Król złodzieiTekst

Z serii: Star Rogue #1
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Nie masz czasu na czytanie?
Posłuchaj fragmentu
Król złodziei
Król złodziei
− 20%
Otrzymaj 20% rabat na e-booki i audiobooki
Kup zestaw za 59,74  47,79 
Król złodziei
Audio
Król złodziei
Audiobook
Czyta Roch Siemianowski
29,95  23,66 
Szczegóły
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

Evan Currie

KRÓL ZŁODZIEI

STAR ROGUE

Przekład Małgorzata Koczańska

Warszawa 2015

Tytuł oryginału: King of Thieves

Text copyright © 2015 Evan Currie

All rights reserved.

Cover design by becker&mayer! Books LLC

Cover illustration by Marc Simonetti

Redakcja: Rafał Dębski

Korekta: Agnieszka Pawlikowska

Skład i łamanie: Ewa Jurecka

Książka ani żadna jej część nie może być kopiowana w urządzeniach przetwarzania danych ani w jakikolwiek inny sposób reprodukowana czy odczytywana w środkach publicznego przekazu bez pisemnej zgody wydawcy.

Utwór niniejszy jest dziełem fikcyjnym i stanowi produkt wyobraźni Autora. Wszelkie podobieństwo do prawdziwych postaci i zdarzeń jest przypadkowe.

Wydawca:

Drageus Publishing House Sp. z o.o.

ul. Kopernika 5/L6

00-367 Warszawa

e-mail: drageus@drageus.com

www.drageus.com

Druk i oprawa: Drukarnia Dziełowa

e-mail: drukarnia@dd-w.pl

ISBN ePub: 978-83-64030-62-8

ISBN mobi: 978-83-64030-63-5

Opracowanie wersji elektronicznej:

Rozdział 1

Kapitan Morgan Passer poczuł cały ciężar swojego ciała opierający się na stopach, gdy wylądował w doku stacji kosmicznej Unity 1. Nowa placówka była trzy razy większa od stacji Liberty, której miejsce zajęła, i stanowiła jedną z siedmiu konstrukcji zaplanowanych do budowy po Drasińskim Ludobójstwie. Ponad rok minął od ostatnich strzałów inwazji. Ziemia wciąż odczuwała skutki tamtych wydarzeń – liczbę ofiar szacowano obecnie na setki milionów. Kapitan Passer nie mógł się jednak nadziwić, że tak niewiele zniszczeń widać było z kosmosu.

Krzywizna Ziemi wciąż pozostawała inspirującym i zachwycającym widokiem – tak samo jak mniej więcej dwa wieki wcześniej, a przynajmniej Passer lubił w to wierzyć. Planeta wydawała się niebiesko-biała i czysta. Nietknięta spustoszeniami, których kapitan doświadczył osobiście. A poza tym spokojna.

Morgan skrzywił się i oderwał wzrok od Ziemi. Popatrzył w dal, na czerń kosmosu. Na wysokiej orbicie nad stacją unosił się jeden z okrętów klasy Heros.

„Odyseusz”, król wojowników.

Stanowił prawdopodobnie najbardziej śmiercionośne połączenie technologii militarnych, jakie udało się stworzyć w historii zarówno Ziemi, jak i kolonii Priminae. Każdy z Herosów mógłby zapewne zniszczyć planetę, a nawet gwiazdę, o ile kapitan i załoga mieliby w sobie prawdziwego ducha kamikaze. Zwłaszcza „Odyseusz” wyrobił sobie wyjątkową reputację na Ziemi, a krążyły plotki, że również w koloniach.

Okrętem dowodził człowiek, który według wszelkich znaków na niebie i ziemi powinien być dawno martwy. Jego załoga sprostała wyrobionej przy kapitanie opinii i była z niej bardzo dumna.

Jednak nowy okręt Passera różnił się od Herosów.

Kapitan opuścił pokład obserwacyjny i skierował się na odprawę, gdzie już go oczekiwano.

Admirał zerknęła znad biurka, gdy Morgan wszedł, i gestem nakazała, aby usiadł. Nawet w przeszłości Gracen nie przejmowała się formalnościami w stosunkach z podwładnymi, ale ostatnie wydarzenia chyba skłoniły ją do odrzucenia choćby resztek oficjalnego protokołu.

Drugiego mężczyzny w gabinecie nie dało się nie rozpoznać – to był Łazarz we własnej osobie, czyli kapitan Eric Stanton Weston.

Morgan zajął miejsce i zerknął na starszego kapitana. Przypomniał sobie, co o nim wiedział. Sam służył w marynarce od początków kariery, ale Weston zaczynał jako komandos i skakał po formacjach jak przysłowiowy konik polny. Nikt nie kwestionował jego kompetencji ani talentów taktycznych, chociaż Morgan niejeden raz słyszał złoś-liwe lub niechętne komentarze na temat strategii kapitana „Odyseusza”.

Eric na powitanie skinął Morganowi głową, ale nie odezwał się słowem. Passer go nie winił. On też wolał nie przerywać tego, czym zajmowała się właśnie admirał.

Gracen wreszcie podniosła głowę i z rozbawieniem popatrzyła na swoich kapitanów.

– Witam, panowie. Chciałam porozmawiać z wami dwoma, ponieważ w najbliższej przyszłości może się zdarzyć, że będziecie pracować razem.

Morgan wyprostował się, nie całkiem pewny, co to miało oznaczać.

Nie dostał nawet drobnych wskazówek, jakie będzie jego pierwsze zadanie, chociaż wiedział oczywiście, że wkrótce nadejdą w tej sprawie rozkazy. Jego okręt właśnie przeszedł testy i był gotów do lotu, podobnie jak załoga. Wieść o współpracy z Westonem oznaczała natomiast, że raczej nie należało oczekiwać służby przy Sztabie Układu Słonecznego.

„Dostaniemy zadanie w dalekiej przestrzeni kosmicznej”.

Weston na „Odyseuszu” został przydzielony do światów Priminae, miał też patrolować przestrzeń w jeszcze dalszym zasięgu. Stanowił grot włóczni sił zbrojnych, ale zajmował się również eksploracją kosmosu i pełnił rolę ambasadora Ziemi. Krążyły plotki, że „Odyseusz” wkrótce otrzyma długoterminową misję daleko poza przestrzenią zbadaną nawet przez Priminae.

Właśnie o takich zadaniach marzyli chyba wszyscy we flocie kosmicznej.

– O zadaniach „Odyseusza” porozmawiamy później, kapitanie. – Gracen spojrzała na Westona, a ten skinął głową. – W tej chwili skupmy się na „Autolikosie” kapitana Passera.

Niedawno wypuszczony ze stoczni OFK „Autolikos” był najnowszym dzieckiem Morgana, jego jedyną prawdziwą miłością i zapewne najwspanialszym kawałkiem stali we wszechświecie. Niszczyciel klasy Włóczęga był chyba ostatnią jednostką zaprojektowaną i skonstruowaną wyłącznie przez Ziemian, ponieważ Priminae zaproponowali pomoc w budowie nowej stoczni w Układzie Słonecznym w oparciu o własne specyfikacje.

– Chcemy, żeby „Autolikos” został wypróbowany w głębokim kosmosie – wyjaśniła admirał. – Jeżeli spełni nasze oczekiwania, będzie zajmował się zwiadem dalekiego zasięgu. Jak obaj panowie wiedzą, uzbrojenie „Autolikosa” nie dorównuje temu z „Odyseusza”, ale to nie znaczy, że można je lekceważyć.

– Bezwzględnie, admirał Gracen – zapewnił Passer z nieskrywaną dumą.

– Zwłaszcza biorąc pod uwagę, co udało się osiągnąć „Odysei”, która zapewne miała połowę tego, czym wypakowano „Auto” – dodał Weston, wspominając o swoim poprzednim, rozbitym okręcie. – Na pewno nie należę do tych, którzy nie doceniają potencjału Włóczęgów, pani admirał.

– Wiedziałam, że tak będzie – uśmiechnęła się lekko Gracen, po czym przeniosła spojrzenie na Passera i podsunęła mu po blacie kartę. – Pańskie rozkazy, kapitanie.

Morgan podniósł cienkie urządzenie, przycisnął do niego kciuk, żeby czujnik rozpoznał jego dane biometryczne. Rzut oka na streszczenie wystarczył – Passer przenikliwie spojrzał na zwierzchniczkę.

– Pani admirał?

– Dobrze pan przeczytał, kapitanie. W rozkazach jest lista gwiazd – odparła Gracen z powagą. – Obserwując te obiekty przez teleskop Webba, wykryto anomalie. Klasyfikowano je jako błędy, zjawiska naturalne i tym podobne... Ale wziąwszy pod uwagę, czego się dowiedzieliśmy o wrogach i ich umiejętnościach, nie możemy już sobie pozwolić na lekceważenie takich oznak.

– To prawda, pani admirał – mruknął Passer, nie przerywając czytania.

Rozkazy były jasne, nie musiał o nic więcej pytać.

Miał poprowadzić „Auto” na każdą z podejrzanych gwiazd, podejść na tyle blisko, na ile się ośmieli, a potem powrócić z każdą informacją, jaką uda mu się zdobyć. Najistotniejszym zadaniem było oczywiście sprawdzenie, czy dane ciało niebieskie nie stało się przyczółkiem wroga, który dokonał niedawno inwazji na Ziemię. Wszyscy wiedzieli, że Drasinowie gdzieś tam są, choć odkąd ostatni najeźdźcy zostali zniszczeni lub przegnani z Układu Słonecznego, nikt nie znalazł po nich śladu.

Nawet ich jedyna znana baza okazała się zupełnie pusta, pozostały tylko kolektory słoneczne rojące się na orbicie wokół gwiazdy, którą kiedyś zajęli Drasinowie.

Rodziło się zatem oczywiste pytanie, gdzie, do cholery, podział się wróg? Pytanie to zadawał sobie każdy przywódca polityczny na Ziemi... i w koloniach Priminae. Wszyscy też żądali odpowiedzi na wczoraj. Zadanie było zatem najwyższej wagi i Passer od razu zaczął się zastanawiać, dlaczego nie powierzono go zdecydowanie potężniejszemu „Odyseuszowi”, lecz właśnie „Autolikosowi”.

– Pani admirał... – Zerknął na Gracen. – Dlaczego właśnie „Auto”?

Admirał westchnęła, a Morgan zauważył, że Weston lekko zesztywniał. Robiło się interesująco.

– Eric? – Gracen zachęciła starszego kapitana.

Weston skinął głową, ale odezwał się dopiero po namyśle:

– W ostatniej bitwie odkryliśmy dość szybko, że rdzenie mocy Priminae mają jedną podstawową i potencjalnie zabójczą wadę. Owszem, zapewniają nadzwyczajnie wysokie zasoby energii dla uzbrojenia, grawitację i różne inne udogodnienia... ale też zakrzywiają czasoprzestrzeń i są zasilane masami planetarnymi.

 

Paser skinął głową. Tyle wiedział. Okręty budowane przez Priminae mogły dosłownie latać na czym się dało. Wszystko, co udało się znaleźć, byle miało masę, wrzucało się do rdzenia osobliwości, a ten funkcjonował na radiacji Hawkinga, produkowanej przez naturalne „parowanie” masy w osobliwości. To znaczyło, że jednostka Priminae naprawdę miała do dyspozycji tyle mocy, co społeczeństwo na całej planecie Ziemia, i jeszcze trochę więcej.

– Używanie mas planetarnych jako paliwa sprawia, że są one łatwo wykrywalne przez czujniki rejestrujące zmiany grawitacji – kontynuował Weston. – I, zupełnie jak w przypadku dawnych reaktorów jądrowych na pokładach okrętów morskich, nie da się wyłączyć rdzenia, gdyby trzeba się gdzieś przemknąć.

Morgan od razu zrozumiał, dlaczego niewątpliwie słabo zasilane i raczej przestarzałe okręty klasy Włóczęga nigdy nie zostały wycofane z planów stoczni. Zasilały je o wiele bardziej niestabilne i o wiele mniej wydajne reaktory materii-antymaterii, ale żaden nawet nie zbliżył się do progu wykrywalności jakichkolwiek czujników grawitacji.

– No tak. Jestem zaskoczony, że nie ma tego w moim omówieniu zadań – zauważył z nieskrywaną ciekawością.

– Chcemy, aby ta informacja pozostała ściśle tajna – odparła Gracen. – I właśnie dlatego zamierzamy celowo ograniczyć pańskie kontakty z Priminae.

– Myślałem, że to nasi sojusznicy, pani admirał.

– Owszem, i to dobrzy – przyznała Gracen. – Jednak tajemnicza grupa, która napuściła na nich Drasinów, używała okrętów o specyfikacjach przypominających niemal pod każdym względem sygnatury jednostek Priminae. Nie wiemy, skąd się wzięły takie specyfikacje, kapitanie, i dopóki się nie dowiemy, lepiej, żeby Ziemia zatrzymała parę asów w rękawie.

– Tak jest, pani admirał.

– Gdy tylko ostatnie przeglądy zostaną zakończone, chcę, żeby „Auto” rozpoczął zwiad na podejrzanych gwiazdach. Niech pan będzie dokładny, upewni się, ale nie da się złapać. Nie dostanie pan zbyt wielkiego wsparcia.

– A w ogóle będę miał jakieś wsparcie?

– Właśnie dlatego tu jestem – odezwał się Eric Weston. – „Odyseusz” również dostał zadanie w głębokim kosmosie.

– I będzie pańskim kontaktem w sytuacjach alarmowych – potwierdziła Gracen. – „Odyseusz” ma moc pozwalającą na osiągnięcie pełnego zakresu obustronnej łączności nadświetlnej.

Passer gwizdnął cicho, ponieważ miał świadomość, jakiej mocy wymaga taka komunikacja. Właśnie ta informacja, nie abstrakcyjne porównania, pozwoliła mu oszacować, jak wielką energią dysponują jednostki klasy Heros. Systemy łączności nadświetlnej budowano rzadko, ponieważ nawet na Ziemi trudno było o wymagane ilości energii.

– Załoga „Odyseusza” będzie w stałej gotowości. Odpowiemy najszybciej, jak zdołamy – zapewnił Weston. – Ale niech pan pamięta, że kosmos jest wielki.

Morgan skinął głową.

– Mam nadzieję, że wzywanie was nie będzie konieczne – postarał się, aby w jego głosie zabrzmiała pewność, której wcale nie czuł.

– Dobrze – powiedziała Gracen. – Nie każę panu trzymać się z daleka od przestrzeni Priminae, ale proszę, żeby nie spędzał pan tam za wiele czasu.

– Przyjąłem, pani admirał.

– Chociaż wiem, że ma pan już skompletowaną załogę na pokładzie, doślę jeszcze paru specjalistów, którzy przydadzą się w wyjątkowych sytuacjach.

Eric parsknął, omal się nie roześmiał, a admirał posłała mu ostre spojrzenie. Morgan popatrzył na starszego kapitana z niepokojem. Miał zamiar zapytać, o co chodzi, ale nie był pewien, czy chce wiedzieć.

– Wyrazy współczucia, kapitanie – skrzywił się Weston. – Widziałem nazwiska z tej listy.

– Ci ludzie są najlepsi w tym, co robią – zapewniła Gracen.

– Och, bez wątpienia – zgodził się Eric. – Tyle że czasami to, co robią, może doprowadzić resztę załogi do szaleństwa.

– Cudownie – westchnął Morgan. Miał już do czynienia z tą odmianą gatunku Homo sapiens.

Ekscentryczni geniusze zawsze sprawiali kłopoty i bardzo utrudniali kapitanom życie na każdym okręcie marynarki. Passer musiał kiedyś przyjąć na pokład właśnie takiego osobnika i pozostały mu po tym nie najlepsze wspomnienia. Najtrudniej było właśnie na okrętach podwodnych albo kosmicznych, o wiele gorzej niż na jednostkach otwartych. Tłoczenie się w zamkniętej przestrzeni z kimś, kto nieustannie gra innym załogantom na nerwach, było proszeniem się o lawinę nieszczęść, jednak czasami należało to po prostu znieść.

„»Autolikos« przynajmniej jest większy i bardziej przestronny niż okręty podwodne, którymi dowodziłem” – pomyślał kapitan Passer. „A to już coś”.

– Poradzę sobie – mruknął, potrząsając głową. – Jakie są szanse, że natrafimy na Ul, taki jak ten, który znalazła „Odyseja”?

– Trudno powiedzieć, ale dostanie pan wszelkie skany wykonane przez „Odyseję”, żeby w razie czego można było robić porównania – odpowiedziała Gracen. – Jeżeli znajdzie pan jakiś Ul, może pan robić, co zechce, byle tylko pan przez niego nie przelatywał.

– Pani admirał nie żartuje – dodał Eric. – Okręt zostanie namierzony przez skanery grawitacyjne, niezależnie od tego, jak dobrze się zamaskuje.

Morgan uniósł brew.

Żeby wychwycić okręt rozmiarów „Autolikosa” na skanerach grawitacyjnych, trzeba by dysponować aparaturą skanującą wielkości... Skrzywił się, mrużąc oczy. Och. No właśnie. Aparaturą skanującą wielkości układu gwiezdnego.

– Załapał szybciej niż ja – roześmiał się Weston ponuro.

– Dziękuję za ostrzeżenie – westchnął Morgan. – Pewnie nie wpadłbym na to na polu walki.

– Niech mi pan wierzy, gdy tylko wrogowie zaczną pana namierzać, a pan ma świadomość, że mogą zobaczyć okręt... Od razu by się pan domyślił – zapewnił Weston. – W nieocenzurowanych raportach znajduje się więcej informacji. Już zostały przesłane na „Auto”.

Morgan skinął głową – nie miał nic więcej do dodania.

– Czy to wszystko, pani admirał?

– Tak, kapitanie. Chciałam tylko, żeby się panowie poznali przy okazji przekazania rozkazów. To wszystko, chyba że ma pan pytania.

Morgan pokręcił głową.

– W tej chwili nie, pani admirał.

Wstał, zasalutował Gracen i wyciągnął rękę do Westona. Eric oddał uścisk z uśmiechem.

– Niech pan na siebie uważa w kosmosie – powiedział. – Tam naprawdę są potwory.

– Wiem, kapitanie. Myślę, że teraz wszyscy już to wiemy.

– Nie da się ukryć. – Weston skinął głową, a Morgan się odwrócił.

– Kapitanie Weston, mamy jeszcze parę spraw do omówienia. Kapitanie Passer... powodzenia.

– Dziękuję, pani admirał. – Morgan zasalutował po raz drugi i wyszedł.

***

Z rozkazami w ręku Morganowi zrobiło się lżej na sercu, a jego krok stał się bardziej sprężysty, co bynajmniej nie miało nic wspólnego ze sztuczną grawitacją. Spodziewał się, że zostanie oddelegowany do patrolowania zewnętrznych obszarów Układu Słonecznego, czyli po prostu do kręcenia się tu i tam oraz wypatrywania kolejnej inwazji Drasinów. Bez wątpienia byłoby to ważne zadanie, ale śmiertelnie nudne.

Jednak powierzona mu misja spadła niczym przysłowiowy dar niebios, przynajmniej w odczuciu Morgana. Co prawda raczej nie zanosiło się, że zawita po drodze na któryś ze znanych zamieszkanych światów, ale jakoś zniesie to rozczarowanie.

„Autolikos” został przeznaczony do lotów w dalekim kosmosie, Morgan i jego załoga właśnie na takie zadania się pisali.

W przeciwieństwie do starej „Odysei” klasa Włóczęgów nie miała niekształtnego kadłuba. Żadnych bębnów rotacyjnych, żadnych wystających iglic ani odsłoniętych stanowisk. „Autolikos” wyglądał, jakby został zaprojektowany przez zespoły scenarzystów filmowych z dwudziestego wieku – wielokątne płytowe poszycie pancerza, a wszystko chowane i zamykane, żeby nie wystawało. Okręt miał niewielką sekcję radarową, ale obejmującą wszystko, co trzeba. „Auto” mógł się skutecznie ukrywać nawet na dystansie trzech kilometrów od każdego okrętu w Galaktyce. Zapewniały to maskujące płyty poszycia i smukła sylwetka. Oczywiście pod warunkiem, że załoga czegoś nie pokpi albo o czymś nie zapomni.

Co więcej jednak, kształt stanowił też dodatkową zaletę w obronie, ponieważ płyty maskujące mogły również odbijać ataki laserowe pod różnym kątem.

Niewielka wieżyczka rufowa służyła jako pokład obserwacyjny i mostek, ale i jej zaprojektowano możliwość ukrycia się pod wielokątnym pancerzem okrętu, gdy czarny ocean kosmosu okaże się wyjątkowo nieprzyjazny.

Morgan sprężyście kroczył przez port do śluzy łączącej okręt z dokiem. Chciał się nacieszyć ciążeniem po raz ostatni przed odlotem.

Jedyną wadą klasy Włóczęga był brak grawitacji.

Nawet z dodatkową mocą nowych reaktorów materii-antymaterii po prostu nie było dość energii na generatory grawitacji. Co gorsza, w małym kadłubie brakowało też miejsca na rotujące habitaty, co znaczyło, że całą wyprawę załoga spędzi w nieważkości. Początkowo wydawało się to nawet zabawne, ale szybko zaczęło tylko denerwować.

Przy śluzie stał marine. Na widok Morgana zasalutował.

– Sir.

– Powiadom oficera wachtowego, że wróciłem – polecił Morgan, oddawszy salut.

– Tak jest, sir.

Gdy tylko minął czerwoną linię na podłodze i wszedł do tunelu załadunkowego, Morgan poczuł spadek ciążenia. Odbił się i skierował do okrętu, korygując tor ruchu przez odpychanie się od wewnętrznej ściany tuby nogami lub rękami. Pokonanie całej drogi zajęło parę minut ze względu na długość tunelu, trudno też było wykonać gładki ślizg – Morgan musiał pilnować, żeby nie odbijać się o ścianę jak piłka.

Gdy wyszedł na drugim końcu, poleciał do ładowni „Autolikosa” z większą gracją niż w tunelu.

– Witam z powrotem, kapitanie.

– Dziękuję, bosmanie.

Zaraz potem w korytarzu zauważył oficera wachtowego.

– Poruczniku?

– Sir... – Porucznik Burke nie zasalutował. Był to jeden ze zwyczajów, które zarzucili, głównie z powodu właśnie nieważkości. Dlatego porucznik tylko cofnął się, aby zrobić przejście. – Dostałem wiadomość, że pan wraca.

– Wiem. Pozwolenie na wejście na pokład?

– Tak jest, kapitanie – Burke wyszczerzył się w uśmiechu. – Mamy już rozkazy?

– Owszem, poruczniku. Później poinformuję wszystkich na odprawie. – Morgan pozwolił sobie na zadowolony, a nawet, gdyby się dobrze przyjrzeć, przebiegły uśmieszek. – Ale już mogę powiedzieć, że nikt nie będzie rozczarowany.

– Świetnie, sir.

Morgan prześlizgnął się obok porucznika i złapał za uchwyt w głównym korytarzu. Przycisnął biometryczny guzik na rączce i wydał komendę:

– Na mostek.

Uchwyt powoli zaczął nabierać prędkości i ciągnąć Morgana przez długość okrętu. Droga na mostek biegła niemal cały czas prosto, więc tuż za ostrym zakrętem urządzenie rozpędziło się do maksimum.

Inni członkowie załogi przepływali w różnych kierunkach i salutowali powoli, gdy Morgan ich mijał. Ich zachowanie nie wynikało ze słabej dyscypliny, lecz z przystosowania do panujących na pokładzie warunków – okazało się, że nieważkość i ciasnota pomieszczeń na okręcie takim jak „Auto” znacznie utrudniają zachowanie tradycyjnego protokołu. Morgan postanowił zamienić słowo z oficerami, żeby przypomnieli załodze, że salutowanie przestało być obowiązkowe, ale wiedział, że przyzwyczajenie się do nowych zasad zabierze trochę czasu.

Uchwyt zawibrował przy hamowaniu, a Morgana szarpnęło. Stopy poleciały do przodu, gdy wciąż się trzymał rączki. Na mostek prowadziła wielka, ciężka śluza, w tej chwili otwarta na oścież. Metr za nią znajdowała się ściana, która służyła głównie do tego, aby ludzie nie wpadali na mostek z korytarza. Morgan wylądował na ścianie, zamortyzował resztki pędu nogami i przerzucił się na drugą stronę, aby znaleźć się w pomieszczeniu dowodzenia.

– Kapitan na mostku!

– Jak widać – mruknął Morgan i zajął środkowy fotel. Przerzucił pasy przez ramię, ale nie miał zamiaru fatygować się z ich zapięciem.

Wieżyczka „Autolikosa” była wysunięta, więc z mostka roztaczał się panoramiczny widok na przestrzeń okołoziemską, a także na stację na tle Ziemi. Była to spektakularna sceneria, jednak kapitan miał ważniejsze sprawy na głowie.

– Spotkanie z admirał się udało?

Morgan skinął głową, ale na razie musiał się skupić na wprowadzeniu kodów do komputera i załadowaniu danych z raportów dołączonych do rozkazów. Dopiero gdy skończył, podniósł głowę, żeby odpowiedzieć.

– Tak, bardzo dobrze, komandor Li – w jego głosie zabrzmiała satysfakcja.

Komandor Daiyu Li była jego pierwszym oficerem i pomimo początkowych wątpliwości, czy powinno się umieszczać w załodze oficera Bloku, podczas ćwiczeń Morgan nauczył się szanować tę wyjątkową Chinkę. Jeśli chodziło o dyscyplinę, komandor była jeszcze bardziej surowa niż Passer, ale na szczęście doskonale zdawała sobie sprawę, że to, co sprawdzało się poza okrętem, niekoniecznie musiało być dobrym pomysłem na pokładzie „Autolikosa”.

 

Daiyu Li została przydzielona na okręt jako członek zespołu naukowego, a funkcję pierwszej oficer dostała później. Była chyba jedną z najwyżej ośmiu osób, które naprawdę rozumiały działanie napędu zakrzywiającego przestrzeń, używanego przez okręty nowej klasy.

– Domyślam się, że otrzymał pan rozkazy? – zauważyła.

– Owszem. – Kapitan wcisnął kilka klawiszy, aby otworzyć plik od Gracen na ekranie, po czym przesunął go gestem na ekran pierwszej oficer. – Proszę spojrzeć.

Daiyu zaczęła czytać, więc Morgan zajrzał do raportów „Odysei” o konstrukcie Dysona odkrytym parę lat temu.

Struktura Dysona, dopóki jej nie znaleziono, uważana była za wyłącznie teoretyczną megakonstrukcję, którą można by wybudować wokół gwiazdy, aby wykorzystywać uwalnianą przez nią energię. W teorii taka struktura mogłaby mieć kształty od pierścienia po skorupę. Drasinowie nie zbudowali czegoś tak szalonego, chociaż w odczuciu kapitana Passera byli tego bliscy.

Chmura Dysona odkryta przez „Odyseję” była dwupoziomowym, położonym na orbicie wstecznej rojem kolektorów, które wychwytywały szacunkowo dziewięćdziesiąt osiem procent energii emitowanej przez gwiazdę. Do czego byłaby potrzebna tak ogromna moc, pozostało pytaniem, na które nikt nie znał odpowiedzi. Najbardziej prawdopodobna wydawała się hipoteza postawiona w raporcie, że zapewne Drasinowie dysponują jakąś formą systemów konwersji energii w materię, wspomagających multiplikację osobników ich rasy.

Niestety, nie zdobyto żadnych, nawet ogólnych danych, które pozwalałyby wyciągnąć takie wnioski, zatem była to tylko hipoteza.

– Interesujące – odezwała się ze stanowiska obok Li. – Bardzo interesujące.

– Prawda? – uśmiechnął się Morgan. – Spodziewałem się co najwyżej patroli w rejonie naszego układu, ale nie tego.

– Podobnie jak ja. Nawet „Odyseusz” nie dostał pozwolenia na manewry w tak dalekim kosmosie.

Kapitan pokiwał głową.

– Podejrzewam, że dowództwo chce na razie zatrzymać Westona i jego załogę jak najbliżej Priminae. Weston i jego ludzie uważani są tam za bohaterów i zapewne przyczyniają się do uzyskiwania jak największej pomocy od sojuszników. Na Ziemi wciąż trwa odbudowa, więc każda pomoc się liczy. Założę się też, że ambasador uwielbia pokazywać się z załogą „Odyseusza” przy każdej nadarzającej się okazji.

Li skinęła głową, ale jej twarz nieco spochmurniała.

Morgan nie ciągnął tematu, nie próbował nic wyjaśniać. Wiedział, że niewiele by to zmieniło. Osoba kapitana Westona budziła spore kontrowersje, zwłaszcza u oficerów Bloku, którzy walczyli na wojnie. Pozostało wielu, którzy chętnie pozbyliby się gwiazdy sił Konfederacji, wielu także żywiło do kapitana „Odyseusza” osobistą niechęć.

Passer uważał, że Daiyu należy do tej ostatniej grupy, ale nie wiedział, czym było to spowodowane... Jeszcze nie. Teczka personalna komandor została ocenzurowana, nawet dla poziomu dostępu kapitana, co go denerwowało, choć ani trochę nie zaskakiwało, skoro Li należała do oficerów związanych z programem badań napędu nadświetlnego Konfederacji. Dane ludzi pracujących przy projekcie tranzycji nie mogły być przecież powszechnie dostępne.

– Proszę przygotować wytyczne dla porannej zmiany – polecił kapitan. – Przepustki są anulowane. Mamy rozkazy. Opuszczamy przestrzeń okołoziemską jutro wieczorem.

– Tak jest, sir – potwierdziła komandor. – Wszyscy zostali powiadomieni, że w każdej chwili mogą dostać wezwanie na okręt.

– Dobrze. Chcę być gotów jak najszybciej do odlotu.

Żadne z nich nie musiało mówić, co myśli. Lepiej jak najszybciej opuścić Układ Słoneczny, zanim sztab się rozmyśli i anuluje rozkazy. Och, nie było to prawdopodobne, ale i Morgan, i Daiyu woleli czym prędzej odlecieć w daleką przestrzeń i nie wyzywać losu.

– Tak jest, kapitanie – odpowiedziała pierwsza oficer, z lekkim wahaniem używając zachodniej formy wojskowej.

Daiyu wypięła się z fotela i podryfowała swobodnie. Łapała za uchwyty na suficie, gdy przemieszczała się na stanowisko z tyłu, aby porozmawiać z oficerem wachtowym. Morgan rozsiadł się wygodniej i zaczął czytać pakiet informacji załączony do rozkazów.

Od razu stało się dla niego jasne, że „Odyseja” miała nieprawdopodobne szczęście. Pecha również, biorąc pod uwagę konsekwencje jej działań, ale choćby to, że natknęła się tak po prostu na strukturę Dysona i wyszła z tego cało, niemal zniszczyło wiarę Morgana w rozkład statystyczny.

Istnienie struktur Dysona było w ogóle niewiarygodne i nieprawdopodobne z prostego powodu – gdyby cywilizacja osiągnęła możliwość budowy takiej konstrukcji, już by jej nie potrzebowała. Poziom zaawansowania technologicznego wymagany do budowy nawet najprostszej struktury Dysona o niebo przewyższał możliwości ziemskiej technologii czy nawet technologii Priminae. W przekonaniu Morgana każda cywilizacja zdolna do budowy takiej megastruktury powinna rozgnieść „Odyseję” jak robaka.

Kapitana Passera niepokoił również brak odpowiedzi na wiele istotnych pytań dotyczących zarówno Drasinów, jak i tajemniczej rasy, która trzymała drony na smyczy. Wyczuwało się wyraźną różnicę osobowości między oboma gatunkami i Morgan podejrzewał, że poznanie przyczyny tej rozbieżności może być bardzo istotne dla przetrwania Ziemi we wrogiej, jak się okazało, Galaktyce.

***

Komandor Li przejechała pętlą na torach wzdłuż osi „Autolikosa” do maszynowni. W jednostkach klasy Włóczęga maszynownia znajdowała się na śródokręciu, głęboko we wnętrzu kadłuba, aby była chroniona przed atakiem albo wypadkami. W odróżnieniu na przykład od okrętów takich jak „Weifang”, których jedyną wadą było właśnie zbyt wyeksponowane położenie maszynowni. Zniszczenie kadłuba przez lasery wroga rozhermetyzowało sporo sekcji i znacznie utrudniło zarówno naprawy, jak i kontrolę uszkodzeń.

Uchwyt transportowy zwolnił i stopy komandor poleciały do przodu. Daiyu była na to przygotowana – wylądowała na „ściance odbojowej”, co bez wątpienia wyglądało zabawnie. Bez trudu wytraciła impet i przeskoczyła przez barierę na pokład.

Maszynownia była zarazem największym i najbardziej zapchanym pomieszczeniem na okręcie. Daiyu nie miała zamiaru wchodzić dalej, niż to konieczne. Nie znała się na maszynach i szczerze powiedziawszy, przerażały ją znajdujące się tutaj urządzenia.

– Komandor Li.

Daiyu podleciała do mężczyzny, skinęła uprzejmie głową, gdy tylko złapała uchwyt i ustawiła się tak, aby twarze jej i rozmówcy znajdowały się naprzeciw siebie.

– Bosmanie – przywitała przysadzistego inżyniera. – Kapitan chce, żeby okręt był gotowy do odlotu jutro na trzeciej wachcie.

Bosman Xiang Feng pokiwał głową.

– Przyjąłem. Poinformuję swojego zastępcę. Będziemy gotowi.

Daiyu wiedziała, że Feng mówi o bosmanie Doohanie, kanadyjskim inżynierze nadzorującym sekcję napędu tranzycyjnego oraz główny reaktor. Xiang był czołowym ekspertem od wykorzystywanych przez Blok równań Alcubierre’a, które zapewniały „Autolikosowi” bezreakcyjny napęd kosmiczny, ale Doohan należał do najlepszych techników Konfederacji i specjalistów od technologii tranzycji, świetnie znał się również na generatorze antymaterii.

„Auto” stanowił właściwie sumę kontrastów. Wielu najlepszych ekspertów z dwóch bardzo różnych kultur znalazło się na jednym pokładzie, aby dokonać czegoś ważnego. Daiyu zamierzała zadbać, aby to się udało.

– Bardzo dobrze, bosmanie.

– To oczywiście znaczy, że dostaliśmy rozkazy – zauważył Xiang.

Daiyu potwierdziła skinieniem głowy.

– Kapitan ogłosi to wkrótce, ale myślę, że nie będzie pan rozczarowany.

Xiang uśmiechnął się szeroko.

– Zatem mam nadzieję, że czeka nas daleki kosmos?

– Kapitan wszystko powie – zapewniła go surowo komandor Li, ale zaraz przewróciła oczami z lekkim uśmiechem.

–Będę niecierpliwie czekał na słowa kapitana – uśmiechnął się Xiang i wcale nie próbował tego ukryć.

Na pokładzie „Auto” nie było chyba nikogo, kto nie wyczekiwałby na pierwsze zadanie. Co prawda nikt nie pisał się na patrolowanie najbliższych obszarów Układu Słonecznego, ale też po inwazji żaden załogant nie narzekałby na takie obowiązki. Jednak chociaż patrole były niewątpliwie konieczne, jedynym powodem, dla którego zaciągano się do Floty Kosmicznej, była szansa wyprawy w daleki kosmos.

***

Kapitan Passer skończył pracę późno, ale niechętnie kładł się spać. Nie był dowódcą, którego określa się mianem służbisty, nie należał też pod żadnym względem do leniwych, ale z pewnością nikt nie nazwałby go żywiołowym. Tym razem jednak musiał przyznać, że z trudem panował nad emocjami.