Piołun i miódTekst

0
Recenzje
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

Kamyk, wychowanek lekarza, miał największą z nich wszystkich wiedzę o urazach głowy.

Gdyby to była zaćma, można ją operować metodą igły, nawet nie mając pod ręką Stworzyciela. Ale to sprawa głowy. Jeżeli ma uszkodzony sam mózg – niewiele zrobiłby z tym nawet doświadczony medyk. Ale jeśli to zakrzep, można spróbować.

„Wolałbym nie. Czy ty sobie nie zdajesz sprawy, co to jest operacja na tkance mózgowej?” – zaoponował wprost Stalowy.

„Przynajmniej można obejrzeć to dziecko. Od razu ją skreślasz?”.

Kamyk wziął dziewczynkę pod brodę, przysunął lampę do jej twarzy. Tak jak się spodziewał, źrenice zareagowały na światło. Przesunął ręką po jej głowie, szukając blizn po wypadku. Znalazł ślady na potylicy i aż wzdrygnął się, gdy jego palce natrafiły na głęboki dół w czaszce dziecka. To było wręcz zadziwiające, że tak ciężkie obrażenia nie wyprawiły Messil na drugą stronę Bramy. Musiała upaść na coś twardego, z dużej wysokości, z dodatkowym impetem od rozhuśtanej liny. Wszyscy westchnęli z niedowierzaniem, gdy rozgarnął jasne włosy dziecka, pokazując przyczynę nieszczęścia.

– Niewiarygodne. Po prostu niewiarygodne – mruknął Winograd, mocniej przygarniając joka. Stała obecność zwierzątka wzmacniała go i odganiała złe myśli.

– Ale ona coś jeszcze widzi? – przypomniał Koniec. – Światło? Czy może to są złudzenia? Albo sny?

– Nie wiemy – odpowiedziała el-len, której Promień powtórzył pytanie. – Messil mówi, że czasem widzi światła.

– A teraz?

Wszyscy spodziewali się, że mała wskaże na lampę, palącą się na stole. Tymczasem Messil powiedziała krótko:

– Dużo światełek. Mniejsze i większe. – Obróciła głowę, jakby rozglądała się niewidzącymi oczami. Z wahaniem uniosła rękę i wskazała palcem. – Największe tutaj… i tu… i tam.

Koret ze zdumieniem ujrzał, jak wszyscy magowie – zaskoczeni, zmieszani w najwyższym stopniu – odchylają się w tył, niby trawy trącone nagłym podmuchem wiatru. Nie rozumiał tego.

– Matko Miłosierna… – wymamrotał Koniec. – Ja w to nie wierzę!

– Gdzie widzisz najjaśniejsze światełka?! Powiedz jeszcze raz! – rozkazał szybko Promień, pochylając się ku Messil. Dziewczynka zlękła się, ale posłusznie powtórnie wskazała palcem, omal nie wkładając go Iskrze do oka.

– Tu, blisko. I tam. I tam z boku.

– A to niespodzianka! – mruknął Stalowy, mierzwiąc sobie włosy w geście zakłopotania.

Dziewczynka nadal siedziała grzecznie na stołeczku, nie mając pojęcia, co takiego właściwie zrobiła. Zawstydzona, znów zaczęła bawić się frędzelkami przy tunice.

– To zmienia postać rzeczy, czyż nie? – powiedział głośno Promień.

Trudno było się z nim nie zgodzić. Ociemniała dziewczynka wskazała bezbłędnie trzy największe talenty w ich grupie, naiwnie nazywając ich emanacje „światełkami”.


„Czy ona nie utraciłaby tych zdolności, gdyby odzyskała wzrok?” – zapytał Koniec.

„A co jej dają teraz, kiedy jest ślepa? – odparł Kamyk. – Myślisz, że talent całkowicie rekompensuje mi brak słuchu?”.

„Z pewnością nie – zgodził się Stalowy. – Ale ja nie mogę zacząć grzebać jej w głowie, nawet przy najszczerszych chęciach. Do tej pory pracowałem głównie na martwej materii. Myślę, że trzeba tu sprowadzić Nocnego Śpiewaka. Poza tym ta sytuacja… To wymaga poważniejszych badań”.

„Przewraca do góry nogami wszystkie teorie”.

„Wiele bym dał, żeby to wyjaśnić”.

„Jak wiele?”.

„Dużo własnego czasu. I wysiłku. Mam wrażenie, że to jest bardzo ważne”.

„Tylko wrażenie? To jest przełom taki, że nasze imiona wyryją w marmurze”.

„Nagrobkowym” – podsunął Stalowy z przekąsem.

Powyższa rozmowa miała miejsce w dwa dni po badaniu Messil i zadziwiającym odkryciu, które wstrząsnęło głęboko wszystkimi młodymi magami. Nie chodziło nawet o to, że dziewczynka urodziła się z dala od źródła magii, za jakie uważali Lengorchię, ale o jej wygląd. Była tak mocno jasnowłosa, białoskóra i northlandzka, że nawet ten niepełny, śladowy talencik, pokrewny zdolnościom Obserwatorów i Mówców wydawał się tutaj wręcz nie na miejscu.

Kamyk jeszcze raz podniósł do oczu zabazgrane notatkami kartki. Zadali sobie wiele trudu, by dyskretnie przebadać wszystkie dzieci w Bukowinie pod pozorem wesołej zabawy. Ogromną pomocą służył tu Myszka, który błyskawicznie zyskał sympatię dzieciarni, maskując swoje szesnaście lat i proponując coraz to nowe zgadywanki oraz zawody wymagające szybkości i refleksu. Rozchichotane dzieci dogadywały się z nim głównie na migi. Zadowolone z poświęcanej im uwagi, beztrosko szukały „lisa w norze”, odgadywały „w którym kubku orzech”, pokazywały „czego chce mały osiołek” i „łapały muchy”. Nie zwracały przy tym szczególnej uwagi na dwóch „Lengorijenów”, którzy kręcili się w pobliżu, wciąż kreśląc coś na tabliczkach. Nie miały najmniejszego pojęcia, że są obiektami badań. Koniec wraz ze Stalowym starannie obserwowali kolejne „obiekty”, zaglądając im do głów, porównując jasne emanacje dusz, przypominające senne kłębki błyskawic, które egzystowały na innej płaszczyźnie życiowej, dostępnej jedynie wybranym. Kamyk żmudnie zestawiał rejestry, kreśląc tabele i uproszczone rodowody. Przy tych ostatnich pomagała el-len Lija, a Promień służył za tłumacza.

Palec Tkacza Iluzji przesuwał się po nieco krzywo narysowanych tabelkach, gdzie pośpiesznie wpisano imiona i tajemnicze znaczki.

„Dobrze, Koniec, że pamiętałeś chociaż niektóre testy. Według mnie wyniki wybijają dach. Na dwadzieścioro dwoje dziesięcioro ma właściwe cechy”.

„A czworo z nich w Lengorchii zostałoby skierowanych na wstępne szkolenie przez Krąg. Messil piąta. To jest po prostu niewiarygodne”.

„Popatrzcie na zestawienie cech zewnętrznych – wtrącił Stworzyciel. – Jasne włosy, brązowe… Oczy: niebieskie… niebieskie… szare… zielone… szare… szare… i tak dalej. Zero czarnych. Brązowych dwie pary”.

„A jak wygląda ta najbardziej obiecująca czwórka?”.

„Piątka. Licz bratanicę Koreta. – Koniec wodził nosem po zapiskach. – Messil: włosy słomkowe, oczy niebiesko-szare. Kia: włosy ciemnobrązowe, oczy zielone. Chonar: rudy, oczy szare…”.

Kamyk zmarszczył brwi, uderzony nagłym skojarzeniem. Koniec kontynuował:

„Baluka: włosy ciemne, ale oczy jasnoniebieskie. Akaine: włosy myszowate, oczy w kolorze piwa. Trójka chłopców, dwie dziewczynki”.

„Przypomniałem sobie coś ważnego – natychmiast podjął Kamyk swój wątek w mentalnej dyskusji. – Miedziany i Moneta. Pamiętacie, jak wam o nich opowiadałem? Obaj byli… są z urodzenia Northlandczykami. Czupryny pomarańczowe jak ogień. Szare i niebieskie oczy. Moneta nigdy nie wspominał o jakichś swoich predyspozycjach, ale Miedziany był… jest zarejestrowanym Wiatromistrzem. Czarnym, ale Wiatromistrzem”.

„A więc wyjątki wcale nie muszą być wyjątkami – zastanowił się Koniec. – Wygląda na to, że na całą sprawę dziedziczenia talentów patrzyło się przez całe stulecia od złej strony. Może powinniśmy szukać w liniach rodowych cech właśnie takich jak u tych dzieciaków?”.

„Moją linię możesz od razu sprawdzić – przekazał Stalowy. – Ja, a przede mną nikogo. I pamiętaj, że przedtem oczy miałem piwne”.

„Racja. Podstawy wątpliwe. Żaden z nas, prócz może Promienia, nie zna tak daleko swoich powiązań rodzinnych, żeby budować na tym jakieś teorie. Poza tym, jak sprawdzić, czy pradziadek był ciemny, czy jasny?”.

„Coś jednak nie pasuje. Tu, w tej dziczy, mamy pokaźny potencjał magiczny. Większy niż w przeciętnym miasteczku na Południu. Spodziewałby się kto, że talenty tu rosną jak pleśń na chlebie, a tymczasem nikt tutaj o prawdziwej magii pojęcia bladego nie ma. W kronikach stoi: »zza morza przypłynęli wojownicy i magowie«. Zajęli Smoczy Archipelag, a potem rozpirzyli w drobną kaszkę te wszystkie luźne księstewka aż do gór. Gdyby na kontynencie żyli kiedyś zupełnie niezależni magowie, to wynik wojen byłby może całkiem inny. Jak pamiętam z lekcji, to stosunek ilości żołnierzy był na niekorzyść Archipelagu. To magowie dawali tę znaczącą przewagę. Gdyby nie to, wszyscy byśmy mówili po northlandzku”.

Nic nowego jakoś nikomu nie przychodziło na myśl. Zastanawiali się jeszcze długo, porządkując w głowach fakty i usiłując znaleźć jakiś punkt zaczepienia. Wreszcie doszli do wniosku, że wciąż wiedzą za mało. Należało w jakiś sposób określić predyspozycje innych mieszkańców Miasta Na Drzewach, także dorosłych. Z tym będzie zdecydowanie trudniej, bo żaden z dorosłych nie będzie przecież chciał zgadywać, pod którym kubkiem schowano orzeszek ani grać w „łapki”. Pozostawało jedynie zwyczajne „czytanie”, czyli niedyskretne bebeszenie umysłów – zajęcie, któremu stale mogli oddawać się Stalowy i Koniec, bez zwracania na siebie uwagi. Zapowiadało się sporo żmudnej pracy, ale zawsze było to coś lepszego, niż snucie się bez określonego celu i sztuczne wypełnianie czasu monotonnymi zajęciami. Kamyk pomyślał, że może właśnie po to wyprawiła ich Bogini do tego zapadłego zakątka. Po to, by znaleźli te zalążki talentów i nauczyli posiadaczy pożytecznego ich wykorzystania. Może także po to, by odkryli tajemnice magii i dokopali się aż do samego ich środka? Robota zapowiadała się na gigantyczną niczym góra, do tego najeżoną całym lasem trudności. Tutaj nie lubiano magów, oj, nie… Publiczne ujawnienie tylko pogorszyłoby sytuację, a ogłoszenie wyniku testów mogłoby być wręcz katastrofą. Albo nikt by im nie uwierzył, albo w najgorszym przypadku odrzucono by wskazane dzieci, jak chore na jaką zarazę. Kamyk westchnął tak ciężko, że zabrzmiało to jak jęk. Czy Matka Świata nie za dużo od nich wszystkich wymaga? Czy nie mogła po prostu powiedzieć: „jest tak i tak, a wy macie zrobić to i tamto”? Ale nie! Zagadki, półsłówka, jakieś niezbyt jasne wskazówki, które nawet na zelówki się nie zdadzą. Pewnie patrzy na nich teraz przez mur niebiański i podśmiewa się z nierozgarniętych ludzików, miotających się na dole jak myszy, którym ktoś przykleił kawałki sera do ogonów. Kiedyś Kamyk był religijny „na wszelki wypadek”, jak znakomita większość magów. Matka Świata była dla niego postacią dość odległą i nieokreśloną, ale pozytywną. Po dramatycznych zdarzeniach w Pierścieniu, Bogini stała się jak najbardziej realna oraz mocno niepokojąca. Prawie czuł jej boski oddech na karku… i chyba przestawał ją lubić.

 

Jagoda wyciągnęła przed siebie rękę, próbując chwytać białe płatki, wirujące w powietrzu. Zdawało się, że omijają jej dłoń, jakby były żywymi zwierzątkami, które boją się kontaktu z ciepłem ludzkiej skóry. Ale na jej ramionach i kapturze rosły śnieżne łaty, niczym biały porost na burej tkaninie.

– Śnieg – stwierdził stojący obok Pożeracz Chmur. Uniósł twarz ku górze, skąd prószyła niespodziana obfitość zimnego puchu. Mrugał, kiedy opadał mu na rzęsy. Po jego nosie spływały kropelki wody z topniejących śnieżynek. Miał osłupiałą minę psiaka, który po raz pierwszy w życiu widzi niepojęte dla siebie zjawisko.

– Śnieg – powtórzył Gryf jak echo. Zlizał kilka płatków, które uczepiły się jego rękawa. Niczym nie smakowały.

Pożeracz Chmur węszył w powietrzu.

– Nie wiem dlaczego, ale zawsze wydawało mi się, że to powinno rosnąć na ziemi.

Obserwator parsknął śmiechem.

– Jak pleśń?

– Przedtem był szron na liściach i na ziemi. A pojawiał się tak, jakby rzeczywiście wyrastał. Nic nie fruwało w powietrzu i nie właziło mi do oczu. – Smok skrzywił się.

– Przecież to zamarznięty deszcz. A skąd ma się brać deszcz, jak nie z nieba? Tyle, że jest okropnie zimno. – Gryf otrząsnął się lekko.

– E tam, wcale nie. – Pożeracz Chmur jak zwykle miał na sobie tylko lekki przyodziewek. Zaledwie taki, by nie wzbudzać niepotrzebnych sensacji. Para z gorącego oddechu buchała mu z ust i kłębiła się wokół głowy, robiąc cudaczne wrażenie, jakby młody smok gotował się w środku. Płatki śniegu topniały natychmiast, dostawszy się w ten wilgotny, ciepły obłok. Chwilę dłużej utrzymywały się na czuprynie Pożeracza Chmur, ale i tam po krótkiej chwili zmieniały w pojedyncze drobne kropelki, które lśniły na ciemnych włosach jak klejnociki.

– Jeden myśliwy, co za młodu chodził daleko za góry, przez Northlad aż na brzeg północnego morza, mówił, że tam, jak w górę wrzątkiem chlusnąć, to na ziemię śniegiem spada. Takie tam mrozy – wspomniał mimochodem.

Gryf prychnął pogardliwie.

– Takie bajki niech wnukom opowiada, a nie nam!

Jagoda nie odzywała się, puszczając mimo uszu niby naukowe rozważania towarzyszy. Było jej wszystko jedno, czy to białe wokoło jest odmienioną wodą, piórami cudownych ptaków, czy może kaszą wysypaną za niebiański mur przez psotne boskie bliźniaki. Ważne, że widok był tak nieziemsko piękny i niesamowity, aż coś bolało ją w piersiach. Z siwych niebios spływały zasłony leciuteńkich, delikatnych drobinek, miękkich jak kłaczki bawełny albo kłębki pajęczyny. Pojawiały się jakby znikąd, a było ich mrowie nieprzeliczone. Czasem leniwy podmuch wiatru szarpnął te cudowne kotary, łączące niebo z ziemią – falowały wtedy, wirowały w kolejnej figurze zimowego tańca. Jagoda próbowała śledzić wzrokiem pojedyncze śnieżynki. Każda spływała coraz niżej, robiąc miejsce bliźniaczym siostrom, a w końcu znajdowała swe miejsce na ziemi, niczym maleńkie oczko w ogromnym ściegu, tworzącym ogromny gładki dywan, okrywający bielą całą dolinę Pierścienia.

– Ciekawe, czy w Ogorancie też śnieg teraz pada? Były wieści od chłopaków? –przypomniał sobie Gryf, zwracając się do dziewczyny.

– Czemu sam ich nie sięgniesz? – odparła. – Za długi dystans dla ciebie?

– Wiesz, że nie! Sięgałem przedwczoraj. Ale to jednostronny kontakt. Myślałem, że może odezwał się Koniec.

– Odezwał się. Wcześnie, ledwo szarzało. Obudził mnie.

– I ty nic nie mówisz?!

– Chciałam powiedzieć wszystkim naraz, jak będziemy razem jeść.

– Ale co?! Co się tam dzieje?!

– Ciekawe nowiny. – Jagoda uśmiechnęła się tajemniczo.

– Co u Kamyka? – wtrącił pytanie Pożeracz Chmur.

Uśmiech dziewczyny zginął, jak wytarty ścierką.

– Nie pytałam – odrzekła sucho.

Strzepnęła śnieg z opończy i podreptała w stronę chat. Gryf wahał się sekundę – iść, czy zostać i dalej prowadzić obserwacje. Smok podążył w przeciwną stronę, klucząc instynktownie i rzucając na boki nieufne spojrzenia – celem jego wędrówki była skrytka w hałdzie kamieni, gdzie poprzedniego dnia ukrył płat surowej wątroby oraz kość szpikową.

Gryf obejrzał się na Jagodę. Nadarzała się okazja, by porozmawiać z nią bez świadków. Od dawna widać było, że między nią a Tkaczem Iluzji coś się psuje, a po pamiętnej nocy Strzyży rozsypało się to do reszty. Czy powodem był ten okropny wstrząs, jaki zafundowała im Matka Świata, zwykła kłótnia czy może co innego – Jagoda nie pisnęła nawet słówkiem. Ulotniła się za to gdzieś jej zalotność. Kiedyś celowała w cienkich aluzjach i żarcikach na temat miłosnych zbliżeń, a teraz nie śmiała się nawet z tych opowiadanych przez innych. Przestała się malować, twierdząc, że farba w tym klimacie nie trzyma się skóry, co było oczywiście nieprawdą. Znów zaczęła ubierać się po męsku. Nosiła z uporem smętne barwy późnojesienne: pochmurne szarości, matowe brązy niczym pożyczone od butwiejących liści. Wśród rumianych góralek, strojnych w haftowane żółtą i czerwoną nicią burki, obwieszonych złotymi blaszkami, wyglądała jak polna myszka wśród papug. Jej zmartwienie, jakiekolwiek było, musiało być bardzo ciężkie. Ale zwierzyć się nie chciała nikomu, nawet Srebrzance.

Człapała w wielkich futrzanych buciorach przez śnieżycę, zakutana grubo w wełniane i filcowe okrycia. Ukryta przed wzrokiem ludzkim jak jądro orzecha w łupinie. Wyglądała tak jakoś smutno i biednie, że Obserwatorowi zadrżało serce.

– Poczekaj, Jagoda! – zawołał niezbyt głośno. Dogonił dziewczynę w paru susach.

– Zaczekaj, chciałbym… chciałbym o coś spytać – zająknął się Gryf, kiedy podniosła na niego wzrok. Ostatnie trzy kolory – czerwień oczu, biel brwi i rzęs oraz malinowa różowość zziębniętych policzków – podzieliły jej twarz między siebie. Brak upiększających malowideł nie sprawił, że zbrzydła. Wyglądała natomiast wzruszająco dziecinnie.

– Kamyk… To już zupełnie skończone?

– Zupełnie – potwierdziła obojętnym tonem.

– Czy… nie czujesz się teraz… samotna? – Gryf ważył słowa jak złoty piasek.

Spojrzenie Jagody stwardniało.

– Zwolniło się miejsce, więc nowy ptaszek chce uwić gniazdko? Już dawno temu ustaliliśmy te sprawy. – Prychnęła ironicznie. W jednej chwili wróciła dawna Jagoda z wyspy Jaszczur: ostra, uparta i stanowcza. Obserwator zmieszał się, ale brnął dalej:

– Jak sama mówisz, to było dawno temu. Coś się zmieniło. Twój Tkacz Iluzji najwyraźniej cię zawiódł. A ja…

– A ty będziesz lepszy? – przerwała mu. – Nie, Gryf, ty nie będziesz lepszy. Byłbyś weselszy, rozmowniejszy, może milszy… Ale nie lepszy. Dość mam zabawek. Po co mi następny chłopiec, kiedy powinnam szukać mężczyzny?

– Ho, ho! Wielkie słowa! – rzekł gniewnie Gryf. – Ma się za duże wymagania?! To już skromny „błękitny” Obserwator ci nie wystarcza? Może i nie, skoro nawet Wielki Mistrz Miraży nie był dość dobry!

– Talent nie czyni mężczyzny. Ani to, żeś tak wyrósł – wypaliła dziewczyna. – Co mi zaoferujesz? Małżeństwo? Dom? Dzieci? Bezpieczeństwo? Nic z tych rzeczy. Nie pójdę z tobą do łóżka tylko dlatego, że jesteś wolny i chętny. Ani z nikim innym. To wszystko.

Ruszyła w dalszą drogę zamaszystym krokiem. Gryf poczuł się zbesztany, skarcony jak dzieciak. Miała słuszność. W końcu o nic innego mu nie chodziło, jak tylko o wzajemną bliskość, przytulanki, czułe szepty – cały ten blichtr romansowy, który wyglądał tak samo ślicznie jak ozdóbki z lukru… I był tak samo trwały. Dogonił Jagodę przed samym progiem, złapał za ramię. Wyrwała się, marszcząc brew, nadąsana, gotowa do dalszej walki na słowa. Jednak jeden rzut oka na chłopca wystarczył. Nawet nie musiała sięgać do jego myśli.

– Przepraszam – odezwał się Gryf cicho. – Nie gniewaj się. Wszystko rozumiem. Ale… pamiętaj o mnie, dobrze?

– Może kiedyś – powiedziała, ale chłopak był i tak pewien, że znaczyło to „nigdy”.


– I tak to właśnie wygląda. Gdyby tych pięcioro dzieciaków było ze sobą spokrewnionych, nie byłoby to aż tak wstrząsające. W końcu ja też mam dwóch braci z talentami. Ale tu nie ma żadnych powiązań. Kam… Oni chcą prowadzić dalej badania i przekonać się, jak potencjał rozkłada się wśród reszty mieszkańców. I jeszcze Koniec prosił, żeby Nocny Śpiewak rozważył przenosiny tam, do lasu, bo Stalowy boi się leczyć tę dziewczynkę sam. – Jagoda zakończyła swoje sprawozdanie.

– Rozważę – powiedział Śpiewak krótko, a jego wzrok powędrował natychmiast ku Srebrzance. Nie uszło to uwagi Wiatru Na Szczycie, który pomyślał, że niegdysiejszy swobodny ptak, wielbiciel cudzych kobiet i mocnych trunków całkiem już został omotany przez tę drobną osóbkę. „Rozważę” znaczyło w rzeczywistości „spytam żonę”, a Hajga napełniało to pewnym niesmakiem. W końcu to do mężczyzny należało podejmowanie decyzji i odpowiedzialność za rodzinę. To mężczyzna powinien być na tyle pewien swego rozumu, by wiedzieć bez pomocy kobiety, co jest słuszne, a co nie. Kiedy jego Róża przybędzie tu z nadejściem wiosny… Kiedy założą własne stadło, wtedy… na pewno on… a ona… W miarę jak przypominał sobie cechy charakteru swojej wybranki, twarz Mistrza Iluzji wydłużała się coraz bardziej. Przypomniał sobie oświadczyny, podczas których miał do powiedzenia jedynie „tak” lub „nie”. Z całą pewnością jego nowe małżeństwo nie zapowiadało się spokojnie (zbyt dobrze znał zarówno siebie, jak i swą narzeczoną), ale przynajmniej nie nudno – pocieszył się natychmiast i rozgrzeszył w myśli Nocnego Śpiewaka.

Tymczasem odezwała się Srebrzanka, nadspodziewanie spokojnie, a nawet słodko:

– Kiciuniu…

Bawiąca się u jej kolan córeczka roześmiała się perliście i zawołała „kiciakicia!”, machając rączkami do ojca. Wiatr Na Szczycie zagryzł wargę, żeby nie wybuchnąć śmiechem.

– Myślę, że powinieneś być tam, gdzie cię najbardziej potrzebują. Jeżeli nawet mamy porzucić tutejsze wygody… – ciągnęła Srebrzanka jakby nigdy nic, choć słowo „wygody” zabrzmiało podejrzanie sarkastycznie – …chyba warto to zrobić dla ślepego dziecka?

– Jaka ty jesteś kochana i szlachetna, Srebrzaneczko! – zachwycił się Śpiewak, a potem po prostu m u s i e l i się pocałować. Długo i bardzo namiętnie.

Gryf z udawanym niesmakiem wydął wargi, unosząc wzrok do powały obwieszonej kolekcją myśliwskich trofeów i wyleniałych skalpów.

– Ciekawa sprawa – zagaił. – Magia w Northlandzie? Czy możliwe jest, żebyśmy dziedziczyli talenty z obu stron? Po wyspiarzach i tych z kontynentu?

– Dotychczasowa teoria twierdziła, że tylko z wysp – powiedziała Jagoda. – Przecież nawet nas w końcu starzy próbowali wciągnąć w te swoje eksperymenty.

Śpiewak oderwał się od ust żony, roześmiał się i wziął na kolana córkę.

– Wynik jednego z nich mamy tutaj. Jedyny jej talent to zdobywanie serc. Moje ma już od dawna.

– Kto wie, skąd biorą się talenty? Jedna z wielkich tajemnic tego świata – rzekł Gryf. – Skąd na przykład ma swoje zdolności Wiatr? Przecież bardzo mało jest magów tu, w górach. Właśnie, kim był twój ojciec?

– Tym, kim jest tu większość mężczyzn – odpowiedział Hajg z roztargnieniem. Jego myśli wciąż po części krążyły wokół Róży. – Pasterzem, drwalem, gdy trzeba to wojownikiem…

– Mówiłeś, że jesteś dzieckiem Strzyży…

– A! – Wiatr ocknął się. – O tym mówisz. Ten, który mnie spłodził, był ponoć gościem. Przybyszem skądś tam… Pewno Lengorijenem. Matka wspomniała o nim raz, a może dwa. Czy to ważne?

– Nie był magiem! – dodał szybko. – Matka na pewno by mi powiedziała.

– Ale jesteś do niego podobny, prawda?

– Jeśli był wysoki i czarnowłosy, to na pewno.

– Więc jesteś półkrwi Lengorchianinem! – zawołał Gryf.

– Nigdy tak o sobie nie myślałem.

– I nie byłeś ciekawy swojego prawdziwego ojca?

 

– Przecież miałem p r a w d z i w e g o ojca – odparł Wiatr z naciskiem.

Gryf zamilkł, podpierając twarz pięściami. Wszyscy wiedzieli, że nigdy tak do końca nie pogodził się ze swoim niejasnym pochodzeniem. Odkąd pamiętał, jego domem był wiejski majątek należący do Kręgu, a jego pytania o rodziców zbywano kłamstwami. Wiatr Na Szczycie zacisnął zęby, patrząc na jego zmarkotniałą minę. Kiedy jeszcze żyli w Zamku, przypadek sprawił, że dowiedział się, kto jest ojcem Gryfa. Nie raz kusiło go, żeby zdradzić tajemnicę, ale zawsze powstrzymywała go myśl, iż ta wiedza nie uszczęśliwi chłopca. Czyż może bowiem komukolwiek sprawić radość świadomość, że przez cały rok spotykało się rodzica przy rozmaitych okazjach, a ten nie zainteresował się własnym dzieckiem nawet na tyle, by zamienić z nim kilka słów? Niezbyt dobrze się stało, że odkrycie w Ogorancie znów zwróciło uwagę wychowanków Kręgu na smutne strzępy przeszłości. Ale kto wie, może zdobyta wiedza będzie kluczem odkrycia praw dziedziczenia talentów? „Hodowcy” Kręgu nadal błądzili we mgle. W aranżowanych związkach „błękitnych” magów z wybranymi kobietami najczęściej rodziły się dzieci absolutnie przeciętne; ogromne zdolności nagle objawiały się w rodzinach, w których nigdy nie było magów (jak w przypadku Promienia), albo wielce utalentowani okazywali się potomkowie ludzi z niskich warstw, a tam z kolei prawie niemożliwe było ustalenie linii rodowej dalej niż do dziada. Zdołano odkryć jedynie to, że dziedziczenie częściej następuje w linii żeńskiej, czyli przeskokiem z ojca matki, oraz to, że innych reguł nie ma, choć być powinny.


Śniegowe chmury rozciągnęły swe sute spódnice także nad pogórzem od strony północnej. Dla tubylców nie było to zjawisko tak nadzwyczajne, jak dla przybyszów z głębokiego Południa. Toż do końca roku zostało dni ledwie trzydzieści i pięć. Zwyczajna pora na to, by zaczęło sypać. Śnieg zresztą wisiał w powietrzu od pozazeszłego ranka. Powietrze „kroiło” nozdrza, na ziemi wykwitały białe paprocie szronu, a wodę po brzegach ścinał lód.

Promień wyszedł na polowanie o bladym świcie, z nadzieją, że ustrzeli coś większego, co pozwoli zrobić zapas mięsa na kilka dni. Czuł się nieswojo w odmienionym zimą lesie. Brązowe zeschłe liście skryły się pod jednolitym płaszczem bieli. Pnie drzew były szare lub brunatne i zdawało się chłopcu, że te kolory pozostały jako jedyne w całym lesie. Kiedy nagle dostrzegł czerwone plamki, jaskrawo odcinające się od tła, przez moment miał nader niemiłe wrażenie, że to świeża krew. Wzrok jednak mylił – była to tylko kiść twardych owocków pozostałych na bezlistnej gałązce nisko nad ziemią. Śnieg poskrzypywał cichutko pod podeszwami. Promień wspomniał wysoki, jękliwy dźwięk, jaki wydawał sypki piasek na plaży Jaszczura, gdy się go deptało. Biały las wydawał się wymarły, choć Promień dobrze wiedział, że to tylko złudzenie. W gałęziach kryły się ptaki i drobne gryzonie. Pojedynczy ścieg śladów na świeżym puchu powiedział Promieniowi, że z pewnością „sznurował” tędy wilk. To było niedobre mięso, ale dobre futro – chłopak przypomniał sobie skórę, która leżała na posadzce w sali myśliwskiej jego dawnego domu – długi włos, gruby podszerstek, w którym palce zagłębiały się aż do nasady. Przydałoby mu się coś takiego na podbicie płaszcza. Miał na sobie co prawda ukochaną bluzę z wyszmelcowanej skórki i drugą wełnianą (zrobioną haczykiem przez jakąś pracowitą Hajgonkę) oraz sukienną opończę z kapturem, ale wszystko to wydawało się niewystarczające. Po godzinie brodzenia w śniegu musiał sięgać do swych zdolności, by się ogrzać, bo mróz ściskał coraz tęższy. Chłopiec wstrząsnął się i podążył po tropie, jednak bez większych nadziei na sukces. Westchnął ciężko, po raz nie wiadomo już który żałując, że nie ma z nim Miętówki. Choć z gładkiej powierzchni śniegu i tak można było czytać jak z otwartej księgi. Tu przetańczył po niej zając, tam znów – sądząc po drobnych śladach i smugach, jakby kto szurnął miotełką – musiała gospodarować wiewiórka lub jok. Wszędzie też było pełno drobnych odcisków ptasich łapek. Przez chwilę Promień podążał tropem zająca, ale niemal natychmiast natknął się na zadeptane miejsce i pojedynczy kleks szkarłatu, gdzie zwierzę oddało życie w paszczy jakiegoś drapieżnika. Sądząc z odcisków łap, mógł być to jakiś duży kot. Myśliwy wycofał się po własnych śladach do wilczego tropu. Szedł za nim dłuższy czas, gdy raptem tropy wilka skrzyżowały się z odciskami butów. Dwóch ludzi nadeszło od strony zachodniej, zastanawiali się chyba chwilę nad zmianą kierunku, bo ślady raptem splątały się, jakby ktoś postąpił parę kroków w bok, rozglądał się może, a potem wrócił na starą drogę i dwie pary nóg podjęły marsz. Zaciekawiony Promień zapomniał o wilku i podążył za nowym śladem.


Dzień był dobry na polowanie. Dość wcześnie, by maruderzy nie drzemali jeszcze w norach i pod niskimi daszkami zaśnieżonej choiny. Natomiast wystarczająco późno, aby niebezpieczne zombaki znalazły sobie już miejsca dziennego odpoczynku. A Rijen i Marake byli na tyle doświadczonymi łowcami, by nie zakłócać ich spokoju. Kierowali się ku łowieckiej platformie, zbudowanej między gałęziami potężnego drzewa na skraju karczowiska. Tam, gdzie brakło drzew, pleniły się bujnie krzewy garbunka, lubiące słoneczne światło miotlacze i ognichy o słodkich sercach, które można było wygrzebać z ziemi, jeżeli umiało się uniknąć parzących skórę witek. Liczyli, że przyjdzie do tej spiżarni przynajmniej kilka saren, żeby wygrzebać jakiś przysmak spod śniegu.

Tymczasem po drodze Rijen dostrzegł wysoko na pniu kępy dorodnych grzybów.

– Zamrozki! – ucieszył się. – Będzie dziś dobra wieczerza, Marake!

– Wysoko. – Skrzywił się jego towarzysz, ale Rijen już zrzucał kołczan z ramienia i wierzchnie okrycie. Ostrożnie zdjął wysokie buty, stając na płaszczu, by nie oblepić śniegiem grubych skarpet. Marake pomógł mu zrobić pętlę, opasującą pień i talię wspinacza. Łowca zgrabnie jak wiewiórka zaczął piąć się w górę, zapierając się stopami w pofałdowaną korę i wyćwiczonymi ruchami przesuwając sznur coraz wyżej. Miodowożółte grzyby, podobne do mięsistych krowich języków, aż do pierwszych śniegów rosły sobie spokojnie w głębokich spękaniach kory. Dopiero po przemrożeniu nabierały charakterystycznego, pikantno-słodkawego smaku i miłego aromatu. Były ulubionym dodatkiem do wielu dań mięsnych. Rijen odcinał każdy kapelusz osobno i zrzucał wprost do rąk kolegi. Rozglądał się przy okazji z osiągniętej wyżyny. Szare oczy zwęziły się, gdy dostrzegły nikły ruch między drzewami oddalonymi o kilkadziesiąt kroków. Ktoś tam był i obserwował ich z ukrycia.

– Mamy gościa – mruknął Rijen, gdy zsunął się z powrotem w dół. – Za nami. Nie oglądaj się.

– Tylko jeden?

– Jeden – potwierdził obserwator. – Na razie udawajmy, że nic nie wiemy. Do polany blisko. Jeden wlezie na wierch, a drugi go z tyłu zajdzie. Zobaczymy, co to za szperacz.

Jednak kiedy dotarli do celu, ich plany musiały ulec raptownej zmianie.


Promień rozpoznał Rijena dopiero wtedy, gdy ten zdjął płaszcz. Z podziwem obserwował, jak chłopak błyskawicznie wdrapuje się po pniu. Coś mu szeptało za uchem, że powinien podejść wprost do tamtej dwójki, ale został na miejscu – ciekaw, co jeszcze mu pokażą tutejsi myśliwi. Kiedy zaczęli skradać się pod wiatr, naśladował ich, rozsądnie uznając, że lepiej od niego znają teren i szybciej trafią na zwierzynę. Zorientował się, że w przedzie widać prześwit, jakby znajdowała się tam wolna przestrzeń, więc odbił w bok. Wyszedł na skraj wyrębu w zupełnie innym miejscu niż jego przewodnicy. Przyczaił się między dwoma młodymi świerkami, które wyrosły tuż obok siebie. Pomiędzy karczami i kępami bezlistnych zarośli przesuwały się z wolna popielate grzbiety dużych zwierząt. Na pierwszy rzut oka stado liczyło co najmniej kilkanaście sztuk i Promień poczuł dreszcz podniecenia. Wiatr mu sprzyjał. Łowy będą udane! Bez pośpiechu wybrał odpowiednią strzałę i czekał na okazję, by ją wypuścić. Stado żerowało spokojnie, chrupiąc podmarzniętą trawę. Bure kształty przemieszczały się niespiesznie. Tu i ówdzie unosiła się w górę ciemna głowa o tępym pysku, z nozdrzy buchały kłębki pary, a uszy nasłuchiwały podejrzliwie. Promień szukał w pamięci dawno oglądanych rycin. Przeglądał w myślach rodowe trofea. Nie były to jelenie, a już na pewno nie sarny. Wyglądały raczej jak krewni mocno zbudowanych koni roboczych.

To koniec darmowego fragmentu. Czy chcesz czytać dalej?