Odyssey One. W ogniu wojnyTekst

Z serii: Odyssey One #4
0
Recenzje
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Nie masz czasu na czytanie?
Posłuchaj fragmentu
Odyssey One. W ogniu wojny
Odyssey One. W ogniu wojny
− 20%
Otrzymaj 20% rabat na e-booki i audiobooki
Kup zestaw za 59,74  47,79 
Odyssey One. W ogniu wojny
Odyssey One. W ogniu wojny
Audiobook
Czyta Roch Siemianowski
29,95  23,66 
Szczegóły
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

Evan Currie

ODYSSEY ONE

TOM IV

W OGNIU WOJNY

Przekład Małgorzata Koczańska

Warszawa 2015

W serii ODYSSEY ONE dotychczas ukazały się:

ODYSSEY ONE

ROZGRYWKA W CIEMNO

ODYSSEY ONE

TOM II

W SAMO SEDNO

ODYSSEY ONE

TOM III

OSTATNI BASTION

Tytuł oryginału: Out of the Black: Odyssey One #4

Text copyright © 2014 Evan Currie

All rights reserved.

Published in the United States by Amazon Publishing, 2014.

This edition made possible under a license arrangement originating with Amazon Publishing, www.apub.com

Projekt okładki: Agencja Ilustratorsko-Reklamowa MOTOKO

Redakcja: Rafał Dębski

Korekta: Agnieszka Pawlikowska

Skład i łamanie: Ewa Jurecka

Wydawca:

Drageus Publishing House Sp. z o.o.

ul. Kopernika 5/L6

00-367 Warszawa

e-mail: drageus@drageus.com

www.drageus.com

ISBN ePub: 978-83-64030-50-5

ISBN mobi: 978-83-64030-51-2

Opracowanie wersji elektronicznej:

Karolina Kaiser

Ta powieść, czwarta część cyklu Odyssey One, dedykowana jest czytelnikom, którzy sprawili, że ciąg dalszy w ogóle nastąpił. Bez Waszego entuzjazmu i wsparcia cykl nigdy nie rozwijałby się tak wspaniale z tomu na tom. Dziękuję, że przyłączyliście się do mnie w tej podróży, i mam szczerą nadzieję, że pozostaniecie i ruszycie dalej, gdy przygaśnie ogień tej wojny.

PROLOG
Manhattan, Nowy Jork
Pięć minut do uderzenia

Już czas.

Głos był tylko szeptem na wietrze, zagłuszonym przez łomot budynku walącego się w opadających na Ziemię kłębach pyłu i kurzu, krzyki ludzi i wycie alarmów. Miasto żyło, ale odniosło głęboką ranę i jęczało z wściekłości i bólu. Przez taki hałas szept nie mógł się przebić.

Dzień zaczął się względnie normalnie pomimo ogłoszenia podwyższonego stanu gotowości sił wojskowych na całym świecie. Normalność roztrzaskała się jak szkło, kiedy z góry opadły cienkie smugi spalin, przecinając niebo w przerażającej ciszy, przez co miliony ludzi nawet ich nie zauważyły, dopóki nie było za późno. A ci, którzy zauważyli, najczęściej zamierali, a potem zaczynali krzyczeć, wskazując płonące ślady.

Jeden uderzył w przedmieścia, a wtedy budynki eksplodowały, inny trafił w najwyższy drapacz chmur na horyzoncie. Wszyscy jednak usłyszeli to w chwili, gdy dotychczasowa wolność zmieniła się w grozę opadającą na ulice niczym ulewny deszcz. Wśród krzyków, które właśnie wtedy się zaczęły, niektórzy ludzie zachowali spokój i tylko patrzyli, jak coraz więcej strug ognia przebija się przez chmury i zmierza w stronę miasta.

A potem ujrzeli to, co przedarło się przez kłęby obłoków i na zawsze odmieniło oblicze świata.

Ten kształt rozpoznawano na całym świecie. Płomienie buchały z dziur ziejących w stalowosinym kadłubie okrętu Konfederacji Północnoamerykańskiej „Odyseja”, który obniżył lot nad Wschodnim Wybrzeżem, po czym na pułapie piętnastu tysięcy stóp otworzył ogień.

Każdy strzał był jak uderzenie boskiego młota z niebios, a gdy „Odyseja” przelatywała w pobliżu, szyby w dziesiątkach budynków pękały od huku i rozsypywały się w drobny mak. Lecz każdy grom wystrzału z okrętu trafiał w jasne niebo i niszczył źródło wypuszczające smugi ognia.

„Odysei” nie skonstruowano jednak do lotów w atmosferze i jej wrogowie mieli przewagę. Płonące wiązki dosięgły kadłuba sławnej jednostki i okręt flagowy Konfederacji zadrżał po trafieniach.

„Odyseja” powoli opadła nad przystań, a po kolejnej salwie z góry uderzyła w Long Island.

Tak wyglądał początek.

***

Na niebie wyroiły się myśliwce i zaczęły razić agresorów wszystkim, czym tylko dysponowały. Był to imponujący pokaz, lecz wróg miał przewagę liczebną. Spora część strąconych maszyn zadała przy upadku niszczycielskie ciosy miastu pełnemu ludzi.

Dla wielu wtedy właśnie koszmar zmienił się ze zdumiewającego w surrealistyczny, ponieważ ta prawdziwa groza wypełzła z kraterów, a Nowy Jork stał się polem bitwy, jakiego wcześniej na Ziemi nie widziano.

W ferworze walki, podczas gdy Gwardia Narodowa przybyła z odsieczą policji, tylko nieliczni dostrzegli, że „Odyseja” rozpadła się przy zderzeniu z wodą, a jej fragmenty rozsypały się po okolicy. Wiele części odbiło się i trafiło w zabudowania przystani, powodując ogromne zniszczenia, inne wolno znikały pod wodą.

Dwa wielkie bębny habitatów okrętu oderwały się od reszty kadłuba i wirując, pomknęły w dół rzeki. Jeden z nich poleciał na południe przez Queens i wpadł do wody tuż obok Eastchester Bay, drugi zakręcił spiralą na zachód, odbił się od północnego brzegu Roosevelt Island, poszybował przez dzielnicę biurowców i opadł prosto na Central Park.

Zbudź się.

Szept ponownie utonął w chaosie, ruinie i pyle skłębionym nad miastem niczym front burzy piaskowej pochłaniającej wszystko na swojej drodze. Nowym Jorkiem wstrząsały kolejne uderzenia, lecz miasto należało do takich, które przeżyły już wiele katastrof – budziło się powoli i zbierało siły, by poradzić sobie z naporem wydarzeń.

W zachodniej części Central Parku główny habitat „Odysei” zatrzymał się i tylko kołysał na niepewnym gruncie wśród powalonych drzew i zmiażdżonych samochodów. Powietrze przenikało wycie syren i fale uderzeniowe, a ci, którzy przeżyli, aby na własne oczy zobaczyć upadek okrętu, milczeli przerażeni, gdy ich oczom ukazał się podziurawiony i zgnieciony cylinder zasadniczej części najpotężniejszej jednostki międzygwiezdnej zbudowanej przez człowieka.

Wewnątrz modułu nie widać było żadnego ruchu.

***

No już! Obudź się!

Eric Stanton Weston gwałtownie nabrał tchu, gdy ocknął się z koszmaru, w którym znalazł się uwięziony na rozhermetyzowanym od wybuchu okręcie. Szarpnął się odruchowo, ale nie zdołał poruszyć choćby o cal. Szybko zrozumiał dlaczego.

Był przypięty pasami do stanowiska dowodzenia, które teraz najwyraźniej znalazło się na suficie. Długo zwisał tak do góry nogami, oszołomiony, i próbował pojąć, co właściwie zaszło i co jeszcze się dzieje.

„Gdzie?”

Eric nie mógł jasno myśleć. Miał wrażenie, jakby przejechał po nim wyjątkowo ciężki czołg… albo jakby swoim myśliwcem przeorał pole jakiegoś nieszczęsnego drania.

Zamrugał i rozejrzał się. Pamięć powoli wracała. Wtedy dotarło do niego, że ostatnie skojarzenie okazało się bardzo bliskie rzeczywistości.

– O Boże, boli – wymamrotał. Oblizał usta, potem wypluł kawałek osłony wizjera hełmu. „Materiał odporny na stłuczenia, akurat”.

Ostrożnie uniósł rękę i zaczął zdejmować kawałki przezroczystej osłony z twarzy. Potem odpiął hełm i upuścił go na sufit, który teraz pełnił rolę podłogi.

Poszatkowane wspomnienia tego, co doprowadziło Erica do obecnej sytuacji, zaczynały się składać w całość, chociaż następowało to nieznośnie ociężale. Westona bolała głowa, miał wrażenie, że pod czaszką pracuje mu młot pneumatyczny, nie mógł zogniskować spojrzenia.

Eric nie był wprawdzie lekarzem, ale potrafił rozpoznać objawy wstrząsu mózgu. W najgorszym wypadku będzie potrzebna pomoc medyczna, zważywszy jednak na to, że w ogóle nie spodziewał się przebudzenia, należało przyznać, iż czuł się całkiem nieźle.

„Nie będzie łatwo. Otóż to”.

Nie mógł pozostać w tej pozycji, ale nie wiedział, gdzie uda mu się wylądować… a raczej spaść… Nie należało też liczyć na pomoc.

„Zresztą świat bez wątpienia ma teraz ważniejsze sprawy na głowie. Muszę sam o siebie zadbać”.

Spojrzał w górę, a raczej chyba w dół. Ledwie dostrzegał sufit mostka, który znajdował się przecież tylko parę stóp niżej niż głowa kapitana.

„O tak. Zdecydowanie nie będzie łatwo”.

Wziął głęboki oddech, zamknął oczy, a potem wcisnął klamrę zwalniającą pasy.

Spadł z dziesięciu stóp, obracając się, na ile zdołał, po czym mocno uderzył w sufit ramieniem i niezdarnie przetoczył się, boleśnie obijając sobie barki i głowę. Udało mu się zatrzymać, chwyciwszy jedną z lamp, teraz nieczynną tak jak pozostałe, i po prostu leżał, czekając, aż ból się trochę zmniejszy.

„Nawet po postrzale nie czułem się tak źle” – pomyślał ponuro między urywanym pojękiwaniem i błaganiem, by skończyło się łupanie w głowie.

Nie miał pojęcia, jak długo tak leżał, ale kiedy wreszcie ból zmniejszył się do znośnego poziomu, Eric dźwignął się na kolana i popełzł do drzwi. Oczywiście były zamknięte, a bez dopływu prądu otwarcie ich wymagało większego trudu.

„Też mi nowina”.

Weston podniósł się z jękiem. Musiał dosięgnąć do panelu, który zwykle znajdował się na wysokości czterech stóp, aby manualnie otworzyć gródź. Po kilku podskokach wreszcie się udało – drzwi rozsunęły się na tyle, aby Eric mógł wcisnąć dłonie i bardziej rozewrzeć szczelinę. Wydostał się z mostka na korytarz. Tam przystanął, aby zebrać myśli.

 

„Chwileczkę, powinienem iść prawo czy w lewo, żeby dostać się do najbliższego magazynu broni?”

Zamrugał, żeby skupić wzrok, bo wszystko mu się dwoiło przed oczami. Zastanowił się. Zwykle dotarcie do zbrojowni nie stanowiło problemu, wystarczyło wyjść, przejść wzdłuż krzywizny habitatu w prawo i trafiało się do pomieszczenia ochrony.

Gdy się jednak stało na suficie korytarza i cierpiało na potworną migrenę, trudno było przypomnieć sobie nawet, co to znaczy „w prawo”. Pomogło dopiero wykonanie wyimaginowanego podpisu, jaki odruchowo składał prawą ręką.

Nareszcie domyślił się, że powinien iść w lewo. I wtedy uświadomił sobie, że ma o wiele większy problem.

„O cholera, przy ziemskiej grawitacji wnętrze będzie przypominać cyrk, nie normalny habitat”.

Eric westchnął, przemyślał sytuację i powoli pokręcił głową.

„No i się zaczęło. Już nie jest łatwo”.

Opadł na czworaka, odwrócił się i powoli zaczął się opuszczać.

Udało mu się zejść ćwierć dystansu, jaki miał do pokonania, gdy stracił chwyt i zaczął się zsuwać w mrok nieoświetlonego korytarza, przeklinając przy tym paskudnie.

***

Lyssa Myriano miała najgorszy dzień w życiu.

Zaczęło się od kłótni, która doprowadziła do zerwania z chłopakiem, a teraz cały przeklęty Układ Słoneczny uznał chyba, że najwyższa pora hurtowo odwiedzić Nowy Jork.

„No kurwa, cudownie”.

– Na ziemię! – warknął funkcjonariusz policji na grupkę ludzi, którzy z krzykiem gnali prosto na Lyssę.

Rozbiegli się, gdy przeładowała starego remingtona, którego wyciągnęła z bagażnika samochodu. Może to trochę staroświecka strzelba, ale wystarczała niemal na wszystko, oprócz pancerzy sił specjalnych, dlatego Lyssa nigdy nie czuła potrzeby, żeby zaopatrzyć się w bardziej nowoczesną broń.

Teraz tego pożałowała.

Oddała sześć strzałów, przeładowując najszybciej jak się dało, w zbliżającą się potworność, przed którą uciekał tłum. Stwory wyglądały jak z filmu, tyle że trochę mniej realistycznie – na insektowatych odnóżach kołysały się ciała wielkie jak ciężarówki.

„Albo małe czołgi”.

Lyssa zaklęła głośniej, odrzuciła shotgun i wyjęła pistolet służbowy. Nieco bardziej zaawansowana technologicznie broń, kaliber dziesięć milimetrów, mogła przedziurawić pancerz, zaprojektowano ją bowiem tak, by bez trudu przebijała karoserię pojazdów cywilnych. Strzelała, cofając się. Tak naprawdę próbowała tylko spowolnić jednego z najeźdźców, żeby pomóc ludziom w ucieczce.

Udało jej się tylko przyciągnąć uwagę stwora.

„Świetnie. Jeszcze tego mi trzeba w tym pieprzonym dniu”.

Rozejrzała się i rzuciła w bok do ucieczki. Prowadziła stwora do parku, jak najdalej od tłumów. W parku było dość miejsca, aby goniący ją napastnicy nie uderzali w budynki i przede wszystkim w ludzi, jednak oznaczało to zarazem, że kobieta stanowi idealny cel.

Uskoczyła w lewo, gdy usłyszała skwierczenie. Wiązka płomieni spaliła trawę tuż obok. Lyssa zerwała się zaraz na równe nogi, zerknęła na zniszczenia i rzuciła się znowu do biegu.

„Cudownie! Mają też miotacze!”

Dotknięciem włączyła komunikator w uchu, który nosiła podczas pracy.

– Centrala, tu Kilo Jeden Dziewięć, zgłaszam kod… Centrala, jaki jest pierdolony kod na inwazję obcych?

Sztab Gwardii Narodowej
Posterunek na okręcie-muzeum USS „Intrepid”

– Dostajemy raporty z całego miasta, obcy są wszędzie, sir!

Generał brygady Potts tylko warknął.

– Powiedz mi coś, czego nie wiem.

Zdenerwowany porucznik miał dość przyzwoitości, żeby zawstydzić się swojego wybuchu, lecz nie wpłynęło to w żaden sposób na nastrój Pottsa. W całym mieście panoszyli się obcy, a dwudziestoczterogodzinne uprzedzenie o ataku z kosmosu jedynie wzmagało wściekłość generała.

Gwardia Narodowa zyskała czas tylko na zorganizowanie sztabu kryzysowego. Wykorzystano stary lotniskowiec „Intrepid”, przycumowany do wybrzeży Manhattanu od ponad stu lat. Wydawał się odpowiednim miejscem na punkt dowodzenia, biorąc pod uwagę, że znajdował się blisko centrum i łatwo go można było bronić. W dodatku utrzymywano go w dobrym stanie z zewnątrz i wewnątrz.

Z perspektywy militarnej „Intrepid” był antykiem, ale za to jakim…

– Generale!

– O co chodzi, starszy sierżancie? – Potts zerknął na przybyłego.

– Najnowszy raport ze zwiadu, sir.

– I?

– Sto osiemdziesiąt trzy cele w mieście.

Generał skrzywił się, ale skinął głową.

– Dziękuję, sierżancie.

– Tak jest, sir. Panie generale?

– Co znowu?

– Doszły też raporty z okolic katastrofy – kontynuował meldunek starszy sierżant Rigand. – Wygląda na to, że dzięki „Odysei” mamy przynajmniej setkę bandziorów mniej na powierzchni, zostali zdjęci, zanim zdążyli wylądować.

– Ale pewnie w trakcie działań „Odyseja” dokonała więcej cholernych zniszczeń w mieście niż ci wszyscy przeklęci obcy razem wzięci – warknął Potts, zaraz się jednak wyraźnie rozpogodził. – Ktoś ocalał z okrętu, sierżancie?

– Wysłałem zapytanie o załogę przez ogólną sieć łączności i dostałem odpowiedź, że okręt został opuszczony, zanim spadł.

– Opuszczony? Ktoś jednak sterował działami.

– Tak, generale. Na „Odysei” pozostał kapitan Weston.

Potts westchnął i potrząsnął głową.

– Co za szkoda. Był dobrym żołnierzem. Walczyłem pod niejednym niebem, które oczyścił.

– Tak jest, sir.

– No dobra. Nie ma czasu na opłakiwanie tych, których straciliśmy. Z dostarczonych informacji wynika, że jeżeli stracimy inicjatywę w starciu z obcymi, przegramy z kretesem. Gdyby nie udało nam się wyprzeć intruzów z miasta, zostałem upoważniony do podjęcia decyzji o ataku nuklearnym. Ale niech to nie będzie jedyna opcja, dobrze, sierżancie?

Starszy sierżant pobladł nieco, ale tylko stanowczo skinął głową. Podczas służby zetknął się z różnymi szaleństwami, ale nigdy nie przypuszczał nawet, że amerykański oficer – czy też konfederacki – będzie rozważał zrzucenie głowic jądrowych na jakiekolwiek miasto, a zwłaszcza własne. Starszy sierżant wolałby tego nigdy nie oglądać.

– Załatwimy tych skurwieli, generale. Gwarantowane.

– Oby, sierżancie. Co do jednego – stwierdził krótko Potts. – Co do jednego.

Okręt Konfederacji Północnoamerykańskiej „Odyseja”
Habitat na pokładzie dowodzenia

W ciemności Eric otworzył oczy i oblizał usta. Leżał na podłodze wewnętrznej sekcji habitatu.

„Przynajmniej nie muszę już spacerować po suficie”.

Nie miał najmniejszej ochoty się ruszać. Ale choć leżenie tutaj było całkiem przyjemne, Eric nabrał tchu i dźwignął się na kolana. Tym razem wstawanie nie okazało się tak trudne jak poprzednio, choć nadal bolesne. Wyprostował się i oparł o ścianę.

„Niech ten przeklęty habitat przestanie wirować mi przed oczami” – pomyślał, choć zdawał sobie sprawę, że jeszcze niedawno by wolał, żeby habitat się kręcił. Co za ironia!

„Magazyn broni powinien być gdzieś tutaj, niedaleko…”

Ruszył, opierając się o ścianę, z powrotem w górę po krzywiźnie habitatu. Schowek okazał się łatwy do znalezienia. Problemem były jednak podwójne pancerne drzwi, które nie działały z powodu braku energii. Eric sprawdził panel dostępu i szybko przekonał się, że nie ma szans ich ruszyć.

Wyciągnął kabel zasilania skafandra i połączył go z ogniwami panelu na wystarczająco długi czas, aby zresetować komputer i wpisać kod dostępu. Potrzebne były tylko trzy próby, żeby wprowadzić poprawną sekwencję cyfr, co Eric uznał za niezły wynik, biorąc pod uwagę, że wszystko mu się troiło przed oczami.

Drzwi rozsunęły się z sykiem i Weston wtoczył się do środka. Starał się iść w miarę prosto i nie zataczać jak pijany na pochyłej podłodze. Zapomniał jednak o trudach, gdy dotknął znajomego kształtu.

„Cześć, ślicznotko”.

Central Park

„Powinnam zostać na ulicy, tam przynajmniej było gdzie się ukryć!”

Magazynek broni służbowej dawno się wyczerpał, a Lyssa nie zdjęła ani jednego wroga, ale przynajmniej paru porządnie wkurzyła. Uznała to za sukces, ponieważ obcy ścigali teraz ją, co znaczyło, że nie gonili innych ludzi, jednak było to dość żałosne zwycięstwo.

Czuła narastające zmęczenie, zataczała się, a siły ją opuszczały, jednak zmuszała się do przebierania nogami, kierując się do zachodniej części Central Parku. Na szczęście, jak się spodziewała, przeciwnik zapewnił jej cholernie dużo kryjówek. Pieprzony walec, który spadł z nieba, skosił drzewa na kilku akrach, dzięki czemu Lyssa mogła biec pod osłoną zwalonych pni i mylić pościg.

Jednak ku własnemu zaskoczeniu wkrótce potem wybiegła na główną aleję. Teren pokrywało rumowisko, przejście blokowało kilka przewróconych samochodów, ale Lyssa dostrzegła też coś, co ją ucieszyło. Ostatkiem sił dotarła do opancerzonego pojazdu nowojorskich sił SWAT i opadła na kolana, gdy tylko znalazła się pod osłoną. Z góry wyszczerzyła się do niej znajoma twarz.

– Spóźniłaś się, Myriano.

– Och, odwal się, Paul, nie ty musiałeś ściągać na siebie pogoń tych drani przez cały pieprzony park!

Gdy Lyssa odzyskała oddech, wzięła policyjną strzelbę i sprawdziła, czy jest załadowana.

– Nie są zbyt szybcy – zauważył John z posterunku.

– Przy takim zasięgu ognia nie muszą się śpieszyć – odcięła się Lyssa. – Trzy razy omal mnie nie usmażyli, a nie jestem pewna, czy nawet celowali. Gdzie się podziewa pieprzona Gwardia Narodowa?

– Miasto jest zakorkowane. – John wzruszył ramionami. – Najpierw pewnie trzeba sprawdzić, czy ludzie nie zostali w samochodach, zanim wypuści się na nie czołgi.

– Wypuści czo… Żartujesz sobie? – Lyssa wytrzeszczyła oczy.

– Usuwanie pojazdów trwałoby O WIELE ZA DŁUGO, wierz mi.

Lyssa zmarszczyła brwi, ale trudno było temu zaprzeczyć. Korki blokowały ulice jak okiem sięgnąć, a wielkie insektowate dranie w takich warunkach bez wątpienia miały przewagę mobilności. Nic nie dorówna możliwości przechodzenia nad samochodami albo wdeptywania ich w ziemię. Gwardii nie będzie łatwo z czołgami, zwłaszcza że część z tych ciężkich pojazdów nadal miała przestarzałe podwozia.

„Oczywiście sama siedzę tutaj z gównianym M-4C, więc raczej nie mogę wypominać innym, że używają staroci”.

Mniej niż garstka funkcjonariuszy nowojorskiej policji – w tym oczywiście większość uprawnionych ze SWAT – mogła używać broni wojskowej. Uzbrojenie odpowiednie na współczesne pola bitwy było zbyt niszczycielskie, aby stosować je w normalnych warunkach miejskich. Szczerze powiedziawszy, broń stosowana w miastach nie zmieniła się ani trochę od stu lat z okładem. Zaopatrzono ją w bardziej wymyślne celowniki optyczne, systemy rejestracji i wspomaganie oraz podzespoły komputerowe, ale kule były te same, a większość sił policyjnych wciąż strzelała z broni podobnego kalibru, co ich pradziadowie.

Chodziło po prostu o minimalizację kosztów.

– Nadchodzi! Wstrzymać ogień, dopóki nie będziemy go mieć w zasięgu bezpośrednich trafień! – zawołał John i oparł strzelbę o zderzak opancerzonego pojazdu bojowego.

Lyssa podniosła się, zajęła pozycję obok i spojrzała przez celownik swojej broni. Wróg bynajmniej nie próbował się podkraść – insekty zwyczajnie zwalały drzewa stojące im na drodze – więc dokładne przyjrzenie się nie stanowiło żadnego wyzwania. Lyssa miała tylko nadzieję, że wraz z kolegami dysponuje odpowiednią siłą ognia, aby wyrządzić obcym krzywdę.

– Przygotować się! Cel! – zawołał John, gdy pierwszy z insektoidów wkroczył na zachodni obszar Central Parku. – PAL!

Powietrze przecięło staccato serii z automatów, gdy piętnastu policjantów otworzyło ogień ze wszystkiego, czym dysponowali.