę do góry, nie miałem szans, żeby jej dosięgnąć.

– Jutro przed szkołą spotkamy się przy moście. Tylko nikomu ani słowa, bo będę wtedy bardzo wściekły i przetestuję tę tandetę na wodoodporność w rzece.

Chłopak znów splunął zadowolony, tylko po co pluć, kiedy pada? I tak miałem już mokre buty i kilka kropel wody więcej nie robiło mi różnicy. Pojechał. Zostałem sam. Jednak trochę się przestraszyłem, no bo co powiem, kiedy wrócę do domu bez telefonu?

Wydawało mi się, że droga powrotna trwała wieczność. Rozpadało się na dobre. Jechałem, rozchlapując wodę na boki. Lampka z przodu pulsowała bladym światłem. Czułem, jak krople potu spływają mi po czole.

Było już zupełnie ciemno, kiedy otwierałem drzwi do klatki. Wstawiłem rower do komórki i pobiegłem na górę.

– Gdzieś ty się podziewał?! – krzyknęła zdenerwowana mama, kiedy stanąłem w drzwiach kuchni. – Przecież umówiliśmy się, że wracasz przed zmrokiem.

– Martwiliśmy się – wtrącił się tata. – Wiesz, jaka jest umowa, Oskar?

Oboje przygotowywali kolację i tata miał na rękach olbrzymie rękawice kuchenne. Wyglądał trochę jak robot. Mama kroiła cebulę, miała całkiem załzawione oczy.

– Przepraszam – wybąkałem. Czułem, że pieką mnie policzki z przejęcia, a może z wysiłku.

– Już dobrze. Myj ręce, zaraz siadamy do stołu! – poprosiła spokojnie mama. – Twoja komórka jest wyłączona. Nie mogliśmy się dodzwonić. Eliza, kolacja!

– Rozładowała się – wycedziłem po cichu i powlokłem się do swojego pokoju, żeby sprawdzić, ile mam oszczędności.

Po drodze wpadłem na Elizkę, moją starszą siostrę, która ze słuchawkami na uszach i z przymrużonymi oczami wyszła właśnie ze swojego pokoju, kołysząc się w rytm muzyki.

Nie korzystam zbyt wiele z telefonu, ale nie chciałem go stracić. Może powinienem powiedzieć prawdę i mieć to z głowy? Ale i tak nie dostałbym drugiego telefonu, a do tego rodzice zabroniliby mi wypadów na rower czy do parku, a to byłaby już klęska. Siedzenie w domu od rana do nocy – nie, to nie wchodziło w grę! Poza tym mogli też pójść na skargę do szkoły, a wtedy miałbym przechlapane. Dobrze, że założyłem sobie blokadę ekranu. Przynajmniej tyle.

To trochę mnie uspokoiło. W skarbonce znalazłem siedem złotych, a po przeszukaniu kieszeni wszystkich ubrań dobrnąłem do dziesięciu. Musiałem do rana skołować cztery dychy.

Pomyślałem o Jeremim, ale on raczej nie mógł mi pomóc. Po pierwsze, u niego zazwyczaj też kiepsko jest z kasą. Zwłaszcza teraz, kiedy zostali sami z mamą. Po drugie, pewnie by się śmiał, że dałem się wyrolować.

Podczas kolacji skubnąłem trochę pieczeni autorstwa taty i sałatki okraszonej maminymi łzami. Nie miałem apetytu.

Po jedzeniu zapukałem do pokoju Elizki, bo tylko to przyszło mi do głowy.

– Czego? – usłyszałem, gdy włożyłem głowę do jej pieczary.

Jakiś czas temu zażyczyła sobie, że chce mieć ściany w kolorze fioletu. W środku było więc megaponuro, zwłaszcza że korzystała tylko z małej lampki nad łóżkiem. Punktowe światło rzucało skąpą smugę na pościel, gdzie siedziała. Zmywała czerwony lakier z paznokci. Pewnie jutro nie pasowałby jej do ubrania. Wolałbym chyba chodzić w tym samym, żeby kolor się zgadzał, niż ciągle przemalowywać pazury.

Nawet nie podniosła głowy, gdy stanąłem nad nią.

– Jestem zajęta – wymamrotała pod nosem niezbyt uprzejmie.

– Pożyczysz trochę kasy? – zapytałem niepewnie, bo był to raczej drażliwy temat między nami.

– Na co ci? – Jak na starszą siostrę zatroskaną teraz wyłączne swoim wyglądem, była dość czujna.

– Muszę oddać dług Jeremiemu. – Wiedziałem, że to pytanie może paść, więc byłem przygotowany.

– Ile? – Nawet na mnie nie spojrzała.

– Cztery dychy – wyszeptałem najciszej, jak potrafiłem, łudząc się, że to coś pomoże.

– Co? Aż tyle?! Myślałam, że pożyczyłeś od niego na kanapkę albo jogurt w szkole.

– Masz mi pożyczyć? – Nie zamierzałem jej wtajemniczać.

– A co będę z tego miała? – Teraz Elizka przeszyła mnie wzrokiem, jak przystało na piętnastolatkę, która umiejętność bycia starszą siostrą ma opanowaną do perfekcji. Na to też byłem przygotowany. Wiedziałem, że możemy dojść do porozumienia jedynie na drodze uczciwej transakcji.

– Mogę opróżniać za ciebie zmywarkę do czasu, aż ci nie oddam kasy.

– Zmywarka i kuweta Pafnucego.

Czyszczenie kuwety kocura należało do naszych obowiązków. Elizka tego nie znosiła. Kiwnąłem głową, bo dalsze negocjacje nie miały sensu. Moja siostra z tryumfem otworzyła szufladę biurka i wyjęła pudełko, gdzie trzymała swoje skarby.

– Masz! – Machnęła mi przed nosem pogniecionymi banknotami.

– Dzięki! – Ucieszyłem się, że tak gładko mi poszło, i wymknąłem się czym prędzej, by nie narażać się na dalsze komentarze.

Następnego ranka miałem zamiar odebrać telefon i zakończyć sprawę. Ale mój plan się nie powiódł, bo choć czekałem do ostatniej chwili, chłopak się nie zjawił. Przez cały dzień w szkole myślałem o tym, co teraz zrobię. Nie mogłem się na niczym skupić. Na kartkówce z angielskiego zapomniałem znaczeń jakichś banalnych słówek, a na wuefie naraziłem się na pośmiewisko, potykając się o materac i wykonując zamiast skoku wzwyż żenujące lądowanie pod poprzeczką.

W czasie długiej przerwy poszedłem na trzecie piętro z nadzieją, że może spotkam chłopaków, którzy byli z dryblasem wtedy w parku, i podpytam o niego. Drzwi do sal były otwarte. Większość siedziała w środku w małych grupach, oddając się pogaduszkom. Szedłem, przyglądając się smutnym ścianom podpieranym przez nielicznych zblazowanych nastolatków, dla których szkoła to tortura i marnowanie czasu. Uderzyła mnie surowość pustych tablic, opatrzonych jedynie suchymi informacjami dotyczącymi bieżących spraw. Korytarze klas czwartych i piątych były dużo bardziej kolorowe, pełne plakatów, ogłoszeń i malunków.

Nagle ktoś złapał mnie za rękaw i wciągnął do męskiej toalety.

– Nie było cię! – syknął drągal w czerwonej czapce. Najwidoczniej bał się, że ktoś może nas podsłuchać.

– Miałem na ósmą, nie mogłem dłużej czekać. – Wyjąłem kasę z kieszeni. – Dawaj komórkę!

Бесплатный фрагмент закончился. Хотите читать дальше?