Królowa Saby

Tekst
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Nie masz czasu na czytanie?
Posłuchaj fragmentu
Królowa Saby
Królowa Saby
− 20%
Otrzymaj 20% rabat na e-booki i audiobooki
Kup zestaw za 56,85  45,48 
Królowa Saby
Audio
Królowa Saby
Audiobook
Czyta Lena Schimscheiner
29,95  21,86 
Szczegóły
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

Redakcja

Magdalena Paluch


Projekt okładki

Maksym Leki


Ilustracja na okładce

© Tyrone Roshantha


Redakcja techniczna, skład i łamanie

Damian Walasek


Opracowanie wersji elektronicznej

Grzegorz Bociek


Korekta

Urszula Bańcerek


Wydanie I, Chorzów 2019


Wydawca: Wydawnictwa Videograf SA

41-500 Chorzów, Aleja Harcerska 3c

tel. 600 472 609

office@videograf.pl

www.videograf.pl


Dystrybucja wersji drukowanej: DICTUM Sp. z o.o.

01-942 Warszawa, ul. Kabaretowa 21

tel. 22-663-98-13, fax 22-663-98-12

dystrybucja@dictum.pl

www.dictum.pl


© Wydawnictwa Videograf SA, Chorzów 2019

tekst © Ewa Kassala

ISBN 978-83-7835-744-5

Dla mojego Taty, Męża i Syna




PROLOG

Po raz pierwszy ujrzałam ją, gdy miała pięć lat.

O tym, że będę jej towarzyszką i opiekunką, zdecydowali bogowie, przemawiając do mnie głosem jej ojca, króla Nikala. Gdy dotarły do niego informacje, że mam zdolność widzenia przyszłości i że pewnego dnia, gdy rozsunęłam zasłony czasu, ujrzałam jego córkę zasiadającą na tronie Saby, rozkazał wezwać mnie do pałacu.

Mury świątyni, w której się wychowywałam, opuściłam w dniu, w którym skończyłam dwadzieścia jeden lat. To wiek, w którym Srebrzysta Matka ostatecznie decyduje, jak potoczą się losy każdej z jej podopiecznych. A ja byłam jedną z nich. Byłam kapłanką Pani Księżyca.

Od tamtego czasu towarzyszyłam księżniczce nieustannie. Nie odstępowałam jej na krok, gdy rosła, kiedy stawała się kobietą, gdy zasiadła na tronie. Razem czytałyśmy egipskie papirusy i zwoje z Asyrii, studiowałyśmy mapy, spoglądałyśmy w gwiazdy, zgłębiałyśmy tajniki świata bogów, ludzi i zwierząt. Byłam razem z nią w bitwach i w czasie odbywających się z jej rozkazu krwawych egzekucji. Kłaniałam się razem z nią, gdy składała ofiary bogom w ich świątyniach, i tak jak ona prosiłam o wsparcie najpotężniejszego z nich, Illumkuha. Przemierzałam z nią piaski pustyni, gdy zmierzała do królestwa Izraela, by spotkać się z Salomonem. Obserwowałam, z jaką ufnością oddała mu swoje serce i ciało. Drżałam ze strachu, gdy porzuciła naszą odwieczną wiarę i powierzyła siebie i królestwo nowemu bogu.

Widziałam oznaki bólu, gdy rodziła syna i szczęście w jej oczach, kiedy po raz pierwszy wzięła go w ramiona. Dzieliłam z nią dumę, gdy Menelik zasiadł na tronie. Tuliłam ją, gdy rozpaczała po śmierci Salomona.

Teraz, gdy minęło tak wiele lat od momentu, kiedy zobaczyłam ją po raz pierwszy, ponownie rozchylam zasłonę czasu. Chcę wiedzieć, co nas czeka. Robiłam tak wielokrotnie w ciągu mojego długiego życia. Patrzę w przyszłość, ale to, co widzę, nie jest dla mnie do końca zrozumiałe. Dostrzegam obrazy, ale mogę się tylko domyślać, co oznaczają.

Umiejętność widzenia przyszłości jest piękna, dostępują jej tylko nieliczni. Wspanialszy od niej jest tylko potężny w swej mocy dar objawień. A ten otrzymała najmądrzejsza kobieta na świecie – Wielka Kandake, Królowa Saby, Makeda.

Rozdział I. SNY O TRONIE. Księżniczka Makeda ma pięć lat

Królestwo Saby. Mariba 1

– Będziesz jej towarzyszką i opiekunką – powiedział król Nikal. – Od teraz twoje życie, całą siebie, wszystko co wiesz i umiesz, w co w swej łasce wyposażyła cię Pani Księżyca, poświęcisz księżniczce. Masz obowiązek ją chronić, dbać o nią i otaczać opieką. Jest największym skarbem naszego królestwa. Od dziś będziesz z nią, aż do końca twoich dni. Z tego obowiązku mogę zwolnić cię tylko ja, ona sama albo śmierć. Nikt inny, ani nic innego.

Byliśmy w królewskiej komnacie. Nikal siedział na szerokim, drewnianym krześle, wyściełanym jagnięcą skórą. Klęczałam trzy, może cztery łokcie od niego. Moje czoło niemal dotykało kamiennej, gładkiej podłogi.

– Królu, to dla mnie zaszczyt – wyszeptałam tak cicho, że chyba mnie nie usłyszał.

Ze zdenerwowania miałam ściśniętą krtań. Nigdy wcześniej nie widziałam króla ani nie byłam w pałacu. Czułam się oszołomiona tym, co działo się wokół mnie. Jednak w mojej głowie wybuchała przywracająca mnie do porządku myśl, że nie mogę drżeć przed nikim, nawet przed królem, mam być przecież hemet księżniczki Makedy. Tak zdecydowała Pani Księżyca. A jej woli nikt nie śmiał się sprzeciwiać. Mimo że byłam najdzielniejszą z dzielnych, a przy tym Widzącą, przed potężnym Nikalem, słynącym z twardej ręki, na krótką chwilę straciłam pewność siebie, której na co dzień mi nie brakowało. Szybko przełknęłam ślinę i już znacznie głośniej i pewniej, unosząc przy tym głowę, powtórzyłam:

– To dla mnie honor i wielki zaszczyt, mukarrib2.

– Dostaniesz wszystko, czego potrzebujesz. – Słowa, które padły z moich ust, były dla niego oczywiste, więc przyjął je bez komentarza. – Zamieszkasz z księżniczką w jej komnacie. Od dziś będziesz nie tylko jej główną opiekunką, ale jej cieniem.

– Królu, stanie się zgodnie z twoim życzeniem – mój głos już w pełni odzyskał siłę. – Taka jest też wola Pani Księżyca.

– Wielka Kapłanka przysłała mi ciebie, zapewniając, że jesteś stworzona do roli, którą wyznaczyła ci twoja Pani. A że bogowie zawsze wiedzą lepiej od nas, pozostaje mi z pokorą, ale i radością, przyjąć jej decyzję. Wiem, że doskonale wypełnisz swoje obowiązki. Masz skórę szlachetnie czarną jak heban, jesteś silna i drapieżna. Masz zęby w kształcie ostrych grotów, jeśli więc będzie trzeba, zabijesz. A przy tym jesteś mądra. Urodziłaś się, by być i kapłanką, i wojowniczką. Twoja przełożona zapewniła mnie, że z pełnym zaufaniem mogę powierzyć ci opiekę nad Makedą. Wierzę jej. – Poklepał się po udzie, uznając, że tę część rozmowy mamy już za sobą.

W dniach, które nadeszły, szybko zauważyłam, że tak sygnalizował załatwienie sprawy i chęć przejścia do kolejnej.

– A więc wszystko jasne – stwierdził. – Teraz wstań, usiądź bliżej mnie, bo od dziś jesteś jedną z nas… – Dłonią wskazał mi niski taborecik stojący blisko tronu. – …i opowiedz mi o tym, co dokładnie widziałaś.

Pomyślałam, że w tym właśnie miejscu siadywała Makeda, kiedy rozmawiała z ojcem. Zastanawiałam się, jak się czuła, mając przed oczami jego potężne stopy obute w żołnierskie, skórzane sandały na grubych podeszwach, masywne łydki i kolana, osłonięte płótnem prostej tuniki. Czy się bała? Nie podnosiłam głowy. Król słynął z porywczości. Kapłanka nakazała mi bezwzględne posłuszeństwo wobec niego. Nie wiedziałam, jak mógłby zareagować, gdybym ośmieliła się spojrzeć mu prosto w oczy.

– Popatrz na mnie! – rozkazał, jakby wyczuł moje obawy.

Podniosłam wzrok. Patrzyłam na niego pewnie i bez bojaźni. Domyślił się, że wcześniej nie zrobiłam tego ze względu na świątynne wychowanie, nakazujące nigdy nie patrzeć bezpośrednio na osobę wyżej postawioną, zwłaszcza na króla.

– Będziesz blisko mojej córki, a więc także i mnie – tłumaczył spokojnie. – Pozwalam ci na większą poufałość, gdy jesteśmy sami. Wtedy w mojej obecności możesz stać i siedzieć, a także patrzeć mi w oczy.

– Dziękuję, mukarrib – doceniłam wyróżnienie.

– Jak masz na imię?

– Nadano mi imię Seszep-dua3, co znaczy Światło Jutra, ale kapłanki nazywały mnie zawsze Seszep, albo po prostu hemet.

– Po egipsku hemet to kapłan albo też rzemieślnik, czyż nie?

– Tak, to słowa pochodzące z kraju faraonów. Brzmią podobnie, bo i kapłan, i rzemieślnik, jako uświęceni mocą duchową, są narzędziami w rękach bogów. Tak jak każdy z nas.

– Pewnie wiesz, co mówisz – skwitował. – Jak chcesz, żeby się do ciebie zwracać?

– Hemet Seszep, mukarrib.

– Niech tak będzie. – Powtórnie klepnął się po udzie. – Zatem hemet Seszep, opowiedz mi dokładnie o twoim widzeniu. Po kolei, ze szczegółami. Chcę wiedzieć wszystko.

Zamknęłam oczy i wróciłam do tamtego dnia.

– Siedziałam nad wiecznym źródłem, panie. Długo w nie patrzyłam. Gdy byłam już gotowa, rozsunęłam zasłonę czasu…

– Jak?

Uklękłam przed nim tak samo, jak tamtego dnia przed źródełkiem, pochyliłam się tak jak wtedy, a następnie powoli i delikatnie wykonałam gest, jakbym rozsuwała dłońmi nieruchomą powierzchnię tafli.

 

Król pokiwał głową.

– Co zobaczyłaś?

– Ujrzałam Makedę siedzącą na tronie, stojącym w wielkiej sali po brzegi wypełnionej ludźmi. Był złoty, potężny, imponujący. Prowadziły do niego niskie schodki, a po ich dwóch stronach stały potężne złote lwy. Tuż obok Makedy stali Wielki Kapłan Illumkuha i Wielka Kapłanka Pani Księżyca. Widziałam tam również siebie.

– A moi synowie? Co z Sirahem i Tomajem?

– Nie było ich tam.

– Domyślam się, że mnie też nie było?

– Makeda została królową, ponieważ ty, mukarrib, umierając, przekazałeś jej władzę.

– Powiedz coś więcej.

– Co?

– Kiedy to było?

– Czekają cię jeszcze długie lata rządzenia. Twoja córka zasiądzie na tronie jako dorosła kobieta. Mówiłam ci, że widziałam tam też siebie, miałam sporo siwych włosów.

– Dlaczego żaden z moich synów nie zostanie królem? Co ma się wydarzyć? Umrą, zginą w walce? Wyjadą?

– Nie wiem, panie. Nie widziałam ich za zasłoną czasu.

Król zamilkł i zamknął oczy. Próbował ułożyć sobie w głowie to, o czym mu powiedziałam. Nie wiem, na ile mu się udało. Trwał chwilę w zadumie, po czym wyprostował się i klasnął w dłonie.

– Czas, żebyście się poznały. Przyprowadź księżniczkę! – rozkazał, gdy w drzwiach niemal natychmiast pojawiła się służąca.

Po chwili ją zobaczyłam. Wydawało się, jakby w pomieszczeniu słońce pojawiło się osobiście. Makeda miała w sobie tyle światła, że zmrużyłam oczy. Nie weszła do komnaty, ale do niej wbiegła, a wraz z nią radość, dziecięcy szczebiot i świeżość. Wiedziałam, że ma pięć lat. Była smukła, giętka, ruchliwa. Miała znacznie jaśniejszą skórę, niż jej ojciec i długie, ciemne, lekko kręcone włosy zebrane na karku w węzeł. Piękne, czarne, bardzo wyraziste oczy patrzyły inteligentnie. Była śliczna.

Stanęła na środku i z rozbrajającą dziecięcą dystynkcją, po królewsku skinęła głową ojcu i mnie na przywitanie. Uśmiechała się przy tym czarująco, lustrując wzrokiem komnatę. Gdy stwierdziła, że poza królem i mną nie ma nikogo, podskoczyła radośnie, podbiegła do ojca i wskoczyła mu na kolana.

Gdy patrzyłam na jej długie szczupłe ręce i nogi, na jej zwinne i szybkie ruchy, stanęły mi przed oczami leopardzice Wielkiej Kapłanki. Makeda miała ich grację, pewną jeszcze nieporadność ruchów, ale też uśpioną siłę i drapieżność.

– Jak dobrze, że jesteś! – zawołała, przytulając się do ojca.

Było dla mnie jasne, że takie sceny zdarzają się między nimi często. Na pewno się go nie bała, jak mi się wcześniej wydawało. I o ile w trakcie rozmowy z władcą miałam wątpliwości co do rodzaju emocji, jakie we mnie wzbudzał, w tamtym momencie go polubiłam. Ktoś, kto tak traktował córkę, musiał być dobrym człowiekiem.

Nie wydawał się zaskoczony jej zachowaniem. Objął ją mocno, a ona z zadowoleniem usadowiła się wygodnie.

– Dobrze, że i ty już jesteś z nami, hemet Seszep. – Odwróciła głowę w moją stronę.

Gdy tylko weszła do komnaty, podniosłam się z krzesełka i stanęłam w pobliżu tronu.

– Nie mówiłem ci, jak nazywa się twoja nowa opiekunka – zdziwił się Nikal. – Rozmawialiśmy, że przybędzie wysłanniczka Pani Księżyca, by stać się twoją towarzyszką i opiekunką. Mówiłem ci, że to kapłanka, która ma dar widzenia, ale na pewno nie podałem ci jej imienia. Sam przecież go nie znałem.

– Ojcze, widziałam hemet w snach. Wiem, że się pokochamy.

Makeda wyciągnęła do mnie rękę.

– Od dziś zawsze będziemy już razem. Na dobre i na złe – oświadczyła radośnie.

A gdy uklękłam przed nią i pocałowałam jej małą rączkę, dodała:

– Czeka nas wiele trudnych chwil. No… rzeczywiście sporo – mówiła, jakby przypominając sobie to, co wie, ale widząc moją minę, szybko dodała na pocieszenie, że tych dobrych będzie zdecydowanie więcej.

Izrael. Jerozolima

Był późny wieczór. Nad pałacowym tarasem rozpościerało się ciemnogranatowe niebo, na którym jasno świecił księżyc i migotały gwiazdy. Salomon stanął obok sofy, na której spoczywała królowa. O tej porze roku lubiła wieczorami wypoczywać w tym miejscu.

– Matko, jestem na twe wezwanie.

– Twój ojciec jest coraz słabszy. – Nie podniosła głowy.

Batszeba niedawno skończyła pięćdziesiąt lat, a wciąż była piękną kobietą. Co prawda jej ciemne włosy posrebrzył czas, na czole i wokół ust zaznaczyły się zmarszczki, jednak oczy wciąż miały dawny, młodzieńczy blask. Także jej sylwetka niemal nie zmieniła się od dnia, w którym po raz pierwszy dane jej było stanąć przed królem Dawidem.

Nie kryła smutku. Jej małżonek, król Izraela, od kilku miesięcy był tak słaby, że niemal nie opuszczał łoża. Udzielała jej się ta słabość, nastrajała ją refleksyjnie i skłaniała do wspomnień.

– Wiesz, że właśnie z tego tarasu zobaczył mnie po raz pierwszy? – Wskazała synowi krzesło i zaczekała, aż usiądzie. – Zażywałam wieczornej kąpieli. Nie sądziłam, że ktoś może mnie widzieć – usprawiedliwiła się. – O, tam. – Wskazała na dom o płaskim dachu, doskonale widoczny z pałacowego tarasu. – Tam wtedy mieszkałam.

Salomon znał tę historię. Tak jak chyba każdy człowiek w Jerozolimie. Jednak nigdy jeszcze nie słyszał jej z ust matki.

– Byłam wtedy żoną Uriasza. To był oddany żołnierz i dobry człowiek. Dawid uważał go za jednego z najbardziej walecznych i zasłużonych. Wydano mnie za niego bardzo młodo. Ludzie zachwycali się wtedy moją urodą i mówili, że Uriasz ma szczęście. Byłam mu potulna, powolna – westchnęła, przywołując wspomnienia. – Żona powinna słuchać męża, takie nauki wyniosłam z domu.

Salomon bardzo kochał matkę. Doskonale wiedział, że jest nie tylko piękna, ale też, a może nawet przede wszystkim, mądra i dobra. Była najwspanialszą kobietą, jaką kiedykolwiek znał. Księżniczki, które spotykał i każdą inną z dziewcząt ze swojego otoczenia, porównywał do niej. Żadna z nich nie była w stanie, nawet w najmniejszym stopniu, się z nią mierzyć.

– Uriasz był na wojnie przeciwko Ammonitom. Dowodził wtedy Joab. Oblegali Rabbę. Byłam w domu tylko ze służącymi. – Batszeba zamknęła oczy. Kiedy po chwili je otworzyła, mocno błyszczały. – Pamiętam tamten wieczór naprawdę dobrze. Zmienił przecież całe moje życie. Powietrze drżało od zapachów kwiatów i dojrzałych owoców. Nad miastem unosiła się aura tajemniczości. Czułam niepokojące wibracje. Wiedziałam, że wydarzy się coś niezwykłego. Kobiety wyczuwają takie rzeczy… Służące pomagały mi w wieczornej kąpieli. Obmywały moje ciało, potem je namaszczały, czesały włosy. Oczywiście, jak to w kąpieli, poza przepaską na głowie, byłam naga.

Salomon słuchał, nie ośmielając się poruszyć ani przerwać opowieści nawet najmniejszym gestem.

– Byłam na wewnętrznym dziedzińcu domostwa, kończyłyśmy właśnie zabiegi, gdy rozległo się donośne stukanie we wrota. Zatrwożony, nisko kłaniający się przybyszom odźwierny, wpuścił do środka królewskich posłańców. Gdy służące powiedziały mi, kto jest w naszym domu, nie mogłam uwierzyć. Wydawało mi się, że śnię. Jednak to działo się naprawdę. Szybko założyłam odpowiedni strój i pozwoliłam, by weszli dalej. Wtedy nie przeczuwałam jeszcze, co mnie czeka – ponownie przyjęła ton, jakby tłumaczyła się z tego, co wydarzyło się potem. – Usłyszałam od nich, że niezwłocznie mam się udać do pałacu. W pierwszej chwili pomyślałam, że być może coś niedobrego przytrafiło się Uriaszowi. Jednak uznałam, że gdyby nawet tak się stało, poinformowano by mnie przecież o tym inaczej. Wiedziałam jedno: wzywał mnie król. Nie powinnam więc zwlekać ani chwili. Zarzuciłam na głowę najpiękniejszy szal, jaki posiadałam i otoczona sługami Dawida, udałam się do pałacu.

– Matko, to, w jaki sposób potoczyły się sprawy, leżało w zamyśle Boga. – Salomon rozumiał jej niepokój. Wiedział przecież, co było dalej, bo o spotkaniu jego rodziców od lat krążyły w całym państwie mniej lub bardziej niezwykle brzmiące opowieści. – Na ziemi nic nie dzieje się bez boskiego przyzwolenia.

Pokiwała głową, przyznając mu rację.

– Gdy weszłam, stał tutaj. – Wskazała miejsce przy murku oddzielającym taras od miasta.

Był on na tyle wysoki, by swobodnie zakryć stojącego człowieka. Jego ażurowa konstrukcja sprawiała, że można było obserwować, co działo się na zewnątrz, równocześnie nie będąc zauważonym.

– Nie mogłaś nawet podejrzewać, że jesteś podpatrywana. – Salomon chciał ją uspokoić i zapewnić, że cokolwiek matka powie, on jest i będzie po jej stronie.

– Właśnie, to prawda. Nie mogłam…

– A poza tym, gdyby ojciec nie zaprosił cię do pałacu, nie byłoby mnie na świecie. – Roześmiał się, robiąc przy tym zadziorną minę. – Jestem wdzięczny Bogu, że pozwolił na wasze spotkanie.

Książę Salomon miał dwadzieścia pięć lat. Był wysoki, przystojny, choć niektórzy uważali, że może odrobinę nazbyt szczupły, ale przy tym jego budowa była proporcjonalna i harmonijna. Jego głowę zdobiła bujna kruczoczarna czupryna, a twarz – gęsta, krótka, starannie przystrzyżona broda. Nos miał prosty, usta niezbyt wydatne. W twarzy najbardziej widoczne były duże, ciemne oczy. Gdziekolwiek się pojawiał, przykuwał spojrzenia. Miał w sobie coś, co powodowało, że ludzie czuli się przy nim bezpiecznie. Chcieli przebywać jak najbliżej niego, bo roztaczał wokół siebie ten rodzaj blasku, który pozwala czuć, że ma się przed sobą kogoś sprawiedliwego i mądrego, kto nosi w sobie spokój i wiedzę przekazaną mu razem z krwią przodków.

– Nie wiem, jak to się stało, ale od pierwszej chwili, gdy go zobaczyłam, wiedziałam, że to mężczyzna mojego życia. Pokochałam go, zanim wypowiedział pierwsze słowa. To był moment, mała chwilka, jak rozbłysk gwiazdy na niebie. Od początku rozumiałam, że kocham go od zawsze i że zostałam stworzona po to, żeby z nim być, dbać o niego i dawać mu szczęście, i że takie właśnie jest moje przeznaczenie. To była miłość od pierwszego spojrzenia! Przy Uriaszu nigdy nie czułam czegoś podobnego.

– Byłaś i jesteś najlepszą żoną i matką, jaką można sobie wyobrazić.

– Salomonie… – Przysunęła się do niego na tyle blisko, by móc położyć dłoń na jego ręce. – Jesteś wspaniałym synem, moją dumą. Bardzo cię kocham. Dziękuję, że mnie wspierasz.

Pochylił się i ucałował końce jej palców. Uśmiechnęła się smutno i westchnęła. Pogłaskała go po włosach.

– Kochany mój, mówię to z bólem serca, bo wiem jakie to dla ciebie trudne, ale wkrótce twój ojciec odejdzie do Jahwe. Gdy to się stanie, ty zasiądziesz na tronie.

– Oby ten czas nie nadszedł nigdy. – Poparł swoje słowa zdecydowanym tupnięciem nogą. – Wiesz przecież, że Izrael nie miał, i nie będzie miał, lepszego króla, niż Dawid.

– Jak mówią księgi, wszystko ma swoje miejsce i swój czas. Twój ojciec, kierując się wolą Najwyższego, wyznaczył cię na następcę. I tak właśnie się stanie. – Wyprostowała się, żeby podkreślić nieuchronność tego, co miało nadejść.

– Może Adoniasz byłby lepszym władcą niż ja? – Przechylił przekornie głowę, czekając na jej reakcję.

Była silniejsza, niż mógł się spodziewać. Zdenerwowała się, jakby nie zauważyła, że żartował.

– Adoniasz? – Jego słowa tak ją wzburzyły, że aż wstała. – Oczywiście, że chciałby tego. Jestem pewna, że gdyby tylko mógł, już teraz zasiadłby na tronie. Ale korona Izraela nie jest mu pisana, dobrze o tym wiesz! Bóg przeznaczył ją tobie. – Wskazała go palcem. – Tobie, rozumiesz? Dawid osobiście mi to obiecał – dodała już spokojniej.

Jak nakazywało wychowanie i zwyczaje, kiedy kobieta wstawała, podnosił się również mężczyzna. Gdy więc tylko się podniosła, Salomon zrobił to samo.

– Matko, często powtarzasz, że wszystko dzieje się zgodnie z wolą Boga. Zgadzam się z tobą. Będzie więc tak, jak ma być – odparł filozoficznie, chcąc ją uspokoić, a przy tym gorąco wierząc w to, co mówi.

– On – spojrzała w niebo – pokazuje nam ścieżki, ale to my wybieramy, którą z nich pójdziemy. Mamy wolną wolę – obwieściła głośno, jakby chciała zakomunikować to całemu światu. – Trudno mi dopuścić myśl, że Adoniasz może mieć silniejszą niż ty chęć zostania królem, ale rozsądek i doświadczenie podpowiadają mi, że to, niestety, możliwe. Dlatego powinniśmy być czujni.

– Matko, Bóg czuwa nad wszystkim – uspokoił ją. – Wiele lat temu pokierował twoimi krokami tak, że zostałaś królową i urodziłaś mnie. Jeśli mam być władcą, stanie się tak, bez względu na to, jakie zakusy ma Adoniasz.

Królestwo Saby. Aksum

Do Saby należały ziemie leżące po wschodniej i zachodniej części najwęższego przesmyku Morza Czerwonego. Pałac króla Nikala, a także najważniejsze świątynie stały w części wschodniej. W skład zachodniej wchodziły liczne księstwa, między innymi Kusz, Punt i Aksum – największe ze wszystkich i najbogatsze, zarządzane przez księcia Seta.

Set, żeby utrzymać podległe mu tereny w posłuszeństwie, potrzebował żołnierzy i autorytetu Nikala. Jednak przede wszystkim niezbędne było mu jego pośrednictwo w handlu. Sam utrzymywał bardzo dobre kontakty z Egiptem, ale nie miał bezpośredniego dostępu do krajów po wschodniej stronie Morza Czerwonego, które były największymi odbiorcami towarów z Czarnego Lądu. Dla Nikala zaś, Aksum i inne księstwa na południe i w głąb kontynentu, były terenami zdobytymi przez jego przodków, należały więc do królestwa Saby. Ponieważ jak żadne inne na świecie były zasobne w złoto, kadzidło i mirrę, nie wyobrażał sobie, że mógłby je utracić.

 

Nikal miał słynącą z urody i inteligencji córkę Makedę i dwóch synów. Na następcę był przygotowywany czternastoletni Sirah. Dwa lata od niego młodszy, miał na imię Tomaj.

Książę Set miał tylko jednego syna o imieniu Den.

Set uważał, że Nikal jest słabym królem. Nie podobał mu się jego sposób sprawowania władzy i przyjazna polityka w stosunku do książąt z zachodnich ziem. Był przekonany, że gdyby to on był królem Saby, potrafiłby bardzo szybko zwielokrotnić wpływy do skarbca i sprawić, że Saba byłaby tak potężnym królestwem, że mogłaby zmierzyć się nawet z Egiptem.

Od dawna próbował przeciągnąć na swoją stronę władców Kuszu, Puntu i pomniejszych. Wiedział, że gdyby mu się to udało, mógłby jawnie wystąpić przeciwko Nikalowi. Jednak żaden z książąt nie wyrażał ochoty zawarcia z nim sojuszu przeciwko królowi. Pozostawało mu więc czekać na dogodną okazję, która prędzej czy później wreszcie nadejdzie, i podejmować skryte działania mogące osłabić Nikala.

– Nikt nie może się o tym dowiedzieć, rozumiesz? – Set wręczył zawiniątko ze złotem wysokiemu mężczyźnie z głęboką szramą na policzku. – I zrób to tak, żeby nie zostawić śladów. Żadnych!

– Stanie się zgodnie z twoją wolą, panie. – Mężczyzna nisko się ukłonił. – Nie powinno być problemu, przecież to jeszcze dziecko!

– Oby!

Książę Set odprawił skrytobójcę, który od dawna był na jego usługach. Nie chciał, żeby ktokolwiek widział ich razem. Dlatego nie wezwał go do pałacu, ale kazał mu się stawić w swojej siedzibie nad brzegiem morza, w której mało kto bywał. Miał tam dom zbudowany na palach, wśród bujnej roślinności. Lubił tam spotykać się z innymi książętami, organizować narady albo przebywać w samotności. Zabierał tam często ukochanego syna. Tak było i tym razem.

Gdy człowiek z blizną wyszedł, Set wezwał Dena.

– Masz dopiero osiem lat, całe życie przed tobą – powiedział, każąc mu usiąść naprzeciwko siebie. – Ale jesteś mądrym chłopcem, więc powiem ci coś, czego nikt poza tobą i mną nie może wiedzieć. Jesteś na to gotowy?

– Tak, ojcze. – Malec skinął głową.

Był inteligentny i twardy. Miał charakter ojca. Od najmłodszych lat dążył do postawienia na swoim w każdej sprawie i był przekonany, że jest lepszy i mądrzejszy od wszystkich wokół, co według niego oznaczało, że należy mu się od życia wszystko, co najlepsze. Tego nauczył go ojciec.

Matka była w jego życiu niemal nieobecna. Z chwilą, gdy urodziła chłopca i kapłanki orzekły, że nie będzie mogła mieć więcej dzieci, Set co prawda nie odesłał jej do jej rodzinnego domu, ale prawie nie utrzymywał z nią żadnych stosunków. Dał jej do dyspozycji najbardziej oddaloną od jego komnat część pałacu i ograniczył możliwość kontaktu z Denem.

Set ujął syna za przegub ręki.

– Wierzę ci, ale niech dodatkowo połączy nas przysięga krwi! – powiedział, wyciągając zza pasa wielki nóż.

Denowi powiększyły się oczy, bo nie wiedział, czego może się spodziewać. Ojciec był nieobliczalny i okrutny. Nie raz widział go jak własnoręcznie zabijał niepokornych poddanych lub żołnierzy, którzy ośmielali się nie zgadzać z jego zdaniem. Bał się, jednak nawet nie drgnął.

„Moja krew”, pomyślał z dumą Set i naciął sobie skórę przy nadgarstku.

To samo uczynił synowi.

– Ty i ja to jedno. W twoich i moich żyłach płynie krew naszych przodków, wielkich wojowników. Od teraz łączy nas nie tylko krew, wspólna tajemnica i dążenie do zdobycia tronu Saby.

Przyłożył krwawiącą rękę do rany syna.

– Naszym celem jest władza. Wiedz, że wszystko co robię, jest po to, żebyś pewnego dnia został moim następcą. Chcę, żebyśmy panowali nie tylko w Aksum, ale w całym królestwie. Będziemy królami całej Saby! Wszystko co robię, ma do tego doprowadzić. Almakah nam pomoże!

1J. Klinkowski, Arka Przymierza. Od Synaju do Aksum, Wrocław 2010 (pisze o Maribie, stolicy królestwa Saby, a także o czczonych tam bogach – przyp. aut.).
2Tytuł władców królestwa Saby, oznaczający „kapłan-książę” lub „król” (przyp. aut.).
3Tłumaczenie własne z hieroglifów egipskich prof. Andrzeja Ćwieka z Uniwersytetu A. Mickiewicza w Poznaniu (przyp. aut.).