Hopsasa Felka Parerasa

Tekst
Z serii: To lubię
0
Recenzje
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

Okładka


Strona tytułowa

Strona redakcyjna

Ewa Chotomska

Hopsasa Felka Parerasa

© by Ewa Chotomska

© by Wydawnictwo Literatura

Okładka i ilustracje:

Katarzyna Kołodziej

Korekta:

Lidia Kowalczyk, Aleksandra Różanek, Joanna Pijewska

Wydanie II

ISBN 978-83-7672-423-2

Wydawnictwo Literatura, Łódź 2018

91-334 Łódź, ul. Srebrna 41

handlowy@wydawnictwoliteratura.pl

tel. (42) 630 23 81

www.wydawnictwoliteratura.pl


Dzień dobry, dzień dobry -

witają was po latach

ogonek i pyszczek,

i każda moja łapa!

Uśmiecham się pięknie,

zasiadam do pisania

i tych, co lubią książki,

zapraszam do czytania!

Tym wszystkim, którzy nie znają mojego wcześniejszego pamiętnika, przedstawię się – nazywam się Felek Pareras. Brzmi przepięknie, nie sądzicie? Jestem wielorasowcem albo, jak kto woli, mieszańcem, patchworkiem, kundelkiem spod Celestynowa. To miejscowość koło Otwocka. Otwock leży blisko Warszawy, stolicy Polski.

Jak przez mgłę pamiętam czasy mojego dzieciństwa. Jako małolat zostałem przygarnięty przez moją kochaną człowieczą rodzinkę. Od dwunastu lat mieszkam w Warszawie z Moją, jak nazywam panią Karolinę, i mamą Mojej. Przez lata nasza rodzinka powiększyła się o pana Tomka – męża mamy Mojej, oraz pana Piotra – męża Mojej, a także o ich córeczkę Zuzię.

Pewnie trudno wam to wszystko zapamiętać. Ja też miałem z tym małe trudności, ale w końcu je pokonałem. A ponieważ Moja mieszka sto kroków od swojej mamy, mam dwa domy, co bardzo sobie chwalę. W dwóch domach mam dwie stołówki, do których zawsze kieruję się po wejściu do środka. Moja karmi mnie najczęściej suchą karmą. Nie jest to to, co Felusie lubią najbardziej. Więc kiedy tylko nadarzy się okazja, a nadarza się bardzo często, biegnę ochoczo do domu mamy Mojej. Wiadomo, że najlepsza kuchnia jest u babci, a przecież mama Mojej jest dla mnie babcią. Niemal codziennie z tamtejszej jadłodajni rozchodzi się aromat świeżutkiego mięska. Jak że więc tego nie zjeść?

Amatorem babcinej kuchni jest Ruda, moja młodsza koleżanka. Spotykamy się czasem na spacerze na Mazurach. Nie tych prawdziwych, jak tłumaczy Moja, które są w północnej części Polski i słyną z tysiąca pięknych jezior. Nasze małe Mazury to teren za płotem. Ciągle jeszcze dość dziki, pełen wysokich traw, drzew i krzaczków, za którymi przepływa niewielki kanałek. Wspaniały teren na rekreację i psi fitness!

Spotykają się tam właściciele czworołapnych z całej okolicy. Chociaż jest ich bardzo wielu, ja najbardziej lubię Rudą. Wiadomo, dziewczyna, i to młodsza ode mnie, więc myślę, że jestem dla niej autorytetem, kimś godnym naśladowania. Ruda jest rzeczywiście ruda. Przypomina małego liska. Uwielbia biegać po łące i kąpać się w naszym kanałku. Niestety, woda w nim nie zawsze jest czysta, więc potem jej państwo mają z nią kłopot.

Jak byłem młodszy, to często się tam kąpałem. Uwielbiałem też porządnie się wytarzać w napotkanych nieczystościach albo pozostałościach po martwym ptaku. Czymś z „odpowiednim” zapaszkiem. Psie małolaty czasem tak mają. Większość z tego wyrasta. Mam nadzieję, że i Ruda kiedyś zmądrzeje. Niestety, ma ona jeszcze jeden okropny nawyk – zdarza się, że przy okazji spaceru jak huragan wpada do naszego domu i z szybkością komety opróżnia do czysta moje blaszane miseczki. Bardzo tego nie lubię. Ale czego się nie robi dla dziewczyn! Podkulam ogon i jej wybaczam.


Zachęcony przez Rudą opanowałem grę we frisbee, czyli łapanie pyskiem krążka przypominającego plastikowy talerz. Uczestnicząc w tych zabawach, mama Mojej ułożyła nawet specjalną rapowankę, którą zagrzewała mnie i Rudą do łapania.

Łąka, lasek, krzak,

czworonożny rap!

Rap na osiem łap,

na wielki chap!

Ruda, frisbee łap!

Feluś, zobacz jak,

i zrób wielki chap!

Talerz zręcznie złap!

Rap na osiem łap,

czworonożny rap!

Uważam, że ten sport jest równie ważny dla naszego psiego rodu jak dla ludzi tenis. Gorąco do jego uprawiania namawiam. Kto wie, może kiedyś ktoś specjalnie dla nas zorganizuje takie talerzowe rzucańcowe zawody?

Szkoła dobrych manier

Sam pomysł rzucania i łapania nie był dla mnie niczym nowym. Sprawność tę ćwiczyłem w Szkole psiej elegancji i dobrych manier, do której przez jakiś czas uczęszczałem... Trafiłem tam z ogłoszenia, które Moja znalazła gdzieś na słupie ogłoszeniowym. Dzięki promocji można się było zapisać na zajęcia za półdarmo. Nie bardzo rozumiałem to „półdarmo”. Albo się za coś płaci, albo jest za darmo. Ale półdarmo?

Moja, wielbicielka wszelkich promocji, założyła mi obrożę i kaganiec i zawiozła pod wskazany adres. Zajęcia odbywały się w sobotnie przedpołudnia na pobliskim stadionie. Specjalni treserzy – miłośnicy czworonogów – szkolili swoich uczniów, pokazując różne gesty i wydając polecenia. W ten sposób zachęcali nas do ich powtarzania.

Uczniów w tej sobotniej szkółce było bardzo wielu. Dziewczynki i chłopaki, psiaki małe i duże, zarówno młodzieniaszki, jak też – podobnie jak ja – całkiem już dorosłe psy. Co tam się działo! Większość z nas, trzymanych przez właścicieli dość krótko i mocno, dwoiła się i troiła, aby zerwać się ze smyczy. Nic z tego. Kadra doskonale wyłapywała wszelkie próby ucieczki i specjalnymi nakazami i zakazami towarzystwo uciszała.

Niektórzy z nas z zasady byli niechętni wykonywaniu jakichkolwiek poleceń. Może nie rozumieli sensu tej nauki? Ale instruktorzy zazwyczaj potrafili znaleźć sposób, aby zachęcić ich do sztuczek. Tych, którzy bardzo wolno zapamiętywali przerabiany materiał, instruktorzy zapraszali na korepetycje – kursy dodatkowe.

Myślę, że Moja była zadowolona z moich postępów w nauce. Jestem przecież pojętnym uczniem. Nauczyłem się stać przy nodze, warować, czyli przy niej leżeć, i aportować – znaczy przynosić polecony przez nauczyciela przedmiot do pani. Jednak nie zawsze chciałem go oddać. Bo jak tu oddać piłeczkę, którą tak lubię się bawić? Czasem obawiałem się, że mi ją po prostu zabierze, bo zdaje się, że niejednokrotnie miała już dość tych moich wybryków. Nie rozumiem dlaczego, przecież to takie przyjemne. Najlepiej opanowałem sprawność przynoszenia kapci, które Moja zabierała na zajęcia z domu.

W szkole nauczyłem się też nie szczekać bez okazji, co bardzo sobie cenił pan Tomek, mąż mamy Mojej. Z bólem serca musiałem też opanować zakaz porywania smakowitych kąsków z szafek i stołów. Opanowanie tej sprawności było dla mnie najtrudniejsze.

Odbierając z rąk prowadzącego kurs specjalny dyplom ukończenia szkoły, Moja usłyszała:

– Gratuluję, pani Karolino! Z pewnością będą jeszcze z Felusia psy!

Jakie psy? O czym ten pan mówi?

Przerażony wieścią, że chcą mi zrobić krzywdę, przybrałem chyba bardzo obolały wyraz pyska, co Moja w mig pojęła. Wytłumaczyła mi, że jest takie powiedzenie: „Będą z niego jeszcze ludzie” i że jest to nic innego, jak pochwała dobrego zachowania albo osiągniętego sukcesu.

Podbudowana tą wiadomością Moja, wracając ze mną do domu, zahaczyła o mój ulubiony sklep mięsny. Ma się rozumieć, że ja – Pareras – musiałem poczekać na zewnątrz. Piesków do sklepów z jedzeniem nie wpuszczają, musimy się więc wtedy uzbroić w cierpliwość. Pozostaje nam tylko liczyć na dobry gust pani lub pana, którzy osobiście wybiorą nam jakieś psie smakołyki. Tym razem zostałem obdarowany wyjątkowej urody kością.

I jak tu nie kochać takiej pani?


Kość

Hau, hau, hau!

Piesek wstał,

na spacerek ruszyć chciał.

Przyniósł swemu panu smycz,

zawył cicho: – Proszę, wyjdź!

Wyjdź z pupilem na spacerek -

prosi pięknie wierny Felek.

To jest moja pieśń sztandarowa. Wymyśliłem ją kiedyś zaraz po spaniu, leżąc na swoim posłaniu. Bardzo, ale to bardzo chciałem iść na spacer. Tymczasem cały dom spał.

Spały wszystkie ściany

i w łazience krany,

biblioteczka i kanapa,

bardzo cenna stara mapa,

spał dywanik i krzesełka,

i, rzecz jasna, łóżko spało.

Mocno spało i chrapało.

Więc wróciłem na posłanie

i zająłem się pisaniem.

Tak powstała ta piosenka -

prośba psiaka o spacerek.

Wymyśliłem ją ja – FELEK!

Nie wiem, jak to się stało, ale moje pisanie poskutkowało, bo chrapanie ustało. Wprawdzie poprzedzone głośnym: „drrr!” budzika, ale najważniejsze, że mogłem wyjść na spacer. A przecież takie wyjście jest dla nas, czworonogów, przede wszystkim koniecznością. Wszak nie ma w domach psich toalet. Przynajmniej ja o takich nie słyszałem. Poza tym nikt nie lubi, jak mu zwierzaki zanieczyszczają podłogę, prawda?

Najczęściej wychodzę na spacerki z Moją albo z jej mamą. Ale akurat wtedy obie wyjechały, a ja zostałem na całe dwa tygodnie z panem Tomkiem, mężem mamy Mojej. Nie da się ukryć, że bardzo się lubimy. Szczególnie lubię nasze spotkania w kuchni, jego królestwie. Pan Tomek uwielbia tam spędzać całe godziny, gotując swoje ulubione dania według przepisów kuchni staropolskiej. To są dania sprzed wielu lat, kiedy to na przykład ogórki kisiło się wyłącznie w domu, a mięso kupowało na wsi, prosto od chłopa. Potem w domu odpowiednio je przyrządzano. I zawsze można było coś z tego uszczknąć dla czworonoga.

 

W kuchni pana Tomka jest tak do dzisiaj. Jak gotuje, to zawsze coś kapnie i do mojej, Felusiowej miski. Byłem więc pewien, że co jak co, ale mój brzuszek na tym pichceniu nie ucierpi. Gorzej z moją kondycją, bo pan Tomek nie jest osobą zbyt ruchliwą. Na spacer chodzi nie za daleko i nie na długo. Zawsze powtarza, że każde wyjście musi mieć jakiś cel: zakupy w sklepie, w kiosku z gazetami lub odwiedziny sąsiada. Sęk w tym, że jego ulubiony sąsiad, pan Andrzej, mieszka dwie ulice dalej. Więc co to za odległość dla nas, czworonogów?

Ale cóż, jak się nie ma, co się lubi, to się lubi, co się ma. Przypomniałem sobie to powiedzenie i wychodząc na dwór, starałem się w miarę szybko załatwiać swoje potrzeby. Brakowało mi jednak spotkań towarzyskich z moimi spacerowymi kolegami, codziennych opowiastek i ploteczek o tym, co w trawie piszczy, czyli co się wydarzyło w naszym pieskim towarzystwie.

W dodatku pan Tomek jest nocnym markiem. To znaczy, że bardzo późno się kładzie spać i późno też wstaje. Dlatego pory, w jakich wychodziliśmy z domu, zdecydowanie różniły się od dotychczasowych. Zazwyczaj nikogo ze znajomych czterołapnych już wtedy na dworze nie było. Bałem się, że zupełnie o mnie zapomną.

Na szczęście została Ruda, suczka pana Andrzeja. Pan Andrzej jest zapalonym kibicem piłki nożnej, a ponieważ akurat był czas piłkarskich mistrzostw Europy i wszystkie mecze można było śledzić w telewizji, chodziliśmy czasem do nich na wspólne oglądanie. Panowie oglądali, a my z Rudą spędzaliśmy czas po swojemu.

Zawsze po przyjściu obowiązkowo musiałem zajrzeć do jej miski. Ona robi dokładnie to samo, wpadając do mnie w odwiedziny. Kiedy miski były wylizane tak dokładnie, że aż lśniły, bawiliśmy się w ogrodzie w chowanego lub berka, albo tarmosiliśmy jakąś maskotkę. Po naszej zabawie najczęściej już do niczego się nie nadawała. Ruda gniewała się wtedy na mnie. To przecież była jej zabawka. Jednak złość szybko jej mijała i w myśl powiedzenia: „Kto się czubi, ten się lubi” proponowała mi inną zabawę.

Kiedyś postanowiliśmy zrobić podkop pod płotem. Intrygował nas zapach ziemi dochodzący z drugiej strony. A że ogrodzenie bardziej przypominało drewnianą ścianę niż zwykły płot, trudno było wybadać, co tak może pachnieć. Ochoczo zabraliśmy się do roboty. Raz ona, raz ja. Kopaliśmy tak długo, aż otwór był na tyle duży, że mogliśmy się przez niego przecisnąć. Ruda przecisnęła się pierwsza, ja za nią.

Węsząc zaciekle, natknęliśmy się na wielką kość. To ona tak pachniała!

Postanowiliśmy przenieść ją na naszą stronę.

– Ja przejdę pierwsza, ty zostaniesz i będziesz pchał ją w moim kierunku, kapujesz? – zapytała Ruda.

– Kapewu! – odpowiedziałem, zabierając się do dzieła.

Kiedy była już na swoim podwórku, naszym strzelili gola. Pan Andrzej, kibic nad kibice, aż zawył z wściekłości. A zrobił to tak głośno, że Ruda, zapominając o całym świecie, co sił w nogach pobiegła do domu sprawdzić, co się dzieje.

Zostałem z tym koksem, to jest z kością, sam jak palec. I wtedy stało się coś strasznego. Usłyszałem koszmarny jazgot i kątem oka zobaczyłem dwa wielkie, biegnące w moją stronę psy. Przestraszony skoczyłem do dziury, ale ponieważ tkwiła w niej kość, nie przecisnąłem się przez nią. Psy dopadły mnie i zaczęła się walka. Wierzgałem łapami, skowycząc, ile wlezie. Z oczu lały mi się łzy. Kiedy myślałem, że ze mną już koniec, nagle zza drewnianej ściany poleciała struga wody. Deszcz? – pomyślałem. – Skąd nagle deszcz?

Nim zdążyłem się zorientować, rozwścieczone, ujadające bestie zaczęły uciekać. Spojrzałem w górę. Zza drewnianego płotu wychylała się głowa pana Andrzeja z gumowym wężem w ręku.

Wróciłem do dziury, która była już pusta, bo ktoś zdążył podwędzić moją kość, i przeczołgałem się na drugą stronę. Wtedy mój wybawca bez słowa chwycił szpadel i zabrał się do zakopywania dziury. Pan Tomek tymczasem złapał węża i spłukał ze mnie całe błoto. Nie było to miłe, bo woda była bardzo zimna. Ale ten prysznic był konieczny. Wyglądałem podobno jak monstrum, jak błotna zjawa.

Przestraszona tym, co zrobiliśmy, Ruda schowała się pod stół i nawet nie powiedziała mi „cześć” na do widzenia. To była niestety moja ostatnia wyprawa z panem Tomkiem do pana Andrzeja na mecz. No cóż, należało mi się!


Pani Zosia

Odkąd pamiętam, pani Zosia była zawsze obecna w życiu naszej rodziny. Zjawiała się co jakiś czas, aby, jak mówiła, „doprowadzić dom do porządku”. Pomyślicie pewnie, podobnie jak ja kiedyś, że psa można wyprowadzić na spacer, ale jak można doprowadzić gdzieś dom?

Pani Zosia przychodziła zazwyczaj bardzo wcześnie. Wkładała czysty fartuszek, a na ręce wciągała ogromne gumowe rękawice. Ponieważ zawsze się ich bałem – podkulałem ogon i chowałem się pod stół.

Potem było wielkie wietrzenie i sprzątanie. Pani Zosia myła okna. Najbardziej narzekała na drzwi wychodzące na taras. Mówiła, a nawet śpiewała wtedy tak:

Dziwi się Zosina ścierka:

– Czyj to nos przez szybę zerka?

Słowo daję, mogę przysiąc

– śladów jest co najmniej tysiąc!

Ktoś zostawia tłuste plamy,

lecz my z tym się uporamy.

Psiku, psiku, chlupu, chlap!

– już przez szybę widać świat.

Szyba czysta jak ta lala

– Zosia dobrze się spisała!

Słuchając tych śpiewanek-mruczanek, stawałem się coraz mniejszy i mniejszy. Doskonale wiedziałem, kto jest sprawcą tych śladów. Ale przecież tam za oknem co chwila dzieje się coś ciekawego! A to wiewiórka przeskoczy z gałęzi na gałąź, a to sroka ciemnooka podfrunie pod szybę, aby zajrzeć do środka i stuka, i puka, i czegoś tam szuka. Czasem przeleci jakiś samolot i narobi hałasu. Albo sąsiad wypuści gołębie z gołębnika i te, kręcąc młynki, krążą tuż za płotem. Raz nawet udało mi się zobaczyć kreta, który wykopał na trawniku kolejny kopczyk i wyjrzał z niego, sprawdzając, dokąd się dokopał! Chyba jednak mu się u nas nie spodobało, bo szybko zapadł się pod ziemię.

Zdecydowanie najbardziej ubrudziłem szybę, kiedy za oknem zobaczyłem dziki. Do ich buszowania w okolicy jestem już przyzwyczajony, bo często, wychodząc na spacer na pobliskie Mazury, widzę połamane krzaki, stratowane trawy i zrytą ziemię. Sprawa się wyjaśniła, kiedy któregoś dnia ujrzałem dzikową rodzinkę tuż za ogrodzeniem. Mocno się zdziwiłem! Tata odyniec, mama locha i dzieciaki warchlaki jak gdyby nigdy nic spacerowali sobie tuż za płotem. Głośno przy tym pofukiwali i ryjąc ryjkami, szukali czegoś w ziemi. Z pewnością żołędzi, które są ich przysmakiem. A w naszych stronach ich nie brakuje, o nie!

Zdenerwowała mnie ta sytuacja. Ruszyłem ile sił w łapach do ogrodu i rzuciłem się na płot, głośno dając znać, co o nich myślę. Chyba im się to nie spodobało, bo wzięli nogi za pas i uciekli, a ja, pogromca dzików, wróciłem do domu.

A wracając do wizyt pani Zosi w naszym domu, winien wam jestem wyjaśnienie. Po pewnym czasie sam doszedłem do tego, co znaczy określenie „doprowadzić dom do porządku”. A wy wiecie, co to znaczy? Jeśli tak, to może opiszecie albo narysujecie poszczególne etapy tego doprowadzania. Też bym chciał taki obrazek narysować. Ale jak raz zabrałem się do rysowania, to zobaczcie, co mi wyszło:


Ogród

Mama Mojej wychowywała się w ogrodzie. Wielkim, zarośniętym, pełnym tajemnic ogrodzie. W dzieciństwie spędzała w nim każdą wolną chwilę. Wspinała się na drzewa, aby na wygodnej, szerokiej gałęzi znaleźć sobie bezpieczne schronienie. Był tam jej ulubiony kącik czytelniczy, w którym chętnie czytała. Lubiła też różne ogródkowe zajęcia, prace małej ogrodniczki. Pomagała babci grabić liście, zakładać i pielić grządki, na których siała szczypiorek, koperek i rzodkiewkę. Ponieważ ziemia w ogrodzie była kiepska, te zieleninki nie najlepiej rosły. A jaka była radość, kiedy można było posypać ziemniaki własnym ogródkowym koperkiem!

Moja nie lubi pracy w ogrodzie. Chętnie jedynie kosi trawę. Włącza wtedy okropnie głośną kosiarkę i jeździ nią po trawniku. Nie znoszę hałasu kosiarki, ale lubię zapach ściętej trawy. To jeden z najpiękniejszych zapachów przyrody. Moja też go lubi i lubi ogród do – jak to określa – leniuchowania. Kładzie się na leżance albo leżaku, otoczona kolorowymi gazetami i książkami, i czyta. To jej ulubiona forma relaksu. Lubi się też wygrzewać na słońcu.

Któregoś dnia, opalając się w ogrodzie, zerwała się na równe nogi, krzycząc, że przeleciał obok niej szerszeń.

Szerszeń? Co to takiego? Czy to niebezpieczne?

Zamieszanie, jakie spowodowała, było tak wielkie, że poruszyło nawet sąsiada za płotem. Przybiegł do naszego ogrodu na penetrację. Dokładnie obszedł cały dom. Przystawił nawet drabinę, aby się dobrze przyjrzeć temu, co było pod dachem. Niczego jednak nie znalazł, zapytał więc Moją:

– Czy może mi sąsiadka opisać, jak to, co pani nazwała szerszeniem, wyglądało? Może to była zwykła osa albo pszczoła?

– Skądże! – odpowiedziała Moja. – To był z pewnością szerszeń. Dużo większy od osy, długi jak pół mojego palca!

– No tak, sądzę, że ma sąsiadka rację... Leżała pani na leżaku niedaleko tego drzewa, prawda?

– Tak.

– To jest dąb. Szerszenie lubią drzewa liściaste. W ich dziuplach często zakładają gniazda. Sąsiadka pozwoli, że przestawię tę drabinę i przyjrzę się drzewu.

Jak powiedział, tak zrobił. I miał rację. Okazało się, że wysoko na dębie była budka lęgowa dla ptaszków, którą zrobił kiedyś pan Piotr. Zagnieździły się tam te wstrętne owady. Do ich eksmisji – czyli wyrzucenia z domku, trzeba było wezwać strażaków. Ubrani w specjalne kombinezony, w hełmach z osłonkami na twarz, usunęli gniazdo, używając odpowiednich środków. Ale zanim to się stało, wszyscy domownicy, także i ja, mieli zakaz wychodzenia do ogrodu. Na wszelki wypadek nie otwieraliśmy też okien.

Domofon

Pies nigdy nie wie, co go czeka. Prawie nigdy, bo choć nie znam się na zegarze, to wiem, że po nocy jest dzień, co oznacza czas pobudki i tylko patrzeć, jak zabiorą mnie na spacerek. Wiem też, że kiedy wszyscy idą spać – wtedy przez kilka godzin mam święty spokój. Tylko że ja jestem stróżem domowego ogniska, takim domowym ochroniarzem, muszę więc być czujny cały czas. Zdarza się, że ledwie się zdrzemnę, coś się dzieje i natychmiast zrywam się na cztery łapy. Sprawdzam, czy wszystko w porządku i upewniwszy się, że tak, znów zapadam w drzemkę. Z zaśnięciem nigdy nie mam problemów.

Czasem brutalną pobudkę w środku nocy funduje mi znienawidzony chyba przez wszystkich czterołapnych dzwonek. Czasem jest to telefon lub dzwonek do drzwi, a kiedy indziej domofon.

Każdy, kto choć trochę zna się na psim życiu, wie, że psy mają wyjątkowo dobry słuch i węch i są w stanie usłyszeć najmniejszy szmer czy kroki zbliżającej się istoty. Pies bez pudła odgadnie, kto idzie – czy któryś z domowników, czy może obcy. No ale jak ten ktoś stoi daleko od drzwi, na przykład przy furtce, i dzwoni domofonem, to nawet tak wspaniały egzemplarz jak ja, Felek Pareras, nie jest w stanie rozpoznać dobijającego się gościa. Chcąc nie chcąc, pies musi uruchomić swój sygnał alarmowy w postaci szczekania, co nie przypada niektórym do gustu.

I tak się kiedyś zdarzyło, że gdy w najlepsze śniłem o wielkiej grządce pełnej wspaniałych pachnących kiełbasek, na którą miałem zamiar się udać, obudził mnie wstrętny dzwonek. Zerwałem się na równe łapy i czym prędzej złapałem zębami brzeg kołdry zwisającej z łóżka, przy którym spałem. Obudzona mama Mojej, u której akurat nocowałem, zapaliła nocną lampkę, sprawdzając, co się dzieje. Gdy dzwonek się powtórzył, wybiegła na balkon. Ja, rzecz jasna, razem z nią. Głośno ujadając, wypatrywałem tego, kto śmiał przerwać mój piękny sen. Ale przed furtką nikogo nie było.

 

Wróciliśmy więc każde na swoje posłanko i, umościwszy się po swojemu, próbowaliśmy zasnąć na nowo. Niestety, sytuacja powtórzyła się jeszcze parokrotnie. Za każdym razem nikogo przy furtce nie było. Domofon dzwonił sam z siebie. Mama Mojej już do rana nie zmrużyła oka. Ja także nie mogę powiedzieć, abym się wyspał.

Na wyjątkowo wczesnym porannym spacerze spotkaliśmy sąsiada, który zna się na elektronice i obiecał „to świństwo”, jak mama Mojej nazwała domofon, naprawić. Wkrótce znów mogliśmy spokojnie spać.


To koniec darmowego fragmentu. Czy chcesz czytać dalej?

Inne książki tego autora