Dziewczyny z ogrodu rozkoszyTekst

0
Recenzje
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa



Copyright © Ewa Formella

Copyright © Wydawnictwo Replika, 2019

Wszelkie prawa zastrzeżone

Redakcja

Magdalena Kawka

Projekt okładki

Iza Szewczyk

Skład i łamanie

Maciej Martin

Konwersja publikacji do wersji elektronicznej

Dariusz Nowacki

Wydanie I w tej edycji

Wydanie I ukazało się nakładem wydawnictwa Ewa Formella, w roku 2013 pod tytułem Lawenda

Wydanie elektroniczne 2019

eISBN 978-83-66217-90-4

Wydawnictwo Replika

ul. Szarotkowa 134, 60-175 Poznań

tel./faks 61 868 25 37

replika@replika.eu

www.replika.eu


Jakim sposobem światło dociera do wnętrza domu?

Przez okna otwarte na oścież.

A jak dociera do ludzkiej duszy?

Przez wrota miłości, o ile są otwarte.

Paulo Coelho


Lawenda jest fikcją literacką, chociaż wielu mieszkańców Trójmiasta wspomina przekazywaną sobie z ust do ust historię tajemniczej, ekskluzywnej prostytutki, która w latach 1970–1980 podobno podbijała serca i zniewalała ciała bogatych obcokrajowców i marynarzy. Mieszkała w rezydencji, o której nikt nie wiedział, gdzie się dokładnie znajduje. Za noc spędzoną w jej towarzystwie płacono więcej niż wynosiła miesięczna pensja przeciętnego robotnika.

Nie wiem, czy istniała naprawdę, czy była tylko wymysłem ludzi.

Prostytucja na Wybrzeżu zawsze była, jest i będzie. Pisał już o niej Stanisław Goszczurny w swojej ponadczasowej książce Mewy.

Kilka dziewcząt wyrwało się z tego półświatka, ale większość – szczególnie ta dewizowa – bardzo sobie chwali życie, jakie wiedzie, chociażby z powodu luksusu, na który mogą sobie pozwolić.

W swojej książce chciałam pokazać, że te kobiety wcale nie są pozbawione negatywnych emocji i marzeń o normalnym życiu. Mimo wykonywania zawodu potępianego przez większość są zwykłymi kobietami, które marzą o prawdziwej miłości, domu pachnącym obiadem i niedzielnym spacerze z dziećmi.

Pieniądze nie zawsze dają szczęście.

Ewa Formella


Taksówka zatrzymała się przed sklepem z pamiątkami. Z nieba lał deszcz tak silnymi strumieniami, jakby z góry ktoś wylewał wodę wiadrami w celu zatopienia całej cywilizacji i całej ludzkości. Kobieta podała kierowcy banknot pięćdziesięciozłotowy. Wysiadając, szczelniej opatuliła się płaszczem, chociaż dobrze wiedziała, że nie uchroni jej przed całkowitym przemoczeniem. Szybko przebiegła na drugą stronę ulicy w kierunku swojego domu. Wpadła do budynku jak burza i prędko strząsnęła z płaszcza spływające po nim krople. Zerknęła na zegar wiszący w holu korytarza i uśmiechnęła się.

– Nie jest tak źle – powiedziała sama do siebie.

Spojrzała w stronę windy i zwinnym krokiem wbiegła po schodach na czwarte piętro, pokonując po dwa stopnie naraz.

Przed drzwiami mieszkania głęboko odsapnęła, wyciągając z torebki klucze. Jeszcze na korytarzu zdjęła z nóg buty na wysokich obcasach, aby ich stukotem nie obudzić śpiących w mieszkaniu osób. Wślizgnęła się do środka jak złodziej. Już w przedpokoju usłyszała ciche dźwięki dochodzące z włączonego telewizora. Powiesiła mokry płaszcz na wieszaku i weszła do pokoju. Na dużej, narożnej kanapie siedziała młoda dziewczyna pogrążona w błogim śnie. Kobieta wyjęła pilota od telewizora z rąk śpiącej i wyłączyła odbiornik. Dziewczyna przebudziła się. Ze strachem w oczach spojrzała na kobietę.

– Dobry wieczór, pani Gosiu, przepraszam, że zasnęłam, ale…

– Spokojnie, Alu, ja tylko wyłączyłam telewizor, który grał nie wiadomo dla kogo. – Kobieta usiadła na kanapie i pogłaskała dziewczynę po dłoni. – Zostaniesz na noc czy chcesz wracać do domu?

– Maluchy śpią, więc jeżeli nie będę już pani potrzebna, to może pojadę do siebie. – Alicja uśmiechnęła się zawstydzona sytuacją, w jakiej zastała ją pracodawczyni.

– Jak chcesz.

Kobieta wyjęła z torebki kilka banknotów i podała dziewczynie.

– To za dzisiejszy dzień i na taksówkę, żebyś nie wracała komunikacją miejską, bo o tej porze jest to trochę nieprzyjemne.

– Dziękuję. – Dziewczyna wzięła banknoty i wstała z kanapy, poprawiając lekko pogniecioną sukienkę.

– Zwłaszcza że leje jak z cebra. – Kobieta skinęła głową w stronę okna.

Dziewczyna podążyła wzrokiem we wskazanym kierunku i wzruszyła ramionami.

– Trudno, najwyżej zmoknę, nie chciałabym pani przeszkadzać.

– Oj, głupiutka! – roześmiała się kobieta. – Przecież dobrze wiesz, że nigdy mi nie przeszkadzasz. Jesteś aniołem mojej rodziny. Jesteś… – zamilkła na kilka sekund. – Jesteś dla mnie jak rodzina, więc jak możesz mówić, że mogłabyś mi przeszkadzać? Wiem, że doskonale zdajesz sobie sprawę, jak wiele ci zawdzięczam.

– Więc… – Dziewczyna ponownie spojrzała w stronę okna, o którego szyby bębniły grube krople deszczu. – Jeżeli pani pozwoli, prześpię się tu na kanapie, a rano pojadę do rodziców.

– Nie prześpisz się na kanapie, tylko pójdziesz do pokoju gościnnego – powiedziała kobieta stanowczym głosem. – No już, do łazienki i spać, pogadamy rano.

Dziewczyna uśmiechnęła się z wdzięcznością. Propozycja spędzenia nocy w ciepłym, suchym pomieszczeniu była lepsza niż zmoknięcie. Wyjście z bezpiecznego domu w taką pogodę nie stanowiło szczytu jej marzeń. Przeciągnęła się leniwie i poszła do łazienki.

Szum wody zza drzwi, za którymi zniknęła Ala, świadczył, że właśnie postanowiła wziąć prysznic. Małgorzata podeszła do szafki stojącej pod dużym, płaskim telewizorem i wystukała kod umożliwiający otworzenie drzwiczek. To był jedyny mebel w całym mieszkaniu, do którego dostęp miała tylko ona. Nikt poza nią nie znał szyfru i to dawało jej poczucie swoistego bezpieczeństwa. Zamek założył jeden z sąsiadów, krótko po tym, jak wprowadziła się do tej starej poniemieckiej kamienicy na obrzeżach miasta. Był on jednym z nielicznych, którzy zaakceptowali ją jako nową sąsiadkę. Inni, zwłaszcza panie w wieku matronalnym, najchętniej naplułyby jej pod nogi, przechodząc obok. Pruderyjność pewnych grup ludzi czasami ją śmieszyła, ale bardzo często czuła się z tego powodu kimś gorszym, kimś napiętnowanym.

Wyjęła z szafki szklankę o grubym, kryształowym dnie i napełniła ją w jednej trzeciej anglosaskim rodzajem jałowcówki, popularnie w Polsce nazywanej ginem. Miała wśród swoich alkoholi zarówno dry gin, jak i London dry gin; oba uwielbiała tak samo. Dopełniła resztę szklanki tonikiem, aby złagodzić cierpko-gorzki smak alkoholu a potem dorzuciła do tego plasterek mrożonej cytryny. Postawiła szklankę na stoliku i udała się do sypialni, aby przebrać się w wygodny dres. Wracając, zerknęła do małego pokoiku i z miłością spojrzała na dwie czarne czuprynki otaczające małe, spocone główki. Dzieci uśmiechały się przez sen, co napełniło ich matkę dodatkową dawką macierzyńskiego uczucia. Poprawiła kołderki, które tradycyjnie w większej części znajdowały się poza tapczanikami, i cichutko zamykając za sobą drzwi, przeszła do salonu.

Wygodnie usadowiła się na kanapie, układając nogi na dużej, miękkiej pufie, i pociągnęła spory łyk przygotowanego przed kilkoma minutami drinka. Chłodny napój delikatnie popieścił zarówno podniebienie, jak i zmysły. Pilotem włączyła wieżę stereofoniczną, stojącą obok telewizora i w ułamku sekundy pokój wypełniła cicha muzyka jazzowa. Małgorzata przymknęła oczy i myślami zaczęła wtapiać się w dźwięki saksofonu George’a Rufusa Adamsa. Muzyka jazzowa od najmłodszych lat była obecna w jej życiu. Już jako mała dziewczynka marzyła o grze na saksofonie, ale rodzice cały czas skutecznie jej to wybijali z głowy. Może gdyby wtedy im się sprzeciwiła, to jej losy potoczyłyby się zupełnie inaczej. Ojciec zawsze powtarzał, że jazz to muzyka prostytutek. Jak bardzo był blisko i zarazem daleko. Wprawdzie ten gatunek muzyki powstał w Nowym Orleanie, na południu Stanów Zjednoczonych, w dzielnicy Storyville, znanej z prostytutek, ale był przecież połączeniem melodii zachodnioafrykańskich i europejsko-amerykańskich jednocześnie.

Każdy znawca tego gatunku wie, że jazz stanowi wyraźne połączenie muzyki ludowej i rozrywkowej. Gdyby tak bardzo nie zakochała się w tej muzyce, nie miałaby przecież teraz swoich ślicznych, czarnych aniołków.

– Dlaczego pani zawsze po pracy pije drinka? – niespodziewanie usłyszała nad sobą głos Alicji.

– Myślę, że to nie twoja sprawa – odpowiedziała cichym, ale stanowczym głosem, nie otwierając oczu.

– Ja się tylko martwię o panią, nic więcej. – Dziewczyna nie dawała za wygraną.

– Idź spać!

– W porządku. Czy jutro będę potrzebna, czy mam rano pojechać do rodziców?

 

Małgorzata otworzyła oczy i spojrzała na stojącą obok niej młodą, szczupłą dziewczynę. Uśmiechnęła się i ponownie zamknęła powieki.

– Nie wiem – zamyśliła się. – Nigdy nie jestem pewna, kiedy zadzwonią i powiedzą, że mam się stawić w pracy.

– Ale siostra mojej koleżanki, która też pracuje w liniach lotniczych jako stewardesa, ma ustalony grafik i nie musi zjawiać się na każde wezwanie, tak jak pani…

– Alu, proszę cię, idź spać i daj mi święty spokój.

Ton, jakim pracodawczyni wypowiedziała ostatnie zdanie, sprawił, że dziewczyna skuliła się w sobie i bez słowa poszła do pokoju gościnnego.

Małgorzata spod półprzymkniętych powiek spojrzała za oddalającą się dziewczyną i pomachała jej ledwo widocznym gestem dłoni, która delikatnie uniosła się znad kanapy.

Z odtwarzacza CD zaczął płynąć kolejny utwór. Kobieta podniosła do ust szklankę z przeźroczystym płynem i upiła kolejny, spory łyk drinka. Popatrzyła na stojące na szafce obok kolorowego wazonu zdjęcie, z którego spoglądały na nią duże, czarne oczy, rozświetlające blaskiem twarz o zniewalającym uśmiechu. Około trzydziestoletni mężczyzna patrzył wprost na nią i miała wrażenie, że zaraz zejdzie z fotografii i stanie naprzeciwko.

– I co, zadowolony jesteś? Musiałeś tak skomplikować mi życie? Po jaką cholerę stawałeś na mojej drodze? – powiedziała Małgorzata, czując, jak alkohol zaczyna rozpalać jej policzki. – Gdyby nie ty, może byłabym teraz ekspedientką w sklepie obuwniczym albo pielęgniarką obojętnie przyglądającą się cierpieniu innych, albo nauczycielką, która nienawidziłaby swoich uczniów. – Upiła kolejny łyk alkoholu i zamyśliła się. – Przez ciebie jedni mnie pożądają, a inni nienawidzą, tego chciałeś?

Poczuła, jak z coraz bardziej piekących oczu zaczynają wypływać łzy. Otarła je wierzchem dłoni i po raz ostatni tego wieczoru spojrzała na zdjęcie człowieka, który w jakimś momencie życia przesłonił jej cały świat. Dla niego zostawiła dom, rodziców i wszystko, co łączyło ją z przeszłością. Dzięki niemu poznała inne życie i wróciła jako inna osoba.


Samolot rozpoczął powolne lądowanie. Pasażerowie, przygotowani, z zapiętymi pasami, czekali cierpliwie na zetknięcie maszyny z ziemią. Stewardesa podeszła do mężczyzny z laptopem na kolanach i delikatnie położyła dłoń na jego ramieniu.

– Proszę wyłączyć komputer. W czasie startu i lądowania wszystkie urządzenia powinny być wyłączone. – Uśmiechnęła się grzecznie, prezentując jednak stanowczy wyraz twarzy.

Paul spojrzał w duże oczy dziewczyny i natychmiast zamknął swoje narzędzie pracy.

– Przepraszam, nie dosłyszałem komunikatu – powiedział z wyraźnie amerykańskim akcentem.

Stewardesa ponownie uśmiechnęła się i odeszła w stronę kokpitu.

– Witamy państwa na lotnisku w Warszawie. Jest słonecznie, temperatura wynosi około dwudziestu pięciu stopni. – Z głośnika zabrzmiał spokojny głos kapitana. – Dziękujemy państwu za wspólnie spędzony lot. Mamy nadzieję, że jeszcze skorzystacie państwo z naszych linii lotniczych. Życzymy przyjemnego pobytu w stolicy Polski.

Koła samolotu prawie niewyczuwalnie dotknęły powierzchni ziemi i wszyscy pasażerowie zaczęli bić gromkie brawa pilotom, tak delikatnie obchodzącym się zarówno z maszyną, jak i z podróżnymi. Przez kilkanaście minut samolot kołował po płycie lotniska, aż wreszcie się zatrzymał. Wysiadający z uśmiechem na ustach żegnali się z załogą i dziękowali za miły i spokojny lot.

Paul wsiadł do autobusu, który czekał na pasażerów, aby podwieźć ich do hali przylotów. Z zaciekawieniem rozglądał się po lotnisku. Nie był tu ponad dwadzieścia lat i wspomnienia, które pozostały w jego głowie, całkowicie rozmyły się na widok tego, co zobaczył. Wyjątkowo szybko udało mu się odebrać bagaż, nadany w Newark do luku bagażowego, i zadowolony z zakończonej podróży wyszedł z hali. Czuł się tak szczęśliwy, jak ptak wypuszczony z klatki.

– Paweł! Cholera, nic się nie zmieniłeś przez te wszystkie lata! – Poczuł mocne klepnięcie w ramię i para silnych męskich rąk nagle objęła go jak zapaśnik sumo.

Na widok pulchnej, zarumienionej twarzy, szeroki uśmiech zagościł na jego ustach.

– Za to ty urosłeś, szczególnie na szerokość – roześmiał się, mocno odwzajemniając uścisk. – Nie widzieliśmy się ponad dwadzieścia lat, a mnie się wydaje, jakby to było wczoraj.

– Ty wiesz, że nawet przypominasz tego aktora. – Mężczyzna uderzył dłonią w czoło. – Czekaj, jak on się nazywa...?

– Ja? Aktora!? – Paweł spojrzał na swojego towarzysza, nie ukrywając rozbawienia.

– No, tego… co grał w filmie Kotka na gorącym żelaznym dachu.

– Cat on a Hot Tin Roof? Kotka na gorącym blaszanym dachu – poprawił go ze śmiechem.

– No właśnie, na gorącym blaszanym dachu. Wiesz przecież, o kim mówię.

– Paul Newman?

– No jasne! Właśnie do niego jesteś podobny. – Mężczyzna zrobił dwa kroki w tył i oparł dłonie na biodrach. – Widzisz, nie tylko masz takie samo imię, ale jesteś też toczka w toczkę podobny. Może to twój stary, co?

– Może… – Paweł roześmiał się. – Szkoda, że moja mama nie żyje, bo zapytałbym ją, czy przypadkiem nie miała romansu z amerykańskim aktorem.

Mężczyzna wziął od swojego gościa walizkę i skierował się w stronę parkingu.

– Oto mój mustang. – Dumnie wskazał dłonią na ciemnowiśniowy samochód wyraźnie różniący się wyglądem od innych.

– Fiuu! – Paweł obszedł auto dookoła i z podziwem pokręcił głową. – A myślałem, że ludzi w Polsce nie stać na takie cacka.

– Kogo stać to stać, jedni jeżdżą dełu albo komunikacją miejską, a ja mam szczęście do tego.

– Co to jest „dełu”? – Paweł spojrzał na przyjaciela z nieukrywaną ciekawością.

– Daewoo to marka koreańskich samochodów, dość popularna u nas.

– I understand.

– Hej, koleś! Jesteś w Polsce, jakbyś zapomniał, tu obowiązuje język polski!

– Okej, już się przestawiam.

Wsiedli do samochodu. Przebijając się przez korek prowadzący do drogi wyjazdowej, milczeli, jakby nagle zabrakło im tematu do rozmowy.

– Tak właściwie to co ty robisz, że stać cię na taki klejnot? – Paweł przerwał milczenie, rozglądając się po wnętrzu samochodu.

– Ta toyota nie jest moja. – Mężczyzna spojrzał na pasażera z miną niewiniątka.

– Co ty gadasz, Olek, a czyja?

– To znaczy moja, ale nie moja.

Paweł popatrzył na przyjaciela podejrzliwie i chrząknął dwa razy, sugerując, że chce usłyszeć wyjaśnienie.

– Widzisz, pracuję dla takiej jednej firmy i mam to cudeńko do dyspozycji. Mogę nim jeździć prywatnie, ale muszę być na każde wezwanie mojej szefowej.

– Co to za firma?

– No właśnie taka, o której chcesz pisać.

– Agency of prostitutes?

– Hej, koleś! Umawialiśmy się, że rozmawiamy po polsku! – krzyknął kierowca toyoty. – Tak, agencja prostytutek, ale jakich… – Oblizał się jak pies na widok kiełbasy. – Gdybyś widział te lalunie, to sam miałbyś ochotę zaciągnąć je do łóżka.

– Może mi się uda? – uśmiechnął się Paweł, unosząc kąciki ust.

– Zapomnij! Nie dla psa kiełbasa!

– Co mają wspólnego pies i kiełbasa z prostytutkami? – Paweł zdezorientowany zerknął na przyjaciela.

– Jezu, ciemniak jesteś! To tylko takie nasze powiedzenie. Oznacza: zbyt wysokie progi na twoje nogi.

– Olek, albo cię zaraz walnę i będziemy mieli wypadek, albo zaczniesz gadać jaśniej! – Paweł zdenerwował się niejasną paplaniną kolegi. – Mnie każesz mówić po polsku, a sam pleciesz jakieś niezrozumiałe farmazony.

– Dobra, dobra! Nie irytuj się tak. – Kierowca toyoty zaczerwienił się. – Miałem na myśli, że to po prostu są dość ekskluzywne panie i nie każdego na nie stać. Kapujesz?

– Kapuję. – Paweł uspokojony wyjaśnieniem odwrócił głowę w stronę ulicy i zaczął się przyglądać mijanym budynkom. – Opowiedz mi o nich.

– Nie ma co opowiadać, bo wszystko jest tak tajemnicze, że chyba tylko sam Pan Bóg wie, o co chodzi.

Zaskoczony Paweł odwrócił się w stronę kumpla.

– Agencja nazywa się Ogród Rozkoszy – kontynuował Olek – a każda z panienek ma pseudonim nawiązujący do nazwy roślinki. Dziewczyny są tak ekskluzywnym towarem, że żeby się z którąś z nich umówić, musisz się zapisać w kolejce, wpłacając coś na kształt wadium. I to wcale niemałe.

– Po co?

– Jak to „po co”? Gdyby się jednak jakiemuś prezesowi lub szejkowi odwidziało, to dziewczyna nie może zostać na lodzie. Zresztą, co tam będę ci gadał. – Olek machnął lekceważąco ręką. – Szefowa zgodziła się z tobą porozmawiać, więc od niej dowiesz się wszystkiego dokładniej.

– A na kiedy mnie umówiłeś? – Paweł aż podskoczył na wieść o spotkaniu z kobietą, o której słyszał od pewnego wpływowego gościa.

– Nie umówiłem, sam się z nią musisz umówić – odpowiedział Olek, ignorując entuzjazm kolegi. – Dam ci numer telefonu, zadzwonisz. No, jesteśmy na miejscu.

Samochód zatrzymał się przed dwupiętrowym apartamentowcem.

– Przenocujemy tutaj, a jutro skoro świt pojedziemy do Gdańska.


Dźwięk pagera odezwał się w najmniej odpowiednim momencie. Małgorzata spojrzała na numer i skrzywiła się.

– No ładnie, miałam mieć kilka dni wolnego.

Wyjęła z torebki telefon komórkowy i wystukała numer. Z drugiej strony odezwał się ciepły kobiecy głos.

– Witam cię i przepraszam, że zakłócam twój odpoczynek, ale jesteś potrzebna.

– Obiecała mi pani kilka dni wolnego, żebym…

– Wiem, kotku, wiem, ale nic na to nie poradzę, że komuś bardzo zależy. Pieniądze nie leżą na ulicy, a ja nie mam zamiaru zniszczyć dobrego imienia naszej firmy. – Kobieta zniżyła głos prawie do szeptu. – W sobotę chciałabym, żebyś stawiła się w pełnej gotowości.

– Dobrze, będę na pewno. – Małgorzata skuliła się, a do oczu napłynęły jej łzy.

Pomyślała, że po raz kolejny dzieci będą się czuły oszukane. Tak bardzo zapewniała je, że spędzi z nimi kilka dni na plaży. Pogoda była wręcz wymarzona na kąpiel w morzu, a ona sama bardzo potrzebowała kontaktu ze swoimi aniołkami. Wiedziała doskonale, że nie może odmówić. Nie teraz. Ale przyjdzie taki moment, że wyrwie się z tego wszystkiego i uciekną razem daleko, rozpoczynając nowe, rodzinne życie.

– I jeszcze jedno, musisz zarezerwować sobie trzy dni, bo wcześniej się nie wyrwiesz.

– Trzy dni!? – zawołała. – Kto to taki?

– Ktoś ważny. Pamiętaj… w sobotę w pełnej gotowości!

Małgorzata wyłączyła telefon i usiadła na brzegu piaskownicy, zakrywając twarz dłońmi.

– Co się stało, mamusiu? – Małe, ciepłe rączki objęły ją za szyję. – Dlaczego jesteś smutna?

– Nie jestem smutna, tylko trochę zmartwiona. – Spojrzała w duże, czarne oczy, wpatrujące się w nią z taką troską, jaką potrafi okazać tylko pięcioletnie dziecko. – W sobotę znów będę w pracy, muszę wyjechać na kilka dni.

– A mówiłaś, że teraz zostaniesz z nami na dłużej!

Mała Mulatka usiadła obok matki na deskach piaskownicy i spojrzała na nią ze złością. Małgorzata poczuła przebiegający przez plecy dreszcz.

– Cicho bądź! Nie widzisz, że mama jest zmartwiona? – Chłopiec przytulił się mocniej i nie pozwolił siostrze na dalsze pretensje.

– Przykro mi, Zuzanno. Muszę pracować, abyśmy mogli żyć tak, jak żyjemy. – Małgorzata pogładziła chłopca po czarnej czuprynie i dotknęła dłonią policzka dziewczynki. – Jakub też jest niezadowolony z tego powodu, ale potrafi to jakoś zrozumieć.

– Wiem, mamusiu, przepraszam, ale jesteś z nami tak mało, że…

Dziewczynka gwałtownie odsunęła się od matki.

– Kochanie, to już się niedługo skończy, obiecuję. Znajdę inną pracę i będziemy szczęśliwi. Na razie jednak na co dzień musi wam wystarczyć Alicja.

Dzieci przytuliły się do matki, ale już za chwilę rozbiegły się po placu zabaw, wesoło do niej machając, jakby nie było rozmowy.