Boli tylko, gdy się śmieję...Tekst

Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa


Spis treści

Karta redakcyjna

LISTY

Ewa Lipska, Stanisław Lem

Ewa Lipska, Tomasz Lem

ROZMOWY

Rozkosze motoryzacyjne

Nikomu się nie śniło

Między czosnkiem a wiecznością

Źródła ilustracji

Przypisy

Opieka redakcyjna: MACIEJ ZARYCH

Redakcja: ANNA PAWLIKOWSKA

Korekta: BARBARA GÓRSKA, ANITA KASPEREK, JOLANTA STAL

Projekt okładki i opracowanie graficzne wersji papierowej: MAREK PAWŁOWSKI

Fotografia na I stronie okładki: ELŻBIETA LEMPP

Redakcja techniczna: ROBERT GĘBUŚ

Skład i łamanie: Edycja

© Copyright by Tomasz Lem

© Copyright by Ewa Lipska

© Copyright for this edition by Wydawnictwo Literackie, 2018

Wydanie pierwsze

ISBN 978-83-08-06692-8

Wydawnictwo Literackie Sp. z o.o.

ul. Długa 1, 31-147 Kraków

tel. (+48 12) 619 27 70

fax. (+48 12) 430 00 96

bezpłatna linia telefoniczna: 800 42 10 40

e-mail: ksiegarnia@wydawnictwoliterackie.pl Księgarnia internetowa: www.wydawnictwoliterackie.pl

Konwersja: eLitera s.c.




podobnie jak stare fotografie, wydobył z zakurzonych kartonów i pudełek Tomasz Lem.

W mojej pamięci zachowały się z nich jedynie melancholijne strzępy wydarzeń, opisy zabawnych historyjek, sytuacji, epizodów. Zaglądałam do nich z lękiem i nieśmiałością. Miałam poczucie, że włamuję się do przeszłości, do tego, czego już nie ma, co bezpowrotnie minęło i stało się jedynie tęsknotą wspomnień. Przypominało mi to wywoływanie zdjęć przez mojego ojca w naszej rodzinnej łazience, która służyła czasami jako fotograficzna ciemnia. To tam, w plastikowych kuwetach, w których znajdowały się różne chemiczne płyny, wynurzały się jak zjawy nasze twarze. Najczęściej były to zdjęcia z wakacji. Sztuczny niedźwiedź, karuzela, wycieczka w góry. Dla mnie, kilkuletniego wtedy dziecka, było to zjawisko magiczne. Podobnie czytam te listy, z których wyłaniają się obrazy z przeszłości, czasami pokryte już rdzą nostalgii. Wraca gorzki humor minionych ponurych czasów i lęk, aby się nie powtórzyły... Dzisiaj takich listów nie piszemy. Wysyłamy e-mailowe komunikaty, które lądują potem w elektronicznym koszu. Czasami jakaś wiadomość zapisze się w chłodnej, nieczułej, bezlitośnie obojętnej pamięci komputera. Może warto w naszym codziennym zabieganiu na chwilę się zatrzymać i popędzić co tchu w przeszłość.

Ewa Lipska

Stanisław Lem podczas spotkania z czytelnikami w Berlinie Wschodnim, 1983.

Kraków, 12 maja 1983

Drogi Panie Stanisławie,

Drodzy Państwo,

ponieważ moja starcza pamięć nie jest pewna, czy Pan jest solenizantem majowym, czy listopadowym, pozwoliłam sobie skreślić poemat okolicznościowy, który wraz z najlepszymi życzeniami od nas obojga przesyłam. Przepraszam za spóźnienie, ale z niczym nie mogę zdążyć. Wydaje mi się nawet, że zegary na mój widok przesuwają się szybciej... Odczuwam to w kościach, a nie w Historii (niestety), która zdaje się stać w miejscu...


Wiersz imieninowy z listu Ewy Lipskiej do Stanisława Lema z 12 maja 1983 r.

Bawiłam przez dwa dni w salonach warszawskich, pośród deszczu i burz oraz gwałtownie obniżonej temperatury. Kolegów nie opuszcza humor (wisielczy wprawdzie...). W stolicy mówi się, że podobno nie pojedziemy na olimpiadę, gdyż w Los Angeles grasują gangsterzy przebrani za aniołów. Niektórzy fruwają nawet na propagandowych skrzydłach i szkodzą sprawie pokoju[1]. Poza tym mówi się o benzynie (że leją), o kawie (że jest), o sytuacji biometeorologicznej (że kiepska). Jeżeli chodzi o kronikę personalną, to dowiedziałam się, że odszedł ze stanowiska pan M., który tyle ciepłych słów poświęcił współczesnej polskiej literaturze.

W Krakowie zimno, leje deszcz (na szczęście dla polskiego rolnictwa), a my przygotowujemy się do sezonu wędkarskiego, organizując towarzyskie narady i płynne konferencje. Tyle wieści, mało atrakcyjnych, ale brak skandali towarzyskich, nie mówiąc o obyczajowych. Serdeczności wiele przesyłamy Państwu i Panu Tomaszowi –

Ewa Lipska i Władek

Jak sprawuje się Proton[2]?

Ewa Lipska, Kraków 1980.

Wiedeń, 23 maja 1983

Droga Pani Ewo,

faktycznie jestem Stanisławem od ósmego maja i dziękuję za list z wierszem na orle i prozą na reszce. Nie wszystko ze mną dobrze, choć może będzie. 4 czerwca mam być operowany – i jeżeli pójdzie gładko, po jakichś dwu tygodniach opuszczę szpital. („Małżonko miła, twoje li to / Pod obcas wlazło mi jelito? – Małżonku mylisz się, to już / T w e wątpia muszą iść pod nóż”).

Poza tym mieliśmy trochę gości. Krzysztof Meyer, Herdera laureat[3] tegoroczon, był u nas po onych uroczystościach, na których jednak (z uwagi na powyższą prozę i rymy) świeciliśmy nieobecnością. Opowiadał dużo ciekawych rzeczy o życiu współczesnych kompozytorów naszych, największych zwłaszcza; rzeczy nieznane raczej, bo ten Związek jest dość hermeneutyczno-hermetyczny i bez pojęcia o nutach niełatwo się tam dogrzebać sensów. Od niego dopiero dowiedziałem się, że Penderecki komponuje teraz nader harmonijnie, tradycyjnie, melodyjnie, jakby konwencjonalnie. Co wszystko na wiarę przyjmować muszę. Byli też tu chwilę tylko Władek z Zosią[4]. Tomasz, dziękujący za pamięć, właśnie pod oknami chodzi w wielkim huku, bo nabył czterotaktową kosiarkę trawy z myślą o naszym klińskim ogrodzie, wszelako rozmiarów średniej szalupy, tak że do auta ni z tyłu, ni z boku wleźć nie chce (za lat pradawnych pewien młodociany sąsiad mego ówczesnego przyjaciela Romka Husarskiego[5] zbudował w skos pokoju ogromną łódź, bagatelnie zapomniawszy o tym, że dobrze byłoby ją kiedyś wodować, czego się bez rozbiórki kamienicy nie dałoby zrobić).

Skończyłem, walcząc dzielnie z przypadłościami somy, powieść[6], którą zabrał dziś mój agent do powielania i wysyłania tu i tam. Tytułu jak zwykle nie mam, alić lepsza książka bez tytułu niż na odwrót. Właśnie zbliża się burza, lecz Tomasz nie ostygł w zapałach motoryzacyjnego koszenia trawy. Żona moja porządnie umęczona domem, no i czekającym ją pobytem w czerwcu, kiedy Tomek sam bodaj pojedzie do domu, ze mną, a raczej beze mnie, bo do tej kliniki kawał drogi.

Jakoś krzywo wkręcił mi się papier w maszynę, więc naprostowałem. Chętnie bym jeszcze, z inszych schodząc planet, / Opisał życie naszego jamnika, / Ten ostrowłosy, niskonogi dzianet / Na wszystko, co mu się podoba, sika, / I żadna siła nie wstrzyma Protona, / Póki pod biurkiem kupki nie wykona. / Wierszu, starocią pachnieć mi zaczynasz, / Więc wsadzę tutaj jako nowość jaszczyk, / Bo austriacki RADCA weterynarz / Przeciw nosówce już mu zrobił zastrzyk. / Widząc atoli moich rymów nędze, / Przechodzę w prozę, czym dalszych oszczędzę.

Żona, Tomasz, Proton i ja pozdrawiamy z głuszy wiedeńskiej Pana i Panią. A co będzie dalej, to się zobaczy.

Oddany – prosząc o przekazanie najlepszych

słów wszystkim rybołówcom i ich bliskim –

pozostaję w obliczu

N.P. (nieznanej przyszłości) –

Stanisław Lem


Dokument chroniony elektronicznym znakiem wodnym

20% rabatu na kolejne zakupy na litres.pl z kodem RABAT20

Wideń, 28 września 1983

Droga Pani Ewo,

bardzo się chwali, że Pani o nas nie zapomniała. Z radością czytaliśmy, że przeszła Pani pod władzę Krepdeszyny, która – jak wiadomo – jest muzą kroju. Inna rzecz, że moda, damska zwłaszcza, nie kroju wymaga, lecz niejako na odwrót, darcia różnych szmat na strzępy, którymi należy udrapować pierwej włożone, możliwie też porozdzierane jeansy. Widać to tu z gazet. Po Niemczech[7] Wiedeń wydaje się dość biedny i uczciwie brudny, zgodnie z moją teorią względności wszelkiego bytu. Tomek nie ma teraz czasu na grę z szachowym komputerem, ale szkołę sobie chwali. Żona moja oddaje się zuchwałym gastronomicznym eksperymentom, dającym skutki lepsze lub gorsze, ale zawsze zaskakujące. Dziś uzyskała naleśniki, jakich by się najlepszy wytwórca egipskich pergaminów nie powstydził, ale onegdaj babka przewyższyła pulchnością pierzyny. Krzykliwy Władzio z żoną byli tu, ale już wyjechali i on szykuje się teraz do wykładów, zresztą mało kto nas odwiedza. Wciąż się zabieram do niedokończonej w Berlinie powieści, ale przeszkadzają mi małe robótki oraz tubylcy, znani z tzwanego austryjackiego gadania. Słodkowodnego łowcę ryb i Wiśkę[8] proszę gorąco od nas pozdrowić. Ja też łowiłem niegdyś ryby, a to, żem nigdy żadnej nie złowił, wcale tej przyjemności nie zmniejszało. Łowiłem je na patyk, nitkę i zgiętą szpilkę. Być może poznały się na skromnej jakości sprzętu.

 

Dostajemy sporo listów z kraju, od rodziny i od moich wydawców; poczta działa, ale wolniej niż w Niemczech, co daje dużo możliwości narzekania. Wizytę papieską oglądaliśmy dokładnie i długo, bo tutejsza TV pokazywała ją od rana do nocy. W miejscowych gazetach dużo o trudnościach gospodarczych, których moglibyśmy sobie życzyć. Ponieważ mieszkamy w centrum, nie ma po co używać auta i rano z eleganckim sporym koszykiem ruszam na zakupy, co zajmuje dziwnie dużo czasu. Koszule, w przeciwieństwie do Berlina, trzeba zmieniać codziennie, bo skądciś moc kurzu. Zaniepokoił mnie najbardziej wyczytany z Pani listu los dżdżownic. Obawiam się, że źle z nimi, chociaż, gdyby Rybakowi się powiodło, nie byłoby im dużo lepiej. Prawdziwy humanista-rybak łowi BEZ haczyka i oczywiście b e z przynęty. Dość postawić się na miejscu biorącej ryby, aby zrozumieć, jakie to z tamtej strony wędziska przykre. Człowiek o tak subtelnej wrażliwości powinien o tym właściwie wiedzieć, ale proszę mu tego łaskawie NIE mówić.

Mieszkamy, jak powiedziałem, w centrum, ulica jest przelotowa, lecz dzięki Bogu moja głuchota czyni zadowalające postępy. Cóż więcej mógłbym Pani napisać? Sezon turystyczny się kończy i zagranicznych baranów coraz mniej. Rozrywek mało, telewizja kiepska (ale zdaję sobie sprawę ze wzmiankowanej powyżej ogólnej Teorii Względności Wszystkiego), jajka na ogół świeże, choć bywa, że napatoczy się zaśmierdłe, papierosy mają zdrożeć, a polityczna sytuacja nie tak dobra, jak by ktoś może sobie tego życzył. Od nas wszystkich Panią i Pana Władysława gorąco pozdrawiamy i tegoż życzymy, co nam w duszy gra. Różne książki moje wciąż po świecie wychodzą i tu mi się też gromadzą, lecz vanitas vanitatum et vanitas omnia. Życzenia pięknego kroju i korzystnego szycia zasyła

oddany

Stanisław Lem

Jan Józef Szczepański i Ewa Lipska w czasie zjazdu Związku Literatów Polskich w Katowicach, 1978. W grudniu 1980 r. Szczepański został prezesem Związku i pełnił tę funkcję do jego rozwiązania w 1983 r. w ramach represji stanu wojennego.

Kraków, 15 października 1983

Drogi Panie Stanisławie,

list z Widnia przyjechał dorożką konną. Dorożka jechała blisko trzy tygodnie, co świadczy o tym, iż koń rozpustnik – wpadał po drodze do knajp, zagryzając co nieco. Popadłam w kompleksy na wieść o babkach i naleśnikach. Ja ostatnio serwuję wyłącznie ziemniaki w mundurkach, co, generalnie rzecz biorąc, wprowadza do naszej osobistej gastronomii pewną monotonię. Jeżeli chodzi o życie intelektualne, to dżdżownice napisały poemat zaczynający się od słów:

My, rosówki zdradzone

przez pisarzy od prozy,

opuszczone, zduszone

przez koterie i pozy.

My, rosówki zdradzone

i w proteście przeciwko

sprzedajemy o świcie

swoje śliskie nazwisko...

Ładne? Poemat, dziesięciozwrotkowy, został wręczony Pisarzowi Słodkowodnemu w imieniu Nieboszczek. Właśnie jutro wyruszamy na kolejne łowy, tym razem na Gdów, gdzie ponoć urodzaj większy. Ostatnio łowi się na talony, na muchy, na haczyki średniego zasięgu i na audery[9].

Moje kroje posuwają się naprzód. Opanowałam już ściegi kryte oraz plisy ozdobne. Wieczorami brnę przez Pana kryminały (właśnie czytam Mord im Waldorf-Astoria[10]), które są na szczęście tak interesujące, że pozwala mi to na stały trening w języku. Jak Państwo widzicie, życie nasze jest tak monotonne, że aż wstyd o tym pisać. Mam nadzieję jednak, że kiedyś, przy sznyclu wiedeńskim, poopowiadam Państwu takie historie, barwne i oryginalne, jakie wymyślić może tylko samo życie!

W Krakowie noce i wieczory chłodne, za to dnie piękne, ciepłe i słoneczne. Ale już niedługo tego dobrego, gdyż barometr gwałtownie spada. Następny list już mogę do Państwa pisać w nausznikach.

Serdeczności wiele dla Państwa i Pana Tomasza

od nas obojga –

Ewa Lipska

Wisełka z Kornelem przesyłają serdeczności!

Wiedeń,

31 października 1983

Droga Pani Ewo,

to ładnie, że Pani o nas nie zapomniała. W międzyczasie zdarzyło się to i owo. Zaprosił mnie na kolację Stadtrat für Kultur, ale zamiast na ucztę pojechałem do szpitala, bo zacząłem silnie krwawić (przy siusianiu). Krwawienie nie chciało ustać, no i przed 13 dniami operowano mnie, a od 3 dni jestem już w domu. Teraz muszę się traktować przez szereg tygodni jak jajko. Na szczęście moja żona nie była sama, bo akurat przyjechała z Krakowa jej siostra[11] z przyjacielem, których żeśmy zaprosili uprzednio, ale w rozkoszach zwiedzania zabytków nie uczestniczyłem, bo tylko piłem flaszkami wodę mineralną, stękałem i pochłaniałem kupy proszków.

Życzyłbym sobie, żeby był już z tym koniec. Okropnie narosła mi góra listów, na które nie odpowiedziałem. W tymże międzyczasie znaleźliśmy, nimem zachorował, domek do wynajęcia, a umowę to już w łóżku w szpitalu podpisywałem. Bardzo miły, z małym ogródkiem, tam będzie można pracować, jeżeli dalsze choróbska tylko mnie ominą.

Szwagierka odjechała dziś rano i znów jesteśmy sami, a Tomek w szkole. Abym się nie musiał wstydzić różnych austriackich starców, żona kupiła mi mgławicowo-gwiezdny szlafrok i tę chociaż mam korzyść z tamtych mało ponętnych dni. Co do wierszy, to przypominam sobie mały niestety fragment dramatu, jaki napisałem był za młodu, a to jest ze sceny, gdzie król stoi na zamordowanej królowej:

Małżonko miła, twoje li to

Pod obcas wlazło mi jelito?

Niestety dalszego ciągu nie mogę sobie przypomnieć. Ja też proszę o pozdrawianie wszystkich mnie pozdrawiających. Dostaję tu różne zaproszenia do różnych pono uroczych miejscowości, ale co najmniej przez dwa miesiące nie wolno mi się ruszyć z Wiednia, abym w razie potrzeby mógł być zawieziony na sygnale gdzie trzeba. Człowiek psuje się od środka, a dobre i to, że nie zaraz od głowy. Panią i Pana Władysława jakże lubo nieraz wspominamy na tej pustyni. Pisałem był przed chorobą to i owo, ale wszystko już kurzem przysypane, bo i kiedy teraz. Sytuacja światowa rozwija się podług mych domniemań ciemnawych, więc podług mego pomyślunku, lecz nie po mojej myśli. TV tutejsza też nudna. Łakoci pochłaniać mi nie wolno, raczej sucharki, rosołek, witaminki, takie rzeczy. Doszły mnie zmiany w lekturach z programów szkolnych. Także nasz były szef[12] pisał do mnie, a ja do niego. Scenariusz, który niegdyś napisałem z nim wg Pamiętnika znalezionego w wannie, wyjdzie teraz u Fischera jako pocket[13], co porządnie mnie uradowało, bo będą łupy do podziału. Siedzę przy maszynie, z trzydniowym zarostem (do wuja starca rzekło dziewczę raz), i patrzę ze zgrozą na 500-stronicowy maszynopis Rozmów z Stanisławem Lemem[14], który Stanisław Bereś przysłał mi do autoryzacji (nagrywał te rozmowy przed półtora rokiem w Krakowie). Może zauważyła Pani, że łatwiej mówić głupstwa niż rzeczy mądre, ja to w każdym razie zauważyłem w tym maszynopisie, bo całkiem zapomniałem, com tam do mikrofonowej tubki był naplótł. Ale też czasy były troszkę inne. Żona warzy zupę, więc nie dopisuje, tedy w jej i własnym imieniu zasełamy Państwu wyrazy tychże życzeń, które nam dusze porzą.

Oddany

Stanisław Lem


Kraków, 17 listopada 1983

Drogi Panie Stanisławie,

zmartwił nas Pana list. Mamy nadzieję, że czuje się Pan już lepiej. Na wszystkie sprawy żołądkowo-jelitowe najlepsze są zioła. Wiem to z własnego doświadczenia, gdyż sama czuję się ostatnio nie najlepiej i wróciłam właśnie do ziół, które mnie w swoim czasie wyciągnęły z otchłani. W Krakowie listopadowo, ciemno, śnieg z deszczem. Poza tym wszystko biegnie normalnie: narady, konferencje, spotkania, zjazdy. Naród się konstytuuje, zrzesza, rewizytuje, obraduje. Prowadzi się rozmowy o standardzie życia i o upowszechnianiu kultury. A ja szyję... Nic, tylko szyję. Teraz suknię średniego zasięgu, czyli poranną i wieczorową zarazem. Mam też wiele zamówień na męskie koszule nocne. Na razie mogę je wykonywać z materiałów obiciowych, gdyż właśnie takie rzucili na rynek. Przyzna Pan jednak, że obiciowa koszula nocna to jest coś! Nie ma to nic wspólnego z jakimkolwiek biciem i nie jest to też żadna aluzja polityczna (to uwagi dla dodatkowych czytelników). Fragment Pańskiego poematu jest wspaniały i szkoda, że nie pamięta Pan, co było dalej. Zawsze losy królowych (nie mówiąc już o królach) bardzo mnie interesowały. Proszę sobie wyobrazić, że telefonowała do nas Lilka z Berlina[15], z nowego mieszkania. Wzruszyliśmy się, ale zarazem zasmucili, gdyż owa Herbertstr. to był już przecież symbol. Wydawało mi się, iż jest w nie najgorszej formie, ale nie jestem pewna, czy tak jest naprawdę. Szkoda, że ludzie posiadają niezwykłe zdolności do komplikowania swoich życiorysów. Cieszymy się, że Pan Tomasz świetnie sobie radzi – byliśmy zresztą przekonani, że nie będzie inaczej. Życzymy Panu wiele zdrowia i ślemy Państwu i Panu Tomaszowi najlepsze pozdrowienia –

Ewa Lipska i Władek

Wiedeń, coś jakby

7 grudnia 1983

Droga Pani Ewo,

ponieważ mój syn wziął Pani list, żeby się nim napawać, muszę odpowiadać z pamięci. Czyżbym był pisał, że cierpię od strony narządów trawiennych? Dziwne, bo ja tu przeszedłem operację pustego miejsca, pozostałego po ekstyrpacji gruczołu krokowego, bo krwawiłem, i cierpiałem długo, tak fizycznie, jak finansowo, bo tu z opłatami szpitalnymi żartów nie ma, a ubezpieczenie nie było jeszcze w mocy, chociaż Austriacy rwali mi z konta, ile mogli. Nie powiem, abym już miał się znakomicie, ale już całkiem nieźle jednak. Wynajęliśmy domek pod powyższym adresem. Przeprowadzka naszych skromnych rzeczy przypadła na dzień, w którym zapanowała od rana ślizgawica, jakiej najstarsi wiedeńczycy nie pamiętają (padał marznący deszcz – przykre, bo gdym rano poszedł po bułki, wywaliłem się zaraz za progiem jak długi). Mimo to udało się nam wjechać razem z wozem meblowym na górę, gdzie mieszkamy (Hietzing[16]), i nawet gdy ten kolos meblowy na stojących kołach zaczął sunąć na mercedesa, udało mi się w ostatniej chwili umknąć. Przy przeprowadzce zapomnieli jednak pp. Austriacy przywieźć zamówione kartony na książki – mam ich już do cholery i trochę, głównie własnych egzotycznych wydań – i trzeba było samemu potem tachać to wszystko. Ponadto firma Dworzak, austriacka oczywiście, złamała kulę u nogi fotela, której to kuli (fotel jak z igły nowy) za cholerę nie ma i kaleki sprzęt smuci oko. Meble nabyliśmy w absolutnym minimum szwedzkiej f-my Ikea, które przychodzą w postaci strasznej ilości desek i śrubek i samemu wsio trzeba skręcać. Na szczęście Tomek nasz to opanował. Tyle że moje bardzo tanio nabyte biurko trzyma się na kołkach i gdy wzdycham, pisząc, przody szuflad odpadają, a ruszyć tego biurka na milimetr nie można, bo się całe rozleci, więc ponieważ mam pokój, w którym słońce świeci prosto w oczy, muszę spuszczać story i pisać za dnia przy lampie albo wkładać podwójne okulary słoneczne.

Budynek opery w Wiedniu, zdjęcie z lat 80.

Tomek ostatnio pochorował się na jakąś wirusówkę grypną i dziś dopiero poszedł do szkoły. Żona moja tyra od rana do nocy. Pisać nie mam kiedy, bo jeszcze kilkaset spraw jest do załatwienia, każda nieduża, ale w mnogości siła. Ciocia Auderska napisała do mnie czuły list, ale nie mam zdrowia, żeby jej odpisać. Jakiś volksdeutsch napisał w „Die Welt”, że w zachodnim Berlinie wybrałem wolność i żyję na wygnaniu (hat Exil geschlagen), więc machnąłem sprostowanko, ale dotąd nie zamieścili, choć obiecują. Maszyna do pisania, jak może zechce Pani dostrzec, wysiada. Wczoraj coś się zacięło i z braku benzyny lub oliwy użyłem płynu przeciw komarom, aby nasmarować coś, i pisze – ale JAK. Wykrzyknika w tej maszynie nigdy nie było, co wysoce z mym temperamentem sprzeczne, ale trudno.

 

Koszule nocne z materiałów obiciowych dają wielkie możliwości, prócz noszenia ich, zwłaszcza w nocy, no bo chyba drapią? Ale może naród chce się hartować? Żona moja pojedzie na drugi dzień Świąt z Tomkiem do Krakowa i będzie się bardzo chciała z Panią zobaczyć. Ja nie mogę, bo wciąż jeszcze nie zagoiło się to, co mi wypalali, i chyba dopiero na Wielkanoc, jeśli dociągnę, przyjadę. Tu okropny ruch związany z nadchodzącymi świętami i moc rzeczy oraz żywnościowych kosztowności, których nie wyliczam ze względów pryncypialnych. W gazetach szaleje tu kryzys, ale poza tym nigdzie się go jakoś nie dostrzega. Gdyby nie to, że mi się nie chce, napisałbym operę Porno, bo zdaje się, że tego jeszcze nie było. (Trzy chóry: pedałów, kastratów i robotów firmy Beate Uhse[17]); uwertura organowa (organy płciowe, rzecz jasna), klaskać można, ale wyłącznie po D. Nb. w „Quick”, magazynie RFN-owskim, jaki nabyłem, bo miało być coś o nowych superkomputerach – Sittengeschichte des Po, po naszemu – Dzieje Dupy. Niestety, silna atrofia wyobraźni autora wywołała me poważne przy lekturze rozczarowanie. Liczyłem na ogólną teorię D., na zarys historyczny, a tymczasem zwykła kapitalistyczna lipa (dawniej – nawalanka). „Był król, co bardzo wiele miast ma, / lecz goni za dziewkami, zamiast / zrachować dobrze, wiele ma miast, / gdyż tak go dusi chuci astma”. To inny kawałek z mego dzieła, jakie pozwoliłem sobie był w uprzednim liście zacytować.

Szczególnie przylepiło mi się do pamięci CHUCI-DUSI. Ostatnio jednak przeżyłem lube godziny, czytając Imię róży Umberto Eco. Znakomite i otchłanne dzieło. Zaleciłem Mrożkowi i dostałem od niego list entuzjastyczny, jakiego w życiu od niego nie dostałem. Czytałem po niemiecku. Moja wydawnica Mrs Wolff nabyła (Brace Harcourt) prawa za 4000 dolców, sprzedała już ponad 200 000 egzemplarzy. A jest to te­olo­gicz­no-fi­lo­zo­ficz­no-dy­da­kty­czno-teo­dyk­tycz­no-me­die­wis­ty­czno-ho­mo­seksu­ali­stycz­no-escha­to­lo­gicz­no-py­ro­fo­rycz­no (bo tam się pali jak cholera) sensacyjny kryminał. 660 stronic, i odczuwam szczerą zawiść do tego łotra. On miał wszystko gotowe po bibliotekach, a ja muszę wszystko dla moich światów wymyślać sam. Inna rzecz, że czasy (XIV wiek) były koszmarne, tyle że inaczej całkiem niż obecne. Inne g., inne muchy, ale woń podobna.

Chmury chwilowo zakryły słońce i widzę, co piszę. Widzę też duży kawał Wiednia w dole. Bardzo ładne mamy widoki z okien. Kupiliśmy już łopatę do odgarniania śniegu, może przez to nie spadnie. Gdyby ktoś złamał nogę na chodniczku przed naszym domem, bo ślisko, będzie miał złote życie, a ja złamane. Lilka telefonowała do nas. Ale tylko moja żona z nią mówiła. Nie wiem, czemu ta francowata maszyna nie pisze tam, gdzie należy. Może podsunę jednak Pendereckiemu myśl o tej operze i napiszę libretto wg 120 dni Sodomy de Sade’a. Kurtyna z majtek, ale nie z materiałów obiciowych. Ale on b. pobożny, więc wątpię. W „Time” czytałem, że machnął Polskie Requiem i gdzieś po Amerykach z tym jeździ.

Żyjemy bardzo samotnie, bo nie ma do kogo otworzyć gęby. Gazety straszą, czym się tylko da. W książce telefonicznej – sami Czesi, Polacy, Węgrzy, Włosi zniemczeni na Austriaków. TV nudna, filmy sprzed 30–40 lat i tasiemcowe reportaże kłótni w parlamencie. Jak tak dalej pójdzie, będę się musiał na nową maszynę zrujnować. Tracę zmysły, wzrok i słuch, ale tu wszyscy tak ryzykownie jeżdżą, że prowadzić auto mogę spokojnie dalej. Reagan uprawia aerobic – tę gimnastykę, co ją zdaje się Jane Fonda wymyśliła. Słońce wylazło i nic już nie widzę. W ostatnim „Sternie” dzieje BIUSTU (damskiego – żebym taki zdrów był). Ale wiedeński „Kurier” i „Die Krone” już nie zamieszczają anonsów pań trudniących się detaliczną sprzedażą ciał, tj. właściwie jest to leasing (bo na pewien czas tylko wynajmują te części). I wielka dyskusja, czy lepiej, kiedy są burdele, czy lepiej, kiedy zachodzi wyrobnictwo indywidualno-chałupnicze. Dlaczego nie ma Zw. Zaw. K. – nie wiem. Żona moja, biedactwo, uczy się niemieckiego, ale jakoś bezskutecznie i zadaje mi pytania z gramatyki, na które nie umiem odpowiedzieć. I to są już wszystkie wiadomości na dzisiejszy dzień. Pożyczyłbym chętnie Wesołych Świąt, ale nie śmiem tak wprost i na całego. Ale żona moja już na miejscu ustnie życzenia przekaże.

Pana Władysława gorąco pozdrawiam(y). I Pani ukłony składam(y). I Tomek też, choć nie wrócił jeszcze ze szkoły i nie wiem, gdzie podział Pani list. (B. liryczny; muszę powiedzieć, b. dużo ekspresji, zwłaszcza obiciowej).

Stanisław Lem