Maria Magdalena. Kapłanka, dama, apostołka

Tekst
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Nie masz czasu na czytanie?
Posłuchaj fragmentu
Maria Magdalena. Kapłanka, dama, apostołka
Maria Magdalena. Kapłanka, dama, apostołka
− 20%
Otrzymaj 20% rabat na e-booki i audiobooki
Kup zestaw za 56,85  45,48 
Maria Magdalena. Kapłanka, dama, apostołka
Audio
Maria Magdalena. Kapłanka, dama, apostołka
Audiobook
Czyta Lena Schimscheiner
29,95 
Szczegóły
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

Redakcja

Maria Kania

Projekt okładki

Maksym Leki

Ilustracja na okładce

© Jaroslav Monchak | shutterstock.com

Redakcja techniczna, skład i łamanie

Damian Walasek

Opracowanie wersji elektronicznej

Grzegorz Bociek

Korekta

Urszula Bańcerek

Wydanie I, Chorzów 2019

Wydawca: Wydawnictwa Videograf SA

41-500 Chorzów, Aleja Harcerska 3c

tel. 600 472 609

office@videograf.pl

www.videograf.pl

Dystrybucja wersji drukowanej: DICTUM Sp. z o.o.

01-942 Warszawa, ul. Kabaretowa 21

tel. 22-663-98-13, fax 22-663-98-12

dystrybucja@dictum.pl

www.dictum.pl

© Wydawnictwa Videograf SA, Chorzów 2019

tekst © Ewa Kassala

ISBN 978-83-7835-756-8

Dla mojej mamy, Romany Kassali,

Babć: Pauliny Kassali i Czesławy Stasikowskiej,

Ich Matek, Babek, Prababek

i wszystkich innych kobiet,

z którymi łączą mnie więzy krwi,

a które były przede mną

i które już od tak dawna są po tamtej stronie…


Izrael w czasach Marii Magdaleny, © Wikimedia Commons

PROLOG

Upadła na twarz i objęła jego stopy. Pokrywał je pustynny pył, a sandały były tak zakurzone, że nie widać było ich pierwotnego koloru. Szedł z daleka. Dopiero co wkroczył do miasta.

Podniósł rękę. Towarzyszący mu mężczyźni stanęli i otoczyli ją kręgiem. Patrzyli na nią, ciekawi reakcji Mistrza.

Niektórzy z nich wiedzieli, kim była. Maria, pani na Magdali, siostra Marty i Łazarza. Wykształcona w egipskich świątyniach, kobieta światowa, niezależna, pewna siebie, ufna w swoją mądrość, przekonana, że może wszystko. Intrygująca, kontrowersyjna, zdeprawowana. Zamożna, zbuntowana i wolna. A przy tym piękna. Jeszcze do niedawna.

Od kilku miesięcy mówiono, że wstąpiły w nią złe duchy. Że jest szalona, niezrównoważona, nienormalna. Widywano ją na pustyni i nabrzeżach, w niecieszących się dobrą sławą dzielnicach miasta, błąkającą się bez celu, płaczącą i śmiejącą się na przemian. Zawodziła cicho i łkała jak dziecko lub wrzeszczała, z całych sił drapiąc, kopiąc i wyzywając każdego, kto próbował się do niej zbliżyć. Gwałcona, bita, opluwana, wzgardzona. Kobieta z marginesu. Wyrzutek. Opętana.

Wyła jak ciężko ranione zwierzę. Na przemian posypywała głowę piaskiem, krzyczała bez opamiętania, szarpała się za włosy, drapała twarz, rozrywała resztki sukni. Z ust wydobywała się ślina zmieszana z pianą. W jej przekrwionych oczach było widać paniczny lęk, strach, cierpienie i zagubienie, ale też desperację przemieszaną z rezygnacją i bezsilnością.

Niegdyś wspaniała suknia z jedwabiu została postrzępiona i lepiła się do wynędzniałego ciała. Maria Magdalena była obolała i posiniaczona. Jej skórę pokrywały stare i świeże rany. Długie włosy, tak niegdyś starannie pielęgnowane, od dawna nie widziały grzebienia ani olejków. Zmierzwione, potargane i brudne, dopełniały obrazu upadku.

Tłum powiększał się. Ci, którzy jeszcze niedawno rzucali w nią kamieniami i opluwali, teraz patrzyli na Mistrza.

Od dawna szła za nim sława cudotwórcy, uzdrowiciela i nauczyciela. Niektórzy obwoływali go Mesjaszem, a nawet Synem Bożym. Uczniowie i gapie zastanawiali się, jak ten, według którego najważniejszym przykazaniem jest miłość, potraktuje tę, która już dawno powinna zostać ukamienowana.

A ona nie miała siły. Dłużej nie mogła. Uciekała jak śmiertelnie raniona gołębica. Z połamanymi skrzydłami, wyrwanymi piórami i potłuczonym dziobem. Skulona u jego stóp, chciała ujść od okrucieństwa, niesprawiedliwości, braku zrozumienia i losu, który od dawna wydawał się jej nieunikniony. Była na skraju. Pokaleczona do granic ludzkiej wytrzymałości, chciała umrzeć.

Równocześnie musiała wykonać ostatni wysiłek. Była go sobie winna. Sobie, babce, Wielkiej Kapłance, ojcu, matce, siostrze, bratu, przeszłości i ideałom, którym dochowywała wierności jeszcze do niedawna. Kapłankom, które nauczyły ją wiele, ale nie powiedziały, jak bardzo świat bywa okrutny, jak odrzuca odmienność i potępia tych, którzy nie dopasowują się do reguł. „Dostosuj się albo giń powinno być zasadą, której uczą młodych w świątyniach”, myślała.

I pragnęła spojrzeć w oczy temu, który nie bał się żyć po swojemu. Tak jak kiedyś, nad jeziorem Genezaret, gdy ich spojrzenia spotkały się po raz pierwszy, gdy ujrzała w nich bezmiar przestrzeni i wolności, za którą tęskniła. Teraz chciała, żeby znów na nią spojrzał, dotknął, oczyścił lub odrzucił, skazując na niebyt. Był jej ostatnią szansą na nowe życie lub śmierć, wreszcie kończącą cierpienia.

Jezus pochylił się. Wyciągnął do niej rękę. Uklękła.

Położył obie dłonie na jej głowie. Trzymał je tak przez chwilę.

– Wstań! Jesteś zdrowa – obwieścił.

Podniosła się i spojrzała mu prosto w oczy. Na jej twarzy nie było już ani śladu obłędu.

– Znalazłam umiłowanego mej duszy, pochwyciłam go i nie puszczę…1

1 Pieśń nad Pieśniami 3, 4.

ROZDZIAŁ I. KAPŁANKA

1.

Urodziła się w czepku, spod którego wychodziły ciemne, gęste i, jak na oseska, całkiem długie włosy. Gdy tylko przyszła na świat, akuszerka położyła ją przy sercu wycieńczonej matki.

– Jest zdrowa, piękna i silna, pani – oświadczyła. – Będzie miała w życiu szczęście. Czepek to gwarantuje.

– Słyszysz, maleńka? – Eucharia pocałowała paluszki dziecka.

– Jest coś jeszcze, pani. – Akuszerka zrobiła tajemniczą minę i znacząco spojrzała w stronę krzątających się w komnacie służących.

– Dziewczęta, zabierzcie naczynia z wodą, brudne płótna i wyjdźcie – zadysponowała Eucharia, rozumiejąc, że kobieta nie chce, by więcej osób dowiedziało się o tym, co odkryła. – Powinnam się niepokoić? – zapytała, gdy za służącymi zamknęły się drzwi.

– Raczej wręcz przeciwnie…

– Więc?

– Dziewczynka ma na lewej dłoni tak ułożone linie, że tworzą gwiazdę – oznajmiła akuszerka z triumfem.

Eucharia rozwarła rączkę córki.

Zobaczyła regularnie przecinające się, mocno zarysowane linie, rzeczywiście ułożone na kształt gwiazdy. Wiedziała, że dla tego, kto otrzymał taki znak, oznacza on nie tylko szczęście, ale szczególną moc, przeznaczenie do wyższych duchowych celów lub zostania przywódcą.

– To nie wszystko, pani. – Akuszerka pochyliła się i zaczęła mówić szeptem – Ma też gwiazdy na spodzie obu stóp!

– Naprawdę? – Eucharia usiadła na łożu. – Pomóż mi, jestem bardzo słaba…

Kobieta uniosła dziewczynkę tak, żeby matka mogła zobaczyć naznaczone miejsca.

– Boże drogi! Naprawdę!

– Właśnie, pani. U nowo narodzonych dzieci rzadko linie są tak wyraźne. A u niej nie dość, że je widać, to jeszcze mają kształt gwiazd!

– Nie mów o tym nikomu – poprosiła Eucharia po chwili namysłu. – Podaj mi, proszę, czarną sakiewkę, która jest w skrzyni. O tam! – Wskazała ręką, a gdy kobieta podała, o co prosiła, wyjęła z woreczka złotą monetę. – To za twoje starania. I spostrzegawczość. – Włożyła złoto w dłoń kobiety. – I proszę cię o dyskrecję. Lepiej, żeby nikt o tym nie wiedział. Ludzie nie przepadają za tymi, którzy są tak naznaczeni.

– To wspaniałe znaki – zdziwiła się akuszerka. – Bóg obdarowuje nimi tylko tych, którzy są najbliżej Niego.

– Chciałabym, żeby moja córka sama zdecydowała kiedyś o swoim losie. Żeby żadne znaki nie wpływały na to, jak będą traktować ją inni i co ona sama będzie myśleć o sobie, rozumiesz?

– Jeśli taka jest twoja wola, pani, uszanuję ją, jednak przynajmniej rabbi2 powinien wiedzieć. Taki znak to przecież naznaczenie przez Adonai3.

2 W tamtym czasie używano miana rabbi; określenie rabin powstało dopiero w II/III w. n.e.

3 Inaczej: „Pan”; imię Boga – Jahwe – było niewypowiadane ze względu na szacunek do Stwórcy.

– Pozwólmy jej dorosnąć w spokoju. To, co jest jej przeznaczone, wydarzy się nawet wtedy, gdy rabbi nie będzie wiedział o gwiazdach, czy tak?

Akuszerka spojrzała w sufit, co znaczyło, że liczy na wsparcie z nieba, bo sama nie wie, co ma sądzić. Ścisnęła otrzymaną monetę mocniej i skinęła głową na znak, że owszem, rozumie, i może bez przekonania, ale się zgadza.

– Dobrze. Niech tak będzie. Ale wiedz, pani, że pierwszy raz w życiu przyjmuję na świat dziecko z taką ilością gwiazd na dłoniach i stopach.

***

Syro klęczał przy łóżku żony. Dzień wcześniej wydała na świat zdrową, silną córkę. Ich pierwsze wspólne dziecko. Szalał z radości. Była dla niego słońcem, radością i podporą. Kochał Eucharię jak nikogo wcześniej, mimo że nie była Żydówką. Ale przecież, pocieszał się, jak mówiły stare księgi, które nie zawsze zgodnie z ich brzmieniem lubił cytować: miłość nie wybiera.

 

Poznał ją w czasie jednej z podróży handlowych do Egiptu, w domu jej rodziców. Tak jak on, należeli do elity swojej społeczności, bo byli bardzo zamożnymi kupcami. Doświadczył wtedy czegoś, w czego istnienie nie wierzył: zakochał się od pierwszego wejrzenia. Jego ciało i umysł zapłonęły po raz pierwszy. A że, niespodziewanie dla niego, spotkał się ze szczerą wzajemnością, mimo wątpliwości i obaw jej rodziców i tych, które miał on sam, wkrótce odbyła się ceremonia zaślubin.

Byli razem od dwóch lat. Dopełnieniem szczęścia miało być przyjście na świat ich dziecka.

Z poprzedniego małżeństwa zostało mu dwoje. Marta była dwunastolatką, a Łazarz niedawno obchodził dziesiąte urodziny. Ich matkę, surową i zasadniczą, Bóg powołał do siebie dużo wcześniej, zanim smutne oczy Syro zobaczyły piękną Egipcjankę.

Teraz Syro mocno trzymał ukochaną za rękę. Bał się. Wiedział, że nie jest dobrze. Od wielu godzin akuszerka nie potrafiła zatamować upływu krwi. Poród wyglądał na udany, jednak najwyraźniej coś poszło nie tak. Z każdą godziną Eucharia słabła. Jak mówią ludzie w takich sytuacjach, gasła w oczach. „Czyżby Adonai pokarał nas za to, że połączyliśmy się, nie przestrzegając praw Mojżeszowych?”, rozmyślał. „Że wprowadziłem do domu Izraela nie-Żydówkę? Pokarał mnie, tak jak kiedyś Dawida, a potem Salomona i innych?”.

Nie było jednak czasu na rozważania. Należało działać. Gdy drugiego dnia po porodzie akuszerka bezradnie rozłożyła ręce, natychmiast wezwał najlepszego medyka. Ten obejrzał położnicę, podał środki wzmacniające, które równocześnie osłabiły krwotok. Na odchodnym westchnął z rezygnacją.

– Gorączkuje, jest bardzo słaba. Upływ krwi był bardzo duży. Nadzieja tylko w Bogu. Módlcie się.

Dzieci i służba zgromadziły się w holu domostwa. W oczekiwaniu na rabbiego wszyscy cicho odprawiali modły.

– Umieram… – Eucharia była coraz słabsza. – Podajcie mi córkę…

Resztką sił przytuliła maleństwo do serca.

– Daj jej na imię Maria – poprosiła. – Jest piękne i uniwersalne. Nie chcę, by je kiedyś zmieniała, tak jak ja musiałam.

– Dobrze, ukochana. – Syro poczuł, jak coraz bardziej zaciska mu się gardło.

– Obiecaj mi coś jeszcze – skinęła, by pochylił niżej głowę. – Gdy skończy pięć lat, wyślij ją do moich rodziców.

– Jest moją córką, powinna żyć tu – zaprotestował słabo.

Kochał żonę i był gotów spełnić każdą jej prośbę. Szczególnie że czuł, jak bardzo niewiele czasu im zostało.

– Zawsze będzie twoja – zapewniła czule. – Jednak zrób to dla mnie, dla siebie i dla niej. Pozwól, by moi rodzice zajęli się jej edukacją. Niech wyślą ją do File4. A po dziesięciu latach Maria sama zdecyduje, jaka będzie jej dalsza droga. Zgódź się, proszę.

4 Wyspa na Nilu, starożytny ośrodek kultu bogini Izydy.

– To nie jest dobry pomysł…

– Znasz Izrael. Tu kobietom nie jest lekko. Niech wyjedzie. Pozwól jej poznać świat i się kształcić. Wróci tu, wierz mi. I zawsze będzie cię kochać.

Spojrzał w jej zachodzące mgłą oczy.

– Proszę także, żebyś, gdy przyjdzie ci kiedyś opuszczać ten świat, a ja będę czekać na ciebie pod drugiej stronie, zostawił jej połowę majątku.

– U nas majątek dziedziczą chłopcy…

– Więc spisz oddzielny dokument.

– A Marta i Łazarz?

– Dostaną drugą połowę. Oni przecież mają siebie. A gdy ciebie zabraknie, Maria będzie w Magdali całkiem sama. Taki podział zapewni jej spokój i godne życie na ojcowiźnie. Zabezpieczy także Martę. To moja ostatnia wola.

Gdy resztką sił uniosła głowę, z jej ust wypłynęła stróżka krwi.

– Przysięgnij – poprosiła.

– Przysięgam – obiecał, tłumiąc łzy. – Wyślę Marię do Egiptu i zostawię jej połowę majątku.

– Przysięgnij na twojego Boga.

– Przysięgam na Adonai.

Marta i Łazarz stali przy łożu i wsłuchiwali się w słowa ojca. Marta zaciskała powieki. Nie chciała pozwolić płynąć łzom.

2.

Maria była dzieckiem niezwykłym. Od małego prawie nigdy nie płakała. Mamki i nianie, które zatrudnił jej ojciec, nie mogły się nadziwić. Nie budziła się w nocy, uśmiechała się do wszystkich, wciąż gruchała w swoim dziecięcym języku, niejako cieszyła się z tego, że jest na świecie. Nie chorowała. Potrafiła godzinami leżeć w łóżeczku, sprawiając wrażenie, że rozmyśla. Gdy ktoś pojawiał się obok niej, witała go radosnym popiskiwaniem. Na widok ojca wyciągała rączki, jakby wiedziała, że powinna okazać mu miłość i wspierać go w jego samotności i cierpieniu.

– Jesteś śliczną dziewczynką – czule przemawiała do niej Marta, gdy nikogo poza nimi nie było w pokoju. – Ja nie jestem taka ładna jak ty.

Marta nie lubiła okazywania emocji. Jej matka była powściągliwa w obejściu. Zawsze zajęta ważnymi sprawami domowymi, kochała swoje dzieci ponad wszystko, ale nie okazywała im uczuć zbyt często. Męża traktowała podobnie. Była mu oddana i z zaangażowaniem prowadziła dom, tak samo, jak robiły to inne przykładne żony i matki. Dobrze zorganizowana, pomocna, wspierająca, wstawała pierwsza i kładła się ostatnia. Nadzorowała służbę, której w ich posiadłości było zawsze sporo. Mąż uważał, że mogłaby więcej odpoczywać, ale zawsze chciała dopilnowywać osobiście wszystkiego, co działo się w domu.

Marta, mimo że wciąż jeszcze nie stała się kobietą, była podobna do niej. Odziedziczyła po matce nie tylko surową urodę, ale także charakter. Była pracowita, sumienna, rzadko się śmiała, a gdy matka zmarła, jeszcze bardziej zamknęła się w sobie. Kobiecej wylewności i czułości po raz pierwszy doznała dopiero wtedy, gdy ojciec ożenił się ponownie.

Z jednej z podróży, po wielu miesiącach nieobecności w domu, wrócił z nieznajomą, którą przedstawił jako swoją żonę.

– Ma na imię Eucharia – zakomunikował. – I tak się do niej zwracajcie.

Marta wiedziała tylko tyle, że nowa żona jej ojca pochodzi z Egiptu, kraju zepsucia i upadku. Z miejsca, o którym lepiej było nie rozmawiać, bo było siedliskiem złego. Czczono tam wielu bogów, nie wiedząc, że przecież poza Adonai nie istnieje żaden inny. Kobiety tam ubierały się i zachowywały jak jawnogrzesznice, a wiele z nich, jak Marta raz usłyszała przez przypadek podczas rozmowy ojca z rabbim, miało własne majątki i mogło się uczyć. Z pochwyconych opowieści wnosiła, że Egipt to coś na kształt dawnej Sodomy i Gomory, którą Bóg za rozpustę pokarał zagładą.

Jednak Eucharia nie sprawiała wrażenia, jakby pochodziła z miejsca potępionego przez Adonai. Marta czuła, że razem z nią pojawiła się w ich domu radość, która nigdy wcześniej tam nie gościła, ale także jakaś przedziwna tajemnica, coś ulotnego, nęcącego, o zapachu dalekiej przestrzeni, niepokojącego, odległego, a jednak przecież całkiem bliskiego. To nieuchwytne coś wywoływało niepokój jej serca, drżenie głosu, zawirowanie w głowie i tęsknotę, którą nie sposób było opisać słowami.

Pewnej nocy, gdy Eucharia mieszkała w ich domu już ponad miesiąc, Marta się obudziła. Wydawało jej się, że słyszy przez cienkie ściany, jak ojciec zwraca się do kogoś, ale używa zupełnie nieznanego jej, obcego imienia. Kto w nocy mógłby być w jego komnacie?

– Kim jest Aset? – zapytała Eucharię następnego dnia.

– Skąd to pytanie, kochanie?

– W nocy wydawało mi się, że słyszę, jak ojciec zwracał się do kogoś o tym imieniu.

– Co powiedział?

– „Aset, kocham cię”.

Eucharia uśmiechnęła się promiennie i wzięła Martę za rękę.

– Jesteś już duża. Wiem, że tak mądrej dziewczynce, jak ty mogę zaufać. Czy tak?

– Oczywiście. – Marta zrobiła jeszcze poważniejszą minę niż zazwyczaj.

Ucieszyła się, że zostanie czyjąś powiernicą. I to od razu Egipcjanki, a więc tej, która ma na pewno mnóstwo sekretów. Poczuła się dorosła.

– Gdy mieszkałam w Egipcie, nosiłam takie właśnie imię. Ale, jak wiesz, to było dawno. Z miłości do twojego ojca stałam się wyznawczynią Adonai. Od czasu zaślubin jestem Eucharią. Wolałabym, kochanie, żeby nikt poza twoim ojcem i tobą nie poznał mojego wcześniejszego imienia. Ludzie w Magdali nie wiedzą, że zmieniłam miano, a razem z nim wiarę. Dochowasz tajemnicy?

– Oczywiście! – gorliwie zapewniła ponownie.

Dotrzymała słowa. Do końca życia.

Egipcjanka była zupełnie inna niż jej matka i kobiety, które znała. Nie tylko nosiła kolorowe, piękne stroje, ale śpiewała, tańczyła, śmiała się już od rana i obdarowywała świat dobrymi słowami. Gdyby Marta miała określić ją jednym zdaniem, to powiedziałaby, że jest barwnym, rozszczebiotanym, wesołym ptakiem. Przywiozła ze sobą przedziwnego kota, który nie odstępował jej na krok, ukwieciła dom, przyjęła pod dach zbłąkanego psa, czule głaskała po twarzy jej ojca. Tuliła także ją i Łazarza, bawiła się z nimi, wymyślała gry, a jedną, którą przywiozła z Egiptu, Marta polubiła szczególnie. Nazywała się senet.

Gdy ojca nie było w domu, wieczorami siadywały na dachu domostwa, gdzie był usytuowany rozległy taras, i grały.

– Kiedy byłam mała, dostałam ją w prezencie od ojca – powiedziała Eucharia, po raz pierwszy ustawiając kamienne pudełko na niskim stoliku. – On nauczył mnie zasad.

– Grałaś z nim? – nie dowierzała Marta.

Nie wyobrażała sobie, żeby jej ojciec grał z nią w cokolwiek, albo nawet dłużej rozmawiał. Syro nie zajmował się dziećmi, a jeśli już zwracał na któreś z nich uwagę, to na Łazarza. Jego zabierał czasami ze sobą w podróże, jemu wyjaśniał zawiłości świata. Jego wysłał na naukę do rabbiego.

– Oczywiście. Nauczył mnie nie tylko zasad seneta – zapewniała Eucharia, ustawiając pionki na kamiennej planszy. – W Egipcie dziewczynki są traktowane na równi z chłopcami. No bo, droga Marto, zastanów się, kochana, niby dlaczego na przykład nie mogłyby się uczyć? Przecież, żeby prowadzić interesy, muszą znać matematykę, żeby leczyć, powinny znać się na ziołach i wiedzieć, jak działa ludzie ciało, a żeby dobrze funkcjonować w świecie, powinny znać obowiązujące w nim zasady. Grajmy w senet, bo uczy nas myślenia i stosowania niekonwencjonalnych rozwiązań. Jesteś bardzo inteligentna, nauczysz się błyskawicznie, zobaczysz.

Marta lubiła tę grę nie tylko dlatego, że rzeczywiście w lot pojęła zasady, lecz przede wszystkim mogła spędzać czas z osobą, która nie tylko była dla niej jak nowy świat, ale jeszcze poświęcała pasierbicy swój czas. Słuchała jej z uwagą jak nikt wcześniej, chciała wiedzieć, co dziewczynka myśli i czuje. Dopytywała się o miejscowe obyczaje i szeroko rozwierała oczy ze zdziwienia, dowiadując się, jak bardzo rzeczywistość, w której dorastał i żył jej mąż i jego dzieci, różniła się od egipskiej.

Eucharia ani razu nikomu o tym nie powiedziała, ale uważała, że Izrael w stosunku do Egiptu jest jak opóźniony w rozwoju, odległy, zamknięty, szarobury świat. Rządzą nim wyłącznie mężczyźni. Kobiety nie mają nawet możliwości modlenia się do swojej bogini, bo jej tam po prostu nie ma. Nie tylko nie ma, nie istnieją też jej świątynie ani wyznawczynie, ani nawet miejsca, w których kobiety mogłyby się uczyć. Niby wiedziała o tym przed wyjazdem z Egiptu, bo rodzice, kapłanki i przyjaciółki ostrzegały ją przed wyjazdem do strasznego miejsca, w którym nie będzie miała wiele do powiedzenia, jednak ona wiedziała swoje. Kochała i nic innego nie było dla niej ważne.

Eucharia spędziła w Magdali tylko dwa lata. Zmarła tuż po porodzie, zostawiając po sobie rozpacz, smutek, cichy dom, kufry wypełnione kolorowymi sukniami i papirusami, szkatuły pełne biżuterii, pudło i pionki do gry w senet, kota, miłe wspomnienia i… niemowlę.

***

Marta stała się opiekunką Marii. Mamki i niańki karmiły ją, przewijały, usypiały, ale to Marta dawała jej miłość. Pierwsze miesiące życia niemowlę spędziło w kołysce postawionej na środku komnaty, która należała do Eucharii. Tuż obok ułożyła swoją matę mamka, zgodnie z rozporządzeniem pana, gotowa podawać pierś dziecku na każde jego żądanie. Syro zaglądał tam rzadko. A gdy już przychodził, stał w milczeniu i nigdy nie brał małej na ręce. Patrzył. Czasami po policzkach płynęły mu łzy, których nikt nie widział.

Gdy Maria skończyła dwa lata, za sprawą wyraźnej prośby Marty Syro zadecydował, żeby siostry zamieszkały w jednym pokoju. Od tego czasu mamka przychodziła już tylko trzy razy dziennie, a dziewczynka, poza mlekiem, zaczęła też przyjmować inne pokarmy.

Marta opiekowała się nią jak matka. Miała już czternaście lat, a od prawie dwóch – swoje kobiece dni. Czuła się odpowiedzialna za Marię, mogła ją tulić i głaskać do woli, przekazując jej i otrzymując miłość, jakiej obie potrzebowały. Były razem, wtulone i zapatrzone w siebie, jak najbliższe sobie osoby. Marta zachowywała się jak bardzo młoda matka zakochana w malutkiej córeczce.

 

Maria, gdy tylko nauczyła się chodzić, szybko nauczyła się rozkładu pomieszczeń w domu, usytuowania drzew, krzewów i ogrodu ziołowo-warzywnego. W ciągu dnia Marta czasami zostawiała ją pod opieką niani, bawiącą się w cieniu drzew. Nie lubiła spuszczać jej z oczu, ale że równocześnie, podobnie jak wcześniej jej matka, chciała dopilnowywać wszystkiego, co działo się w domu, wciąż krążyła między kuchnią, spiżarnią, pomieszczeniami gospodarczymi, komnatami mieszkalnymi i ogrodem. Miała dopiero czternaście lat, a radziła sobie z zarządzaniem posiadłością jak doświadczona kobieta. Ojciec coraz częściej zostawiał dom pod jej nadzorem i wyjeżdżał, najpierw na kilka dni, potem tygodni, a zdarzało się, że nawet na kilka miesięcy.

Pewnego dnia, gdy Marta przybiegła zajrzeć, co słychać u Marii, która bawiła się w ogrodzie, zobaczyła siostrzyczkę pochyloną i przemawiającą do kogoś w jej nieporadnym dziecięcym języku.

– Co tam masz, kochanie?

Marta używała słowa „kochanie” wyłącznie w stosunku do Marii. Pamiętała, jak bardzo lubiła, gdy właśnie tak zwracała się do niej Eucharia. Czuła się wtedy wyjątkowa i wyróżniona. Eucharia używała tego określenia jeszcze tylko w stosunku do jej ojca i do Łazarza, do nikogo więcej. Tym słowem zaznaczała, kto należy do rodziny i kto jest jej najbliższy.

Maria podniosła głowę. Spojrzała na siostrę.

– Ptaszek śpi. Aaa, lulaj, lulaj… – zacytowała słowa kołysanki, którą każdego wieczoru słyszała przed zaśnięciem.

Na trawie leżała martwa biała gołębica. Marta usiadła obok.

– Masz rację, śpi. Nie przeszkadzaj jej – poprosiła, wiedząc, że nie powinno się dotykać martwych zwierząt, bo są nieczyste i przenoszą zarazę. – Chodź do domu. Już czas coś zjeść. – Chciała ją oderwać od niebezpiecznej zabawy.

Dziewczynka nie zareagowała, wpatrzona w ptaka, więc dodała zachęcająco:

– Dostaniesz coś przepysznego. Mniam, mniam… Chodź!

Jednak mała nie ruszyła się. Ku przerażeniu Marty, wyciągnęła przed siebie małe rączki i położyła je na gołębicy. Marta zamarła.

„Co będzie, jeśli złapie jakieś straszne choróbsko?”, pomyślała.

– Nie śpij – dziecięcym głosem poprosiła Maria. – Leć! Leć, kochanie!

I wtedy stało się coś, co i Marta, i niania, która obserwowała zdarzenie z boku, wspominały później wielokrotnie. Gołębica poruszyła się, otrząsnęła, rozprostowała skrzydła i poleciała. Maria zerwała się z trawy, podskoczyła radośnie i zaklaskała w dłonie.

– Nie śpi!

Marta była tak zdumiona tym, co się stało, że nawet nie zrugała niani, która przecież nie powinna odstępować dziecka na krok, a ucięła sobie drzemkę pod drzewem.

– Powinieneś wiedzieć, że Maria ożywiła martwą gołębicę – próbowała opowiedzieć ojcu o niezwykłym zdarzeniu.

Uciął jej opowieść, zanim na dobre ją rozpoczęła.

– Takie rzeczy się zdarzają, Marto. Ptak tylko wyglądał na martwego. Jako kobieta masz prawo do egzaltacji i fantazji, wiem o tym. Ale Marii w to nie mieszaj, dobrze? Powinna mieć jasny umysł i myśleć logicznie. Nie wrzucaj jej do głowy bzdur!

Tak. Marta dała słowo i ojcu, i sobie, że będzie roztropna i racjonalna. Dobrze rozumiała, że gdyby gołębica naprawdę była martwa, nie mogłaby latać. Ojciec miał rację. To, co widziała, było tylko zbiegiem okoliczności. Obiecała sobie solennie, że nigdy więcej nie będzie myśleć magicznie. A przynajmniej będzie się starać.

Jednak nie było jej to dane.

Nie minął rok, a zastała Marię w sytuacji, która wydała się może nie tak poruszająca, jak zdarzenie z gołębicą, jednak dla niej, z powodów bardzo osobistych, była wzruszająca znacznie bardziej.

Świtało. Słońce dopiero wychodziło zza horyzontu. Dom wciąż spał.

Nie zasłoniła okna na noc. O tej porze roku nie latały jeszcze uciążliwe komary, noce i dni były chłodne. Lekkie i rześkie powietrze sprawiało, że dobrze się oddychało i spało. Jednak, żeby nie zmarznąć, trzeba było przykrywać się grubą kołdrą, a na nią narzucać dodatkowo ciepłe pledy. Obudziła się i zobaczyła, że łóżko Marii jest puste. Pomyślała, że może tylko tak jej się wydaje, a dziecko jest po prostu zagrzebane gdzieś pod kilkoma nakryciami, którymi starannie opatuliła je wieczorem. Podeszła, by to sprawdzić. Pogłaskała kołdrę delikatnie, ale na tyle mocno, by zorientować się, czy było pod nią małe ciałko. Nie było.

– O, Panie!

Rozejrzała się po komnacie. W ciemności, mimo że już nadchodził świt, nie było widać zbyt wiele. Wsunęła na nogi sandały. Zapaliła lampę. Zajrzenie w każdy kąt było jedynie formalnością, wiedziała, że jej tam nie znajdzie. Przebiegła przez sąsiednie pokoje. Ojca nie było w domu, więc jego komnata była pusta, ale i tam weszła, bo Maria czasami wykradała się nocami i szła do łoża ojca, żeby, ku jego wielkiemu zdziwieniu, przytulić się do niego. Nie było jej i tam. Ojcowskie łoże stało puste. Łazarz spał spokojnie w komnacie obok. Zeszła do pomieszczeń służby. Nikt jeszcze nie wstał. Pora była wczesna.

Wyszła przed dom. Nic. Zajrzała między drzewa, wąską ścieżką dotarła do ogrodu. Pusto. Ptaki zaczynały budzić się, słońce wstawało. Wtedy ją zobaczyła. Stała na dachu domostwa, na tarasie, gdzie często wieczorami, na wygodnych leżach, spędzały czas w oczekiwaniu na nadejście nocy. Miała rozpostarte ręce, jak do lotu. Wiedziała, że nie może krzyknąć, bo ją przestraszy. Nabrała powietrza i jak najciszej, starając się nie stukać sandałami, popędziła na dach.

Gdy weszła na taras, Maria wciąż stała w pozycji, w której zauważyła ją z ogrodu. Tyle że wyginała się w różne strony, udając, że lata. Nuciła.

– Co robisz, kochanie? – zagadnęła przyjaźnie, gdy znalazła się tuż za nią, mając pewność, że jeśliby miało stać się coś niedobrego, zdąży ją uchwycić.

– Chcę być ptakiem – oświadczyła rezolutnie mała. – Jak gołębica, która zasnęła w ogrodzie, pamiętasz?

– A ty pamiętasz?

– Tak. Odleciała do innych krajów. Chcę latać, tak jak ona – wyznała z dziecięcą szczerością. – Próbuję.

– Dziewczynki nie latają, wiesz o tym? – Roześmiała się tak, żeby jej nie urazić. – Ludzie nie latają. Bóg dał skrzydła tylko ptakom. My chodzimy po ziemi. Mamy nogi, spójrz. – Wskazała na swoje stopy.

– Ja będę latać. Zobaczysz! – zapewniła. – Będę szybować wysoko. O, aż tam! – wskazała niebo.

– Może… – Marta była szczęśliwa, że nie wydarzyło się nic niedobrego. Wciąż pamiętała słowa ojca, żeby Marii nie mieszać w magiczne lub, jak mówił, kobiece myślenie, więc nie chciała się z nią droczyć. – Chodźmy już, chyba trochę zmarzłaś?

– Nie. Jestem tu, bo mama powiedziała, że nauczysz mnie grać w senet – odwróciła się i podeszła do szafki.

– Mama powiedziała?

– Tak, dziś w nocy.

– Śniła ci się?

– Nie śniła. Przyszła, wzięła mnie za rękę i przyprowadziła tutaj. Pokazała mi, że w szafce jest gra.

To mówiąc, otworzyła dawno przez nikogo nieużywane drzwiczki. Wyciągnęła turkusowe kamienne pudełko.

– Jest! – stwierdziła z radością. – Nauczysz mnie? – Zaczęła rozstawiać pionki, jakby robiła to już nie raz.

– Mario, niedawno skończyłaś trzy lata – drżącym głosem zaprotestowała Marta, wstrząśnięta tym, co usłyszała.

Chciała jakoś zamaskować zaskoczenie i przerażenie. Bo skąd mała dziewczynka, jej kochana Maria, mogłaby znać nazwę gry i wiedzieć, gdzie jest schowana? Czyżby naprawdę w nocy odwiedziła ją matka? A jeśli nie, to skąd wiedziała coś, o czym nie miała prawa nigdy nawet usłyszeć?

– Małe dziewczynki nie grają w gry – wyszeptała.

– Ja gram – zapewniła poważnie. – Nauczysz mnie?

– Dobrze, nauczę – zgodziła się niepewnie. – Ale powiedz mi, proszę cię, skąd wiesz, jak nazywa się ta gra?

– Mówiłam ci, mama mi powiedziała. Była dziś u mnie w nocy, pokazała, gdzie jest pudełko i obiecała, że ty mnie nauczysz.

Zmrużyła oczy, bo słońce właśnie zaświeciło z całą swoją mocą.

Ten poranek Marta spędziła na uczeniu Marii zasad gry. O zdarzeniu nie powiedziała ojcu. A wiele lat później zastanawiała się, czy tamtego ranka ważniejsze było to, co Maria powiedziała jej o wizycie Eucharii i nauka egipskiej gry, czy też może zapewnienie, że będzie kiedyś latać?

***

Minął kolejny rok. Maria rosła na piękną dziewczynkę. Miała szlachetne, regularne rysy twarzy swojej matki i ostry podbródek ojca. Była bardzo inteligentna, uczyła się w lot, dużo mówiła, była nad wiek rozwinięta.

Syro podróżował. Prowadził interesy w wielu krajach, pośredniczył w handlu między Egiptem a światem na wschód od Izraela. Bardzo często nocował poza domem. A gdy był w ojczyźnie, zamiast posiadłość w Magdali, najchętniej wybierał na miejsce odpoczynku dom w Betanii. Był nieduży, ale wygodny. Z niewielkim ogrodem i sadem nie wymagał wielu nakładów. Syro trzymał tam tylko pięcioro służących. Miał tam spokój, mógł odciąć się od dzieci, nikt nie zadawał mu pytań ani go nie niepokoił. Mógł być sam. A że Marta, mimo że wciąż jeszcze bardzo młoda, zarządzała Magdalą umiejętnie, nie wahał się zostawiać posiadłości pod jej nadzorem. Czasami miał wrażenie, że domownicy pod jej kierunkiem radzą sobie lepiej bez niego i że nie wyczekują już powrotu swojego pana. Jednak, jako ojciec i głowa rodziny, czuł się w obowiązku tam bywać. Szczególnie że z coraz większą radością zauważał, jak wspaniale rozwijała się Maria. Była nadzwyczajnie bystra, otwarta, bezpośrednia i wesoła. W zachowaniu przypominała swoją matkę. Dostrzegał to on i wszyscy wokół.