Król złodzieiTekst

Z serii: Star Rogue #1
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Nie masz czasu na czytanie?
Posłuchaj fragmentu
Król złodziei
Król złodziei
− 20%
Otrzymaj 20% rabat na e-booki i audiobooki
Kup zestaw za 59,74  47,79 
Król złodziei
Audio
Król złodziei
Audiobook
Czyta Roch Siemianowski
29,95  22,16 
Szczegóły
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

Czuł się tak, jakby po raz pierwszy miał wypłynąć na głębokie morze, chociaż przeżył to przecież wiele lat temu, i jakby po raz pierwszy obejmował dowództwo okrętu. Otwierała się przed nim zupełnie nieznana przyszłość i nieznane możliwości.

Passer skrzywił się, gdy usiadł na wąskiej „pryczy” w swojej równie wąskiej kajucie. Na „Auto” nie było takich wygód, jak na „Odysei” czy „Enterprise”, nie wspominając nawet o bezwstydnym luksusie na „Odyseuszu” i reszcie Herosów. Morgan jednak uważał, że to dobrze – służył przecież w Podwodnej Flocie Pacyfiku. Luksusy miało się na przepustce, nie na służbie.

Do spania w nieważkości trzeba było się przyzwyczaić, ale kiedy już tak się stało, człowiek sypiał lepiej i budził się bardziej wypoczęty, niż można sobie wyobrazić. Oczywiście potem się za to płaciło – kuracją w związku z utratą masy kości i ekstremalnie ciężkim reżimem ćwiczeń fizycznych. Jednak na razie Morgan ułożył się wygodnie jak w prawdziwym łóżku. Z jakiegoś powodu lepiej było ustawić się tak, jakby panowało tu normalne ciążenie.

Z iście herkulesową determinacją – ironiczna metafora wydała mu się zabawna – Morgan zamknął oczy i zasnął.

Rozdział 2

Kapitan Passer przypiął się do fotela przy stanowisku dowodzenia. Tylko częściowo poświęcał uwagę krzątaninie na mostku. Za personelem i wyposażeniem rysowały się ostre kontury stacji Unity na tle krzywizny Ziemi i iskrzące linie montowanej właśnie sieci kontroli pogody.

Jednym z najbardziej dotkliwych skutków ubocznych inwazji okazały się ogromne zmiany w klimacie planety, wywołane przez pył, zanieczyszczenia oraz mnóstwo innych czynników. Nowa sieć satelitów ze zwierciadłami miała, przynajmniej w teorii, umożliwić skierowanie promieni słońca na obszary, które ich najbardziej potrzebowały, oraz zmniejszyć naświetlenie tam, gdzie czyniło szkody.

Passer nie był pewien, czy taka sieć to dobry pomysł, ale miniepoka lodowcowa wywołała chaos na północnych długościach geograficznych, a pozostałości fali upałów z zeszłego wieku mieszały się z co bardziej paskudnymi zanieczyszczeniami niesionymi przez silne sztormy. Bardzo utrudniało to życie na najgęściej zaludnionych terenach na planecie. Zapewne coś z tym należało zrobić. Oby błędy popełnione przy tym nowym systemie okazały się na tyle małe, żeby dało się je łatwo skorygować.

Nie był to problem Morgana. W tej chwili miał własne obowiązki na głowie.

Dokładnie sprawdził odczyty systemów na swoim stanowisku. Z zadowoleniem stwierdził, że wszystkie pozycje z listy podświetlały się na śliczny zielony kolor. Co znaczyło, że okrętowi nie grożą żadne nieprzyjemne niespodzianki, a to z kolei bardzo dobrze wróżyło zbliżającej się wyprawie. Gdyby „Auto” miał teraz poważne opóźnienie, sztab mógłby przydzielić jego zadanie innej jednostce. Na szczęście wszystko było w porządku, więc Morgan wyciągnął z sufitu końcówkę systemu łączności wewnętrznej.

W przeciwieństwie do „Odysei” i „Odyseusza” oraz innych jednostek z symulowaną lub wytwarzaną grawitacją na „Autolikosie” nie można było pozwolić sobie na bezprzewodowe komunikatory czy inne drobne urządzenia, które, gdyby o nich zapomnieć, latałyby swobodnie po okręcie. Końcówka komunikatora była połączona z urządzeniami spiralnym kablem. Wyglądał staroświecko, choć nie było w nim ani grama miedzi – światłowód doskonale utrzymywał połączenie i na dodatek nie ulegał zakłóceniom od promieniowania.

– Do wszystkich, do wszystkich. Mówi kapitan. – Morgan pochylił się do mikrofonu, a jego głos poniósł się po całym okręcie. – Z pewnością większość słyszała już pogłoski o naszych rozkazach, żeby jednak uniknąć wszelkich niejasności, oto one.

Przerwał na chwilę i uśmiechnął się krzywo.

– Kapitan i załoga „Autolikosa” mają polecieć do wybranych gwiazd wskazanych przez astronomów prowadzących obserwacje przez teleskop kosmiczny Jamesa Webba. Naszym zadaniem jest upewnić się, że tych systemów gwiezdnych nie zajęli Drasinowie.

Ponownie zrobił pauzę, aby dać wszystkim czas na przetrawienie informacji.

– Oczywiście rozkazy są bardziej szczegółowe, ale reszta to paplanina. Po tym, co znalazła „Odyseja”, oraz po tym, co nastąpiło w konsekwencji tego odkrycia, nie możemy sobie pozwolić, żeby wredne dranie z kosmosu znowu pałętały się po okolicy. Nie zostaliśmy wysłani do walki. Nie takie jest nasze zadanie. Ale mamy ich wytropić i oznaczyć, a potem wezwać kawalerię.

Członkowie załogi na mostku milczeli, wpatrzeni w dowódcę, a Morgan wiedział, że reszta ludzi na okręcie wygląda i czuje podobnie.

– Nie prosiliśmy o wojnę. Do diabła, nie jestem nawet pewien, czy te... rzeczy... rozumieją, co to jest wojna. Jeżeli jednak nie... – skrzywił się ponuro – nauczymy obcych, co dokładnie oznacza to pojęcie. To wszystko. Passer, bez odbioru.

Wyłączył komunikator i wsunął mikrofon do uchwytu.

– Ładna przemowa.

– Zbyt emocjonalna? – zapytał Morgan ze skrywanym uśmiechem, podczas gdy Daiyu kończyła coś robić na swoim stanowisku.

Wzruszyła ramionami.

– Zastanawiałam się tylko, czy wygłaszał pan podobne przemowy o nas.

– Więcej niż raz – zapewnił szczerze.

– To dobrze. – Komandor skinęła głową.

Morgan popatrzył na nią z rozbawieniem.

– Dobrze?

– To znaczy, że traktował nas pan poważnie.

Kapitan zachichotał.

– Przekonajmy się o tym w drodze.

– Tak, kapitanie. – Daiyu odwróciła się do stanowiska sterowania. – Sternik. Silniki jedna trzecia mocy, kurs dziewięć-dziewięć-osiem-jeden-zero, odchylenie minus trzy stopnie.

– Tak jest, pani komandor. – Młoda porucznik przy sterze skinęła głową i wpisała podane liczby. – Silniki się rozgrzewają, nowy kurs wprowadzony. Pełna gotowość do odlotu.

– Naprzód – rozkazał Morgan. – Jedna trzecia mocy. I żadnej grawitacji.

– Tak jest, kapitanie. Jedna trzecia naprzód, tylko odrzut. Żadnej grawitacji.

„Autolikos” nie zahuczał, co najwyżej zamruczał, gdy odpalił silniki, które powoli oderwały go od Unity. Tak blisko stacji kosmicznej nie można było używać napędu Alcubierre’a – istniało zbyt wielkie ryzyko wytrącenia kompleksu z orbity. Nawet drobne korekty tak dużej konstrukcji jak Unity niosły ze sobą bardzo wysokie koszty.

Dlatego „Auto” opuszczał orbitę Ziemi dosłownie jak ślimak i z mozołem wznosił się ze studni grawitacyjnej planety na bardziej otwartą przestrzeń okołoksiężycową. Po dwudziestu minutach nareszcie wszelkie przeszkody znalazły się daleko. Gdyby istniała dawna sieć satelitów, ten lot trwałby co najmniej godzinę dłużej, jednak sieć orbitalna została zniszczona w pierwszych godzinach inwazji.

– Wiadomość z Unity, kapitanie. Mamy pozwolenie na użycie napędu gwiezdnego.

– Przyjąłem. Proszę przekazać stacji podziękowania, komandor Li – odetchnął Morgan. – Utrzymać kurs, włączyć napęd gwiezdny na jedną czwartą przyśpieszenia i tak trzymać.

– Tak jest, kapitanie. Jedna czwarta i trzymać za pięć... cztery...

Passer nie słuchał odliczania, lecz skupił się na odległym jęku włączającego się reaktora. Reaktor materii-antymaterii był dla Morgana najbardziej przerażającym osiągnięciem technologii. Kapitan odbył podczas szkolenia kilka skoków z napędem tranzycyjnym, a reaktor stanowił jedyny sposób na uzyskanie odpowiedniego poziomu zasilania bez pomocy techniki obcych, z którą ludzie wciąż jeszcze się zmagali.

„Autolikos” dysponował dziesięciokrotnie wyższym poziomem mocy niż „Odyseja”, choć była to zaledwie drobina w porównaniu z Herosami. Jednak za taką moc słono się płaciło, o czym w ostatnich dniach inwazji przekonał się na własnej skórze kapitan Weston.

Rdzenie grawitacyjne jednostek klasy Heros były potężne, to prawda, jednak ich masę mierzyło się w odniesieniu do wielkości planetarnych. Nawet na wpół ślepy idiota z prymitywnym systemem odczytów grawitacji mógł wykryć każdy z tych okrętów w odległości stu jednostek astronomicznych.

„Autolikos” jednakowoż miał masę co najwyżej małej asteroidy. Nawet gdyby się szukało, nie można było go wykryć, chyba że znajdowałby się dokładnie przed szukającym. I choćby dlatego Morgan wolał swój ciasny okręt. Chociaż od czasu do czasu zazdrościł Herosom grawitacji i przestronności, jednak Włóczęga był taki, jak powinien.

– Zbliżamy się do Księżyca od sterburty, kapitanie.

Morgan spojrzał w prawo przez wielkie pancerne iluminatory, które otaczały mostek. Księżyc wydawał się bliżej, niż można się było spodziewać. Kapitan sprawdził kurs, który wprowadziła pierwsza oficer, i zauważył zaintrygowany, że wybrała bardzo niski przelot nad powierzchnią ziemskiego satelity.

Kapitanowi specjalnie to nie przeszkadzało, jednak chciał zaspokoić ciekawość.

– Dlaczego tak blisko? – zapytał, przekrzywiwszy lekko głowę.

Daiyu wzruszyła ramionami.

– Kiedy dorastałam, bardzo chciałam zobaczyć Księżyc tak, jak pierwsi astronauci. Teraz nadarzyła się okazja, a kurs pozwoli oszczędzić piętnaście procent energii.

Morgan sprawdził ponownie dane i uśmiechnął się lekko, bo kurs wyznaczony przez Daiyu wykorzystywał pole grawitacyjne Księżyca, żeby wystrzelić okręt na trajektorię ucieczki ze studni grawitacyjnej Słońca. Była to porządna robota nawigacyjna, choć zapewne niekonieczna przy nowym napędzie gwiezdnym. Jednak w jednostkach starszych klas taki kurs oszczędziłby przynajmniej kilkaset ton paliwa.

– Zawsze warto poćwiczyć prawidłowe prowadzenie okrętu kosmicznego – zgodził się Morgan. – Proszę podziwiać widoki, skoro jest okazja.

– Dziękuję, kapitanie.

Daiyu odpięła pasy i popłynęła do panoramicznego okna.

„Autolikos” przemknął nisko nad Księżycem, najwyżej kilkadziesiąt kilometrów. Zapewne poruszył lunarny regolit. Morgan wyobraził sobie, że przy przelocie na tak niskim pułapie powietrze łomocze pod kadłubem... Gdyby było jakieś powietrze. Fale grawitacyjne nie potrzebowały jednak atmosfery, żeby się roznosić, więc bez wątpienia okręt wywołał wstrząsy powierzchni nawet w ciszy kosmosu.

 

„Autolikos” prześlizgnął się nad lunarnym horyzontem i zaczął uciekać w głęboką przestrzeń na zewnątrz Układu Słonecznego. Księżyc i Ziemia zostawały za rufą. Widać je było przez tylny iluminator, ale już gwałtownie malały. Z przodu Morgan nie widział nic, tylko czerń.

– Ruszajmy do heliopauzy, pani porucznik – rozkazał sternikowi. – Cała naprzód.

– Tak jest, kapitanie. Cała naprzód.

***

Admirał Gracen stała w kopule obserwacyjnej Unity i patrzyła na malejące światełko wskazujące lokalizację „Autolikosa”. Smukły okręt znikał w czerni kosmosu. Admirał zastanawiała się, czy kapitan albo ktokolwiek z załogi naprawdę zdaje sobie sprawę, jak ważna jest ich misja.

Wątpliwe.

Zdawało się, że nie da się dość mocno podkreślić, jak wielkie zagrożenie stanowią drasińskie struktury Dysona. Admirał ciężko walczyła o choćby jeden okręt, który miałby tylko szukać megastruktur oraz wszystkich możliwych gniazd. Naprawdę nie było to zadanie łatwe.

Zbyt wielu ludzi uznało, że dzięki Herosom i sojuszowi z Priminae będzie można walczyć z Drasinami okręt w okręt. Działa tranzycyjne dawały sporą przewagę Ziemianom, a wielu przywódców było przekonanych, że jest to przewaga nie do przebicia. Eric Weston zamknął im usta jedną demonstracją. Wykorzystując napęd okrętu klasy Heros – „Odyseusza”, naturalnie – zdołał zakłócić reintegrację tachionów, co skutecznie „zabiło” wymierzone w niego ćwiczebne głowice taktyczne, zanim zdążyły się zmaterializować. Drasinowie i nieznani obcy używali tej samej podstawowej technologii co okręty klasy Heros. Eric wykazał, że tę sztuczkę można wykorzystać również do zakłócania napędu tranzycyjnego. I tym... cóż... zmroził admiralicji krew w żyłach. Atut Ziemi wkrótce zostanie przebity, zdaniem Gracen była to tylko kwestia czasu.

Atak stanowił zatem jedyną obronę.

Należało polecieć i sprawdzić, gdzie ukrywają się Drasinowie, a potem przenieść wojnę właśnie tam. Nie pozwolić im ponownie ruszyć na Ziemię. I tak byli tu o jeden raz za dużo – i wystarczy. Ludzkość nie miała prawa przeżyć inwazji – udało jej się tylko cudem.

– Powodzenia – szepnęła Amanda Gracen w ciemność nad głową i do znikającego szybko świetlnego punktu.

Tak wiele się działo, niestety, głównie były to kłopoty. Inwazja pchnęła mieszkańców Ziemi na skraj przepaści. Jeden fałszywy krok i ludzkość spadnie w otchłań – zniknie w mroku i nawet nie będzie miała czasu krzyknąć, żeby zaznaczyć jakoś swój upadek.

Zawrócić się jednak nie dało. Utrzymywanie starych nawyków byłoby równie katastrofalne jak taniec nad przepaścią. Ludzie nie mogli już sobie pozwolić na wojny między sobą i lekceważenie otaczającego ich wszechświata. Nie wolno im było zachowywać się jak niedojrzałe dzieci, które nie chcą się podzielić jakimś znalezionym właśnie żałosnym skarbem.

Nie, Gracen widziała wszechświat w całej jego chwale i grozie, dlatego w tym jednym zgadzała się całkowicie z Erikiem Westonem.

Ludzkość będzie musiała skoczyć w nieznane i cholernie szybko nauczyć się latać.

„A jeżeli nam się nie uda, wtedy obawiam się, że zwycięstwo nad Drasinami będzie ostatnim triumfem naszej rasy”.

***

Kiedy „Autolikos” przecinał orbitę Marsa, Morgan właśnie ćwiczył w sali gimnastycznej.

Kapitan nie chciał zobaczyć, co zostało z dawnej Czerwonej Planety. Mars stał się pomnikiem i świadectwem, co by się stało z Ziemią, gdyby ludzie mieli odrobinę mniej szczęścia. Stacja stałej obserwacji sprawdzała niszczejące drony, które zamarzały powoli w próżni po anihilacji planety, zmienionej w nowy pas asteroid.

Drasinowie do zdobycia Marsa użyli swojej standardowej taktyki. Najpierw wylądowało kilka dronów i zaczęło po prostu pożerać planetę, a potem się mnożyć. Nie było tutaj – jak na Ziemi – sił obronnych stacjonujących w pobliżu, a ci nieliczni, którzy próbowali stawić opór... cóż, zostali szybko wyeliminowani. Zanim jeszcze rozpoczęła się inwazja na Ziemię, Mars był już praktycznie stracony.

Utrata Czerwonej Planety przywróciła właściwą perspektywę większości ludzi, czego nie zdołała dokonać nawet inwazja. Za każdym razem, gdy ktokolwiek miał czelność twierdzić, że to przecież już koniec, wystarczyło jedynie pokazać obraz tego, co zostało z Marsa.

Z daleka wciąż wyglądał jak planeta. Dość było się jednak zbliżyć, a okazywało się, że kolor jest nieprawidłowy. Z jeszcze mniejszej odległości można było zobaczyć przerażające pająkowate kształty Drasinów i...

Właśnie to najbardziej mroziło krew w żyłach – nieważne, ile razy się pokazywało ten widok, zawsze zapadała cisza.

A potem wszystkim w głowie pozostawała tylko jedna myśl:

„Nie możemy pozwolić, aby to samo stało się z Ziemią”.

Morgan jednak nie potrzebował przypomnienia. Wolał spędzić trochę czasu, ćwicząc na rotacyjnym młynie, aby zapobiec odwapnieniu kości. Nie zamierzał leżeć sześć miesięcy na kuracji z powodu permanentnego uszkodzenia szkieletu. Miał za wiele do zrobienia.

Bieganie w podwójnym przeciążeniu było dużym wysiłkiem, ale alternatywa nie wchodziła w grę. Każdy członek załogi „Auto” musiał trzymać się ustalonego terminarza ćwiczeń, monitorowanego przez lekarza pokładowego.

Każdy, kto by się nie zastosował, zostałby odesłany na Ziemię przy najbliższej okazji – wydalenie nastąpiłoby po powrocie do domu albo nawet po spotkaniu z okrętem Priminae.

I nawet kapitan nie uniknąłby kary.

Gdy biegł, dostrzegł, jak bosman Doohan dryfuje obok, zaledwie na tyle, aby przypadkowo nie wpaść na biegacza.

– Tak, bosmanie? – Morgan nie zwolnił.

– Kapitanie, o ile wiem, chciał pan dostać raport sytuacyjny z maszynowni.

– Owszem. Jak idzie praca?

Bosman przez chwilę milczał. Wiedział, że jeżeli kapitan pyta o zagadnienia techniczne, jest to sprawa oficjalna. Och, doskonale zdawał sobie sprawę, czego kapitan chce się dowiedzieć, ale Doohan po prostu wolałby o tym nie mówić.

– Bosman Xiang jest... kompetentny.

Morgan prychnął.

– Xiang Feng jest wiodącym ekspertem technicznym od napędu gwiezdnego, bosmanie. Musi się pan bardziej postarać.

– Pewnie działa, kapitanie. Ten człowiek zna się na swojej robocie. – Doohan skrzywił się niechętnie. – Czy właśnie to chciał pan usłyszeć?

Morgan dodał nieco prędkości na kole, przebiegł jeden obrót, po czym odbił się i skoczył. Wystawił rękę i pozwolił, aby bosman przeciągnął go w środowisko nieważkości. Chwyciwszy ręcznik, wytarł się, rozważając, co powiedzieć.

– Bosmanie, wiem, że ma pan powody do niechęci wobec Bloku. – Morgan uniósł rękę. – Do diabła, wiem nawet, że są to uzasadnione powody. Kiedy wziąłem pana do załogi, powiedział pan, że sobie z tym poradzi. Mylił się pan?

Kapitan domyślał się, że w grawitacji bosman by się najeżył. Tutaj, niemal w nieważkości, mógł jedynie unieść podbródek i starać się przybrać sztywną postawę. Co wyglądało po prostu dziwacznie, jednak Passer nie sądził, że należy o tym teraz wspominać.

– Nie, sir.

– Zatem proszę złożyć raport o maszynowni – rozkazał Morgan opanowanym, beznamiętnym tonem i z równie opanowanym wyrazem twarzy.

– Tak jest, kapitanie. Maszynownia chodzi jak w szwajcarskim zegarku. Wszystkie sekcje zielone, można lecieć bez problemów.

– Wspaniale. – Kapitan klepnął bosmana w plecy. – I niech tak zostanie.

– Tak jest, kapitanie.

Morgan przyglądał się, jak podwładny dryfuje do wyjścia z sali gimnastycznej, po czym skończył się wycierać. Znowu zaczął się zastanawiać, czy postąpił słusznie... i czy ktokolwiek umiałby postąpić słusznie w jego sytuacji. Nowa, mieszana flota była zapewne koniecznością, ale – niech to szlag – zanosiło się, że tarcia od razu nie znikną.

Chińczycy byli jednak niekwestionowanymi mistrzami w technologii zarówno masy przeciwnej, jak i napędu zakrzywiającego przestrzeń. Morgan potrzebował doświadczenia Xianga i jego umiejętności tak samo, jak niezbędny był Doohan i jego wiedza o reaktorze i napędzie tranzycyjnym. Zadaniem kapitana było zadbać, aby wszyscy, niezależnie od pochodzenia, pracowali i nikt się nie rozklejał.

Morgan wrzucił ręcznik do torby na brudne rzeczy, zaciąg-nął mocno sznurki i opuścił salę ćwiczeń. Musiał się umyć i może zdrzemnąć, zanim „Auto” dotrze do heliopauzy.

Nie zamierzał tego przepuścić – mowy nie ma.

Rozdział 3

Dotarcie do heliopauzy Układu Słonecznego trwało o wiele krócej niż kiedykolwiek wcześniej. Nowy napęd gwiezdny zapewniał bardziej skuteczne i wydajne przyśpieszenie niż dawne metody uzyskiwania prędkości. „Autolikos” prześlizgnął się gładko przez umowną oficjalną granicę pola grawitacyjnego Słońca i Obłoku Oorta.

Heliopauza stanowiła punkt, gdzie wiatry słoneczne nie były już wystarczająco silne, aby wdzierać się dalej w przestrzeń. Granica została ustalona arbitralnie jako bezpieczna odległość od głównych ośrodków grawitacji w systemie i wyznaczała okrętom strefę, w której można już było włączyć napęd tranzycyjny.

Morgan przyciągnął jeszcze raz mikrofon.

– Do wszystkich, uwaga, do wszystkich. Zaraz uruchamiamy napęd tranzycyjny. Powtarzam, zaraz uruchamiamy napęd tranzycyjny.

Gdy mówił, światła zmieniły się na czerwone. Tranzycji nikt nie uważał za bezpieczną, jeśli choć raz jej doświadczył, ale okazała się zbyt przydatna, aby z niej rezygnować.

– Wyłączyć napęd gwiezdny – rozkazał Morgan. – Przekierować moc do tachionowego napędu tranzycyjnego.

– Tak jest, kapitanie, wyłączam napęd gwiezdny...

Na stanowisku maszynowni monitory natychmiast zajaśniały czerwienią, a wykres fali zaczął się spłaszczać. „Autolikos” poruszał się już bardziej siłą inercji niż dzięki ślizganiu się po fali, którą wytwarzał w czasoprzestrzeni.

– Ustalić i potwierdzić współrzędne wszystkich rodzajów materii na naszym kursie – rozkazał Morgan. – Tylko pojedynczy ping.

– Tak jest, kapitanie. Pojedynczy ping.

Po mostku poniosło się echo dźwięku, ale tak naprawdę była to tylko symulacja komputerowa, ponieważ wysłany ping składał się z egzotycznych cząstek tachionowych i nie wytwarzał fali dźwiękowej. Cząstki natychmiast skoczyły, a bardzo niewiele wróciło, dając „Autolikosowi” ogólny obraz tego, co leżało przed nim, gdy żeglował przez Obłok Oorta do naprawdę dalekiej przestrzeni.

– Kurs czysty, kapitanie.

Morgan skinął głową, chociaż nie spodziewał się, że będzie inaczej. Obszar może i nazywano Obłokiem, ale ponad dziewięćdziesiąt dziewięć procent stanowiła po prostu próżnia. Lecz na ten niecały procent składały się nieliczne planetoidy i miliony gór lodowych wielkości Nebraski, więc należało zachować czujność.

Znowu włączył łączność pokładową.

– Do wszystkich. Do wszystkich. Przygotować się do tranzycji. Powtarzam, przygotować się do tranzycji. Wszystkie procedury podstawowe muszą zostać wypełnione. Nie ma żadnych wyjątków.

Odłożył mikrofon, z boku fotela wyciągnął maskę tlenową i zawiesił sobie na szyi.

– Niech wszystkie sekcje potwierdzą gotowość – rozkazał. Tym razem bez żadnych uśmiechów, w tonie głosu brzmiała surowość i zdyscyplinowanie.

– Tak jest, sir – powtórzył odruchowo chorąży Miller, sprawdzając na monitorze wyświetlane zgłoszenia. – Sekcje zgłaszają gotowość.

– Dobrze. Stan reaktora do tranzycji?

– Podłączony, wzrasta moc.

Lista sekcji powoli dochodziła do końca. Morgan zamierzał wykonać ten skok wyjątkowo zgodnie z procedurami. W środowisku grawitacji efekt tranzycji był naprawdę paskudny, ale zatłoczona przestrzeń okrętu z mikrograwitacją stwarzała wiele niespotykanych nigdzie indziej problemów, których nie należało lekceważyć.

– Wszystkie sekcje gotowe, kapitanie – oznajmił Miller chwilę później.

– Bardzo dobrze. Uprzedzić wszystkie sekcje, rozpoczynamy odliczanie.

– Tak jest, kapitanie. Odliczanie rozpoczęte – odpowiedziała porucznik Mika ze stanowiska steru. – Współrzędne tranzycji potwierdzone. Napęd się ładuje. Tranzycja za... dziesięć sekund.

Światła, wciąż czerwone, zaczęły błyskać, a potem zabrzmiał alarm.

Morgan nie miał nic do zrobienia. Włożył maskę tlenową.

 

„Nienawidzę tego”.

***

Czasoprzestrzeń zafalowała przed „Autolikosem”, co spowodowało, że i okręt, i widok gwiazd wyraźnie się zakołysały, gdy generatory tranzycyjne osiągnęły szczyt mocy i naładowały systemy napędu. Fale stopniowo ogarnęły smukły niszczyciel, a potem okręt zaczął się rozpadać, znikał najpierw dziób, potem nieuchronnie reszta. Cząsteczki uwalniały się z okrętu i mknęły przez czasoprzestrzeń.

Wewnątrz „Autolikosa” ci, którzy już doświadczyli skoku, odwracali wzrok, zanim efekt przejdzie przez ich pokład i sekcję – próbowali nie dostrzec ostatniego, ciągnącego się w nieskończoność momentu tranzycji, woleli wpatrywać się w czerń kosmosu. Umysł ludzki po prostu nie wszystko mógł znieść.

Oczywiście kilka osób patrzyło, niektóre kierowane naiwnością, niektóre przez przypadek, a jeszcze inne dlatego, że po prostu lubiły, jak przerażenie skręca im wnętrzności. Tymczasem okręt wraz z załogą był wsysany w pustkę, gdzie jedynym schronieniem przed pewną śmiercią pozostaje umysł.

Morgan był jednym z niewielu na mostku, którzy nie odwrócili wzroku, i zapewne jedynym, który zrobił to nie dlatego, że był szalony i lubił takie doznania, ale uważał, że kapitanowi nie wypada po prostu odwracać się od czegoś, co sam, do cholery, rozkazał – na dobre i na złe.

Tranzycja z pewnością taka była. Dobra i zła.

Ostatnia chwila przejścia wydawała się ciągnąć przez wieczność. Okręt już nie istniał wokół i Morgan po prostu siedział... zamarły i unieruchomiony na zawsze w głębinach kosmosu.

A potem skok dobiegł końca.

„Autolikos” powrócił do istnienia, a wraz z nim załoga. Pierwsze, co usłyszał Morgan, to odgłosy torsji. Sam musiał je zwalczyć i cieszył się, że maska tlenowa zasłania mu twarz. Badania wykazały, że czysty tlen podczas tranzycji i zaraz po niej znacząco redukuje mdłości. Co jednak istotniejsze – elastyczne maski tlenowe pełniły absolutnie najważniejszą funkcję w tym krótkim okresie tuż po skoku.

Nie wypuszczały wymiocin.

Morgan nie znał „Odysei” ani innych jednostek z napędem tranzycyjnym, ale na „Autolikosie” nie istniała przecież grawitacja. Wymioty w takich warunkach nie należały do przyjemnych doświadczeń i każdy sposób, aby je zatrzymać, był dobry. Maski zatrzymywały także odór, co powstrzymywało „współczulne” odruchy u reszty członków załogi.

– Stan! – warknął, przytrzymując maskę mocno przy twarzy i oddychając głęboko.

– Napływają dane z prędkości światła, kapitanie! Kompilujemy obrazowanie.

Tyle widział na własne oczy. I nawet więcej. Morgan skupił spojrzenie na wielkich iluminatorach i lokalnej przestrzeni wokół okrętu. Wyglądała tak, jak powinna – była czarna i niewyobrażalnie nudna.

Znajdowała się tutaj jednak gwiazda i Morgan skoncentrował wzrok właśnie na niej.

„Autolikos” przeskoczył do małego czerwonego karła, niedaleko od Ziemi, gdyby brać pod uwagę napęd tranzycyjny, oddalonego najwyżej o trzydzieści lat świetlnych. Przez ostatnie dwadzieścia lat przygasł lekko, dlatego znalazł się na liście podejrzanych celów.

– Raport o danych grawitacyjnych!

„Auto” został wyposażony w czujniki grawitacyjne od burty do burty, zaprojektowane do odczytu minimalnych wahań w lokalnym polu grawitacyjnym przez porównanie ogólnego przyśpieszenia z dziobu okrętu do rufy. Przez analizę różnic w tym przyśpieszeniu można było określać efekty pływów pola grawitacyjnego, w którym znajdował się okręt, i porównywać ze stanem pożądanym w oparciu o znane parametry.

Teoretycznie takie dane powinny pozwolić na wykrycie megastruktur na długo przed ich ujrzeniem.

– W normie, kapitanie. Jest kilka odchyleń, ale w zakresie przewidywanych zwyżek.

Morgan skinął głową zadowolony. Dane wskazywały, że nie znajdowali się przed superstacją Drasinów lub czymś podobnym.

– Wysłać sondy – rozkazał Morgan, po czym wziął głęboki wdech i zdjął maskę.

– Tak jest, kapitanie, sondy wystrzelone.

Przez pancerne szkło iluminatorów załoga mostka mogła zobaczyć sondy opuszczające pokład „Autolikosa”. Zaprojektowane niedawno urządzenia typu Hermes, które wystrzelono z wewnętrznych katapult, szybko oddaliły się od okrętu. W każdym hermesie znajdował się pakiet zaawansowanych czujników i aparatury, upakowany w kadłubie odpornym na skrajne warunki. Czujniki na sondach rozszerzyły również zasięg danych o polu grawitacyjnym, pozwalając na dokładniejsze oszacowanie jego wartości. Reszta aparatury wysyłała informacje do innych systemów – od tych rejestrujących dane napływające z prędkości światła po telemetryczne.

– Gwiazda wygląda chyba normalnie, kapitanie – stwierdził ze swojego stanowiska porucznik Kamir, jeden z głównych astrofizyków na pokładzie. – Żadnych nietypowych oznak.

– Ma pan jakieś domysły, co spowodowało przyćmienie tej gwiazdy w ostatniej dekadzie i wcześniej? – zapytał Morgan. Sam miał kilka teorii.

– Na razie stawiałbym na pył międzygwiezdny, ale będzie trzeba sprawdzić stąd, jak wygląda Słońce, aby mieć pewność.

– To później, kiedy już dokładniej sprawdzimy, co znajduje się w najbliższej okolicy.

– Tak jest. – Kamir wyraźnie się ucieszył z tego rozkazu.

Morgan go rozumiał. Rzadko się zdarzało – nawet w tej nowej dla ludzi rzeczywistości – że miało się okazję dokładnie obserwować nową gwiazdę z bliska. Oczywiście z czasem się to zmieni, ale na razie zapewne właśnie dla takich okazji porucznik Kamir zaciągnął się do Floty Kosmicznej.

Kapitan odpiął się od fotela i podryfował do przedniego okna. Pancerne szkło było lepsze niż obraz z czujników przekazujących dane z dziewięćdziesięciu dziewięciu procent widzialnego spektrum. Morgan mógł podziwiać lokalną gwiezdną panoramę. Czerwony karzeł, którego przylecieli sprawdzić, z tej odległości nie różnił się prawie wcale od innych gwiazd wokół „Auto” – ot, pomarańczowa kropka przed dziobem. Morgan przyglądał się przez chwilę, po czym odwrócił się i poszybował do wyjścia.

– Komandor Li, proszę przejąć dowodzenie. Niech mnie pani powiadomi, jeżeli pojawi się coś interesującego – rozkazał. – Jeżeli nic się nie zdarzy, zostaniemy tutaj parę dni, żeby przyjrzeć się dokładniej i zebrać dane.

– Tak jest, kapitanie – odpowiedziała Daiyu. – Przejmuję dowodzenie.

Morgan prześlizgnął się nad ścianą oddzielającą mostek od korytarza, po czym złapał uchwyt systemu transportowego.

***

Funkcjonowanie okrętu w przestrzeni kosmicznej nie było dla Morgana Passera zupełnie nowym doświadczeniem – wcześniej dowodził okrętem podwodnym. Oczywiście podstawową różnicę robił brak ciążenia, ale reszta wyglądała bardzo podobnie.

Morgan zwolnił, gdy dotarł do jednej z pionowych tub, i puścił uchwyt transportujący, po czym wsunął się w tubę nogami.

– Uwaga, przechodzę! – usłyszał.

Krótkie ostrzeżenie wystarczyło, żeby Morgan odepchnął się nogami z jednej strony i przycisnął do ściany, usuwając się z drogi przelatującemu matowi.

Mężczyzna rozpoznał Morgana, gdy się zbliżył, i wyraźnie pobladł. Próbował niezdarnie zasalutować podczas lotu.

– Przepraszam, kapitanie, nie wiedziałem, że pan tu jest.

– Zdarza się – odparł Morgan niepotrzebnie. Mat oddalił się już na tyle, że pewnie nie usłyszał.

Podoficerowie z konieczności należeli do grupy najmniej sformalizowanej – i w konsekwencji podlegającej ścisłej kontroli – we wszystkich służbach marynarki. Morgan nie zamierzał jednak karać kogoś za to, że niezbyt dobrze radził sobie z oficjalnymi formami grzecznościowymi na pokładzie, jeżeli porządnie wykonywał swoją robotę. Niech jednak Bóg się zlituje nad tymi, którzy przy pracy okazywaliby opieszałość albo choć odrobinę niedbalstwa. Jak na okręcie podwodnym, każde zaniedbanie mogło się skończyć śmiercią wielu ludzi, nie tylko tego, który je spowodował.

Morgan zatrzymał się trzy pokłady niżej i przerzucił się do głównego ciągu komunikacyjnego. Złapał kolejny uchwyt transportowy, żeby kontynuować wyprawę wzdłuż okrętu. Zatrzymał się dopiero przy wejściu do głównego laboratorium astrometrycznego. Prześlizgnął się nad ścianą i wpłynął do pomieszczenia z najwyższą ostrożnością. Po wojnie nauczył się na własnej skórze, i to bardzo boleśnie, że naukowcy nie należą do osób, które można wymusztrować i wdrożyć do wojskowej dyscypliny.