Hatszepsut

Tekst
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Nie masz czasu na czytanie?
Posłuchaj fragmentu
Hatszepsut
Hatszepsut
− 20%
Otrzymaj 20% rabat na e-booki i audiobooki
Kup zestaw za 71,90  57,52 
Hatszepsut
Hatszepsut
Audiobook
39,90 
Szczegóły
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

SEN HATSZEPSUT

Unosiłam się w bezkresnej przestrzeni. Nie wiem, gdzie to było. Wokół panowała jasność. Żadnego horyzontu. Nie miałam skrzydeł, nie leciałam, płynęłam jakby w wodzie albo w gęstym powietrzu.

Czułam się lekka, było mi dobrze, mimo że nie wiedziałam, gdzie jestem. Było jasno, ciepło. Otaczał mnie delikatny zapach niebiańskich kwiatów.

Nagle pojawił się on. Poczułam lekki niepokój. A może bardziej podekscytowanie i zainteresowanie tym, co ma nadejść? Był znakiem czegoś nieznanego i niewiadomego a nieuchronnego. Dobrego dla mnie. We śnie czułam, że tego chcę i na to czekam, mimo że nie wiem, co to nieznane dla mnie oznacza.

– Kim jesteś? – zapytałam.

– Jestem wężem. Królewskim wężem. Jestem w tobie i w każdej żywej istocie. Tworzę życie.

Był piękny. Wił się i spiralnie skręcał w sposób, który kusił mnie i przyciągał. W jego ruchach była jakaś harmonijna kosmiczna reguła. Podobna do tej, która dotyczy geometrycznych tajemnic tworzenia i oddziaływania piramid. Chociaż w pierwszej chwili wąż sprawiał wrażenie, jakby wyłonił się z chaosu, to przecież świecił i błyszczał we wszystkich kolorach tęczy regularnie i symetrycznie. Pulsował. Czułam się tak, jakby był fragmentem mnie. Niepokoiło mnie to, ale i uspokajało równocześnie. Jakby nadawało jakiś głęboki sens temu, że jestem. Że istnieję. Ja i cały świat, który znam.

– Kim jesteś? – zapytałam ponownie, bo wciąż nie rozumiałam, z kim lub z czym mam do czynienia.

– Jestem wężem wieczności. Ureuszem. Kobrą. Jestem tym, co było, i tym, co będzie. Przeszłością i przyszłością zarazem. Pamięcią i przewidywaniem. Przodkiem i potomkiem.

Wyglądał jak helisa, jak regularnie splecione nie jeden, ale dwa węże. Pamiętałam taki kształt ze spotkań z mistrzem Senimenem. Opowiadał mi o Imhotepie – lekarzu, który stał się bogiem, patronem medyków i architektów. To on stworzył naszą najwspanialszą na świecie medycynę. Nazwał choroby i przypisał do nich lekarstwa, zajmował się anatomią, wiedział, z jakiej materii zbudowali nas bogowie. Imhotep poznał także inne ich tajemnice. Jego symbolem stały się właśnie dwa splecione węże – odwieczna helisa – boski budulec wszechświata. Właśnie ten kształt pojawił się w moim śnie. I mówił do mnie.

– Kim jesteś? – zapytałam po raz trzeci, tak jak robi się w świątyni i jak nakazuje wiara. Byłam pewna, że trzykrotne postawienie pytania pozwoli mi w pełni zrozumieć senne przesłanie.

– Jestem tobą. Buduję ciebie i twój świat. Jestem twoją przeszłością i przyszłością. Głosem twoich przodków. Zapisem tego, co mają ci do przekazania. Jestem tym, który jestem, początkiem i końcem. Jasnością i ciemnością, nocą i dniem, słońcem i księżycem. Jestem męskością i kobiecością. Ogarniam i obejmuję wszystko. Jestem światem. Jestem tobą.

Nie wiem, jak to się działo, ale w moim śnie stałam się nim. Jakbym się z nim zjednoczyła, jakby wniknął we mnie i stał się mną. Byłam helisą, dwoma splecionymi z sobą wężami. Byłam boską kobrą.

Poczułam się jak pani świata, potężna władczyni, wieczna i niezniszczalna. We wspólnocie z tymi, którzy byli przede mną, i w jedności mocy tych, którzy mają dopiero nadejść. Czułam boską siłę. Mogłam wszystko! Byłam boginią i bogiem równocześnie.

Ten sen mnie zachwycił. Nie chciałam się budzić. Pragnęłam, by stał się rzeczywistością, by trwał, gdy się obudzę. Było mi tak dobrze…

Tęsknię za siłą, którą czułam w tym śnie, chcę mocy, którą ofiarował mi wąż. Chcę czuć się jak wtedy, gdy stałam się elementem wiecznego wszechświata.

Wiem, że tego właśnie chcę. I wiem, że mogę to osiągnąć dzięki Amonowi. Wyłącznie dzięki niemu. Bo on jest wszystkim!

– Piękny sen – podsumował Hapuseneb.

– Co oznacza, arcykapłanie?

– Zapewne wkrótce się to okaże…

CZĘŚĆ DRUGA WIELKA MAŁŻONKA KRÓLEWSKA

On jest tym, który mną kieruje

(inskrypcja na obelisku Hatszepsut)

Dżeser-Dżeseru

Kilkanaście miesięcy później

Totmes, pierwszy władca tego imienia, nie żył od roku. Hatszepsut, zgodnie z wolą bogów, swojego wielkiego ojca i wszystkich znaczących osób w państwie, została małżonką Totmesa II. Mutnofret, matkę króla, odsunięto od jakiejkolwiek możliwości sprawowania władzy lub choćby najmniejszego na nią wpływu. Jako regentka, krajem kierowała królowa Ahmes. Hatszepsut, Boska Małżonka Amona, a równocześnie Wielka Małżonka Królewska, z każdym dniem stawała się coraz bardziej dojrzałą i świadomą swoich możliwości kobietą – mimo że wciąż bardzo młodą, to mądrą i co najważniejsze, zaufaną partnerką dla swojej matki w sprawowaniu rządów. Tak więc w kraju nad Nilem, w czasie gdy faraonem był Totmes II, władzę sprawowały dwie kobiety: królowa Ahmes i jej córka Hatszepsut. Rządziły dzięki wsparciu Amona i najważniejszego z jego kapłanów, Hapuseneba.

Ojciec Hatszepsut, Totmes I, jako pierwszy faraon w historii rozkazał ukryć swój grobowiec we wnętrzu świętej góry. Wcześniej władcy najczęściej wznosili dla siebie piramidy lub monumentalne grobowce, które miały być ich domami po śmierci. Totmes I zdecydował, że w jego przypadku będzie inaczej. Na miejsce wiecznego spoczynku wybrał teren na zachód od Teb, z dala od ludzkich szlaków. Wierzył, że wskazał mu je Amon, Hathor otoczyła je opieką, a Meretseger – bogini z głową kobry, ta, która kocha milczenie i symbolizuje życie po śmierci – zapewni tam i jemu, i całej dynastii wieczny spokój. Właśnie w tym miejscu, nazywanym Dżeser-Dżeseru, Najświętsze ze Świętych, została złożona jego mumia.

– Dżeser-Dżeseru – powiedziała Hatszepsut, stojąc u stóp wielkiej góry. Wymówiła nazwę, mocno akcentując ostatnią sylabę, tak samo jak robił jej nieżyjący ojciec. – Piękne miejsce wybrałeś dla siebie, dla mnie i dla tych, którzy przyjdą po nas – stwierdziła. – Niech stanie się twoja wola! Jesteś teraz w świecie bogów, więc wiesz, bo tam wiecie wszystko, że mam wystarczająco siły, by zbudować tu dla nas największą grobową świątynię świata. I zrobię to!

Patrzyła na potężną masę skalną, którą umieścili tam bogowie. Miejsce było idealne na świątynię pośmiertną: blisko i Teb, i Karnaku, na spokojnym zachodnim brzegu Nilu, w zakolu utworzonym przez skalne góry. Pomyślała, że ojcu wskazał je Amon, a ona powinna spowodować, by stało się najwspanialszą świątynią spoczynku, jaką widziały ludzkie oczy. Była pewna, że właśnie takim je uczyni. Tak jak była gotowa do wszystkich innych wielkich czynów, które ją czekały.

Odkąd wiele lat wcześniej przyrzekła swojej niani Sitre nie wspominać, że wierzy, iż to ją Amon wybrał, by jako faraon zasiadła na tronie Egiptu, nikomu nie zdradziła tej tajemnicy. Jako dorosła kobieta potrafiła docenić intuicję i pałacowe doświadczenie piastunki. Czas pokazał, że Sitre miała rację, zabraniając jej rozmawiać z kimkolwiek o tym, w jakiej roli widziała siebie w państwie. Przez ostatnie lata nauczyła się naprawdę dużo, a im wiedziała więcej, z tym większym dystansem patrzyła na swoje młodzieńcze działania i dostrzegała popełnione błędy. I jeszcze bardziej ceniła tych, którzy byli przy niej i którym mogła ufać.

Hatszepsut przerwała te rozważania, odwróciła się i skinęła na stojących w oddali nianię Sitre, mistrza Senimena i Senenmuta. To im ze wszystkich ludzi, którzy ją otaczali, ufała najbardziej. Aczkolwiek doświadczenie ją nauczyło, że nie może robić tego bezgranicznie. Takim zaufaniem darzyła jedynie swoją matkę Ahmes.

– Zbuduję tu Świątynię Milionów Lat – oświadczyła, gdy do niej podeszli.

– Tu, przy tych skałach? – chciał uściślić Senimen.

– Nie przy skałach, mistrzu, tylko w nich, w środku. Skała będzie danym nam przez Amona stojącym budulcem! Ta góra jest przecież jak piramida, spójrzcie – obwieściła, tworząc z dłoni i przedramion trójkąt, żeby lepiej zobrazować swoje słowa.

Popatrzyli w stronę, którą wskazała.

– Mój śliczny kwiatuszku, nigdy nie brakowało ci wyobraźni – zachwyciła się Sitre, która tak pieszczotliwie pozwalała sobie zwracać się do swojej pani wyłącznie w gronie osób najbardziej zaufanych.

– Odważne i nowatorskie – pochwalił Senenmut. – Gdybym nie dbał o to, byś nie wzięła mnie za pochlebcę, pani, powiedziałbym, że to pomysł genialny!

Hatszepsut lubiła słuchać miłych słów niani i mistrza, jednak najbardziej zależało jej na uznaniu Senenmuta. Ostatnio bardzo się do siebie zbliżyli. Od kiedy z jej rozkazu zamieszkał w pałacu, spędzali z sobą coraz więcej czasu. Na początku widywała go sporadycznie. Po pierwszym, tak poruszającym dla niej spotkaniu, w czasie którego zupełnie nie potrafiła zapanować nad tym, co się z nią działo, za każdym następnym razem wciąż była zaskoczona tym, jak jej ciało mocno na niego reaguje. Czuła się w jego obecności podekscytowana, robiło jej się gorąco, zasychało w gardle albo dostawała gęsiej skórki. Niekiedy upuszczała przedmioty, które właśnie trzymała w dłoniach, albo zaplątywała się w fałdy sukni. Peszyło ją to. Na szczęście z czasem te reakcje zelżały, a ona, już uspokojona, czując, że panuje nad sobą, coraz częściej szukała pretekstów, żeby wzywać go do siebie i jak najdłużej przebywać w jego towarzystwie.

Senenmut zachowywał do niej stosowny dystans. Był przecież nie tylko dojrzałym, niemal dwadzieścia lat od niej starszym doświadczonym mężczyzną, byłym żołnierzem, wysłannikiem i protegowanym generała Pen-Nechbeta i mistrza Senimena, ale także tajnym chopeszem arcykapłana Hapuseneba. Jego obowiązkiem było chronić Hatszepsut. Także przed takimi jak on. Właśnie to najbardziej zobowiązywało go do powściągliwości.

Udawało mu się ją zachowywać – był karny, wstrzemięźliwy i znał swoje miejsce. Wiedział też doskonale, że tak jak zupełnie niespodziewanie dostąpił zaszczytu funkcjonowania w najbliższym jej kręgu, tak samo szybko może zostać z niego usunięty. Zepchnął więc w najodleglejsze zakamarki umysłu wszelkie krążące mu po głowie pragnienia z nią związane. Mimo że każdego dnia miał ją na wyciągnięcie ręki i czuł, jak bardzo jest mu przychylna, zdawał sobie sprawę, że większa poufałość nie wyszłaby na dobre ani jej, ani jemu. Był świetnym strategiem, wiedział, co robi. A poza wszystkim i Ahmes, i Sitre, i Senimen dbali, by nigdy nie było im dane zostać sam na sam chwilę dłuższą niż mrugnięcie powieki. Małżonka faraona musiała bowiem być wzorem dla wszystkich kobiet w państwie, co oznaczało, że tylko władca mógł wzbudzać jej pożądanie.

 

– Senenmucie, chcę, żebyś udał się do Heliopolis – powiedziała Hatszepsut, spoglądając na świętą górę. – Poszukasz tam informacji, które nam pomogą w stworzeniu w tym miejscu najpiękniejszej budowli świata.

– Pani, uczynię to z radością tym większą, że swego czasu pobierałem tam nauki. Jestem mocno związany z tamtejszą świątynią i jej kapłanami. Heliopolis to najświętsze miejsce dla naszej tradycji, kultury, nauki i wiary.

– Najchętniej pojechałabym z tobą – dodała. – Dawno tam nie byłam.

– Byłby to dla mnie zaszczyt, pani. – Na twarzy Senenmuta pojawił się uśmiech nadziei, którego nawet nie próbował ukryć.

– Królowo – wtrąciła się Sitre, jak zawsze czujna – powinnaś być w pałacu. Czekają na ciebie obowiązki małżonki. Nie zapominajmy ani przez chwilę, że Egipt potrzebuje dziedzica!

Hatszepsut energicznie obróciła się na pięcie. Nie chciała, żeby zobaczyli, jak bardzo nie spodobała jej się ta uwaga. Wiedziała, że Sitre ma rację, ale w tej chwili nie lubiła jej za to. Przecież tak jak wszystkie kobiety z jej otoczenia niania miała świadomość, że odkąd Hatszepsut została małżonką Totmesa II, robi co w jej mocy, by począć potomka. Że to jej główny obowiązek wobec dynastii. Pamiętała, że obiecała to i sobie, i ojcu.

Z całej siły starała się spełnić obietnicę. Jednak już po pierwszej nocy spędzonej z Totmesem wiedziała, że nie będzie to proste. Jeszcze zanim została Wielką Małżonką, zdawała sobie sprawę, że jej mąż jest słabym i chorowitym chłopcem. Wiedziała, jakie mogą być tego konsekwencje dla dynastii i że głównie na niej spoczywa obowiązek zadbania o to, by Tutmosydzi doczekali się potomka. Delikatnie, ale stanowczo, przypominała jej o tym matka, czule i z troską, lecz konsekwentnie mówiła Sitre, wspierały ją, zalecając konkretne działania, kapłanki Hathor. Jednak już pierwsza noc małżeńska była totalną porażką.

Hatszepsut została wtedy ubrana w odświętny, mieniący się połyskliwymi kolorami strój. Wybrała go dla niej Ahmes.

– Nikt by ci się nie oparł. A już na pewno w tej sukni – stwierdziła.

Jednak chłopiec był tak przerażony i spięty, że nawet gdyby stanęła przed nim osobiście bogini Hathor znana z tego, że jeśli tylko chciała, ulegał jej każdy mężczyzna, nic by to nie dało. Nie zwrócił uwagi na suknię, nie pomogły pełne erotyzmu tańce kapłanek ani mistyczne, pobudzające dźwięki sistrum. Nic nie dały magiczne napoje, które miały spowodować, że młody król rozluźni się i zechce poddać woli bogów.

Totmes, wsparty o poduchy, półleżał na wielkim łożu, głaskany i podniecany przez kapłanki, pojony przez Hatszepsut nektarem mocy, mimo to zamiast się rozluźnić, był coraz bardziej spięty. W komnacie, w dyskretnym oddaleniu od łoża, na specjalnie ustawionych wygodnych krzesłach siedziały, przyglądając się wszystkiemu bez słowa, regentka Ahmes i Mutnofret, matka króla. Ich twarze najpierw wyrażały troskliwe wsparcie, potem nadzieję, że wszystko się ułoży, później zwątpienie, a wreszcie rezygnację. Doceniały starania Hatszepsut, jednak po kilku godzinach, widząc, że zupełnie nie odnoszą one skutku, uznały, że najwyraźniej młody król nie jest jeszcze gotowy do podjęcia oczekiwanego od niego wysiłku. Ostatecznie zrezygnowane po krótkiej naradzie wstały i dając Hatszepsut znak, żeby pozwoliła Totmesowi odpocząć, wyszły z komnaty. Chwilę potem młody król zasnął z wycieńczenia, emocji i stresu.

Jeszcze tej samej nocy dostał wysokiej gorączki, która trawiła jego ciało przez kilka tygodni. Gdy ustąpiła, był tak słaby, że medycy w trosce o jego życie nie pozwolili go niepokoić aż do odwołania.

Hatszepsut doskonale pamiętała, jak bardzo poczuła się wtedy upokorzona. Gdy Totmes zasnął, poszła do swojej komnaty i głaskana przez Sitre, przepłakała resztę nocy. Łzy nie płynęły jej z żalu, ale z bezsilnej złości.

Wszyscy w jej otoczeniu wiedzieli, że jest gotowa na każde, nawet najdalej idące poświęcenie, by sumiennie wypełnić główne zadanie Wielkiej Małżonki: począć i urodzić potomka. Wiedziano też, jak bardzo czuła się bezradna, kiedy się okazało, że jej małżonek w ogóle nie wykazuje chęci do współpracy. Ona z kolei wiedziała, że stara się sprostać zadaniu, jakie zostało mu narzucone, ale zupełnie nie daje sobie z nim rady. Współczuła mu, próbowała go zrozumieć, lecz zarazem była na niego wściekła, że nie może wesprzeć jej w budowaniu potęgi dynastii. Nie lubiła słabych mężczyzn. A za takiego uważała Totmesa.

Teraz, gdy stała w cieniu świętej góry, myślała o swoich zobowiązaniach. O obietnicach danych ojcu. Przysięgła sobie, że nieważne, jak do tego dojdzie – musi dać Egiptowi dziedzica. To jej najważniejsze zadanie na teraz. Wiedziała, że i dla niej, i dla jej matki absolutnym priorytetem jest wzmocnienie dynastii przez wydanie na świat prawowitego potomka pochodzącego z królewskiego łoża.

– Chcę być sama – oświadczyła nagle, ruszając w stronę świętej góry. – Zostańcie tu – rozkazała.

Senimen i Sitre, przyzwyczajeni, że Hatszepsut często robi, co chce, bez słowa usiedli na podstawionych im przez służących taboretach. Już po chwili nad ich głowami pojawiły się dwa olbrzymie parasole, które miały chronić ich przed słońcem. Senenmut spojrzał pytająco na mistrza, który przyzwalająco skinął głową, zgadzając się, by poszedł za Hatszepsut. Trzymał się na tyle daleko, by w żaden sposób nie przeszkadzać, ale też na tyle blisko, że gdyby miało wydarzyć się coś nieoczekiwanego, byłby w stanie niemal natychmiast zareagować.

Hatszepsut, ostrożnie, lecz zdecydowanie stawiając stopy na kamieniach o ostrych krawędziach, szła szybko. Zatrzymała się dopiero u samego podnóża góry. Senenmut również przystanął. Podniosła głowę i spojrzała na szczyt. Potwierdziła swoją wcześniejszą obserwację: z miejsca, w którym się znalazła, góra także wyglądała jak piramida. Rozpostarła ręce, kierując dłonie wnętrzem ku niebu. Szeroko rozstawiła nogi.

– Hathor, pani miłości, zwracam się do ciebie, wysłuchaj mnie, proszę! – zawołała.

Senenmut stał w oddali, mogło się wydawać, że jej nie słyszy, jednak ukształtowanie terenu sprawiło, że docierało do niego każde słowo królowej.

– Wysłuchaj moich próśb, wielka matko. – Uklękła i pochyliła głowę. – Przychodzę do ciebie z pokorą prosić o wsparcie. – Uniosła głowę do góry i ponownie rozłożyła ręce na boki. – O największa z bogiń, wiesz, że jestem Małżonką Amona. Z wdzięcznością za boską opiekę wykonuję każdy jego rozkaz. Jestem mu bezgranicznie wierna. Nie ustaję w chęci zadowolenia go i realizacji jego woli. Jednak bez twojego wsparcia nie zdołam dać Egiptowi tego, co dla jego potęgi jest najważniejsze: dziedzica. Pani, zechciej mi pomóc, spraw, by przyszedł na świat syn Totmesa, mojego małżonka, obdarz mnie dzieckiem, a będę twoją najwierniejszą służebnicą do końca moich dni. Błagam, pani, zrób to, o co proszę, a przysięgam, że w tym miejscu powstanie najwspanialsza w świecie Świątynia Milionów Lat. Zadedykuję ją Amonowi i tobie, pierwszej z bogiń. Poświęcę ci wspaniałą kaplicę i będę oddawać ci cześć równą tej, którą jestem winna Amonowi.

Senenmut słuchał jej modlitwy, stojąc nieruchomo. Wierzył, że słowa wypowiadane żarliwie w tym właśnie miejscu przez osobę o czystym sercu dotrą prosto do uszu bogini. Od wieków bowiem pod świętą górą zbierały się kobiety, które oddawały cześć Hathor i jej różnym wcieleniom. Tu można było modlić się o boskie wsparcie i błogosławieństwo oraz zanosić prośby do wszystkich kobiecych bogiń, jakie kiedykolwiek stąpały po ziemi. I tu można było liczyć, że modły i inkantacje dotrą do adresatek.

U stóp góry leżały wota złożone przez kobiety pielgrzymujące do tego miejsca z całego Egiptu. Ofiarowane Hathor i innym boginiom stały tam kamienne, gliniane, a nawet szklane i wykonane z półszlachetnych kamieni figurki, leżały naszyjniki, kolczyki, bransolety, a także piękne naczynia, w których przyniesiono dary w postaci owoców, warzyw, jaj i mięs. Jednak pokarmy szybko znikały, nocami zjadane przez ludzi i zwierzęta, a kosztowności, talerze, misy i małe ołtarzyki przez lata utworzyły imponujący stos.

– Pani, spraw, by Egipt otrzymał syna, który będzie w przyszłości potężnym władcą, a dam ci, czego zażądasz! – zawołała, po czym zakryła twarz dłońmi i klęcząc, skupiła się na modlitwie, której słów Senenmut nie mógł już słyszeć, bo nie były wypowiadane głośno.

Hatszepsut kołysała się łagodnie w przód i w tył, jakby głaskana delikatnym dotykiem Hathor.

Uważaj na słowa, których używasz w modlitwach, uważaj, o co w nich prosisz, bo bogowie mogą ich wysłuchać i spełnić je co do słowa, pomyślał Senenmut, gdy w zakamarkach jego silnej duszy pojawiło się niepokojące przeczucie tego, co już niedługo miało się wydarzyć, bo zostało wymodlone przez Hatszepsut w Dżeser-Dżeseru.

Jednak nie zastanawiał się dłużej nad tym, co go zaniepokoiło, bo jego pani właśnie podniosła się z klęczek i ruszyła w drogę powrotną. Zauważyła, że Senenmut stoi w odpowiedniej od niej odległości, jak zawsze gotowy do działania. I gdy skupiła na nim wzrok, myśląc o tym, czy mógł słyszeć słowa jej modlitwy, sandał zsunął się jej z kamienia, zachwiała się i straciła równowagę. Upadła. Ledwie krzyknęła, Senenmut zjawił się przy niej.

– Jestem tu, pani!

Ukląkł i spojrzawszy na jej uwięzioną nogę, szybko zaczął odrzucać kamienie na boki.

Senimen i Sitre, którzy cały czas obserwowali ich z daleka, widząc, co się dzieje, poderwali się z taboretów i ruszyli biegiem w ich stronę. Na ratunek pędzili także służący.

Senenmut obejrzał zranioną nogę. Stwierdziwszy skręcenie kostki, wziął Hatszepsut na ręce i podążył w stronę nadbiegających. Widząc to, Senimen wydał dyspozycje służącym, nakazując jak najszybciej przynieść królewską lektykę.

Hatszepsut wtuliła głowę w silne ramiona Senenmuta. Czuła się bezpieczna. Marzyła, by niósł ją tak do końca trwania świata.