Kiedyś ci wybaczęTekst

Autor:Ewa Bauer
Z serii: Tułacze życie #2
0
Recenzje
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Nie masz czasu na czytanie?
Posłuchaj fragmentu
Kiedyś ci wybaczę
Kiedyś ci wybaczę
− 20%
Otrzymaj 20% rabat na e-booki i audiobooki
Kup zestaw za 65,90  52,72 
Kiedyś ci wybaczę
Kiedyś ci wybaczę
Audiobook
Czyta Maria Seweryn
36 
Szczegóły
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa



Copyright © Ewa Bauer

Copyright © Wydawnictwo Replika, 2020

Wszelkie prawa zastrzeżone

Redakcja

Magdalena Kawka

Projekt okładki

Mikołaj Piotrowicz

Skład i łamanie

Dariusz Nowacki

Konwersja publikacji do wersji elektronicznej

Dariusz Nowacki

Wydanie elektroniczne 2020

eISBN 978-83-66481-37-4

Wydawnictwo Replika

ul. Szarotkowa 134, 60-175 Poznań

replika@replika.eu

www.replika.eu

Ubi est confessio, ibi est remissio[1]

[1] łac. Gdzie jest przyznanie, tam jest przebaczenie



Część I

LWÓW

Rozdział 1

Mieszkając w Łanach, Michael nie był do końca świadom sytuacji politycznej swojego regionu. W jego domostwie największym zmartwieniem było to, by żarna dalej mieliły i ojciec mógł z pracy młyna wyżywić trzech młodzieńców, a nie spory o władzę czy przebieg odległych granic. W przekonaniu starego Josepha to właśnie ciężka praca fizyczna we młynie miała służyć krajowi, bo, jak wielokrotnie mawiał, tam, gdzie chleb jest, jest i pokój. Taką teorię wyznawał więc i młody Michael, daleko mu było do politycznych sporów, które gdzieś tam się toczyły. Nauka natomiast nie była już taka ważna. Jako koloniści mieli zagwarantowane szkoły założone w każdej wsi, w której osiedlili się przybysze z zachodu, jednak poziom nauczania był niski, a dostęp do źródeł wiedzy ograniczony. Ojciec, niegdyś kształcony w Bad Landeck, przez lata, kiedy zajmował się produkcją mąk i kasz, zdążył wiele zapomnieć, a i tak głosił, że te nauki na nic mu się nie zdały, bo to, co ważne, to hart ducha i mocny kręgosłup. Zupełnie nie interesował się tym, co się dzieje trochę dalej niż do pierwszego miasteczka, i tak też wychowywał synów.

Kiedy więc Michael zdał sobie sprawę, jaka przyszłość czeka go, gdy pozostanie na wsi, mocno się przeciwko temu zbuntował. Kiedy tylko otworzyła się możliwość kształcenia w szkole w Kamionce Strumiłowej, chętnie z tego skorzystał. Na nauki przyjeżdżała młodzież z sąsiednich wsi, nie tylko niemieckojęzyczna, ale także polska. Był to pierwszy bezpośredni kontakt młodego Neubinera z miejscową kulturą i zwyczajami. Szczególnie polubił się z pochodzącym z Kamionki Kubą Muranem, którego starszy brat mieszkał we Lwowie i terminował tam na cukiernika.

– Mówię ci, to inny świat. Kontakt z możnymi ludźmi, wielkie perspektywy! – opowiadał młody Polak z wypiekami na twarzy. Wszystko, czego nie znali, wydawało im się bardzo ciekawe.

Neubiner chłonął nowinki z wielkiego świata. Rozmarzył się:

– Też chciałbym zamieszkać w mieście… Wykształcić się, może nawet zostać urzędnikiem! A ty co planujesz po zakończeniu szkoły?

– Ojciec obiecał, że pójdę w ślady brata, jak tylko skończę szkołę. Pojadę do Lwowa! Otworzymy razem cukiernię i wszystkie panny z okolicy będą do nas przychodzić po wypieki.

– Ee, kto kupuje ciasta? Przecież każdy w domu piecze. – Michael był sceptyczny, jednak przyjaciel wiedział, o czym mówi.

– Może na wsi, ale tam, w mieście, to mają pieniądze. Chodzą eleganckie damy i robią zakupy. Mówię ci! Raz, jak pojechałem do Maćka, to oczu oderwać nie mogłem.

– Od tych panien? Tobie w głowie chyba amory, a nie cukiernictwo. To jest prawdziwy powód, dla którego chcesz tam jechać.

Poprzekomarzali się jeszcze trochę, dopóki nauczycielka nie przerwała im rozmowy, by prowadzić lekcję algebry.

Tego dnia Michael wrócił do domu zamyślony. Nie miał ochoty pomagać przy obejściu ani we młynie, w związku z czym napotkał karcące spojrzenie ojca. Wieczorem Joseph wezwał jego i braci, by przedstawić plan przekazania gospodarstwa jednemu z synów. Dla Michaela była to okazja, by ujawnić swoje plany, by jasno powiedzieć ojcu, co chciałby w życiu robić, a jeśli nie było to jeszcze wystarczająco sprecyzowane, przynajmniej dobitnie zaznaczyć, czego z pewnością nie chce. Jego starszy o cztery lata brat, Johann, uwielbiał ogrodnictwo. Całe dnie spędzał w polu, a ogród kwiatowo-warzywny przed młynem pod jego nadzorem rozrósł się do nieplanowanych rozmiarów. Albo rośliny trafiły na podatny grunt, albo Johann miał do nich dobrą rękę.

– Ojcze, wiesz o tym, jak bardzo pragnę zamieszkać w mieście – odezwał się Michael, gdy Joseph zaproponował mu przyuczenie do zawodu młynarza. – Tam nie przyda mi się znajomość pracy we młynie.

– Tego nie wiesz, nie przewidzisz…

Na twarzy rodziciela zauważył zawód. Pewnie gdyby matka żyła, stanęłaby w jego obronie, ale ojciec był inny; najważniejsze było jego zdanie, zawsze przekonany, że tylko on ma rację. Michael postanowił jednak być nieprzejednany. Tłumaczył, że marzy, by zostać urzędnikiem w mieście, ale przed tym musiał jeszcze przebyć długą drogę i kilka lat nauki z najwyższymi stopniami. Nie chciał rezygnować ze szkoły na rzecz pracy we młynie, zresztą w ogóle nie uśmiechał mu się zawód, jaki z pasją wykonywał ojciec.

Chwilę jeszcze rozmawiali, aż Joseph w końcu odpuścił i do pracy we młynie zaczął namawiać pozostałych synów.

Michael urodził się jako drugi, po nim, kilka lat później, na świat przyszedł Augustin. Kiedy przyjechali do Królestwa Galicji i Lodomerii, życie wywróciło się im do góry nogami. Najpierw zmarła matka, nie wytrzymawszy trudów podróży i ciężkich warunków. Potem, wraz z ojcem, który choć był obrotny i postarał się o dach nad głową, a następnie uruchomił młyn, to jednak nie miał pojęcia o potrzebach młodych chłopców, zamieszkali na odludziu. Przez kilka lat żyli odseparowani od innych dzieci, bez zabawek, nauki czy nawet dostatecznej opieki. Dobrze, że mieli choć siebie. Johann z zamiłowaniem sadził warzywa, w uprawie roślin odnajdując pasję. Ogród szybko zaczął przynosić korzyści, co znacznie ułatwiło im byt.

Mały Augustin był za to bardzo ruchliwym dzieckiem, więc Michael głównie jego pilnował, żeby nie zrobił sobie krzywdy. Mieszkali nad Bugiem, rzeką w tym miejscu dziką, jednak dzięki wytężonej pracy ojca i kilku pomocników wartką i zdolną poruszyć koła młyńskie. Otoczenie było niebezpieczne dla kilkuletniego dziecka, które nie potrafiło przewidzieć, co też może je spotkać, gdy wykona jeden nierozważny krok. Sam Michael nie zbliżał się do rzeki, jeśli tylko nie musiał. Bał się wody, choć nie potrafił wytłumaczyć sobie źródła tego lęku. Nigdy nie nauczył się pływać, może dlatego, że wysiłek fizyczny, a w szczególności gimnastyka nigdy go nie interesowały. Jako nastolatek był chudy, niedożywiony, przygarbiony, o bladej cerze. Ojciec długo tego nie zauważał, przyjmując, że pajda chleba, garść orzechów, kwaterka mleka i micha kaszy to wystarczające pożywienie dla dojrzewających chłopców.

Po kilku latach od przeprowadzki sytuacja dzieci się poprawiła, gdyż w ich domu pojawiła się Margaretha, dwujęzyczna opiekunka mieszkająca na co dzień w sąsiedniej wsi. Od tej chwili miały zawsze wszystko przygotowane; i ciepłe posiłki, i czyste ubrania, i pomoc w nauce oraz gorące mleko przed snem. Sam Joseph korzystał na tym, mogąc cały swój czas poświęcić pracy we młynie bez wyrzutów sumienia, że pozostawia synów bez opieki. Praca dawała mu poczucie, że coś w życiu osiągnął, nadawała sens ich przeprowadzce, ale także budowała jego pozycję społeczną i poszanowanie wśród mieszkańców Łanów oraz okolicznych wsi, którzy początkowo bardzo nieufnie podchodzili do przybywających z zachodu kolonistów. Niektórzy całymi latami pracowali na zaufanie lokalnej społeczności. Miejscowi obawiali się, że zostaną przez nowych mieszkańców pozbawieni dóbr albo będą zmuszeni przyjąć obcą kulturę i zwyczaje.

Neubinerowie tacy nie byli. Trzymali się raczej na uboczu, a jeśli już dochodziło do kontaktów z miejscowymi, zawsze odnosili się do nich z szacunkiem. Dla dzieci to w ogóle nie był problem, one nie zważały ani na pochodzenie, ani na status społeczny współtowarzyszy zabaw. Pewne utrudnienie stanowiły początkowo różnice językowe, ale jako że dzieci posiadają niezwykłą zdolność adaptacji i przyswajania obcych języków, ta bariera szybko zniknęła.

Michael często wyrywał się z domu, by włóczyć się z przyjacielem po łąkach i gawędzić o różnych chłopięcych sprawach. Ciekawiły go wszystkie nowinki, które przynosił od brata. Żaden z nich nigdy nie mieszkał w mieście, więc mogli sobie jedynie wyobrażać, jak wygląda tam życie. Ich młodzieńcze marzenia coraz bardziej nabierały kształtów.

Gdy pewnego dnia do wsi przyjechał brat Kuby i opowiedział osobiście o swojej pracy, młody Neubiner nie wytrzymał i poszedł do ojca prosić go o pozwolenie na wyjazd. Zastał go we młynie na rozkręcaniu żaren, które w ostatnim czasie zacinały się podczas mielenia.

– Ojcze? – zagadnął, ale stary zbył go ruchem ręki. Nie miał czasu na pogawędki, robota stała, a tuzin worów pszenicy czekał na zmielenie. Michael jednak się nie poddawał, stał obok i wpatrywał się w rodziciela.

 

– Czego? A wiesz co? Idź, zagrzej wodę, ziół się napiję, wtedy porozmawiamy.

Syn skinął posłusznie głową i zostawił ojca mocującego się z ciężkim sprzętem. Przez myśl przeszło mu nawet, że mógłby mu pomóc, ale zaraz potem się wycofał. W końcu Joseph poprosił o zioła, nie o pomoc we młynie, więc to powinien dla niego zrobić.

Chwilę później stary Neubiner wszedł do izby cały obsypany mąką, na jego czole widać było krople potu. Uwalane smarem ręce wytarł w kawałek szmaty i usiadł przy ławie, na której parzyły się zioła. Michael usiadł naprzeciwko. Tym razem nie zamierzał dać się zbyć i od razu przeszedł do sedna:

– Ojcze, chciałbym terminować w cechu piekarzy i cukierników.

Stary spojrzał na niego z zainteresowaniem. Nie spodziewał się, że syn wytrwale będzie obstawał przy wyjeździe do miasta. Założył, że jeszcze wiele razy zmieni zdanie, a wobec trudności, które się z tym wiążą, odsunie marzenia na dalszy plan. Nawet mu się spodobała ta stanowczość, ale nie dał niczego po sobie poznać.

– Jednak nie zostaniesz na wsi, co? Ciągnie cię coś do miasta, oj ciągnie…

Michael się zaczerwienił, komentarz ojca sugerował, że coś przed nim ukrywa, a przecież nic takiego nie było. Może myślał, że jakaś dziewczyna tam na niego czeka? Zaprzeczył szybkim ruchem głowy, jakby odpowiadał na swoje myśli. Zaraz jednak postanowił się wytłumaczyć, żeby nie było żadnych niedomówień.

– Wiesz, ojcze, że tak. W szkole w Kamionce poznałem takiego jednego, co we Lwowie mieszka i tam terminuje. – Trochę to uprościł, bo w rzeczywistości chodziło o brata kolegi ze szkoły. Joseph zresztą nie dopytywał. – Zadowolony jest. Praca ciężka, ale jakie możliwości! Chciałbym spróbować.

Starał się, żeby jego ton był poważny, a on pewny siebie. Tylko w ten sposób mógł przekonać ojca, od którego potrzebował właściwie nie tylko pozwolenia, ale przede wszystkim pieniędzy, bez których byłoby mu bardzo ciężko.

– A nie boisz ty się, że nie podołasz? W domu taki delikatny jesteś, a tam nikt nie będzie się tobą przejmował. Przecież chciałeś się uczyć z książek, skąd nagłe zainteresowanie piekarstwem?

Ojciec pokpiwał sobie z niego, ale on nie dał się sprowokować. Sam nie wiedział, skąd taka zmiana zainteresowań. Duży wpływ miały opowieści brata Kuby, który odradzał mu zostanie urzędnikiem, za to mocno zachwalał pracę w cechu. W związku z tym, że Michael spodziewał się podobnych argumentów, przygotował się do tej rozmowy i dlatego nie dał się zbić z tropu.

– Dam sobie radę, ojcze – odpowiedział twardo i się wyprostował, by zademonstrować, jaki jest pewny swojej decyzji.

Joseph długo na niego patrzył i się zastanawiał. Fach w ręku to nie był zły pomysł, lepsze to niż urzędnik nie wiadomo jakiego urzędu. Ale biorąc pod uwagę dotychczasowe zaangażowanie, a właściwie jego brak, w prace fizyczne w gospodarstwie i we młynie, nie był do końca pewien, czy Michael podoła wyzwaniu.

– Proszę, zgódź się. – Syn zaczynał tracić rezon, ale jeszcze tego po sobie nie pokazał. Joseph upił łyk ziółek i wzdrygnął się, wypluwając fragmenty rośliny, które zostały mu na ustach.

– Wiem, że cię tu nie utrzymam. Tyś już miastowy jest. Jeśli tak właśnie chcesz, to się zgadzam.

Michael aż podskoczył z radości. Obszedł ławę i dopadł do ręki ojca. Chwycił ją oburącz, po czym schylił głowę, by ucałować, oddając w ten sposób należny mu szacunek. Joseph zabrał rękę i ponownie podniósł kubek. Wychylił napar na tyle, na ile pozwoliły mu na to pływające tam zioła, i wstał od stołu. Zamierzał wracać do roboty. Syn dostał, co chciał, a w związku z tym, że na jego pomoc nie można było już liczyć, Neubiner musiał sam się zatroszczyć o młyn. Michael jednak nie odstępował go, zagradzając mu drogę. Jak się wkrótce okazało, jednak nie był to koniec rozmowy.

– Ojcze… Tam potrzebna opłata do cechu, żeby mnie przyjęli. Ja ci wszystko zwrócę, jak będę zarabiał…

Syn wypowiedział to wszystko na jednym tchu, jakby za chwilę miał stracić taką możliwość. W duchu modlił się gorąco, żeby ojciec go nie przegnał. Choć tego nie okazywał, wewnątrz trząsł się jak osika. Teraz nie mógł już się wycofać. Pomimo że nagle obleciał go strach przed nieznanym i niepewnym, bardzo nie chciał, by ojciec zauważył jego zdenerwowanie. Musiał spróbować. Obiecał to sobie i Muranowi, z którym razem mieli pójść na termin.

Joseph ominął syna i bez słowa podszedł do komody. Chwilę w niej pogrzebał, po czym wyciągnął kilka monet i wręczył je Michaelowi.

– Starczy, nie starczy, tyle mogę ci dać. Jeśli trzeba więcej, musisz sobie zapracować.

Michael szczerze podziękował ojcu i schował prędko pieniądze, jakby stary miał się zaraz rozmyślić. Wiedział, jak zdobyć resztę, więc liczył na to, że będzie miał na pierwszą opłatę. Za terminowanie w cechu piekarzy i cukierników trzeba było słono płacić, ale przyjmowali już po zapłacie za pierwszy okres nauki. Liczył na to, że na miejscu dorobi na tyle, by uiścić kolejne obowiązkowe opłaty. Teraz już miał pewność, że uda mu się zrealizować plan wyjazdu do miasta. Czy mu się tam powiedzie, nie był pewien.

Podobne obawy miał Joseph, ale nie podzielił się nimi z synem. W rzeczywistości wątpił, by jego wątły chłopak ukończył trzyletnią naukę w cechu. Nie wiedział, co naopowiadał mu kolega, ale słyszał, że to bardzo ciężka praca. Widząc jednak determinację syna, która już sama w sobie była dla niego nie lada zaskoczeniem, postanowił zaryzykować. Każde doświadczenie mogło wyjść mu na dobre. Albo się wykształci i zyska dobry zawód, albo przejdzie szkołę życia, wróci do domu z podkulonym ogonem, przyzna ojcu rację i zajmie się młynem.

I tak Michael opuścił rodzinną wieś i trafił we Lwowie pod opiekę pryncypała.

Było trzech uczniów, ale spośród nich tylko Neubiner miał pochodzenie niemieckie, pozostali dwaj młodzieńcy Kuba i Szymek, podobnie jak ich pryncypał, byli Polakami. Dopiero w mieście poczuł, jak polityka wchodzi między ludzi, którzy do tej pory żyli jak bracia. To tam zaczynały mieć znaczenie pochodzenie i język ojczysty. Niejednokrotnie Michael spotykał się z zarzutem, że to przez takich jak on Polacy utracili swój kraj. Tendencje niepodległościowe były widoczne na każdym kroku, i dopiero tam Michael zaczął zastanawiać się nad tym, co dzieje się wokół. Kiedy jego rodzina przybyła do Łanów, miał zaledwie sześć lat, dlatego za swój kraj uważał od zawsze Królestwo Galicji i Lodomerii pod rządami Austrii. Wówczas nie zdawał sobie nawet sprawy, że kiedyś była to Rzeczpospolita Polska. Początkowo chowany jedynie wśród dzieci kolonistów nie znał innych społeczności, ale od kiedy zaczął nauki w Kamionce Strumiłowej, kontakty z Polakami były na porządku dziennym. Nie widział różnic między nimi poza językiem, ale i to nie stanowiło problemu. Po kilku latach zarówno on, jak i Kuba, jego najlepszy przyjaciel, mówili mieszanką języków i doskonale się rozumieli. Ich pryncypał Jan Marczyński był dla niego dobry, ale niektórzy czeladnicy wyraźnie różnicowali chłopców, dając Michaelowi cięższe prace. Neubiner jednak cierpliwie to znosił, choć nieraz popadał we frustrację.

– Mam już tego dosyć – żalił się przyjacielowi. – Was już dopuścił do pomocy przy piecu, a ja muszę z broną po polu latać. Co ja wół jestem, czy co? Piekarzem mam zostać, a nie rolnikiem.

– Przykro mi, że tak jest. Szczerze. Jednak wiesz, że sprzeciw nic tu nie da. Kiedyś powiedziałem pryncypałowi, żeby mnie wyznaczył do pracy w polu, ale tylko prychnął i kazał mi szczotką wyszorować piec. A Szymek jeszcze mniej robi, od niego prawie niczego nie wymaga. Taka jest sprawiedliwość na tym świecie.

– Tylko czemu się na mnie tak uparł?

– To nie on. To ten czeladnik Józek, on doradza majstrowi, co komu dać do roboty. Nie wiem, jak mu powiedzieć, że tak nie można… – Kuba zamyślił się. Doskonale zdawał sobie sprawę, dlaczego przyjaciel jest bardziej wykorzystywany. Jakby majster Marczyński za namową czeladników chciał go ukarać za to, że przez takich jak on Polacy utracili niepodległość.

I tak Michael, zanim przystąpił do pomagania piekarzowi przy piecu, musiał oporządzić cały jego inwentarz, narąbać drew oraz nanieść wody ze studni. Codziennie wstawał o świcie i pracował do wieczora. Szkoła, jaką tam przeszedł, nie była łatwa, ale wzmocniła jego charakter i ciało, które zmężniało, nabrało muskulatury oraz zdrowej barwy. Mimo że nadal miał dużo ciężkiej pracy, skończyły się przytyki ze strony czeladników. Może pryncypał z nimi porozmawiał, a może sami poszli po rozum do głowy.

Z czasem pomiędzy Michaelem a Kubą dochodziło do drobnych dyskusji na tle różnic poglądów. Neubiner bowiem uważał, że rząd austriacki wcale nie traktuje ich źle i dla każdej narodowości znajdzie się miejsce zarówno w tym mieście, jak i w regionie.

– Gdyby tak każda ze społeczności tu mieszkających chciała walczyć o kraj tylko dla siebie, to musielibyśmy się wzajemnie wytłuc. Rusini, Ukraińcy, Polacy, Żydzi, Ormianie, Austriacy, Czesi i kto tu jeszcze mieszka. Niech zostanie, jak jest.

– Ty chyba nic nie rozumiesz! To była Rzeczpospolita. To jest Rzeczpospolita, tylko została rozgrabiona przez Rosję, Austrię i Prusy. Okradziono nas, pozbawiono własnego rządu, przywilejów; chcą nam zabrać kulturę, zwyczaje i język, a my na to nie pozwolimy!

Michael zobaczył w oczach przyjaciela coś, czego wcześniej tam nie widział: determinację i jakby złość, której nadal nie mógł zrozumieć. Zaczynał się zastanawiać, czy przyjazd do Lwowa był dobrym pomysłem. Mógł żyć spokojnie na wsi z dala od polityki, gdzie liczyło się tylko to, co do gara da się włożyć, mało kto czytał gazety, a wieści polityczne dochodziły z opóźnieniem. Uświadomił sobie jednak, że prędzej czy później i tak musiałby się z tymi problemami zetknąć. No i przyjaciel miał rację. Polacy nie mieli spokoju. Powszechna germanizacja dosięgnęła już urzędy, uniwersytet i gimnazjum. Sądownictwo, magistrat oraz całe życie publiczne toczyły się po niemiecku. Gdy zastanowił się nad tym głębiej, zobaczył, jak wiele jest racji w słowach przyjaciela. Tracili swoją ojczyznę coraz bardziej.

– A kim ty jesteś? Kim się czujesz? – podpytywał go Kuba. Trudno było ocenić, czy to zaczepka, czy naprawdę chciał wiedzieć.

To było bardzo trudne pytanie. Michael czuł się mieszkańcem Galicji Wschodniej, obywatelem świata, nie miało dla niego znaczenia, jak nazywa się jego kraj, byle rządził nim sprawiedliwy władca. Wiedział jednak, że przyjaciel zupełnie inaczej widzi te sprawy; wychowano go w duchu wartości patriotycznych, marzeń o niepodległości, aż dziw brał, że nawiązał tak bliską relację z synem kolonistów. Ale wśród dzieci nie miało to znaczenia, a potem, gdy dorośli, wiążąca ich nić była już tak solidna, że naprawdę trudno byłoby ją przerwać. Niemniej jednak bywały dni, kiedy po rozmowach na tematy polityczne unikali się aż do następnego spotkania, gdy dotychczasowe niesnaski schodziły na dalszy plan. Michael zaakceptował to, że Kuba gotów był walczyć o odzyskanie niepodległości Rzeczpospolitej Polskiej, nie wykluczał nawet, że gdyby przyszło mu wybierać, być może stanąłby po jego stronie.

W mieście zaczęło się poszukiwanie młodych mężczyzn, których wcielano do wojska. Kilka lat wcześniej, po utracie państwowości, wielu polskich wojskowych wyjechało z kraju, by walczyć u boku generała Bonaparte w utworzonych z jego przyzwolenia Legionach. W dalekiej Lombardii były takie dwa, w skład których wchodzili w dużej mierze jeńcy z armii austriackiej.

Któregoś dnia Szymek oznajmił, że nie chce więcej uczyć się na piekarza, tylko jedzie do Włoch walczyć w imieniu Rzeczpospolitej. Mocno wierzył, że Francja pomoże Polsce odzyskać niepodległość. Kuba również chciał się zaciągnąć, jednak podczas prac strącił na siebie gar z wrzącą wodą i poparzeniu uległa znaczna część jego ciała. Przez kilka miesięcy musiał się kurować, a marzenie o czynnej walce za ojczyznę trzeba było odłożyć na później. W ten sposób Michael utracił obu kolegów, a w konsekwencji musiał wykonywać dla pryncypała jeszcze więcej prac. Trwało to do czasu, aż przyjęto kolejnych młodzianów, jednak Michael nie zaprzyjaźnił się z nimi, skupiając się już wyłącznie na swojej pracy.

Raz jeden widział się w tym czasie z ojcem. Stary Joseph zawiózł właśnie mąkę do Kamionki, a Michael zatrzymał się tam chwilowo w domu rodzinnym Kuby. Przyjaciel poprosił go o pomoc przy rozbiórce dachu, który od jakiegoś czasu przeciekał, a spodziewano się deszczowego lata. Ojciec przyjaciela był już stary, Kuba nie mógł wykonywać ciężkich prac, żeby rany mu się nie odnowiły i nie daj Boże nie doszło do zakażenia. Pomoc Michaela była więc niezbędna. Razem z Maćkiem, który również przyjechał na ratunek, udało im się załatać wszystkie dziury w dachu.

 

Właśnie szedł po robocie na rozwidlenie dróg, którędy często przejeżdżały wozy zmierzające w kierunku Lwowa, by zabrać się z kimś w drogę powrotną, gdy niespodziewanie ktoś chwycił go za ramię.

– Kogo moje oczy widzą! Nie wierzę! – Stary Neubiner był mocno zaskoczony spotkaniem. Po chwili wahania podszedł bliżej, by uścisnąć syna. – Do domu zamierzałeś zaglądnąć?

– Witaj, ojcze. Co za niespodzianka! – W głosie Michaela dało się wyczuć zawstydzenie. Z jednej strony cieszył się ze spotkania, z drugiej wiedział, że powinien się jakoś wytłumaczyć.

– Właściwie to wpadłem tu tylko na chwilę, żeby pomóc przyjacielowi. Mój pryncypał jest bardzo surowy, ale zostałem mu tylko ja jeden i uznał chyba, że musi o mnie dbać i dać mi czasem odsapnąć. Kuba za to w potrzebie był, tom przyjechał, ale zaraz wracać muszę.

– Nie pojedziesz ze mną do Łanów? Augustin by się ucieszył.

– Wpadnę kiedyś, obiecuję. Teraz nie czas, późno już, a o świcie muszę być w robocie.

– No to siadaj na wóz, podwiozę cię kawałek, ale tylko na skraj lasu, bo muszę wracać do chaty. Cały dzień mnie nie było, Margaretha pewnie od zmysłów odchodzi.

Michael zawahał się, ale nie mógł odmówić ojcu. Był mu winien chociaż tę rozmowę. Wspiął się na wóz i zajął miejsce obok starego.

– Jak się ojciec czuje?

– Jako tako. Staremu człowiekowi ciągle coś dolega, ale trzymam się. Młyn działa, radzimy sobie. No skoro nie możesz na stare kąty dotrzeć, to choć opowiedz ojcu, jak ci się wiedzie tam w mieście.

Michael przyglądał się Josephowi. Zmarszczki na twarzy były głębsze, niż zapamiętał, a siwych włosów miał na głowie bez liku. W jego głosie wyczuwał rozgoryczenie. Dawna stanowczość ustąpiła rezygnacji. Przez moment zrobiło mu się go żal i już miał obiecać, że będzie zaglądać do domu, jednak zdał sobie sprawę, iż to będzie niełatwe, i zaniechał obietnicy. W Łanach przecież mieszkali jego bracia, którzy na pewno pomagali ojcu, więc nie mogło być tak źle. Uspokoił sumienie i zaczął opowiadać, co u niego.

Kiedy dojechali na krzyżówkę za lasem, Joseph wstrzymał konia. Zapadł zmrok, a oni siedzieli jeszcze i rozmawiali o tym, co słychać w kraju i na bliższym podwórku. Michaelowi, choć zgrywał obojętnego, nie udało się ukryć żalu do swojego mistrza za to, że go wykorzystywał. Wyszło całe jego rozgoryczenie. Joseph potakiwał jedynie ze zrozumieniem, ale w duchu cieszył się, że syn trafił na surowego pana, bo sam nie zdołał wcześniej wyuczyć go szacunku dla pracy. Zauważył, że Michael zmężniał, nabrał muskulatury i twardości charakteru. Stary przekonał się, że droga, na którą się zdecydował jego syn, poprowadziła go w dobrym kierunku, choć jednocześnie miał do niego żal, że zapomniał o rodzinie. Przez tyle czasu ani razu nie przyjechał do domu. Nie wiedział nawet, że niedługo po nim młyn opuścił także Johann, pozostawiając ojca samego z najmłodszym bratem.

Gdy tak siedzieli, drogą przejeżdżał wóz, na którym młoda dziewczyna podśpiewywała melodię, jaką coraz częściej dało się słyszeć na ustach młodych i starych Polaków. Pieśń ta przybyła do Galicji wprost z Legionów, gdzie jednym z dowódców był generał Henryk Dąbrowski, autor słów piosenki o ojczyźnie, która jeszcze nie zginęła. Słów, które dodawały walczącym otuchy.

– Teraz już jest dobrze, ale niech mi ojciec wierzy, były momenty, gdy myślałem, że nie dam rady. Tyrałem od rana do nocy, ale opłaciło się. Przyszedł ten dzień, kiedy majster dopuścił mnie do wypieku – kontynuował Michael.

– No, no! To teraz już wypiekasz chleb?

– Tak żeby tylko, to nie, raczej w nagrodę, jak sobie zasłużę. Głównie to rozwożę po punktach skupu, robię różne prace dla czeladników, ale już niedługo… Od nowego roku przyjdą nowi uczniowie, a ja będę zdawał egzamin.

– To ty będziesz czeladnikiem i inni będą tobie usługiwać. Taka kolej rzeczy – zaśmiał się ojciec, ale Michaelowi wcale nie było do śmiechu, kiedy przypominał sobie, jak go traktowano.