Piołun i miódTekst

0
Recenzje
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

Stalowy, Koniec i Kamyk znaleźli w lesie ślady ludzkiej obecności, więc tym bardziej zaniepokoili się, gdy powrócili na miejsce popasu i nie zastali tam Winograda. Nieszczęsna zupa na zającu – przedmiot sporu – dogotowała się już jakiś czas temu, więc zaczęto jeść. Chłopcy czekali, a Bestiar nie wracał.

– Może to właśnie jego tropy znaleźliście? – wysunął przypuszczenie Wężownik.

Stalowy pokręcił przecząco głową.

– Ktoś wyciął siekierą kilka młodych drzewek. Na pewno nie Winograd.

Koniec przeczesywał talentem najbliższą okolicę.

– Nie wyczuwam go nigdzie. Niedobrze. Za to jest tu paru innych… hmm… nie podobają mi się ich myśli.

Promień skończył jeść. Sięgnął po swój łuk i kołczan.

– Pójdę poszukać tego miłośnika zwierzątek.

– Jeszcze czego! A jak i ty się zgubisz?

– Nie będziemy mieli tyle szczęścia – mruknął pod nosem Wężownik i dodał głośno:

– A jak trafisz na tamtych nieprzyjemnych, których odkrył Koniec?

– To będą mieli pecha – rzekł dobitnie Promień.

Trudno było nie przyznać mu racji. Był Iskrą i do tego lepszym tropicielem od całej reszty. Z pewnością samotna włóczęga po lesie nie groziła mu niczym niebezpiecznym.

Wrócił po niecałej godzinie. Bez Winograda. Już z daleka było po nim widać, że przynosi złe wieści.

– Niedaleko stąd, w dół strumienia. Ślady na ziemi, rozrzucone liście, krople krwi – zameldował krótko. – Odciski stóp i kopyt. I to…

Sięgnął pod kurtkę, skąd wydobył ciałko szczura. Zwierzątko zwisało z jego dłoni jak łachman. Jeszcze żyło, lecz widać było, że koniec jest bliski. Stalowy dotknął szczura.

– Nic się nie da zrobić. Ma przetrącony grzbiet.

– To chyba trzeba go dobić – powiedział Promień, a w jego głosie zabrzmiało niezdecydowanie. – Tylko jak? To taki drobiazg…

Wężownik bez słowa wziął od niego dogorywającego szczura i odszedł na chwilę. Wrócił z pustymi rękami.

– A co z Winogradem?! – zawołał Myszka niespokojnie.

– Jego nie znalazłem. Ale te końskie ślady prowadzą w dół, na północny zachód. Koniec, poszukaj tam.


Wyglądało to na tymczasowy obóz w środku lasu. Wzgórze zarośnięte częściowo świerczyną, wśród drzew rozrzucone luźno szałasy. Sądząc z ich liczby – zamieszkiwało tu sporo ludzi. Niespodziewanym elementem okazała się dziwaczna ruina, przechylona w niepewnej pozycji na szczycie pagórka. Nie dalej jak pikę od muru wzgórze kończyło się nagle bardzo stromym stokiem, u stóp którego płynął potoczek, omywający kupy gruzu. Było to korzystne dla obozu ze względu na obronność, ale też wygodne dla młodych magów, gdyż z tej strony pilnowano leśnego siedliska wyjątkowo niedbale.

Niemniej Wężownik, który wyprawił się na szczyt na przeszpiegi, wrócił blady jak papier.

– Trafiłem na jednego! – oświadczył dramatycznym szeptem, wślizgując się do kryjówki między zaroślami na dnie parowu.

– Wartownik?

– A czy ja wiem? Prawie wleźliśmy na siebie. Chyba zwyczajnie chciał się odlać z urwiska. Wyciągnął nóż…

– Widział cię?

– Musiałby być ślepy. Ale już nic nie powie. Posłałem go na rybki.

– Jeden mniej – szepnął Stalowy. – Ilu jeszcze? Koniec, ty jesteś lepszy „czytacz” ode mnie.

– Kilku w obozie, więcej w lesie. Trudno policzyć, bo są rozproszeni. A tego pechowca zaczną pewnie niedługo szukać. Winograd jest w ruinie. Nie reaguje. Pewnie nieprzytomny, ale żyje. Jeden go pilnuje. Trudno mi wszystko zrozumieć, bo myślą po nortlandzku.

Myszka zadarł głowę, spoglądając między gałęziami na wierzchołek wzgórza.

– Można tam skoczyć w jednej chwili, zabrać Winograda i uciec. Kamyk może tam wejść nawet teraz, w iluzji niewidzialności, i wynieść go na plecach. Nic trudnego.

– Jest ranny – powiedział Koniec. – Co z nim zrobimy? Z powrotem w góry? Trzeba się zastanowić.

– Tylko szybko, bo w każdej chwili jakiś zbir może poderżnąć mu gardło.

Promień po raz kolejny pociągnął nosem. Węszył już od pewnego czasu.

– Co tu tak śmierdzi? – odezwał się z rozdrażnieniem.

– Nie masz innych problemów? – syknął Wężownik. – Twoje sumienie cuchnie. Nie trzeba było drażnić Winograda. Poszedł sam w las i nie wrócił. To twoja wina!

– Zamknij się!

– Zamknijcie się obaj! – zażądał Koniec zduszonym szeptem. – Jak dzieci! Zacznijcie śpiewać, tamci prędzej usłyszą!

Promień wycofał się ostrożnie między młodymi drzewkami. Nos prowadził go nieomylnie. Źródło niepokojącego, słodkawego odoru padliny musiało znajdować się bardzo blisko. Rzeczywiście, trafił doń bez większego trudu. Rozgarnął zarośla, spojrzał, a następnie zacisnął powieki i dłuższą chwilę walczył z podchodzącym do gardła żołądkiem. Ciało, które znalazł, musiało leżeć w zaroślach od wielu dni. Napoczęły je lisy, a rozkład posunął się już znacznie. Zakrywając nos i usta rękawem, Promień przyjrzał się dokładniej zwłokom. Mężczyzna o młodzieńczej sylwetce, być może faktycznie bardzo młody. Spoczywał w bardzo nienaturalnej pozycji. Twarzą do dołu, tak, że Promień widział tylko tył jego głowy (czego zupełnie nie żałował). Jedno ramię zaplątane było w gałęziach, drugie sztywno wyciągnięte na ziemi. Biodra i nogi celowały skośnie w niebo – podparte przygiętymi nieco krzewami. Brak było śladów walki i Promień był pewien, że nie tutaj dokonano zabójstwa. Trup miał na sobie tylko podartą, zaplamioną koszulę i spodnie. Był bosy. Ktoś, kto zabił tego człowieka, ograbił zwłoki, a potem usunął je, nie zadając sobie trudu najprostszego pogrzebu. Sądząc z ułożenia ciała, najprawdopodobniej zrzucono je z urwiska i nie zaprzątano sobie nim więcej głowy. Ponure znalezisko trzeba było pokazać towarzyszom. Promień po krótkim namyśle wytypował Końca, którego zawsze uważał za opokę ich małej grupki, i Kamyka, gdyż ten miał pewną wiedzę medyczną wyniesioną z domu, a poza tym potrafił wziąć do ręki najobrzydliwszego robala w tropikalnej dżungli. Lepiej, żeby nie widział nieboszczyka Myszka, bo wpadnie w histerię i będą mieli dodatkowy kłopot, jakby Los mało ich jeszcze doświadczył.

Sprowadzony na miejsce Koniec dokonał dodatkowego odkrycia: z obu rąk ofiary zerwano wszystkie paznokcie. Śmierć poprzedziły tortury. Zdecydował się odwrócić zwłoki i wtedy ujrzał najgorsze – twarz zabitego była sina i nabrzmiała. Znaleźli jeszcze jedną ranę na piersi – podłużny, wąski ślad po sztylecie.

Prosto w serce – wypisał w powietrzu Kamyk. – Koniec, co to za ludzie?

Rozłożył bezradnie ręce.

Jak tak można? Umęczony, zabity, a potem wyrzucony jak śmieć… Kto jest zdolny do takich rzeczy?

Końcowi przeszło przez głowę, że zna paru takich ludzi, ale nie podzielił się tą myślą.

– To nie są ludzie, ci na górze – szepnął Promień gorączkowo. – To bestie. Mordercy, kaci… śmietnisko dusz. Słuchaj, Koniec, tak nie może być. Ja tego nie daruję. Winograd…

Koniec przyłożył palec do ust, więc Promień zamilkł, ale widać było, że gotuje się w środku.


Naradzali się w bezpiecznej odległości od fatalnego jaru. Odkrycie Promienia zmieniło rangę problemu. Nie mieli do czynienia ze zwykłymi „nieprzyjemnymi ludźmi”, jak to określił przedtem Koniec. Najwyraźniej Winograd wpadł w łapy zbójców i jego życie wisiało na bardzo cienkiej nici. Oni sami też byli zagrożeni.

Możemy go stamtąd zabrać, to nie problem. A potem znów uciekać. Jak zwykle uciekać. Nie wiem jak wy, ale ja mam dość uciekania. Nie chcę wciąż oglądać się przez ramię, czy ktoś nie czai się za moimi plecami. Choć raz bądźmy mężczyznami.

– Mamy walczyć? – spytał niepewnie Wężownik, a Stalowy powtórzył jego słowa Kamykowi w mentalnym przekazie.

A czemu nie? Robiłeś to już. Nad Enite, na drodze w Lengorchii i tutaj też. Nawet pół godziny nie minęło, jak wysłałeś jednego zbira w nicość.

– Dobrze, ale ja nie umiem tak po prostu podejść do kogoś i go zabić! – zdenerwował się Wężownik.

– Ani ja – powiedział cicho Stalowy z zakłopotaniem. – Jak to właściwie sobie wyobrażacie? Mamy tam wkroczyć, zrobić jatkę, a potem może jeszcze spokojnie zjeść kolację?

Myszka siedział z boku, milcząc jak zaklęty. Nawet nie podnosił wzroku. Było absolutnie zrozumiałe, że ze wszystkich on najmniej nadawał się do tego rodzaju rzeczy.

– Mnie też wcale nie sprawi przyjemności zabijanie kogokolwiek – powiedział Promień z żarem. – Ale, Stalowy, idź tam, zobacz sam tego człowieka. Mógłby być naszym starszym bratem. Umarł w mękach. A my tu mamy moralne dylematy? Jakbyś spotkał wściekłego psa, to zastanawiałbyś się, czy go zabić?

– Nie o to chodzi, czy chcę. Ja chcę. Ja tylko nie wiem… Nie jestem pewien… czy będę potrafił.

Promień postukał się palcem w czoło.

– Kamyk ma rację, że tym razem nie powinniśmy uciekać. Ale to nie są baranki. To kupa uzbrojonych mężczyzn. Bardzo silnych i bardzo złych. Tylko talenty dają nam przewagę. Bądź pewien, że jak się zacznie, to będziesz się tylko zastanawiał jak przeżyć.

Koniec, który od dłuższej chwili naradzał się w myślach z Kamykiem, rzucił propozycję:

– Niedługo będzie zmierzchać. Wszyscy bandyci wrócą do obozowiska. Najlepszy jest zawsze atak z zaskoczenia. Niech zjedzą, z pełnym brzuchem gorzej się będą bić. Myszka, ty skoczysz wprost do wnętrza tego rumowiska i będziesz chronił Winograda.

 

Myszka uniósł zwieszony smętnie nos.

– W ciemno? A jak tam są jakieś ściany w środku?

– Nie ma – stanowczo zaprzeczył Mówca.

– A jak tamten Northlandczyk się na mnie rzuci?

– To go „przerzucisz” gdzieś dalej. Myszo, nie marudź.

Myszka tylko westchnął.

Przydałaby się nam jakaś dodatkowa przewaga. Ich tam jest kilkunastu. Stalowy, czy jest coś, co pozwala widzieć w ciemnościach? – Kamyk skierował pytanie do Stworzyciela. –Może coś z tych twoich smakołyków.

Stalowy zaniemówił na moment, błękitne oczy omal nie wyskoczyły mu z orbit.

– Nie!!! Absolutnie! Mało ci było?! Skończyłem z tym…

Przeszedł w kontakt mentalny:

„Oszalałeś? ONA mi zakazała! Wiesz, co może mi zrobić?! Mam już niebieskie oczy, cały mam się zrobić niebieski?! Dzięki za ten bal! Ja wychodzę!”.

Na Kamyku nie zrobiło to szczególnego wrażenia.

„Nikt ci nie każe znów tego używać. Chcę dla siebie. Tylko poradź: co?”.

„Krew Bohaterów rozszerza źrenice. I daje kopa. Ale tylko małe dawki”.

„Wiem. Potrafisz to zsyntetyzować?”.

„Umiem, ale nie chcę!”.

Tym razem Kamyk uciekł się do iluzyjnego dźwięku.

– Sssstaaalooowyyy! – zabrzmiało to złowróżbnie, zwłaszcza, że Tkacz Iluzji nawet nie otworzył ust.

„Jesteś opętany! Nie biorę za nic odpowiedzialności! Powiedz to przy okazji JEJ!”. – Stworzyciel ugiął się, ale widać było, że jest o wiele bardziej przerażony planowanym nieposłuszeństwem wobec Bogini niż nadchodzącą bitwą.


Gardziel wrócił tuż przez zmrokiem. Od razu przyszedł obejrzeć łup Waguna. Stał nad chłopcem, założywszy ramiona na piersiach, i poświstywał przez zęby. Z jego nieruchomej twarzy nie można było niczego wyczytać. Koret milczał przezornie. Odzywanie się do Gardzieli sprowadzało kłopoty, tego już zdążył się nauczyć. Gardziel był najtwardszy ze wszystkich. Półżartem mówiono, że czerwona blizna na szyi, od której wziął przydomek, powstała wtedy, gdy ostrze obsunęło się na kamieniu pod skórą herszta.

– Wasz? – spytał Gardziel krótko, kierując wzrok na ela.

Koret miał ogromną ochotę potwierdzić. Jednak kłamstwo byłoby zbyt oczywiste.

– Nie.

Gardziel wyciągnął nóż, przykucnął i płazem poklepał policzek chłopaka. Nie doczekał się żadnej reakcji. Przyłożył mu sztych do wgłębienia tuż poniżej krtani. Koret przełknął ślinę. Lengorchianin nie dawał znaku życia już od pewnego czasu. Gardziel z pewnością doszedł do wniosku, że nie będzie z niego żadnego pożytku, i chce się go pozbyć.

– Wagun go niepotrzebnie oprawił – odezwał się el, stawiając wszystko na ten jeden rozpaczliwy pomysł, który błysnął mu w chwili natchnienia. – Chłopak z lepszej rodziny, to widać. Mógłby być okup za niego.

Gardziel cofnął nóż.

– No..?

Koret pokazał mu to, co sam odkrył wcześniej: delikatne ręce chłopca i ozdoby na ubraniu.

– Nigdy w życiu nie robił za pługiem. To ręka do pióra. A tu prawdziwy bursztyn. Aż znad Morza Syren. Sporo wart. Miał też złoto…

– Złoto? – Oczy Gardzieli błysnęły złowrogo.

– Wagun nie oddał? Przy mnie wytrząsał chłopakowi kieszenie. Była jedna złota moneta i kilka srebrnych.

Gardziel wstał i oddalił się wielkimi krokami. Koret usłyszał jego ryk:

– Waguuun!

Potem nastąpiła gwałtowna kłótnia, a po niej odgłosy kilku uderzeń, których Koret słuchał z niekłamaną przyjemnością. Gardziel karał samowolnego podwładnego, usiłując wyciągnąć od niego złoto, które wcale nie istniało. Gardziel rzeczywiście musiał niewiele zyskać na gościńcu, co tym bardziej wprawiało go w gniew. Wojna dawała się odczuć nawet tutaj. Handel z Południem osłabł. Ruch na tym rzadko uczęszczanym szlaku kupieckim zamarł zupełnie. Zbójcy rekrutujący się z wyrzutków, zbiegów spod katowskiego topora lub zwyczajnych obiboków i chciwców, nie tylko nie opływali w bogactwa, ale wręcz walczyli z głodem. Użeranie się o parę worków mąki z tak ubogim elostwem jak Bukowina, świadczyło że sięgnęli dna.


Zapadła noc. Zbójom nie było do pogwarek przy ogniskach. Prędko porozchodzili się do swoich legowisk. Wygaszono ogień. Wystawiono warty. Zwykle strażnicy lenili się, jak mogli – komu by się chciało w taki czas ganiać zbójów po lasach? Król miał większe kłopoty w północnych granicach. Tym razem jednak Gardziel nakazał większą czujność. Zapodział się gdzieś jeden ze starszych. Zniknął bez śladu, jakby rozwiał się w powietrzu. Być może opryszek wróci nazajutrz, ale należało mieć się na baczności. Nieraz jakaś banda była zdradzana dla złota i ułaskawienia.

Niebawem wzgórze oblało srebrne światło wschodzącego księżyca i okolica zapełniła się tajemniczymi, ruchliwymi cieniami. Jeden z takich cieni oderwał się od pnia, zbliżył się cicho do jednego z wartowników od tyłu. Coś błysnęło w księżycowej poświacie, zataczając płaski łuk w powietrzu. Bezgłowe ciało bluznęło ciemną krwią z kikuta szyi, po czym padło na ziemię z głuchym tąpnięciem.

W przeciwległym końcu obozowiska inny strażnik usłyszał ten odgłos, lecz uspokoił się, widząc podnoszącą się z ziemi postać machającą ręką. Pomyślał, że tamten potknął się tylko. To była jego ostatnia myśl w życiu. Czyjaś dłoń zamknęła się mocno na jego ustach, a ostrze noża wbiło głęboko między żebra. Umarł bardzo cicho.

Koniec wciągnął głębiej w krzaki martwe ciało. Krew zabitego pachniała oszałamiająco, aż miał ochotę oblizać pokrytą nią rękę. Księżyc świecił bardzo jasno. Spojrzał w górę, blask Giganta odbił się w jego powiększonych źrenicach, zamieniając je na moment w dwie srebrne monety. Koniec wyszczerzył do niego zęby.

„Jestem wilkołakiem, zabijam pod księżycem”, pomyślał i ta myśl szalenie go rozbawiła. Zatykając usta kułakiem, by nie śmiać się głośno, chyłkiem udał się na dalsze polowanie. Okazja była tuż – mroczne wnętrze szałasu, w którym słychać było sapanie śpiących. Wewnątrzwidzenie Mówcy ukazywało ich sny – niewyraźne, mgliste widma klujące się jeszcze na pograniczu jawy. Koniec bezszelestnie wśliznął się między śpiących. Przez chwilę sycił się widokiem iskierek ich żywotów. Nocne ciemności w środku szałasu dla jego rozszerzonych źrenic były zaledwie półmrokiem, odbierającym otoczeniu barwy i ostrość konturu. Zacisnął mocno jedną dłonią usta śpiącego na wznak, a kantem drugiej natychmiast zadał silny cios w nasadę nosa. Trzasnęła łamana kość. Uderzony drgnął gwałtownie i przeszedł przez Bramę, zanim jeszcze jego mięśnie się rozluźniły. Jego sąsiad wybełkotał coś przez sen, przewrócił się na brzuch. Kolano zabójcy, wciśnięte nagle w krzyże, odebrało mu oddech, a gwałtowne szarpnięcie za głowę złamało kark. Koniec przekręcał głowę trupa tak długo, aż ścięgna zerwały się, a martwe oczy spojrzały prosto w górę. Dopiero wtedy Mówca uznał, że to wystarczy. Gdy wyczołgał się na zewnątrz, trafił prosto na jednego ze strażników. Wciąż na czworakach, zawarczał głucho. Zbójca przez chwilę był jeszcze niepewny, czy nie ma przed sobą wygłupiającego się kompana. Pochylił jednak oszczep i nabrał powietrza, by zaalarmować obóz. Z ciemnego wału zarośli wyleciała z cichym świstem strzała. Wbiła się prosto w szyję wartownika, zduszając jego krzyk do krótkiego charknięcia. W następnej chwili zniknął, zanim zdążył upaść na ziemię. Zza nieforemnego garbu szałasu wyłoniła się przygięta sylwetka. Koniec rozpoznał płomyk jaźni Wężownika.

– To już wszystkie warty – prychnął mu prosto w ucho Wędrowiec, dusząc się od tłumionego chichotu. – Czterech było. Jednego dorwałem przedtem. A teraz patrz.

Koniec spojrzał za palcem Wężownika. Najbliższy szałas raptem rozsypał się w drobiazgi, ścięty w połowie talentem maga. Trzech mężczyzn zbudziło się nagle, gdy poleciały na nich szczątki drągów i gałęzi. Rozespani, zaskoczeni i źli, zaczęli gramolić się pośród tego pobojowiska. Wężownik pstryknął palcami, po czym trzy bezgłowe ciała padły z powrotem w rozgrzebane barłogi, zalewając je posoką. Koniec nie zdzierżył i ryknął śmiechem.


Czyjś śmiech wyrwał Koreta z pierwszego snu. Ktoś na zewnątrz wieży zanosił się szaleńczym rechotem, jakby postradał zmysły. Elowi ścierpła skóra. Tak mógł śmiać się upiór lub demon. Usiadł gwałtownie, odruchowo zaciskając na piersiach poły złachmanionego koca i zamarł. W niższej części ruiny, częściowo oświetlone księżycową poświatą, stało dziecko. Srebrne światło kładło się lśniącą plamą na jego włosach i wypukłości czoła, malowało srebrny prążek na wierzchu nosa… Głębokie cienie legły w zagłębieniach koło oczu, pod brodą i w dołku tuż poniżej ust. Szczuplutki chłopiec (o ile Koret się nie mylił co do płci) zdawał się być figurką wyciętą z czarnej kory oraz srebrnej blachy. Stał tak sobie – bez ruchu, bez słowa i Koret tylko czuł na sobie uważne spojrzenie tego niesamowitego przybysza. Nagle przyszło mu do głowy, że Pan czasem objawia się pod postacią dziecka. Co prawda, nie mógł pojąć, czym miałby zasłużyć na podobny zaszczyt, lecz… Niezdarnie podwinął spętane nogi, by uklęknąć, po czym dotknął czołem ziemi w pokornej postawie. Potem podniósł wzrok, czekając na słowa łaski lub potępienia. Chłopiec przestąpił z nogi na nogę, cofnął się nieco. Koret ze zdumieniem rozpoznał oznaki zmieszania i niepewności. Nie, to nie mogło być żadne bóstwo. Bogowie zawsze byli nieomylni, zawsze pewni siebie. W końcu od tego byli bogami.

Wreszcie dzieciak podszedł ostrożnie, bokiem do młodego czarodzieja. Pochylił się nad nim i dotknął jego ręki.

– Fail’ess? Fail’ess, seva nin tar?

Nie doczekał się odpowiedzi.

– Fail’ess, tar awen Sori… Ekeri, Hevela’, Ano… ofan-wa do gon.

El słuchał obcej mowy, w której kolejne słowa toczyły się szybko jak drewniane paciorki po gładkim stole. Czasem tylko dźwięczne „r” odzywało się nagle, niczym krótkie przeciągnięcie piły w kłodzie. Rozumiał tylko pojedyncze, oderwane od siebie słowa. Kolejny Lengorijen, na pewno przyjaciel rannego. Jeden z tych, którzy mieli „zapłacić”. Tknięty nagłą myślą, Koret poczołgał się ku szczelinie w murze – swemu okienku na obozowisko. Nie dalej jak przed chwilą właśnie stamtąd dobiegał ów przerażający śmiech, a teraz dały się słyszeć niewyraźne krzyki. Wyjrzał na zewnątrz i zobaczył piekło.


Koniec nie był w stanie się opanować. Uczynek Wężownika wydał mu się niewiarygodnie zabawny. Zupełnie jak na komediowym przedstawieniu – ryms, ciach i łubudu…! Niestety, odgłosy dobrej zabawy wywabiły z legowisk pozostałych zbójów. Jeden wypadł z szałasu z bronią w ręku, głośno wzywając do ataku. Nie zdążył zrobić nawet dwóch kroków, gdy zarył twarzą w zwiędłą trawę, całkiem jakby ktoś podstawił mu nogę. Koniec z Wężownikiem płakali ze śmiechu. Nad ciałem powalonego na moment ujawniła się wysoka postać Kamyka. Tkacz Iluzji przyszpilił go sztychem do ziemi, po czym znów zniknął pod zasłoną niewidzialności. Następny spotkany zbój zginął, nie wiedząc nawet, co go zabiło. Z wstrętnym mlaśnięciem otworzyła się w jego brzuchu długa poprzeczna rana i wylały się z niej wnętrzności. Nie zdążył upaść, a już następny cios rozrąbał mu czoło. Jeden z szałasów stanął w ogniu. Wężownik w świetle pożaru ujrzał szamoczącego się w panice obcego, na którym zajęło się ubranie, i unieszkodliwił go, przenosząc jego głowę nieco dalej od reszty ciała. Tymczasem poprzednia ofiara Tkacza Iluzji podniosła się, przyciskając rękę do rany na piersi. Krew lejąca się spomiędzy palców wydawała się zupełnie czarna w zwodniczym oświetleniu. Zanim obaj magowie zdążyli zrobić cokolwiek, kolejna strzała Promienia definitywnie zakończyła życie rannego. Ktoś usiłował umknąć w zarośla. Trafił na Stalowego i jego nadzieje, by unieść całą skórę z nagłego pogromu, okazały się płonne. Stworzyciel, który już przedtem cicho, bez niepotrzebnego hałasu, unieszkodliwił dwóch chrapiących beztrosko zbójców, zjawił się w kręgu światła, otrząsając krople krwi z klingi.

Raptem okazało się, że to już koniec. Nie ocalał nikt ze zbójeckiego gniazda. Magowie ściągali w jedno miejsce, obok palących się resztek szałasu. Stalowy wyrwał z ogniska płonący drąg i z zaimprowizowaną pochodnią skierował się do ruiny.

– Tam został jeden – powiedział. – Co robi Mysz? Już powinien tu być.

 

Wśród spękanych murów Stworzyciel zobaczył w świetle żagwi jedynego ocalałego Northlandczyka i od razu zorientował się, dlaczego ten nie brał udziału w walce, ani też nie uciekał – nogi mężczyzny tkwiły w solidnie wyglądających dybach. Więzień z obawą patrzył na Stalowego i pałasz w jego ręku. Przyciskał się plecami do muru, czekając w milczeniu na cios. Stalowy wyminął go, nie poświęcając mu więcej uwagi. Podszedł do Myszki, który klęczał u boku leżącego bez ruchu Winograda.

– Jest źle – powiedział cicho mały Wędrowiec, gdy światło padło na nich. – On mnie wcale nie słyszy. Jest strasznie pobity.

Trudno było się nie zgodzić ze zdaniem Myszki. Stworzyciel przesuwał dłonią po ciele Bestiara, oceniając talentem obrażenia. Połamane kości, rozległe wylewy pod skórą… Na szczęście żadnych obrażeń brzucha, które mogłyby zabić Winograda w ciągu paru godzin. Wyglądało to trochę tak, jakby chłopak chronił wnętrzności kosztem pleców i głowy. Skądinąd słusznie.

– Myszko, tam jest pełno trupów – odezwał się Stalowy. – Lepiej będzie, jak on tutaj zostanie. Przypilnuj go.

Zdjął opończę i przykrył nią rannego.

– Jak się rozwidni, to spróbuję pospajać mu kości. Na razie tam jest jedna jatka i musimy posprzątać. Ten tutaj to więzień, chyba niegroźny.

Myszka kiwnął głową na znak zgody. Zajął znów miejsce u boku chorego Bestiara, jak małe bóstewko opiekuńcze.

Stalowy wrócił na pole walki i zaklął na niespodziany widok, który ukazał się jego oczom. Reszta jego kolegów padła pokotem, tak jak stali, zasypiając kamiennym snem ponarkotycznym. Postronny obserwator nie odróżniłby ich od trupów. Wyczerpane organizmy zażądały raptem odpoczynku i nikt im się nie sprzeciwiał. Stalowy westchnął z głębi serca. Odciągnął najbliższe zwłoki nieco dalej. Następnie przysiadł na kłodzie, obejmując, chcąc nie chcąc, całonocną wartę.


Blade poranne słońce oświetliło smętne pobojowisko. Leżący najbliżej Stalowego Promień zaledwie uniósł głowę, a natychmiast opadła z powrotem. Oczy Iskry miały dziwnie szkliste spojrzenie, drgał mu mięsień na policzku. Dopiero po dłuższej chwili oprzytomniał na tyle, by przekręcić się na bok i splunąć z niesmakiem gęstą śliną.

– I jak tam po nocce? Miałeś jakieś nowe wizje, książę? – spytał Stalowy, po czym ziewnął głośno. Był rozpaczliwie niewyspany.

Promień przycisnął ręką żołądek i skrzywił się.

– Do ust już nie wezmę tego paskudztwa. W głowie mi się kręci, niedobrze mi… ohyda.

Z wolna budzili się pozostali – zziębnięci i rozbici po nocy spędzonej na gołej ziemi. Wszyscy ledwo powłóczyli nogami. Widok trupów wywoływał mdłości, a wspomnienie tego, co zrobili pod wpływem Krwi Bohaterów – niepokój sumienia i wstręt.

– Krew Bohaterów… – mruknął Koniec z goryczą. – Rzeczywiście! To świństwo zupełnie odbiera instynkt obronny i moralność. Można zrobić najgorszą rzecz ze śpiewem na ustach.

– Ale potem się budzisz – dodał Wężownik, masując zdrętwiały kark. – Czy ja się mylę, czy też naprawdę wykończyłem czterech ludzi?

– O trzech wiem na pewno, ale chyba ich będzie więcej. Policz tych, którzy nie mają głów.

Wędrowiec tylko jęknął. Dzień zapowiadał się bardzo przykro.

Promień zajrzał z ciekawością do szałasu, z którego sterczały dwie pary stóp w zniszczonych skórzniach. Gdy się odwrócił, nerwowo przełykał ślinę i był nieco bledszy, niż przedtem.

– Który z was był tutaj? Ciekawa rzecz – chłop tak ma szyję wykręconą, że własne plecy sobie ogląda.

– Ja – przyznał się Koniec ponuro.

– Jak ty to zrobiłeś? – spytał oszołomiony Promień.

– Rękami.

– Drugiego też rękami?

– Też – mruknął Koniec niechętnie.

– Ale jak? Skąd ty to umiesz?

– Brat mnie nauczył – uciął Koniec, odwrócił się na pięcie i odszedł na drugi kraniec obozu, by uniknąć dalszych pytań. Jedno pytanie pociągnęłoby za sobą drugie, to – następne, a Koniec nie miał absolutnie ochoty objaśniać, czemu brat uczył go ciosów wbijających odłamki kości w mózg ofiary, łamania karku i paru innych sztuczek. Ani też tego, dlaczego jego starsze rodzeństwo miało takie umiejętności.


Koret usiłował w nocy uwolnić się od kłody, korzystając z tego, że mały czarownik zasnął. Nic nie zdziałał prócz tego, że połamał sobie do reszty paznokcie. Poza murami wszczął się ruch i el w każdej chwili oczekiwał swego końca. Dlaczego przybysze z Lengorchii mieliby go oszczędzić? Był dla nich zupełnie obcy i stanowił obciążenie. Jednak nikt nie zwracał na niego szczególnej uwagi. Skonsternowany Koret obserwował, jak Lengorchianie wchodzą i wychodzą. Oglądali go mimochodem, lecz znakomitą większość uwagi poświęcali rannemu. Zabrali go na rozpostartym płaszczu. Coś działo się na zewnątrz, poza zasięgiem wzroku Koreta. Śmierdziało spalenizną. Słyszał wyłącznie obcą, szybką mowę, z której nie mógł wyłowić żadnego sensu. Nie przeżył chyba nikt prócz niego samego. Po pewnym czasie jeden z czarowników przyniósł mu dzbanek z wodą, chleb i płat wędzonej słoniny, po czym natychmiast oddalił się w swoich sprawach. To przynajmniej znaczyło, że nie mają zamiaru go zabić – nikomu nie opłacałoby się żywić trupa. Zjadł pospiesznie, dławiąc się prawie, zanim zmienią zdanie. A potem czekał. I czekał.

Wreszcie przyszedł do niego jeden z przybyszów. Przysiadł na kamieniu, taksując wzrokiem więźnia. Koret poczuł się jeszcze bardziej nędznie.

– No i cóż się tak gapi? – mruknął pod nosem z rozdrażnieniem. – Czaruje, czy co?

– Nie czaruje – odparł tamten w bezbłędnym northlanie. – Patrzy i zastanawia się, ile tu siedzisz.

Koret bezwiednie spojrzał na wydrapane kreski.

– Dwadzieścia dziewięć dni – odpowiedział, dodając dzień bieżący.

Przybysz pokiwał głową, jakby stan ela zgadzał się w zupełności z jego osądem.

– Jesteś stąd? – indagował „Lengorijen”.

– Stąd. Tutejszy. A ty?

– Stamtąd – odparł sucho rozmówca, jakby to wszystko wyjaśniało.

– Czarownik?

– Mag. Mówi się „mag”.

Zamilkli obaj. Rozmowa nie kleiła się. Oceniali się wzajemnie, obserwując spod oka. Koret nigdy by nie przypuszczał, że ma przed sobą czarodzieja… to jest maga, gdyby ten sam tak się nie przedstawił. Chłopak był równie młody jak ofiara Waguna. Długie czarne włosy związał na karku. Spod jego opończy o brudnozielonym kolorze wyglądała bluza z cienkiej skórki. Przeguby chłopaka owinięte były rzemieniami, jakby dla ochrony przed uderzeniami cięciwy. Koret byłby przysiągł, że ma przed sobą myśliwego.

– Dobrze strzelasz z łuku? – spytał bez namysłu. Chłopak mrugnął, zaskoczony.

– Dobrze – odrzekł.

– Ilu was jest?

– Za dużo chcesz wiedzieć! – rozzłościł się młody mag. – Siedź tu i ciesz się, że nie na tobie próbowałem celności!

– Czy ktoś z tamtych przeżył?

– Nikt.

– Świetnie. A co ze mną?

Mag nie odpowiedział, tylko wzruszył ramionami. Pewno jeszcze nie zdecydowali.

– Tych szesnastu tutaj to nie wszyscy. Czekali na resztę – odezwał się el.

Oczy chłopaka błysnęły czujnie.

– Ilu? – spytał krótko.

– Nie wiem. Może drugie tyle, może więcej.

Mag łowca natychmiast wstał i odszedł, by podzielić się nowiną z towarzyszami, a Koret miał nadzieję, że właśnie kupił sobie jeszcze trochę czasu.

Chyba miał rację, bo jeszcze przed zmrokiem wrócił jego rozmówca z dwoma innymi magami. El ze zdumieniem przekonał się, że nie są chyba starsi od myśliwego i chłopaka o skośnych oczach. Przypomniał sobie dziecko widziane w nocy i nie mógł już powstrzymać ciekawości. Mag władający językiem northlandzkim osadził go krótko:

– Wystarczająco dorośli, by radzić sobie z bandytami… i myć się samodzielnie. Zdejmuj te szmaty. I niech ci do głowy nie przychodzi nic głupiego.

Postawił na ziemi parujący kubeł. Upokorzony Koret zorientował się, że ma się rozebrać do naga na oczach obcych. Jeden z magów gołymi rękami, pozornie bez żadnego wysiłku, uwolnił jego nogi. Trzasnęło tylko pękające drewno. Wstrząśnięty mężczyzna już bez protestu i wahań zdjął ubranie, odrywając przy tym koszulę od ran na plecach. Mył się w ciepłej wodzie, po raz pierwszy od miesiąca, starając się przy tym zapomnieć, że patrzą na niego trzy pary oczu. Było to dla niego ogromnie poniżające, zwłaszcza, że mógł sobie wyobrazić jak wygląda – koszmarnie brudny, zawszony, wychudzony, z poranionymi nogami i czyrakami na karku. Skóra piekła go od ługu. Tymczasem jego strażnicy traktowali sytuację równie obojętnie, jakby wśród nich stało zwierzę – w końcu nikt nie może rzec, że krowa czy koza są nagie. Koret sam już nie wiedział, czy drży bardziej z zimna, czy ze wstydu. Jego łachmany spłonęły natychmiast w rozpalonym magicznie ogniu. Wysoki mag ocenił stan jego ran, nałożył na nie jakąś maść i kawałki płótna. Dopiero wtedy el dostał świeże ubranie. Nie chciał się zastanawiać, do kogo przedtem należało. Ważne, że było czyste. Dostał nawet buty – za duże, ale to nawet lepiej, bo w ten sposób nie urażały pokrytych strupami kostek.