Tułacze życieTekst

Autor:Ewa Bauer
Z serii: Tułacze życie #1
0
Recenzje
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Nie masz czasu na czytanie?
Posłuchaj fragmentu
Tułacze życie
Za nasze winy
− 20%
Otrzymaj 20% rabat na e-booki i audiobooki
Kup zestaw za 65,90  52,72 
Za nasze winy
Za nasze winy
Audiobook
Czyta Maria Seweryn
36 
Szczegóły
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa



Copyright © Ewa Bauer

Copyright © Wydawnictwo Replika, 2019

Wszelkie prawa zastrzeżone

Redakcja

Magdalena Kawka

Projekt okładki

Mikołaj Piotrowicz

Skład i łamanie

Dariusz Nowacki

Konwersja publikacji do wersji elektronicznej

Dariusz Nowacki

Wydanie elektroniczne 2019

eISBN 978-83-66481-04-6

Wydawnictwo Replika

ul. Szarotkowa 134, 60175 Poznań

tel./faks 61 868 25 37

replika@replika.eu

www.replika.eu



Hodie mihi, cras tibi[1]

[1] łac. Dziś mnie, jutro tobie

Część I

SUDETY

Własne pędy, własne liście zapuszczamy każdy sobie. I korzenie oczywiście, na wygnaniu, w kraju, w grobie. Tu na boki, wzwyż ku słońcu, na stracenie w prawo, w lewo. Kto pamięta, że to w końcu, jedno i to samo drzewo.

– Jacek Kaczmarski „Nasza klasa”

Rozdział 1

Nie wyobrażał sobie, że mógłby ożenić się ponownie. Wciąż kochał swoją zmarłą żonę i nie dopuszczał do siebie myśli, że jakakolwiek inna kobieta mogłaby mu ją zastąpić. Niestety miał na wychowaniu trzech synów, którym brakowało matki, jeszcze bardziej niż jemu kobiety. Wciąż winił się za to, że namówił żonę na tak ciężką podróż w nieznane. Być może gdyby podjęli inne decyzje, ich los potoczyłby się inaczej. W Sudetach mieli przynajmniej własny dom, pole i maleńki młyn, który choć nie dawał jeszcze wielkiego dochodu, pozwalał im wiązać koniec z końcem. Gdyby, mieszkając w Lądku, znaleźli się w potrzebie, zawsze mogliby się zwrócić o pomoc do rodziców Anny Marii. Wydawało im się jednak, że życie pod skrzydłami rodziny ich ogranicza. Chcieli być samodzielni, dlatego patent kolonizacyjny był dla nich nadzieją na lepszą przyszłość. Nowo utworzone daleko na wschodzie, Królestwo Galicji i Lodomerii wydawało się rajem w zasięgu ręki.

Niestety ostatecznie nie wszystko wyglądało tak, jak obiecywano kolonistom. Wielu poniosło straty już na samym początku, z których największą była śmierć bliskich. Niemal w każdej rodzinie przesiedleńców doszło do tragedii. Umierali dzieci, starcy, wiele kobiet. Mordercza podróż przez pół Europy, a potem niepewność co do przyszłości i życie w ciężkich warunkach, w przeludnionych chatach, gdzie szerzyła się zaraza, to nie było to, o czym marzyli. Niestety właśnie taka okazała się rzeczywistość.

Sytuacja Josepha nie była jeszcze tak tragiczna jak wielu innych kolonistów, ale i jego nie ominęło nieszczęście. Anna Maria, którą podróż bardzo wycieńczyła, na swe nieszczęście zaszła w tym czasie w ciążę. Jej organizm, wciąż niedożywiony i przemęczony pracą, nie podołał wyzwaniu, jakie przed nim postawiła natura. Odeszła w lecie tysiąc siedemset osiemdziesiątego szóstego roku, niedługo po śmierci dziecka, które dopiero co powiła.

Po jej śmierci Joseph Neubiner wraz z synami przeniósł się do Łanów, niedaleko Kamionki Strumiłowej, gdzie otrzymał od rządu austriackiego niewielki młyn z przybudówką. Zamieszkanie we młynie było o wiele lepszym pomysłem niż w rozsypujących się i pełnych chorób chatach, gdzie musieli żyć tuż po przyjeździe. Choć tyle mógł zaoferować swoim dzieciom.

Miał jednak świadomość, że nawet najlepsze warunki mieszkaniowe nie wynagrodzą im straty, jaką ponieśli. Nic nie jest warte takiego poświęcenia. Życie matki jest bezcenne, a one właśnie ją utraciły.

Dzieci już posnęły, a Joseph, w świetle łuczywa, postanowił rozpocząć to, co od dawna chodziło mu po głowie. Wyciągnął ze skrzyni papier, gęsie pióro i inkaust, które dostali w prezencie ślubnym. Jak do tej pory nie było okazji, by ich użyć. Dziś nadszedł ten moment. Wziął pióro do ręki, umoczył w czernidle i przycisnął do kartki. Choć w głowie kłębiło się wiele myśli, miał wątpliwości, czy uda mu się przelać to wszystko na papier. Ledwie jednak zaczął, opowieść o rodzinie, w której historię wpisana była tułaczka po świecie, popłynęła jak rzeka.

Rodzina Neubinerów miała niemieckie korzenie. Ojciec Josepha, Ludwig, pochodził z księstwa Neuburg w Bawarii, położonego około osiemdziesięciu kilometrów na północny zachód od Monachium. Początkowo mieszkał na wsi z rodzicami, ale gdy tylko osiągnął wiek pełnoletni, porzucił dom rodzinny, by szukać wrażeń w głównym w księstwie ośrodku miejskim Neuburg an der Donau. To wciąż jednak nie zaspokajało jego potrzeb, zgodnie z powiedzeniem, że zawsze lepiej jest tam, gdzie nas nie ma. Ludwig marzył o wielkim świecie, o podbojach i bogactwie, ale natura lekkoducha stała mu na drodze do realizacji marzeń. Zbyt szybko nudził się wszystkim, zbyt mało wagi przywiązywał do ludzi i miejsc, w których bywał. Po kilkuletniej tułaczce, gdy powrócił do domu rodzinnego, wydał mu się on przeraźliwie pusty.

Stojąc nad grobem matki zmarłej podczas jego nieobecności, uświadomił sobie nagle, że nic nie wie o swoich najbliższych, że porzucając rodziców kilka lat wcześniej, praktycznie o nich zapomniał. Patrzył na ojca, który zupełnie nie radził sobie z żałobą, i po raz pierwszy w życiu zapragnął założyć własną rodzinę. Chciał wypełnić dom szczebiotem dzieci, pieśniami śpiewanymi przez małżonkę, zapachem obiadu, tym wszystkim, co zapamiętał ze swojego dzieciństwa i od czego tak szybko uciekł. Nim jednak poważnie zaczął rozglądać się za kandydatką na żonę, pod koniec tysiąc siedemset czterdziestego roku zmuszony został, by wraz z wojskami pruskimi Fryderyka II wyruszyć na Śląsk.

Najeźdźcy przez dwa miesiące okupowali ten region, by wymusić na cesarzowej austriackiej zawarcie pokoju. Maria Teresa pod naciskiem Prus przekazała im prawie całe terytorium Śląska.

Wrocław spodobał się Ludwigowi, który nie zamierzał wracać już do Bawarii, choć życie znów spłatało mu figla, gdy tylko postanowił się tam osiedlić. Pan wzywał, dlatego też Neubiner musiał brać udział w różnych walkach na Śląsku. Ostatnia bitwa, w której przyszło mu walczyć, miała miejsce pod Małujowicami. Pomimo wygranej potyczki wojsko zostało ostrzelane przez austriacką kawalerię, a wielu dzielnych wojaków zginęło na polu bitwy. Wśród nich był także Ludwig, zraniony nieprzyjazną kulą. Legł nieprzytomny i trwał tak, dopóki walki nie ustały.

Pod osłoną nocy do martwych żołnierzy przyszli szabrownicy, by zdjąć z nich mundury i wykraść porzuconą broń. Neubiner ocknął się i gdy tylko zorientował w sytuacji, ostatkiem sił przeczołgał w krzaki, aby miejscowa ludność nie dobiła go w akcie obrony przed domniemanym wrogiem. Rana w udzie mocno krwawiła, jednak wykonawszy opaskę uciskową z podartej na strzępy koszuli, zatamował krwotok. Wiosenna ziemia była zimna, czuł, jak chłód przenika wszystkie części jego ciała, ale roślinność, choć pozbawiona jeszcze liści, dała mu skuteczną kryjówkę. Głosy w obcym języku to pojawiały się tuż obok, to znikały. Raz nawet pewien był, że zostanie odkryty, gdyż podbiegł do niego pies i zaczął ujadać z bezpiecznej odległości. Nie miał siły przegonić zwierzęcia, patrzył więc na jego równie przerażone ślipia i szeptał w myślach prośby, by los go oszczędził.

Nagle dał się słyszeć gwizd i zdenerwowane nawoływanie. Szabrownicy zaspokoili swoje potrzeby, niosąc w stronę wioski części ubrań zdarte z trupów, buty i broń. Księżyc jasno oświetlał łąkę. Ludwig przez gałęzie dostrzegł grupę osób. Sądząc raczej z sylwetek, niż rozpoznając w nocnym świetle, byli to mężczyźni, a wśród nich jeden zdawał się prowadzić. To on nawoływał psa, aż ten posłusznie porzucił swój obiekt zainteresowania i pobiegł za panem, co jakiś czas jednak podejmując próbę zawrócenia oraz warczeniem wskazania mężczyznom, że w krzakach znajduje się coś godnego ich uwagi. Przywódca grupy zawahał się i przez chwilę zastanawiał, czy nie zawrócić w kierunku, z którego przybiegło zwierzę, ale spojrzał na swoje dłonie pełne zdobyczy i zrezygnował. Odeszli, a wokół Ludwiga nastała cisza przerywana od czasu do czasu oddalającym się szczekaniem.

Zapadł w niespokojny sen. Obudził się w swoim łóżku, w Neuburgu, i odetchnął z ulgą. Nie chciał umierać na zimnej ziemi, w obcym kraju. Nie wiedział wprawdzie, jak trafił z powrotem do dawnego domu, ale nie miało to większego znaczenia. Był u siebie. Czuł ciepło bijące z pieca, zapach gotujących się warzyw. Widział matkę krzątającą się po izbie. Podeszła do niego i uśmiechnęła się czule. Pogładziła po głowie, tak jak robiła to wiele razy, gdy był dzieckiem. Przytrzymał jej kojącą dłoń przy policzku, a wtedy ona spojrzała na niego z zatroskaniem.

Nagle twarz matki wykrzywił grymas, oczy zrobiły się czarne jak węgle, a głos, którym przemówiła, niczym nie przypominał jej ciepłego, łagodnego tonu.

– Coś mnie uczynił, ja tobie uczynię. – Mara nagle zacisnęła dłoń na włosach Ludwiga, szarpiąc i wyrywając kłaki. – Umierałam, a mój jedyny syn mnie zostawił. Porzucił dla uciech ducha i ciała, wyrzekając się własnej rodziny. Nie miał poważania ani dla matki, ani dla ojca, który w przytułku dla obłąkanych spędza ostatnie dni. – Skóra na głowie Ludwiga pulsowała, ale żelazny ucisk się nie zmniejszał.

 

– Chciałeś się tułać po świecie, będziesz się tułał, ocierając o śmierć bliskich, aż czwarte pokolenie zmaże twoje winy.

Przebudził się bladym świtem. Jego ciało trawiła gorączka, a pulsowanie w skroniach jeszcze się nasiliło. Nie wiedział, gdzie się znajduje. Nie pamiętał, skąd przybył i co usłyszał w sennych majakach. Co jakiś czas tracił przytomność, by na chwilę ją odzyskać. Trudno było mu skupić na czymkolwiek uwagę. Ciałem wstrząsały dreszcze, a w tyle głowy czaił się lęk przed czymś, co miało się wydarzyć, a czego nie był w stanie nawet w zarysie przewidzieć. Najpierw musiał uspokoić rozedrgane ciało, dlatego całą siłą woli skoncentrował się na nim i uspokoił oddech. Leżał z zamkniętymi oczami, skupiając się na tym, by ból nie był aż tak dokuczliwy. Modlił się o szybką śmierć i o to, by Bóg wybaczył mu jego grzechy. Nie widział bowiem dla siebie żadnego ratunku w tym obcym kraju. Pozostawał w przekonaniu, że wkrótce wyzionie ducha w tych śląskich zaroślach.

Słońce wschodziło coraz wyżej, jego promienie ledwo przedzierały się przez krzaki, ale narastające ciepło przynosiło ulgę. Skostniałe ciało powoli się rozgrzewało.

Nagle poczuł na sobie jakiś cień i rozwarł powieki, by spojrzeć w oczy swojemu zabójcy. Był pewien, że to ktoś z miejscowych chce go okraść, a gdy przekona się, że Ludwig jeszcze żyje, skróci jego męki. I nagle bardzo zapragnął żyć.

Ku swemu zaskoczeniu zobaczył chudą, zalęknioną postać w znoszonej sukni.

Stała nad nim kobieta z małym, zasmarkanym dzieckiem u boku. Nie starczyło mu sił, by przyjrzeć im się lepiej, nie było to jednak istotne. Jeśli miał zginąć z jej rąk, trudno, sytuacja nie pozostawiała mu wyboru. Był zbyt słaby, by stawić opór nawet tak niepozornie wyglądającemu wrogowi. Zamknął ponownie oczy. Chciał mieć to już za sobą.

Kobieta nie odchodziła. Dziecko płakało cichutko. Było przerażone, co dało się wyczuć. Właśnie gdy pytał się w myślach, która matka zadałaby komuś śmierć na oczach swojego dziecka, kobieta odezwała się do niego po niemiecku:

– Jesteś dobrym człowiekiem?

Początkowo nie zrozumiał, o co pyta. Choć był to jego język, brzmiał jakoś inaczej, bardziej miękko i melodyjnie. Gdy powtórzyła pytanie, wreszcie zrozumiał. Przez głowę przemknęła mu myśl, że być może pomoże mu, jeśli okaże się dobrym, i tylko takiej odpowiedzi powinien udzielić. Nie odezwał się jednak od razu. Zadumał się jeszcze przez chwilę, po czym, pomimo bólu, jaki sprawiał mu każdy najmniejszy wysiłek, wysapał:

– Pani, popełniłem w życiu wiele błędów. Swoim bumelanctwem skrzywdziłem wiele osób. Przyszedłem tu zabijać w imię króla Prus. Nie jestem więc godzien nazywać się dobrym, ale Bóg mi świadkiem, że dałbym wszystko, by zapanował pokój. – Wymówiwszy to, stracił przytomność.

Kolejny raz ocknął się już w innym miejscu. Był w wiejskiej chacie, wokół rozchodziło się ciepło z palących się w piecu drewien. Nie miał gorączki, nie czuł bólu. Przez moment nawet pomyślał, że ta ostatnia walka to był tylko sen, a on znajduje się w jednej z kwater, gdzie przyszło mu nocować w czasie natarcia na Śląsk, jednak szybko dotarło do niego, że nie śni. Podniósł się na łokciach i rozejrzał. Jego noga była zabandażowana czystym kawałkiem płótna. Nie czuł bólu, bo jak się wkrótce okazało, podano mu wcześniej laudanum, a rana przemyta została nalewką z mirry i aloesu. Leżał w kącie niewielkiej izby, na sienniku ze słomy położonym bezpośrednio na klepisku, częściowo przykryty derką. Niedaleko stała ława i kilka zydli, dalej już tylko skrzynie, na których poustawiano rozmaite gliniane garnki, żeliwne naczynia, kocioł i patelnie. Następny był piec, obok którego leżał spory zapas drewien.

Gdy Ludwig na dobre już się rozbudził, poczuł wielkie pragnienie. Zrzucił z siebie derkę i próbował poruszyć nogami, a potem obrócić się tak, by wstać. Przeliczył jednak swoje siły, kończyny odmówiły mu posłuszeństwa. Zrezygnowany opadł znów na siennik.

Do izby weszła kobieta. W pierwszej chwili jej nie poznał. Nie wiedział także, gdzie się znajduje, pomimo to ogarnął go spokój. Gdyby nie to pragnienie i brak sił, czułby się całkiem nieźle. Jakieś strzępki wspomnień pojawiły się w jego głowie. Ukradkiem ją obserwował; jej sposób poruszania wydawał się znajomy. Tak, to była ta sama osoba, która pochylała się nad nim na polu bitwy. Czy to możliwe, żeby wzięła mnie do domu, rozmyślał. Kim była i dlaczego pomogła wrogowi?

Krzątała się po izbie, a Ludwig przyglądał się jej spod półprzymkniętych powiek. Była młoda, ale widać, że życie jej nie głaskało. Na twarzy dało się zauważyć znużenie i nieokreślony ból. Miała regularne rysy, choć nie należała do klasycznych piękności. Przede wszystkim dlatego że była bardzo chuda. Gdyby nosiła męski strój, pewnie nie zorientowałby się, że to kobieta; w ogóle nie było widać jej krągłości. Włosy szczelnie okrywał czepek, pozostawiając w tajemnicy ich kolor.

W pewnej chwili zorientowała się, że Ludwig już nie śpi i się jej przygląda. Domyślając się jego pragnień, w milczeniu zaczerpnęła glinianą czarką wody z wiadra i podała mu. Z wdzięcznością skinął głową. Upił kilka sporych łyków i odsunął czarkę od ust. Wyciągnęła po nią rękę, jednak jej nie oddał.

Spojrzał kobiecie w oczy i zapytał:

– Dlaczego?

– Przez to!

Automatycznie dotknął miejsca na szyi, które wskazała. Nagle zrozumiał. Spod koszuli wystawał mu łańcuszek, na którym zawieszony był maleńki katolicki krzyżyk.

– I przez szczerość – dodała.

Jak się później okazało, podobnie rannych było kilku mężczyzn, którymi opiekowały się miejscowe kobiety. Większość z nich niestety zmarła, a ich zwłoki, wraz z ciałami pozostałych poległych, pochowano bądź na parafialnym cmentarzu, bądź w zbiorowej mogile nieopodal przyleskiego potoku. Ci, którzy wyzdrowieli, czym prędzej opuszczali wieś. Nic ich tam nie trzymało, a ponadto miejscowi nie byli przychylni obcym. Ci, którzy pomogli żołnierzom w ozdrowieniu, pozostawali w poczuciu, że spełnili swój moralny obowiązek niesienia pomocy w potrzebie, jednak na tym ten obowiązek się kończył. Potem obcy musieli radzić sobie sami.

Ludwig miał szczęście. Trafił na kobietę, która za nic miała krytykę ludzi ze wsi. Już sama czuła się wyobcowana, gdyż wyznawała wiarę katolicką, co w ewangelickim społeczeństwie nie zawsze było akceptowane. Wyznawcy obu religii mieli poczucie wyższości własnych zasad i odnosili się z nieufnością do innowierców.

Kobieta od zawsze uważała, że należy się kierować instynktem i własnym sumieniem, a nie tym, co powiedzą ludzie; dlatego nie tylko pozwoliła mężczyźnie zamieszkać z nią pod jednym dachem, ale dbała też, by nie chodził głodny, i dotrzymywała mu towarzystwa.

Tymczasem w Bawarii nikt nie czekał na powrót Neubinera; uznany został za poległego w jednej z bitew na Śląsku. Jego ojciec zmarł w nędzy i samotności, nie doczekawszy się powrotu syna. On sam nie chciał wracać do swojego kraju. Nic go tam nie ciągnęło; co więcej, wierzył, że skoro los go tu rzucił, to znaczy, iż był w tym jakiś cel. Szybko uzmysłowił sobie, że to w Małujowicach odnalazł swoje przeznaczenie.

Laura była wdową, wychowywała samotnie czteroletnią córkę. Jej mąż, polski szlachcic, zginął przed rokiem podczas remontu wieży kościelnej, gdy załamały się pod nim deski i spadł na ziemię, łamiąc sobie kark. Laura została sama na gospodarstwie. Stopniowo wyprzedawała zwierzęta, gdyż nie była w stanie pogodzić pracy w obejściu z jednoczesnym zajmowaniem się dzieckiem. Pozostał jedynie koń, który niezbędny był do dalszych podróży. Majątek topniał, a kobieta obawiała się, że wkrótce zostanie jej jedynie praca u pana, nie liczyła bowiem, że znajdzie się zacny mężczyzna, który jeszcze zechce pojąć ją za żonę.

Ludwig początkowo był zaskoczony jej zachowaniem; choć serdeczna i opiekuńcza, narzucała mu swoją wolę. Było to coś odmiennego w powszechnie obowiązującym patriarchacie, gdzie kobieta winna poddaniem okazywać szacunek mężczyźnie. Jednak sytuacja, w jakiej się znaleźli, odwróciła te role. To Laura decydowała, co i kiedy będą jeść, czy wyjdą gdzieś razem albo w co Ludwig się ubierze. Początkowo próbował się sprzeciwiać, ale wiedział, że jest od niej całkowicie zależny. Uznany za poległego w walce był nikim. Człowiekiem bez nazwiska i przeszłości. Bez majątku oraz rodziny. Ale wolnym, co stanowiło jego jedyny atut. Laura natomiast była samodzielna i miała skromny majątek.

Od pierwszych chwil czuli, że opatrzność doprowadziła do ich spotkania i powinni z tej wskazówki skorzystać. Powoli się poznawali i nim się obejrzeli, dla obojga stało się jasne, że życie spędzą razem.

Gdy stan zdrowia Neubinera był już dobry, odważył się wyjść z domu. Laura wyposażyła go w ubrania po zmarłym mężu, które, choć trochę przyciasne, były w całkiem dobrym stanie, a dzięki nim Ludwig mógł wtopić się w miejscową społeczność.

Początkowo traktowano go nieufnie, ale gdy zaczął wykonywać dla sąsiadów drobne usługi, za które nie brał pieniędzy, zaakceptowano jego obecność we wsi. Ludzie w końcu przywykli i nie mieli nic przeciwko nowemu mieszkańcowi, ale wciąż krzywo patrzyli na Laurę.

Któregoś dnia zaniepokojony pastor wezwał Laurę i Ludwiga na rozmowę. Nieakceptowane było wówczas zamieszkiwanie pod jednym dachem zdrowego mężczyzny i kobiety bez ślubu, szczególnie że Laura miała małą córeczkę, której dawała zły przykład. Dla świętego spokoju udali się razem do kościoła parafialnego pod wezwaniem św. Jakuba, by wyjaśnić, jakie mają względem siebie zamiary.

Kiedy weszli przez stare, okute żelazem drzwi świątyni i znaleźli się w kruchcie, Ludwig przystanął oczarowany. Zainteresowały go wizerunki zwierząt i ptaków dziobiących ziarna, jakie znajdowały się na wrotach. Nim doszli do prezbiterium, z wielkim zainteresowaniem obejrzeli kościół. Wnętrze pokrywały gotyckie malowidła pochodzące z różnych okresów. Laura była tu kilka razy, ale nie zwróciła wcześniej uwagi na te dzieła. Teraz, zachęcona przez towarzyszącego jej mężczyznę, który – jak się okazało – był niezmiernie wrażliwy na sztukę, podziwiała stworzenie Ewy, grzech pierworodny oraz wygnanie z raju, nad którymi górowała postać Boga Ojca i towarzyszących mu aniołów. Jak urzeczeni patrzyli na sceny z Nowego i Starego Testamentu związane z odkupieniem, odmalowane na ścianach wschodniej oraz zachodniej.

– Widzę, że interesują was malowidła w naszym kościele? – Ze skupienia wyrwał ich nagle głos pastora, który pojawił się od strony prezbiterium. Gestem ręki pokazał przestrzeń wokół siebie.

– Szczęść Boże, wielebny ojcze. – Przybysze odpowiedzieli niemal jednocześnie, a gdy pastor wyciągnął dłoń, z szacunkiem ją ucałowali.

– Te malowidła są niesamowite – przyznał Ludwig. – Kto jest autorem tych dzieł?

– Prawdopodobnie bracia z klasztoru Świętego Wincentego, ale nie wszyscy z tym się zgadzają. Nie mamy żadnych zapisków na ten temat. Jeżeli to waćpana interesuje, proszę zwrócić uwagę na ołtarz główny i rzeźby go okalające. I tam – pastor wskazał ręką w górę – kilkanaście lat temu, przy okazji remontu dachu, wybudowaliśmy chór muzyczny, gdzie swoje miejsce znalazły organy pochodzące z późnego baroku.

Neubiner z podziwem patrzył na postacie Matki Boskiej Bolesnej oraz świętych Andrzeja i Bartłomieja znajdujące się w bezpośrednim sąsiedztwie ołtarza. Pastor przyglądał mu się przez chwilę w milczeniu, jednak gdy ta się przedłużała, przerwał kontemplację sztuki i zaprosił gości do prezbiterium; wszak nie przyszli, by podziwiać owe dzieła.

– Obecna sytuacja jest niedopuszczalna. Ludzie są oburzeni. Życie bez ślubu jest niemoralne, a pani, jako matka, powinna dawać dziecku dobry przykład. – Pastor nie krygował się w wyrażeniu swojego stanowiska.

Długo rozmawiali o tym, co zamierzają. Cały problem polegał na tym, że we wsi nie było kościoła katolickiego, a tylko przed duchownym katolickim chcieli złożyć przysięgę małżeńską.

– Tak dłużej być nie może. Jestem gotów przymknąć oko na wspólne zamieszkanie i wytłumaczyć to ludziom, jeśli zaczniecie uczęszczać na nauki do kościoła ewangelickiego, a potem poddacie się konfirmacji. W przeciwnym razie radziłbym opuścić wieś.

Laura i Ludwig milczeli. Słowa pastora, choć uprzejmie wypowiedziane, zawierały zawoalowaną groźbę. Duchowny miał duży posłuch wśród miejscowych, jeżeli więc poruszyłby ten temat na ambonie, nie mieliby łatwego życia. Wystarczająco pogardzano już nimi przez sam fakt, że nie uczęszczają do kościoła.

 

Pastor spoglądał na parę wyczekująco, należało więc coś mu obiecać.

– Wielebny ojcze, rozważymy to. Wkrótce podejmiemy decyzję. Nam też zależy, by jak najprędzej się pobrać i żyć zgodnie z bożymi przykazaniami. – Ludwig przerwał milczenie.

Jego odpowiedź była wymijająca. W głębi serca żadne z nich nie zamierzało wyrzec się swojej wiary. Prędzej gotowi byli wyprowadzić się ze wsi niż dać się przechrzcić na ewangelicyzm.

Mijały kolejne dni. Naciski ze strony pastora oraz sąsiadów były nie do wytrzymania. Maleńką Emilię straszono ogniem piekielnym za grzechy jej matki. Ludwig postanowił nie narażać więcej wybranki na nieprzyjemności i wyjechać z Małujowic. Nie śmiał nawet namawiać ukochanej, by porzuciła dotychczasowe życie i wyjechała z nim. Byłoby to zbyt duże obciążenie dla kobiety, a tym bardziej dla jej maleńkiej córeczki. Widać jednak nie było im dane spędzić razem życia. Taki już los Neubinera, że musi się tułać po świecie.

Gdy dziewczynka usnęła, Ludwig zaproponował Laurze spacer nad Psarskim Potokiem. Była to piękna zielona okolica porośnięta olchami, wierzbami i leszczyną.

Doszli do śluzy wybudowanej przez miejscowego młynarza na nowo wyżłobionym korycie. Wskutek zatamowania wody potok wydrążył w zagłębieniu dość sporej wielkości kocioł, który mieszkańcy okolicznych wsi nazywali Świątynką Rusałek. Miejsce magiczne, choć niebezpieczne; od wschodniej strony brzeg był bardzo urwisty. Gdy podeszli bliżej, zwrócili uwagę, że jest osunięty, a do świątynki prowadziły ślady kół.

Widząc to, przerażona Laura krzyknęła:

– Matko przenajświętsza! Ktoś wpadł do potoku!

Ludwig zszedł ostrożnie w dół zbocza. Zaglądał do wody, ale nic nie dostrzegał.

– Potrzebuję długiego kija. Tam pod wodą może być jakiś wóz. Może trzeba będzie wezwać pomoc. – Wrócił na brzeg, rozglądając się za drągiem, którym mógłby zbadać dno. Drzewa porastające zbocze były drobne i wiotkie, żadna z gałęzi nie nadawała się do jego zamierzenia.

– Wejdę do wody i sprawdzę. – Już zaczął zdejmować z siebie ubranie, ale Laura go powstrzymała:

– Nie rób tego, proszę! Słyszałam, że w świątynce wielu przepadło bez wieści. Utopisz się. – Uczepiła się mężczyzny i z błaganiem patrzyła mu w oczy.

Początkowo próbował się wyswobodzić, ale jej determinacja go przekonała.

– Dobrze, pójdę do wsi po pomoc. A ty tu czekaj.

Po chwili zniknął Laurze z oczu.

Siedziała na brzegu i nie bez obaw spoglądała na wodę. Przypominały się jej zasłyszane niegdyś historie o tym miejscu. Być może były to tylko legendy, ale budziły niepokój.

Nagle dostrzegła, że coś błyszczy na piasku, niedaleko krawędzi wody. Rozejrzała się niepewnie, ale nikogo w pobliżu nie dostrzegła. Po chwili wahania zdecydowała się zejść na skraj brzegu. Ostrożnie osunęła się po skarpie, tak jak chwilę wcześniej robił to Ludwig. Suknia plątała jej się pod nogami, a stopy oblepiał pasek. Już prawie dotarła do wody i wyciągała rękę w kierunku błyskotki, gdy usłyszała krzyk:

– Laura!

Straciwszy równowagę, wpadła do wody.

Ludwig wracał właśnie ze wsi ze stolarzem. Nieśli drągi, długie na dwa sążnie, żeby zbadać dno rzeki. Na widok kobiety rzucili się na pomoc. Ludwig zbiegł brzegiem i wszedł do potoku po kolana, mocząc przy tym spodnie.

Dno szybko się obniżało, kawałek dalej zaczynała się głębina. Nachylił się i sięgnął ręką w kierunku ukochanej. Suknia, która wcześniej sprawiała kłopot, teraz uratowała jej życie. Materiał unosił się na wodzie; mężczyzna bez trudu go chwycił i przyciągnął oszołomioną kobietę do siebie. Nic poważnego się nie stało, ale oboje najedli się strachu.

Podczas gdy Ludwig pocieszał przerażoną i mokrą Laurę, drugi mężczyzna ostrożnie stanął na śluzie i drągiem badał dno. Nie napotkał żadnego oporu, a choć kij nie sięgał do samego końca, gdyby jednak na dnie miał znajdować się wóz, z pewnością dałoby się go wyczuć.

– Nic tu po nas. Nic nie znalazłem, a wchodzić do wody nie zamierzam. Wracam do wsi – powiedział i bez zbędnych pożegnań odszedł.

Laura i Ludwig siedzieli na trawie w pewnej odległości od brzegu. Mężczyzna zdjął z siebie koszulę i otulił nią kobietę, której mokra suknia lepiła się do ciała, a czepek gdzieś się zapodział. Prawdopodobnie wpadł do wody i odpłynął. Uwolnione włosy swobodnie opadały na twarz. Wilgoć sprawiła, że kosmyki zakręciły się w grube loki. Wyglądała pięknie, ale tak jak nie powinna. Cnotliwa i skromna kobieta musiała zakrywać głowę, jak nie czepkiem, to choćby chustą. A przynajmniej upiąć włosy. Rozwichrzona fryzura, loki opadające na twarz przywodzić mogły na myśl jedynie skojarzenie z kurtyzaną. Cóż mieli zrobić, do okrycia została im tylko koszula Ludwiga, a ta konieczna była do zasłonięcia dekoltu sukni, gdyż zakrywająca go chustka też gdzieś się zapodziała. Zapewne odpłynęła z nurtem. Pozostała część odzienia nasączona wodą ciążyła niemiłosiernie.

Podniósł Laurę z ziemi i nakazał jej związać włosy źdźbłem trawy, a potem powoli poprowadził w kierunku domu. Nie wiedzieli, ile czasu spędzili nad potokiem, ale słońce chyliło się już ku zachodowi. Laura miała nadzieję, że Emilka nie obudziła się przez ten czas, bo z pewnością wpadłaby w przerażenie, zorientowawszy się, że sama została w domu. Wracając, napotkali kilka zdziwionych spojrzeń, które szybko zmieniały się w dezaprobatę. Laura w ich oczach zdecydowanie prowadziła się niewłaściwie.

Córeczka na szczęście spokojnie spała. Kobieta przebrała się w suche ubranie, a Ludwig w tym czasie naparzył świeżych ziół. Rozpalił także w piecu, by dogrzać pomieszczenie. Nade wszystko pragnął, by przygoda tego dnia nie odbiła się na zdrowiu ukochanej.

– Lauro – zagadnął, gdy siedzieli przed piecem z kubkami pełnymi gorącego napoju. Rozmowa, którą zamierzał przeprowadzić nad potokiem, nie mogła czekać. – Wyjeżdżam jutro.

– Gdzie jedziesz, najdroższy? Wrócisz wkrótce?

– Nie, Lauro, wyjeżdżam na zawsze. Nie chcę narażać was na te wszystkie szykany, których doświadczacie. To przeze mnie. Nigdy mnie tu w pełni nie zaakceptują, nawet kiedy zostanę twoim mężem. Przemyślałem to i jedynym wyjściem jest, bym opuścił wieś. Wtedy dadzą ci spokój.

– Nie zostawiaj mnie, proszę. Jeśli musisz wyjechać, pojadę z tobą. Choćby na koniec świata.

– Nie mogę wyrywać cię stąd. Tu masz dom, znasz wszystkich. Ja nie wiem, gdzie się podzieję. Pojadę tam, gdzie dadzą mi pracę. Może kiedyś jeszcze dane nam będzie być razem, ale widocznie to jeszcze nie ten czas.

– A może ty… – Laura nie dokończyła, bojąc się własnych myśli.

– O co chciałaś zapytać? Czy może wątpisz w moje uczucia? – Mężczyzna domyślił się, o co chodzi. – Lauro! – Chwycił jej dłonie i spojrzał głęboko w oczy. – Jesteś największym szczęściem, jakie mnie spotkało. Wierzę, że to dobry Bóg postawił cię na mojej drodze. I właśnie dlatego nie mogę ci szkodzić. To niewłaściwe, że ludzie źle cię traktują. Dopóki nie pojawiłem się w Małujowicach, byłaś szanowaną wdową, a teraz masz mocno nadszarpniętą reputację. Pomyśl o Emilce, jak ona to wszystko przeżywa. Wprowadziłem w jej życie zamęt. To moja miłość do ciebie nakazuje mi teraz wyjechać.

Laura nie chciała jednak słyszeć o tym, że może utracić dopiero odnalezioną miłość.

Wkrótce położyli się spać. Podczas gdy Ludwig odpoczywał przed czekającą go podróżą, Laura wstała, by spakować najpotrzebniejsze rzeczy dla siebie i córki, a także wziąć dodatkowy zapas żywności. Gotowa była do drogi, czy tego chciał, czy nie.

Wczesnym rankiem, gdy mężczyzna się obudził, zobaczył przygotowane w sieni tobołki, a w oczach Laury zaciętość, o jaką wcześniej by jej nie podejrzewał. Zazwyczaj była obrazem łagodności i delikatności, tym razem jednak pokazała, że również ma silny charakter. Po chwili wahania zgodził się, by wyjechali razem, zwłaszcza że zdążyła już opowiedzieć córce o wyjeździe, a mała zapaliła się do tego pomysłu.

Zaprzęgli konia do wozu, na deskach położyli pierzynę i tkaniny, które miały zapewnić im ciepło podczas podróży. Na szczęście był środek bezdeszczowego lata, ale z dnia na dzień pogoda mogła się zmienić. Noce już robiły się coraz chłodniejsze. Planowali zatrzymywać się na sen w karczmach, lecz funduszy nie mieli zbyt wiele, dlatego dopóki się dało, chcieli jechać. Ustalili, że pojadą na południe, do Nysy albo i na Morawy, gdzie ludność katolicka miała większe przywileje niż na Śląsku Opolskim, w nadziei, że tam znajdą swoje szczęście.