Hatszepsut

Tekst
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Nie masz czasu na czytanie?
Posłuchaj fragmentu
Hatszepsut
Hatszepsut
− 20%
Otrzymaj 20% rabat na e-booki i audiobooki
Kup zestaw za 71,90  57,52 
Hatszepsut
Hatszepsut
Audiobook
39,90 
Szczegóły
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

– Obiecaj, że nigdy, przenigdy nikomu o tym nie powiesz! Rozumiesz? I że nigdy nie będziemy wracały do tego tematu. Obiecaj na wielkiego Amona i potężną Hathor!

– Obiecuję… – wyszeptała niepewnie księżniczka, wysuwając nos i usta spod prześcieradła.

– Przyrzeknij na Amona! – powtórzyła z naciskiem Sitre.

– Na Amona – wyszeptała cichutko, ale wyraźnie Hatszepsut.

– I na potężną Hathor!

– Obiecuję na wielkiego Amona i potężną Hathor, że nikomu nie powiem o tym, o czym powiedziałam ci dzisiaj.

Sitre odetchnęła z ulgą. Ruszyła w stronę drzwi, jednak wróciła i znów stanęła przy łóżku księżniczki.

– Obiecaj też na Sachmet, boginię lwicę chroniącą faraonów i zabijającą buntowników!

Hatszepsut usiadła na łóżku. Lęk, który poczuła w chwili, gdy zobaczyła pierwszą reakcję niani na swoje słowa, już minął. Nabrała powietrza, uśmiechnęła się i uspokajającym głosem zapewniła:

– Sitre, nie martw się, naprawdę. I nie bój się. Wiesz, że jestem mądrą dziewczynką, dobrze zrozumiałam twoje słowa. I jestem ci za nie wdzięczna. – Przechyliła zadziornie głowę – Obiecuję też na Sachmet, boginię lwicę. Jak sobie życzysz. Będzie tak, jak chcesz: mamy wspólną tajemnicę!

– To, co powiedziałaś, jest niebezpieczne, bo niezgodne z maat – usprawiedliwiła się niania. Odkąd były razem, po raz pierwszy wydarzyło się coś, co należało zachować w absolutnej tajemnicy. – Nawet przez chwilę nie powinnyśmy myśleć o tym, że … – ściszyła głos, jeszcze bardziej nachylając się nad Hatszepsut – …że chciałabyś być fa-ra-o-nem!

Gdy to powiedziała, wyprostowała się gwałtownie i rozejrzała wokół.

Były same. Przynajmniej tak jej się wydawało.

– Dobrych snów, księżniczko – powiedziała przesadnie głośno, jakby chciała dodać sobie animuszu. – Niech dobra Hathor obdaruje cię pięknymi nocnymi wizjami…

Tak było kilka lat wcześniej. Teraz, gdy rozstrzygały się dalsze losy Hatszepsut i wkrótce miało się potwierdzić, czy rzeczywiście młody Totmes, syn Mutnofret, zostanie jej małżonkiem, wspomnienia z czasów, gdy księżniczka miała siedem lat, znów powróciły do niani. W głowie niczym echo sprzed lat dudniły jej słowa księżniczki: „Chcę być faraonem. I będę nim. Z woli Amona”.

Karnak, świątynia Amona, komnata arcykapłana Hapuseneba

W tym samym miesiącu

– Będę twoimi oczami i uszami. – Mężczyzna wypowiedział słowa, które znał na pamięć. – Wypełnię każdy twój rozkaz, bo będzie on wyrazem woli Najwyższego. Będę ci wierny i posłuszny. Z pełną ufnością i wiarą wykonam każdą wolę Amona przekazaną mi twoimi ustami.

Hapuseneb siedział na wysokim krześle ustawionym miedzy dwoma wysokimi kolumnami. Komnata była rozległa i wykwintnie urządzona. Centralne miejsce zajmował w niej wysoki na dziesięć łokci posąg kroczącego Amona. Przed nim płonął wieczny ogień – znak, że bóg udziela temu miejscu błogosławieństwa i jest w nim obecny. Na podłogach rozesłano miękkie kobierce, na których stały niewielkie, bogato inkrustowane i intarsjowane stoliki o blatach ze złotej i srebrnej blachy, marmuru i kości słoniowej. W jednym z rogów komnaty umieszczono wygodne szerokie sofy wyściełane miękkimi materiami i wyłożone dużymi poduchami. Były przeznaczone dla tych nielicznych gości, którzy dostąpili zaszczytu zaproszenia do prywatnej komnaty arcykapłana.

Mężczyzna, który klęczał w pełnej oddania pozycji z czołem dotykającym sandałów arcykapłana, był w tym miejscu po raz pierwszy. Szerokie siedziska nie były przeznaczone dla niego. Nie miał być gościem podejmowanym z honorami, ale specjalnego rodzaju sługą. Zaprzysiężonym i oddanym.

Zdumiało go bogactwo, które zobaczył. W życiu widział już wiele. Brał udział w wojnach i wyprawach handlowych, dzielił się łupami z żołnierzami, odwiedzał świątynie wielkich bogów i komnaty możnych panów, bywał w Domach Życia i oglądał sale przyjęć w pałacu faraona. Jednak żadne z tych miejsc nie zrobiło na nim takiego wrażenia jak prywatna komnata arcykapłana. Jej sklepienie pokryto złotem. Na samym jego środku widniało olbrzymie oko Horusa przypominające słońce, od którego rozchodziły się promienie. Wokół namalowano nieboskłon: planety, gwiazdy, księżyc. Wszystko wyglądało tak jak w najstarszych księgach, które widział w Heliopolis. Ściany pokrywały gęste, piętrowo ułożone malowidła obrazujące powstanie świata. Podłoga, której mógł się przyjrzeć szczególnie uważnie, bo gdy klęczał, oczy wlepiał właśnie głównie w posadzkę, była niemal przezroczysta. Wiedział, że wykonano ją ze szkła. Jednak nie sądził, że może ono być aż tak przejrzyste. Pod powierzchnią leniwie przepływały chłodne strumyki, w których co chwilę pojawiała się kolorowa ryba, żółw albo inne wodne stworzenie. Było czuć przyjemny chłód.

– Będziesz moimi oczami i uszami, powiedziałeś. – Arcykapłan czubkiem stopy obutej w złoty sandał uniósł podbródek klęczącego i przyjrzał się jego twarzy. – Dobrze! Chcę, żeby tak było. Ale będziesz też moimi ustami, rozumiesz?

– Będę twoimi ustami, panie – zapewnił mężczyzna, spoglądając arcykapłanowi prosto w oczy.

Czy on nie jest zbyt pewny siebie? przemknęło Hapusenebowi przez głowę, zaraz jednak odpędził tę myśl.

Mało kto ośmielał się patrzeć mu w twarz bez bojaźni. Nawet ci, którzy to robili, bali się go i władzy, jaką posiadał. Nie mogło być przecież inaczej także w tym wypadku. Kim bowiem był ów człowiek? Prostym chłopakiem z przedmieść jakiegoś małego miasteczka. Cóż z tego, że walecznym, zdolnym i inteligentnym? Niektórzy, jak na przykład mistrz Senimen, twierdzili nawet, że jest niemal geniuszem, ale co z tego mogło wyniknąć? Takim jak on żyło się dobrze, jeśli udało im się zaskarbić względy możnych, jeśli byli posłuszni i potrafili giąć kark. Ale znał takich wielu – nigdy nie osiągali najwyższych szczytów, ponieważ nie wywodzili się ze szlachetnego rodu. A przecież miejsce urodzenia wybrali dla nich bogowie, bo to oni zawsze decydują o ludzkim losie.

Arcykapłan był pewny, że mężczyzna wykona każdy jego rozkaz. Został dokładnie i nieraz sprawdzony przez jego zaufanych. Był osobą, jakiej od dawna szukał: inteligentny, zdrowy, karny, wystarczająco dojrzały życiowo, oddany sprawom Amona, ambitny, żądny uznania, sławy i złota, przy tym próżny, a równocześnie bardzo sprawny i przede wszystkim w pełni przekonany o słuszności wszystkiego, co dotyczyło działań arcykapłana. Idealnie się nadawał do realizacji jego planów.

– Będziesz moimi oczami, uszami i ustami, tak jak powiedziałeś. Chcę, żebyś był też, jeśli będzie trzeba, moimi dłońmi – dodał Hapuseneb.

– Będę twoimi dłońmi, panie – odparł mężczyzna, jeszcze niżej pochylając głowę i uświadamiając sobie, że chwilę wcześniej być może zbyt zuchwale spojrzał na arcykapłana.

Wiedział, że ma przed sobą nie tylko człowieka uważanego za drugiego, przez wielu zaś za pierwszego w Egipcie, lecz przede wszystkim kogoś, kto jest czujny, skupiony, ostrożny, rozważny, surowy, a że przy tym niezwykle inteligentny, to i niebezpieczny. I kto nie zawahałby się przed zrobieniem nawet najstraszniejszych rzeczy, gdyby uznał to za zgodne z interesem Amona albo państwa i najczęściej także jego własnym. Hapuseneb należał do ludzi, w których doskonale byłoby mieć przyjaciela, gdyby tacy ludzie mieli przyjaciół. Ponieważ jednak z wyboru ich nie mają, wystarczy, że nie ma się w nich wrogów.

– Wstań! – rozkazał Hapuseneb.

Mężczyzna zrobił, co arcykapłan kazał, wiedząc, że dostępuje właśnie niezwykłego zaszczytu, jakim jest możliwość spojrzenia inaczej niż na klęczkach na być może najważniejszego człowieka, jakiego kiedykolwiek bogowie postawili na jego życiowej ścieżce.

– Generał Pen-Nechbet twierdzi, że znasz się na sztuce żołnierskiej i dobrze władasz bronią. – Arcykapłan powoli wypowiadał słowa, równocześnie uważnie mu się przyglądając. – Senimen zapewnia o twojej niezwykłej inteligencji i lotności umysłu. Twierdzi, że nigdy nie znał człowieka nieurodzonego szlachetnie, który zostałby obdarzony przez bogów tak wieloma talentami jak ty.

Gość stał nieruchomo, wpatrując się w szkło posadzki. Znał zasady panujące w świątyni i na dworze. Nie śmiałby odezwać się niepytany ani spojrzeć w oczy swojemu rozmówcy, nie otrzymawszy wyraźnego znaku, że może to uczynić. Niestety, wcześniej nierozważnie spojrzał w oczy arcykapłanowi, wiedział, że drugi raz nie może popełnić tego błędu.

– Wiem o tobie dużo. Znam twoją rodzinę, przeszłość, dokonania, wiem także o tym, o czym zapewne wolałbyś zapomnieć, a najprawdopodobniej chciałbyś też, żeby nigdy się nie zdarzyło. Cofnąć czasu i zdarzeń nie mogę, ale mogę sprawić, że świat zapomni o niektórych twoich czynach. Chciałbyś tego, prawda? – zapytał i nie czekając na odpowiedź, tym samym tonem dodał: – Wiem też, że nad wyraz dobrze radzisz sobie z kobietami…

Na te słowa mężczyzna uśmiechnął się leciutko, sądząc, że jego szlachetny rozmówca tego nie zauważy, mylił się jednak: nic nie było w stanie umknąć uwadze Hapuseneba.

– Tak… – Arcykapłan zawiesił głos, myśląc w tym momencie o Hatszepsut i o przyszłości, jaką dla niej planował, ale już po chwili wrócił do przerwanego wątku i stwierdził: – Ta twoja umiejętność także może okazać się pomocna.

Wstał, podszedł do jednego ze złotych stolików i podniósł do ust dojrzałą persymonę. Mężczyzna odwrócił się do niego i przełknął ślinę. Chciało mu się pić. Pragnienie dało o sobie znać jeszcze bardziej, gdy zobaczył spływający po palcach arcykapłana sok i przypomniał sobie jego smak. Jednak znał siebie, doskonale wiedział, że bez najmniejszego problemu zdoła sobie poradzić z każdą pokusą. Czymże więc mogła być chęć zjedzenia soczystej persymony czy nawet wypicia odrobiny wody, której tak teraz pragnął, w porównaniu z tym, co mogło się wydarzyć w jego życiu już niebawem? Znajdował się w komnacie człowieka, od którego woli zależała jego dalsza kariera. On miał zdecydować, jak potoczą się jego dalsze losy. Stał więc wyprostowany na lekko rozstawionych nogach, z nieodgadnioną miną. Miał być człowiekiem do zadań specjalnych, tyle wiedział. Nie domyślał się jakich – nikt mu tego nie zdradził, a sam nie śmiał zapytać. Wiedział, że są sytuacje, gdy zadawanie pytań może przekreślić możliwość wejścia na najwspanialsze życiowe ścieżki, jakie zaplanowali człowiekowi bogowie.

 

Hapuseneb oblizał palce z soku. Podszedł do niego i wykonał gest nakazujący mu ponownie uklęknąć i złożyć pokłon. Kiedy mężczyzna tak jak na początku spotkania dotknął czołem posadzki, poczuł na swojej głowie sandał arcykapłana.

– Będziesz cieniem księżniczki Hatszepsut – usłyszał. – Poznasz jej działania, zamierzenia, a nawet myśli. Chcę wiedzieć wszystko. Nawet to, czego nie wie o sobie ona sama. Będziesz ją chronił przed niebezpieczeństwami. Będziesz ją wspierał tak, jakbym ja to robił, a nawet jakby to robił sam Amon. Od tej chwili twoje życie należy do niej, do mnie i do Amona. Rozumiesz? Jesteś sługą Amona. Nie słuchasz Senimena, Pen-Nechbeta ani nikogo innego. Rozkazuję ci wyłącznie ja. I tylko ja. Nic ponadto nie jest dla ciebie ważne!

– Jestem sługą Amona – powtórzył mężczyzna. – Nic ponadto nie jest dla mnie ważne!

– Wypełnisz każdy mój rozkaz!

– Wypełnię każdy twój rozkaz.

– Na chwałę Najwyższego!

– Na chwałę Najwyższego!

Gdy mężczyzna po raz trzeci powtórzył słowa arcykapłana, Hapuseneb zdjął stopę z jego głowy.

– Wstań – powiedział. Kiedy jego rozkaz został spełniony, obwieścił uroczyście: – Od tej chwili jesteś boskim chopeszem!

Mężczyzna powtórzył jego słowa z nabożną czcią, jakby każde ważył i smakował, po czym skłonił głowę i zastygł bez ruchu.

Arcykapłan podszedł do małej szkatułki stojącej na stoliku nieopodal krzesła, na którym siedział wcześniej. Otworzył ją i ze skórzanego woreczka wyjął złotą obrączkę.

– Oto znak zaufanego sługi Amona – powiedział, podając ją mężczyźnie. – Niewiele osób szczyci się posiadaniem czegoś takiego.

Mężczyzna wsunął obrączkę na palec.

– Nie zdejmuj jej nigdy!

Karnak, świątynia Amona

Dwa tygodnie później

– Nasze zasady przed wiekami ustalili bogowie. – Hapuseneb pochylił przed księżniczką ogoloną głowę.

Hatszepsut stała naprzeciwko niego. Znajdowali się w dużej komnacie świątynnej, w której córka faraona miała przygotować się do przyjęcia tytułu Boskiej Małżonki Amona. Tu ustawiono dla niej łoże i inne sprzęty niezbędne do funkcjonowania przez najbliższe dni. Nie było tego wiele: proste krzesło, bambusowy wieszak na szaty i niski stolik z dzbanem na wodę.

– Jak wiesz, pani, spędzisz tu siedem dni, oczyszczając ciało i umysł, poszcząc, modląc się i rozmyślając – przypominał Hapuseneb znane jej doskonale zasady. – Po tym czasie rozpoczniemy ceremoniał inicjacji. Opuścisz świątynię jako Boska Małżonka, pierwsza kapłanka Egiptu, arcykapłanka świątyń Najwyższego.

– Niech się stanie zgodnie z boską wolą. – Księżniczka powolnym ruchem dotknęła prawą ręką czoła, ust i okolicy serca i z pokorą pochyliła głowę, oddając w ten sposób cześć Amonowi.

– Hatszepsut, pierwsza spośród kobiet, córka władcy, stanie się arcykapłanką Egiptu – kontynuował Hapuseneb.

– Niech się stanie zgodnie z boską wolą. – Ponownie wykonała potrójny gest.

– Córka boga, który nawiedził królową Ahmes, stanie się Boską Ręką Amona i będzie spełniała ceremoniał budzenia świata. Dzięki niej każdego dnia wzejdzie słońce i będzie odnowiona wieczna moc Egiptu.

– Niech się stanie zgodnie z boską wolą – powiedziała mocnym głosem Hatszepsut, starannym gestem po raz trzeci dotykając czoła, ust i centralnego punktu klatki piersiowej.

Po siedmiu dniach postu, podczas których zgodnie z zasadami piła jedynie wodę i wznosiła modły do Amona, była gotowa do najważniejszego wydarzenia w swoim dotychczasowym życiu. Dzień wcześniej jej matka, królowa Ahmes, po raz ostatni odprawiła codzienny rytuał. Teraz w tej roli miała ją zastąpić Hatszepsut.

W noc poprzedzającą inicjację księżniczka nie spała. Modliła się. Klęczała z głową wspartą o kamienną podłogę komnaty. Jej ciało było oczyszczone i spokojne, a Ka wznosiło się ku niebiosom. Niemal czuła boski oddech. Prosiła, by Amon zechciał ją pobłogosławić, przyjął jej służbę i oficjalnie ogłosił ją Boską Małżonką.

Gdy siedem dni wcześniej rozpoczęła post, nie czuła niczego niezwykłego. Po pierwszych trzech dniach pojawiło się ssanie w żołądku, a potem lekkie mdłości, ale już piątego dnia nieprzyjemne objawy ustąpiły. Oczyszczające kąpiele i namaszczanie ciała oliwą powtarzane każdego dnia trzykrotnie sprawiły, że jej skóra zrobiła się jeszcze gładsza niż zazwyczaj. Jej ciało stało się lekkie, a ona sama miała wrażenie, że unosi się nad ziemią.

Siódmego dnia tuż po północy do jej komnaty wszedł arcykapłan. Za nim podążało dwanaście adoratorek Amona. Pojawili się tak cicho, że osłabiona siedmiodniowym postem, ale przede wszystkim pogrążona w głębokiej modlitwie Hatszepsut ich nie usłyszała. Stanęli wokół niej, tworząc krąg.

– Już czas – obwieścił Hapuseneb, którego głos zabrzmiał w jej uszach czysto jak muzyka.

Widząc przyjazne twarze kobiet, księżniczka poczuła spokój. Były wśród nich damy, które znała z pałacu, i arystokratki z całego Egiptu, które spotykała, towarzysząc rodzicom w czasie królewskich objazdów prowincji. Czuła, że wysyłają w jej kierunku dobrą energię.

– Wstań, przygotujemy cię do przywitania Amona – powiedział Hapuseneb.

Gdy się podniosła, adoratorki zdjęły z niej lnianą luźną szatę. Jej ciała nie zdobiły kosztowności. Zdjęła je pierwszego dnia, gdy tylko przekroczyła próg świątyni. Zgolono jej wówczas włosy i starannie wydepilowano ciało. Obowiązkiem każdego kapłana i kapłanki egipskiej było trzykrotne obmywanie i codzienna depilacja, a że Hatszepsut miała stać się najwyższą kapłanką, także ją obowiązywał ten świątynny odwieczny rytuał powszechnie przestrzegany w Egipcie.

Stała naga wewnątrz utworzonego wokół niej kręgu. Jedna z kobiet podała jej kielich. Duszkiem wypiła jego gorzką zawartość. Zakręciło się jej w głowie, w trzewiach poczuła ogień. Jej ciało otrzymało potężną dawkę energii. Otrząsnęła się i nabrała powietrza gotowa do dalszych działań.

Przez wąskie okienko, jedyne w tej komnacie, było widać, że wciąż jeszcze panuje noc. Jednak czas płynął szybko. Ceremoniał inicjacji nowej Boskiej Małżonki musiał się zakończyć przed wschodem słońca, tak żeby tego dnia właśnie ona po raz pierwszy w życiu mogła obudzić Najwyższego. Arcykapłan stanął na czele pochodu, za nim ustawiły się adoratorki. Ostatnia szła Hatszepsut.

Zabrzmiał hymn:

Pozdrowienie Tobie, Amonie-Re, Panie tronów obydwu Krajów,

Przewodzący w Karnaku,

Byku swej Matki, przewodzący na swych polach…8

Śpiewający korowód zmierzał w stronę głównej kaplicy. Stamtąd Hatszepsut miała się udać już tylko w towarzystwie arcykapłana do zastrzeżonej najświętszej części świątyni.

Panie prawdy, Ojcze bogów,

Który uczyniłeś ludzi, który stworzyłeś zwierzęta,

Panie wszystkiego, co istnieje, który stworzyłeś drzewo życia,

Który stworzyłeś trawy i dajesz życie bydłu…

Najważniejsze miejsce w głównej kaplicy zajmował olbrzymi złoty posąg Amona. Bóg siedział na złotym tronie. W dłoni trzymał anch, klucz życia, a jego głowę zdobiła korona z podwójnych wysokich piór.

Arcykapłan skłonił się przed nim. Adoratorki uklękły, tworząc półokrąg, w którego centrum stała Hatszepsut. Śpiewały:

Panie strachu, budzący przerażenie,

Wielki w potędze, możny w objawieniach,

Którego ofiary kwitną, który czyni pokarmy,

Bądź wywyższony, który stwarzasz bogów,

Który podtrzymujesz niebiosa, który kładziesz się na ziemi…

Gdy adoratorki zamilkły, pochyliły głowy tak nisko, że ich czoła dotknęły podłogi z błyszczącego elektronu. Wówczas odezwał się arcykapłan:

– Wielki Amonie, oto stoi przed tobą twoja córka.

Adoratorki trzykrotnie powtórzyły słowa arcykapłana. Było to zamknięcie cyklu. Wszelkie działania wykonywano w świątyni Amona po trzykroć na cześć triady, jaką stanowił Amon wraz ze swoją małżonką Mut i synem Chonsu. Trzykrotne powtórzenie słów lub czynności przydawało im dodatkowej boskiej mocy, trójca bowiem stanowiła pełnię.

Klęczące adoratorki zastygły w bezruchu, jakby na coś czekały. Miały zamknięte oczy. Hatszepsut wciąż stała na środku półokręgu, obok Hapuseneba. Ona też czekała. Z niecierpliwości i podniecenia drżała na całym ciele. Tak bardzo chciała już spotkać Amona! Poczuć jego zapach, zobaczyć jego niewysłowione piękno. Wtopić się w niego i w jego boskość. Tęskniła za nim jak za pierwotnym źródłem, jak za miejscem, z którego się pochodzi, do którego się przynależy, ale nigdy nie było nam dane go zobaczyć. Pragnęła go całą sobą, była pewna, że to spotkanie zmieni wszystko w jej życiu i że dotychczasowe lata były jedynie oczekiwaniem na ten właśnie moment.

Nagle rozległ się dziwny dźwięk. Ni to pomruk odległej burzy, ni to łoskot wzburzonych fal wylewającego Nilu, ni to dudnienie potężnych bębnów. Nie było wiadomo, skąd pochodzi. Ogarniał ich z każdej strony i wwiercał się w głowy. Był coraz głośniejszy i coraz bardziej obezwładniający, potężny. Miało się wrażenie, że idzie prosto z nieba. Gdy zdawało się, że sięgnął zenitu i w pełni zawładnął ciałami zgromadzonych, gwałtownie zaległa przeszywająca uszy cisza.

Hatszepsut otworzyła oczy, które wcześniej bezwiednie zamknęła, chcąc w ten sposób zagłuszyć wwiercające się jej w głowę dźwięki. Mimo oszołomienia natychmiast zauważyła, że za posągiem Amona przed sobą nie ma granitowej ściany, która wcześniej tam była. Gdzie zniknęła? W jej miejsce pojawiła się delikatnie rozmigotana, zapraszająca do wejścia, kusząca poświata nadchodzącego dnia.

– Córko boga, pójdź obudzić świat ze snu – powiedział arcykapłan.

Słowa te zgodnym chórem wyśpiewały adoratorki. Ich głosy unosiły się w powietrzu jak płatki kwiatów lotosu na wodzie.

Hatszepsut przekroczyła magiczną linię światów, którą jak jej się wcześniej wydawało, stanowiła potężna – a jednak już nieistniejąca – granitowa ściana. Hapuseneb podążył za nią.

– Jesteśmy sami – oświadczył, gdy znaleźli się po drugiej stronie. Za sobą, w świecie ludzkich spraw, widzieli klęczące kobiety. – My je widzimy, ale one nas nie. Przestrzeń, w której teraz jesteśmy, jest także oddzielona od ich uszu. Znajdujemy się po drugiej stronie. To świat Amona. Dostępny tylko dla wybranych. To tu każdego dnia Boska Małżonka, Ręka Amona, budzi Najwyższego, który daje zgodę na wzejście słońca. Przez ostatnie lata robiła to królowa Ahmes. Od dziś to twoje zadanie, pani. Będziesz tu sama. Zostawiam ci sistrum, instrument bogini, ono cię poprowadzi w kontakcie z Amonem. – Położył u jej stóp piękną, subtelnie rzeźbioną złotą grzechotkę. – Wypij nektar. – Podał jej złoty kielich wypełniony pachnącym płynem.

Bez wahania wychyliła go do dna. Nie mogła się doczekać spotkania z Najwyższym. Cierpliwie wyglądała tego dnia od tylu lat, a ostatnie chwile wydawały się jej wiecznością!

– Niech stanie się jasność, niech zespoli się żeński i męski pierwiastek świata. Wypełnij przeznaczenie, stań się Ręką Amona, Boską Małżonką.

Hapuseneb wypowiedział te słowa i zniknął. Hatszepsut rozejrzała się wokół: była sama. Nie widziała już nawet boskich adoratorek, które towarzyszyły jej jeszcze przed chwilą. Stała w niewielkim ciemnym pomieszczeniu rozświetlonym jedynie światłem nierzeczywistości. Napoje, które podawano jej w ostatnich dniach i przez całą noc trwania ceremoniału, siedmiodniowy post, wonne dymy kadzideł, nieustanne modły, śpiewy i magiczne inkantacje rozbrzmiewające wokół niemal bez przerwy, wszystko to razem sprawiało, że nie wiedziała, czy śni czy też to, na co patrzy, dzieje się naprawdę. Przestał istnieć czas. Funkcjonowała w innym wymiarze. Unosiła się nad ziemią. W jednej chwili zapominała, że ma ciało, a równocześnie jej zmysły były tak wyczulone, że najmniejsze drgnienie powietrza otwierało jej oczy i uszy w sposób, którego wcześniej nigdy nie doświadczyła. Słyszała i widziała wszystko, także świat zamknięty przed zmysłami zwykłych śmiertelników. Jej skóra chłonęła dźwięki i zapachy, a język, który zdawał się funkcjonować niezależnie od jej woli, głośno obwieszczał, jak bardzo dobrze jest jej zespolonym w harmonii ciału i duszy.

Myślała, że śni, i w tym śnie jej ciało zespoliło się z kosmosem. I wtedy poczuła zapach. Był jak połączenie woni najpiękniejszych kwiatów z poranną świeżością po ulewnym deszczu w porze peret. Najwspanialsza woń świata! Znała ją z opowieści niani o wizycie Amona w komnacie jej matki.

 

Wiedziała, że zbliża się najcudowniejsza chwila w jej życiu.

Usłyszała muzykę, która jednak płynęła tak cicho, że mogła być jedynie jej marzeniem. W powietrzu zafalowały złote drobinki, rozświetlając pomieszczenie. Poczuła, że moment, na który czeka z drżeniem serca, jest tuż-tuż. Wiedziała, że może zachęcić boga, by ukazał się jej oczom, jeśli zatańczy dla niego w rytm magicznego sistrum. Podniosła więc leżący u jej stóp instrument. Poruszyła nim delikatnie. Gdy tylko popłynęły pierwsze dźwięki, jej ciało zareagowało, jakby zostało stworzone do tego właśnie tańca. Lata ćwiczeń, nauki starannego układania dłoni i stóp, płynnego poruszania biodrami, odchylania karku i pleców, falującego ruchu biustu i ramion zrobiły swoje. Hatszepsut zespoliła się z sistrum, z jego intrygującym, pobudzającym dźwiękiem. Jej umysł i ciało stały się teraz instrumentem bogini. Tak jak starożytna grzechotka przypominała kształtem i sposobem działania waginę, tak waginą stała się roztańczona dziewczyna pragnąca w ten sposób sprawić, że pojawi się ten, na którego czekała.

Wirowała, rozłożywszy ręce, kręciła głową i biodrami, płynnie przechodziła od szybkiego energetycznego tańca do statycznego, niemal niezauważalnego poruszania jedynie końcami palców. Instrument wirował nad jej głową, a chwilę później tańczył razem z nią wygiętą w łuk tuż nad posadzką. Hatszepsut stała się tańcem. Leciała nad Egiptem, patrzyła na wieczny Nil, piramidy zbudowane przez faraonów, palmy daktylowe, na ludzi krzątających się wokół domostw, pracujących w polu i na budowach, widziała ogrody możnych, oazy i niezmierzone piaski pustyni. Zwierzęta, rośliny, ludzie, budowle – wszystko to migało jej przed oczami szybko, coraz szybciej, w szalonym tańcu życia.

Nagle coś kazało jej się zatrzymać. Zapach, dokładnie taki, jak opowiadała niania Sitre, stał się tak intensywny, że owładnął nią i dotarł do najgłębszych zakamarków ciała. Wtedy otworzyła oczy zamknięte na czas ekstatycznego tańca. Przed nią w złocistej poświacie spał Amon. Wydał jej się niematerialny, choć równocześnie wyglądał, jakby odpoczywał w tym miejscu od zawsze. Na jego ciało składały się miliony złocistych migoczących iskierek. Błyszczał w ciemności, spowijała go złota mgła.

Stała nieruchomo i z zachwytem patrzyła na śpiącego. Wreszcie odważyła się wykonać kilka kroków w jego stronę. Nawet nie drgnął. Uklękła obok i odłożyła sistrum tak, żeby go nie obudzić.

Skoro nie zbudziły go taniec ani głośny dźwięk instrumentu, na pewno śpi bardzo mocno, pomyślała. Kolejny raz tej nocy uświadomiła sobie, że nie porusza się w świecie ziemskich spraw.

Była tak odurzona, że nie odróżniała prawdy od wyobrażenia. Miała zarazem pewność, że na harmonię maat składa się i to, czego możemy dotknąć, i to, co istnieje jedynie pozornie. Wszystko bowiem, co nas otacza, jest nieskończoną jednością.

Przyglądała się nieopisanemu pięknu boga. Jego ciało było jak utkane ze złota. Zamiast oblicza miał twardą, niezwykłej urody maskę.

Może to wcale nie maska, ale jego prawdziwa twarz? Czy coś kryje się pod nią? przemknęło jej przez myśl, gdy patrzyła na niego z bliska, jednak uznała, że przecież wygląd nie jest istotny, skoro ma przed sobą boga i czuje jego esencję.

Wiedziała, że nadszedł szczególny moment: czas próby. Że oto śpi przed nią Amon. A ona ma go obudzić. Sprawić, by obdarował świat nektarem życia i by nad Egiptem, jak każdego dnia od początku świata, wstało słońce. Było to jej najważniejsze teraz i jedyne zadanie. Oto do tego, który włożywszy boski członek do własnych ust, wypluł potem nektar życia na ziemię i sprawił, że zapłodniona w ten sposób ziemia urodziła ludzi, przybyła nowa partnerka. Była nią ona, Hatszepsut, która od tego dnia miała nosić tytuł Ręki Boga, Boskiej Małżonki.

Pochyliła się i ujęła jego członek. Zauważyła ze zdziwieniem, że obudził się natychmiast. Ahmes uprzedzała ją, że gdyby nie reagował, potrzebna jest cierpliwość i konsekwencja, lecz ku radości księżniczki jej dotyk spodobał mu się od razu. Boski obelisk stał się olbrzymi i gdy tylko Hatszepsut wykonała kilka ruchów dłonią, nektar wystrzelił wysoko, a jego krople rozprysnęły się na wszystkie strony. Klęczała zafascynowana niezwykłym widokiem. Była z siebie dumna. Wszystko stało się tak szybko!

Co prawda wciąż nie miała pewności, czy to, czego była świadkiem, dzieje się naprawdę, lecz w tamtej chwili nie było to dla niej ważne. Amon bowiem oparł się na łokciu i wyciągnął do niej rękę, dając znak, że ma położyć się obok niego. Zrobiła, co kazał. Wtedy uniósł się nad nią. Poczuła jego ciężar. Widziała nad sobą złotą maskę z wąskimi otworami na oczy. Silną dłonią Amon uniósł jej pośladki i po chwili wniknęła w nią jego boska moc. Jej Ka połączyło się z duchami faraonów.

Ocknęła się po chwili. Czuła rozlewającą się po ciele błogość, a równocześnie słyszała gdzieś w głowie, jak przez mgłę, powtarzane wielokrotnie instrukcje. Znała je na pamięć.

„Gdy Amon się obudzi, musisz złożyć mu przysięgę wierności i posłuszeństwa”, uczył ją Hapuseneb.

Pamiętała, że ma złożyć najgłębszy z pokłonów i gdy usłyszy głos boga, oddać mu się z pełną ufnością pod opiekę i przysiąc uległość po wsze czasy. Nie miała siły, trzęsły jej się nogi, kręciło się w głowie, bolało ją ciało, między udami czuła strużki zaschniętej krwi zmieszanej z boskim nektarem. Nie miała siły ani ochoty się podnieść, ale poczucie obowiązku zwyciężyło. Spróbowała wstać. Była przecież księżniczką, córką Totmesa, pierwszą spośród kobiet, to zobowiązywało. Musiała i chciała być silna. Dla Egiptu, powtarzała sobie w myślach. Bezskutecznie. Nogi tak jej drżały, że opadła na ramię śpiącego obok Amona. Wówczas zabrzmiał potężny głos. Pochodził z nieba. Był wszędzie. Natychmiast wróciły jej siły. Poderwała się na równe nogi. Głos brzmiał jak najpotężniejsze trąby.

– Hatszepsut, Hatszepsut, Hatszepsut! – usłyszała.

Padła na kolana i zacisnęła powieki.

Czy zostanę ukarana za moją słabość? Za to, że nie potrafię rozkazywać własnemu ciału? Że nie mam siły wstać, choć doskonale wiem, że powinnam to zrobić? Że nie realizuję poleceń i nauk arcykapłana? pomyślała z trwogą.

Bała się. Że rozczarowała boga, że nie sprostała jego oczekiwaniom, że jednak nie zdała egzaminu i nie zostanie Boską Małżonką, bo nie panuje nad sobą i pozwala sobie na słabości, zamiast pamiętać o przysiędze, którą powinna złożyć Amonowi. Czyżby całe lata pracy nad sobą nic nie dały? Czy Amon ją odrzucił?

Po chwili podniosła głowę, szukając źródła dźwięku. Wydawało jej się, że dostrzega cień unoszący się pod sklepieniem. Widziała złotą maskę i oczy, które stały się tak wyraziste, że nie było już widać twarzy, tylko coraz bardziej powiększające się źrenice. Stawały się coraz większe i coraz jaśniejsze. Równocześnie coraz mocniej wokół rozbrzmiewał niezwykły głos.

– Hatszepsut!… – niosło się jakby echem czy może pogłosem lub zwielokrotnionym dźwiękiem.

Podniosła głowę, starając się nie patrzeć na świetliste oczy.

– Amonie, jestem twoja, całkowicie ci oddana, do twojej dyspozycji – wyrecytowała z przejęciem słowa, które znała na pamięć. – Zawsze i wszędzie. Niech się dzieje zgodnie z twoją wolą. Przewódź mi, prowadź mnie, kieruj mną. Nie uczynię niczego bez twojej zgody. Jestem twoją służebnicą.

Pamiętała, że aby przysięga nabrała mocy, musi powtórzyć ją trzykrotnie.

Uczyniła to, wierząc, że choć wcześniej pozwoliła sobie na chwilę niekontrolowanej słabości, Amon jednak jej wysłucha.

Później zemdlała.

Kiedy się obudziła, była sama. Leżała na chłodnej podłodze, a przez malutki świetlik umieszczony w szczycie wysokiego sklepienia wpływało światło dnia.