Odyssey One. Ostatni bastion

Tekst
Z serii: Odyssey One #3
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Nie masz czasu na czytanie?
Posłuchaj fragmentu
Odyssey One. Ostatni bastion
Odyssey One. Ostatni bastion
− 20%
Otrzymaj 20% rabat na e-booki i audiobooki
Kup zestaw za 59,74  47,79 
Odyssey One. Ostatni bastion
Audio
Odyssey One. Ostatni bastion
Audiobook
Czyta Roch Siemianowski
29,95 
Szczegóły
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

Evan Currie

ODYSSEY ONE

TOM III

OSTATNI BASTION

Przekład Małgorzata Koczańska

Warszawa 2014

W serii ODYSSEY ONE dotychczas ukazały się:

ODYSSEY ONE

ROZGRYWKA W CIEMNO

ODYSSEY ONE

TOM II

W SAMO SEDNO

Tytuł oryginału: Homeworld: Odyssey One

Text copyright © 2013 Evan Currie

All rights reserved.

Published in the United States by Amazon Publishing, 2013.

This edition made possible under a license arrangement originating with Amazon Publishing, www.apub.com

Projekt okładki: Agencja Ilustratorsko-Reklamowa MOTOKO

Redakcja: Rafał Dębski

Korekta: Agnieszka Pawlikowska

Skład i łamanie: Ewa Jurecka

Wydawca:

Drageus Publishing House Sp. z o.o.

ul. Kopernika 5/L6

00-367 Warszawa

e-mail: drageus@drageus.com

www.drageus.com

ISBN epub: 978-83-64030-38-3

ISBN mobi: 978-83-64030-39-0

Opracowanie wersji elektronicznej:

Karolina Kaiser

Dla Wynn Currie, mojej matki, która nigdy nie wątpiła, że moje pisarskie próby zakończą się sukcesem. Bez jej wsparcia nigdy nie zaszedłbym tak daleko. Dziękuję, Wynn.

PROLOG
Gliese 581

Okręt międzygwiezdny zbliżał się do układu planetarnego. Gwałtownie wytracał prędkość, wykorzystując grawitację czerwonego karła jako dodatkowe wsparcie przy manewrach hamowania. Silniki wsteczne włączały się, aby przeciwdziałać inercji, jakiej jednostka nabrała podczas podróży. Przy pomocy generatorów pól masy przeciwnej udało się pozbyć resztek prędkości relatywistycznej i okręt odzyskał pełną sterowność. Jednostka „Weifang” Sił Kosmicznych Armii Ludowo-Wyzwoleńczej była jednym z zaledwie pół tuzina okrętów klasy Mao Tse, dostosowanych do generatorów masy przeciwnej czwartej generacji, które umożliwiały poruszanie się szybciej od światła. Od sukcesu Konfederacji Północnoamerykańskiej i jej sławetnej jednostki, „Odysei”, Blok Wschodni odczuwał presję, aby zaznaczyć swoją obecność w tym nowym kosmicznym wyścigu – „Weifang” został wyznaczony do tego właśnie celu.

Kapitan Sun Ang Wen rozpiął uprzęże chroniące przed przyśpieszeniami i zachwiał się lekko, gdy wstawał z fotela.

Dzięki działaniu MP załoga nie została zmiażdżona przez ogromne siły deceleracji, które działały na okręt. Ale system nie był doskonały i odczuwało się niektóre impulsy kontrgrawitacyjne.

– Obliczenia trajektorii zakończone, panie kapitanie. – Nawigator odwrócił głowę, ale nie wyzwolił się z własnej uprzęży. – Jesteśmy dokładnie na kursie.

– Doskonale. Proszę namierzyć Gliese 581 D – rozkazał Sun. – To nasz główny cel.

– Tak jest, kapitanie.

Blok Wschodni wybrał Gliese 581, ponieważ w układzie znajdował się jeden z najbliższych odkrytych światów podobnych do Ziemi. Sun nie potrafił zrozumieć, dlaczego Konfederacja postanowiła przeprowadzić pierwsze loty próbne w zupełnie innym kierunku. Możliwe, że w konfederackich systemach naprowadzających stosowano inne założenia niż w bardziej konwencjonalnych konstrukcjach, na jakich opierały się urządzenia Bloku używane do określania punktu docelowego lotu. To miało sens.

W układzie Gliese raczej nie istniało żadne życie, które zainteresowałoby Blok, ale propagandowe slogany, głoszące zajęcie kilku ziemiopodobnych planet najbliżej Układu Słonecznego, miałyby nieocenioną wartość.

Sun wcisnął guzik komunikatora i połączył się z niższymi pokładami.

– Sprawdzić lądowniki i zaopatrzenie. Wkrótce znajdziemy się na orbicie docelowej.

– Tak jest, kapitanie.

„Weifang” kontynuował wytracanie prędkości, gdy oślepiająco szybko krążył po orbicie czerwonego karła. Stosunkowo niska energia wytwarzana przez gwiazdę pozwalała lecieć o wiele bliżej korony, niż byłoby to możliwe w Układzie Słonecznym. Kurs po ciasnym korkociągu, stosowany do wydłużenia czasu hamowania, wystarczy, aby osiągnęli trajektorię wejścia na orbitę planety Gliese 581 D.

– Planeta docelowa przed nami, kapitanie. Zbliżamy się na wysoką orbitę.

Sun skinął głową.

– Zwolniliśmy na tyle, żeby grawitacja D nas pochwyciła?

– Tak, kapitanie.

– Doskonale. – Sun z zadowoleniem spojrzał na ekran główny, na którym w oddali widniała powiększająca się powoli kula.

– Kapitanie, na orbicie wykrywamy obiekty.

– Księżyce?

– Nie, sir, za małe. Zapewne mniejsze asteroidy, przyciąg-nięte przez planetę. Jest ich kilka… – Specjalista od instrumentów namierzania urwał, a kiedy znowu się odezwał, w jego głosie zabrzmiało zaskoczenie. – To dziwne.

– Co takiego?

Panowała cisza, gdy mężczyzna pochylił się nad konsolą i wbił wzrok w liczby przelatujące po ekranach. Otworzył szerzej oczy, po czym cofnął się i rozejrzał nerwowo. – Kapitanie! One mają zasilanie!

– Co? – Sun złapał uchwyt na suficie i skierował się do stanowiska namiarowego. – Jest pan pewien?

– Tak, kapitanie. Obiekty przyśpieszają na orbicie, aby uniknąć upadku w studnię grawitacyjną.

– Jaki mają kurs?

Mężczyzna zawahał się, potem podniósł wzrok.

– Przechwytujący, kapitanie.

Sun zaklął wulgarnie, choć wiedział od razu, że postąpił głupio. Daleki był jednak od przejmowania się profesjonalizmem, gdy odepchnął się i poszybował z powrotem do swojego fotela.

„Wybraliśmy kierunek przeciwny do tego, w jakim Konfederacja posłała swoją przeklętą »Odyseję«! Czy to ci sami obcy, których tam odkryli?”

Zrobiło mu się zimno na myśl, że informacja zamieszczona w tajnych raportach przejętych od Konfederacji okazała się jak najbardziej prawdziwa. Tylko kilku ludzi w wyższych kręgach hierarchii Bloku wierzyło w to bez zastrzeżeń, choć było oczywiste, że konfederaci natknęli się w głębi kosmosu na coś, co niezbyt ich polubiło. Istnienie pozaziemskiego życia, inteligentnego życia, nie podlegało już dyskusji, ale przypuszczenie, że to jakaś apokaliptyczna horda kosmicznych Mongołów, wydawało się raczej mało prawdopodobne.

Jeżeli jednak była to prawda, „Weifang” miał spory problem. Co gorsza, Ziemia znalazła się chyba w większych opałach, niż można by sobie wyobrazić.

„Jeżeli to ci sami, to nie tylko są bliżej Ziemi, niż nam się wydawało… Oni najwyraźniej nas okrążają”.

– Włączyć alarm bojowy – rozkazał Sun. – Drugi stopień dla wszystkich stanowisk.

– Tak jest, kapitanie. Alarm drugiego stopnia dla wszystkich stanowisk.

Z daleka rozległy się sygnały alarmowe, stłumione przez grodzie, które zamknęły mostek, gdy „Weifang” rozpoczął przygotowania do walki.

***

Okręty-drony zareagowały natychmiast, gdy tylko wykryły zbliżanie się szkarłatnej pręgi. Taka reakcja została zaprogramowana, drony nie miały nad nią żadnej kontroli. Dziewięćdziesiąt procent ich sił oderwało się od orbity świata, na którym przeprowadzały właśnie proces oczyszczania, i obrało bezpośredni kurs na zbliżenie do źródła zakłóceń, zanim jeszcze zakończyły analizy danych.

Znajdowały się prawie w granicach zasięgu ostrzału, kiedy dostrzegły, że parametry nie zgadzają się z tym, czego oczekiwały.

Był to okręt pręgi, ale nie jeden z bezpośrednich celów. Zarejestrowana krzywa mocy okazała się jeszcze niższa niż w przypadku tej jednostki, która zdziesiątkowała flotę dronów podczas wcześniejszych starć. Po krótkiej konsultacji i przedyskutowaniu danych uznane zostało, że okręt z wysokim prawdopodobieństwem pochodzi z tego samego źródła, co nieznana jednostka sklasyfikowana obecnie jako Drakr Yngat.

Flota przeszła w stan najwyższej gotowości i przy zbliżaniu rozciągnęła szyk, broń naładowano na pełną moc, napędy rozjarzyły się jaskrawo.

***

– Kapitanie, zbliżają się szybko, kurs przechwytujący!

– Widzę – odparł Sun surowo. – Rozpocząć manewry unikowe. Czy kondensatory MP są w pełni naładowane?

– Tak, kapitanie!

– Skierować pełną moc do kondensatorów laserów głównych. Utrzymać moc na wszystkich stanowiskach. – Sun próbował prześwidrować wzrokiem ekran taktyczny.

– Przekierowanie, pełna moc.

– Zamknąć główne grodzie międzypokładowe – rozkazał Sun, po czym podświetlił najbliższe pół tuzina zbliżających się jednostek. – Działa w gotowości, czekać na rozkazy.

– Tak jest.

Sun nie chciał rozpoczynać starcia. I tak źle się stało, że Konfederacja wyrwała się jak amerykańscy kowboje i wywołała przeklętą wojnę z obcymi. Sun nie zamierzał dawać wrogom kolejnego powodu do ataku na Ziemię.

„Może nawet nie zorientują się, że pochodzimy z tego samego świata, co »Odyseja«. »Weifang« nie jest przecież do niej ani trochę podobny” – pomyślał Sun z nadzieją. Jednak gdy patrzył na działania obcych na schematach, nabierał pewności, że nadlatująca flota dąży do starcia bez względu na to, czy rozpoznała pochodzenie „Weifanga”, czy nie.

 

Mimo to Sun nie zamierzał rozpoczynać walki.

– Ster, ostro na prawą burtę – rozkazał. – Obrócić nas na gwiazdę, pełna masa przeciwna.

– Tak jest, kapitanie. Pełna masa przeciwna na prawą burtę.

„Weifang” zanurkował w stronę gwiazdy, obracając się bokiem do nadlatujących okrętów, gdy przyśpieszał, robiąc zwrot przez sterburtę. Sun spoglądał na wykres, odliczając sekundy, podczas których sygnał jego jednostki dotrze do obcych i powróci. Niemal dokładnie wtedy oficer namierzania odwrócił się, by złożyć meldunek.

– Obcy zmienili kurs na zbliżenie, kapitanie. Prędkość wzrasta.

„Szlag. Zamierzają za wszelką cenę zmusić nas do walki, a do tego mają sporą przewagę liczebną”.

Spojrzał raz jeszcze na schemat danych. Zbliżało się dokładnie dwanaście wrogich jednostek, każda o masie nieco tylko mniejszej od tonażu „Weifanga”. Sun ocenił, że nie ma szans się z tego wyrwać.

– Główne silniki, boczny ciąg.

– Boczny ciąg. Tak jest, kapitanie.

– Ster, nawigacja. Podać najefektywniejszą prędkość ucieczki z pola grawitacyjnego gwiazdy, jeśli weźmiemy kurs jak najbliżej korony!

– Tak jest, kapitanie! Przeliczanie nowego kursu.

Sztuczka polegała na tym, żeby okręt przemknął wokół gwiazdy, zanim wrogie jednostki zdążą go dokładnie namierzyć. Z odpraw Sun wiedział, że „Weifang” nie ma szans przy bezpośrednim trafieniu laserami obcych, o ile dane o ich mocy były dokładne. W przeciwieństwie do Konfederacji Zjednoczony Blok Wschodni nie poniósł tak wielkich nakładów na pancerz odporny na lasery.

Szczerze mówiąc, Sunowi wydawało się to dziwne. „Wei-fang” i inne jednostki typu 99 klasy S, w rzeczy samej trzon sił kosmicznych Bloku, nie polegały na laserach tak bardzo, jak Konfederacja Północnoamerykańska. Sławny pancerz adaptacyjny skuteczniej chronił „Odyseję” przed jednostkami konfederackimi niż przed wynalazkami Bloku.

„No i przeciwko tym potworom, jak widać” – pomyślał ponuro Sun, gdy przyglądał się wykresom.

– Rozdzielają się, kapitanie!

– Co? – Sun przestał rozmyślać i skupił uwagę na ikonach okrętów obcych.

Rzeczywiście, rozdzielały się na dwie grupy, jedna, przyśpieszając, oddalała się od dotychczasowego kursu, druga kontynuowała zbliżanie się do „Weifanga”.

Kapitan skrzywił się, przechylił głowę i zmarszczył brwi, gdy przyglądał się posunięciom wroga. Zrozumiał ich cel dopiero, gdy zerknął na wykres przewidywanego kursu okrętu.

Zaklął znowu, lecz tym razem jak najciszej.

„Lecą tak, żeby przeciąć nam drogę, gdy oderwiemy się od gwiazdy. Sprytnie”.

Nieważne, co planowali obcy, ważne, że się rozdzielili. To znaczyło, że Sun musiał się teraz martwić tylko o sześć wrogich okrętów, które zmierzały do natychmiastowego starcia.

„Szanse na śmierć zmalały o połowę, ale sześciu na jednego to i tak mało sprzyjający układ sił”.

– Kapitanie, grupa pościgowa znajduje się mniej niż minutę świetlną od nas.

– Rozpocząć działania unikowe – rozkazał Sun. – Utrzymać trajektorię do korony. Zamknąć wszystkie osłony cieplne i przygotować się na opanowanie uszkodzeń.

– Tak jest, kapitanie!

Sun sprawdził swoje pasy, wiedząc, że zapewne będzie musiał na nich polegać przez dość długi czas. Gdy przekonał się, że wszystko jest w porządku, włączył interkom na paśmie obejmującym cały okręt.

– Uwaga, załoga, przygotować się na manewry alarmowe – oznajmił najspokojniejszym tonem, na jaki udało mu się zdobyć. – Zabezpieczyć wszystkie luźne przedmioty. Meldować się do stanowisk akceleracyjnych. Przygotować się na naprawę uszkodzeń.

Po trajektorii zmierzającej łukiem tak blisko czerwonego karła, jak tylko się dało, „Weifang” przyśpieszał szybciej, niż zdarzyło mu się do tej pory. Nie osiągnął żadnych rekordów prędkości, pobił je już w drodze na Gliese 581, ale z pewnością rozpędzał się szybciej niż kiedykolwiek wcześniej.

– Wzrasta temperatura zewnętrzna. Zaczynamy dostrzegać wewnętrzne skoki ciepła – zgłosił oficer po kontroli stanu okrętu. – Proszę o pozwolenie na adaptację pancerza do odbijania ciepła.

– Udzielone. Tylko osłony dziobowe.

Blok zdołał odtworzyć (a raczej najzwyczajniej ukraść) konstrukcję konfederackiego pancerza adaptacyjnego pier-wszej generacji. Sun nie był pewien którego, ale pancerz pod wieloma względami okazał się dość przydatny. Odbijanie ciepła należało do ustawień domyślnych, wraz z najlepszą ogólną osłoną i paroma podstawowymi trybami kamuflażu. Z pewnością pancerz nie dorównywał ostatnim zabawkom Konfederacji, ale był użyteczny.

– Tak jest, sir. Pancerz dziobowy dostosowany – oznajmił oficer, a po chwili jeszcze dodał: – Temperatura wewnętrzna spada.

– Wróg wciąż się zbliża, kapitanie. Pięćdziesiąt sekund świetlnych… – Oficer przy stanowisku namierzania przerwał meldunek i puścił wiązkę niewybrednych przekleństw.

– Shi Ang Fa! – warknął Sun, wytrzeszczywszy oczy.

– Proszę o wybaczenie, kapitanie. Wróg do nas strzelił. – Głos Shi zadrżał lekko, gdy oficer przepraszał.

– I tylko to było przyczyną pana wybuchu?

– Czytał pan raporty o tych obcych, kapitanie? Pamięta pan poziom mocy ich broni? – zapytał Shi.

– Oczywiście.

– Były niedoszacowane.

– Co? – Sun aż odwrócił głowę, żeby popatrzeć na oficera.

– Z odczytów wynika, że poziom energii tego lasera jest co najmniej dwa razy wyższy niż wskazania z raportów – wyjaśnił Shi. – A prawdopodobnie jest jeszcze potężniejszy. Trudno dokładnie określić, ponieważ muszę się opierać na reakcji cząsteczek, które już się zjonizowały podczas przejścia tak blisko gwiazdy. Kapitanie, nie przeżyjemy nawet jednego trafienia.

Tym razem to kapitan zaczął przeklinać, chociaż robił to pod nosem. Rozważał, jakie ma możliwości.

„Ucieczka nie wydaje się najlepszym wyjściem. Obcy przewidzieli mój plan i podjęli działania, aby zbliżyć się z przeciwnych stron”.

Druga grupa wroga zakładała, że pierwsza przypędzi „Wei-fanga” jak cielę. Sun spojrzał na schemat. Wrogie jednostki zbliżały się powoli, skracając dystans mniej więcej o sekundę świetlną co dwie minuty. „Weifang” nabierał prędkości delta-V szybciej niż ścigające go okręty, ale to nie wystarczy, żeby całkowicie uniknąć kontaktu, skoro wróg znalazł się już w zasięgu strzału i wciąż się zbliżał.

– Wyrównać osłony, pełne odbicie ciepła! – rozkazał Sun.

– Osłony wyrównane, kapitanie!

– Zabierz nas do korony – rzucił Sun do sternika. – Nawigator, wyznacz najwyższą prędkość dla bliskiej orbity z trajektorią odejścia, która zabierze nas jak najdalej od obu grup wroga.

– Przeliczam, kapitanie.

Sun wyczuwał niepewność na mostku po swoim ostatnim rozkazie, ale nie winił o to podwładnych, tylko cieszył się, że nikt nie zakwestionował polecenia. Z pewnością zabranie „Weifanga” do korony Słońca byłoby samobójstwem. Okręt przetrwałby chyba o wiele dłużej, gdyby wylądował na powierzchni rodzimej gwiazdy, niż gdyby próbował przedrzeć się przez jej koronę.

Ale to nie było Słońce i kapitan liczył, że to pozwoli mu na powodzenie. Gliese 581 była czerwonym karłem, gwiazdą, która wydzielała o wiele mniej energii w postaci ciepła niż Słońce, i ten niższy poziom mógł dać okrętowi szansę.

– Wejście w koronę, kapitanie. Wewnętrzna temperatura rośnie!

„Na bogów, szybko poszło”.

– Coraz więcej rozbłysków laserowych wokół nas!

– Nawigacja! – zawołał Sun. – Potrzebujemy tych obliczeń!

– Zrobione. Posłane do sternika, kapitanie.

– Ster!

– Wprowadzam je!

– Przejście na nowy kurs. Maksymalny ciąg, minimalna masa przeciwna! – rozkazał Sun. „Niech teraz gwiazda wykona dla nas trochę roboty”.

***

„Weifang” zanurzył się głębiej w koronę czerwonego karła, jego pancerz zabłysnął oślepiająco, doskonale widoczny dla każdego przyrządu w układzie. A ponieważ przyrządy takie należały do wroga i były skierowane na ziemski okręt, kapitan i załoga uznali to za sprawiedliwą wymianę za stale rosnącą prędkość, jaką zapewniała im siła przyciągania Gliese 581.

Rozżarzone promienie światła wybuchły wokół „Weifanga”, gdy lasery przebiły wzburzoną już plazmę korony. Okręt kontynuował swoje minimalne manewry unikowe – różne mniej lub bardziej ciasne korkociągi i ósemki.

Pościg nieubłaganie i bez wahania podążał za ziemskim okrętem w głąb korony.

***

Na mostku „Weifanga” stało się jasne, że manewr może i zapewnia minimalne zwiększenie odległości od ścigających jednostek wroga, ale ma też znaczące mankamenty.

Pot lał się po twarzach wszystkich znajdujących się na pokładzie dowodzenia, a Sun nie miał wątpliwości, że reszta załogi musi znosić to samo. Parę kropel potu poszybowało w mikrograwitacji pomieszczenia i spadło na metalową podłogę, gdzie wyparowało z sykiem ku zaskoczeniu i przerażeniu kapitana.

– Czy osłony cieplne trzymają? – zapytał Sun, zmrużywszy oczy.

Oficer odpowiedzialny za kontrolę uszkodzeń skinął głową.

– Tak, kapitanie. Temperatura rośnie, ale wciąż w zakresie pozwalającym na funkcjonowanie.

Sun zaklął. Zaczynało mu to już wchodzić w nawyk.

Jeżeli osłony cieplne rejestrowały wzrost temperatury, ale mogły nadal funkcjonować, oznaczało to, że istniała tylko jedna przyczyna tak szybkiego rozgrzewania się okrętu. Potężne zakłócenia elektromagnetyczne, przez które przelatywali, zmieniały każdą ferromagnetyczną powierzchnię „Weifanga” w działający indukcyjnie element grzewczy.

„Innymi słowy zmieniamy się w latający piekarnik”.

– Przygotować się do opuszczenia orbity! – zawołał Sun.

– Kapitanie, nie osiągnęliśmy jeszcze optymalnej pozycji – zaoponował sternik.

– Optymalna pozycja jest po drugiej stronie gwiazdy. Upieczemy się żywcem, zanim tam dotrzemy. – Sun pokręcił głową. – Nie mamy wyboru. Przygotować się na impuls masy przeciwnej!

– Tak jest, kapitanie. Wszystkie kondensatory w gotowości do impulsu pełnej mocy dla generatorów masy przeciwnej.

– Wykres przewidywanego kursu na moje ekrany.

– Tak jest, kapitanie.

Na ekranach pojawił się schemat pokazujący obecny kurs okrętu na ciasnym torze wokół gwiazdy wraz z przewidywaną trajektorią, po której będzie się poruszać „Wei-fang”, jeżeli teraz zacznie wyrywanie się z orbity.

Sun oblizał wargi, rozważając rozłożenie działań w czasie. Wiedział, że nie uzyska czystego wektora ucieczki. Żeby go osiągnąć, musiałby zostać w zasięgu indukcji korony na zbyt długo, zwłaszcza że w najbliższych minutach miało się okazać, czy ugotuje żywcem swoją załogę – dosłownie.

– Zejście z orbity na mój rozkaz.

Trasa ucieczki zabierze okręt w zasięg potencjalnej strefy ostrzału drugiej eskadry wroga, jeżeli jednak Sun dobrze to zaplanuje, będzie mógł ograniczyć czas trwania starcia. Tak naprawdę pozostała mu tylko jedna kwestia.

„Strzelali do nas. To praktycznie akt wypowiedzenia wojny. Jeżeli jednak odpowiem ogniem, zapewne dojdzie do eskalacji. A jeżeli tego nie zrobię, szanse, że przeżyjemy to spotkanie, będą bardzo niskie”.

W zasadzie nie miał wyboru. Jak dotąd wrogie okręty doskonale pasowały do opisów ze skradzionych raportów o misji „Odysei”, nawet gdy chodziło o możliwości bojowe, które większość wojskowych z Bloku uznała za propagandę.

– Oficer taktyczny – zawołał Sun.

– Tak, kapitanie?

– Uzbroić wyrzutnie rufowe. Przygotować się do strzału.

Za „Weifangiem” eskadra obcych już nie zbliżała się tak szybko. Nadal przyśpieszała, ale czas grał teraz na korzyść ziemskiego okrętu. Sun zerknął na liczby i z zadowoleniem stwierdził, że obcym nie uda się zbliżenie w małym zasięgu. Kapitan wolał nie znaleźć się pod lufami dział laserowych tego kalibru, gdy wystrzelą z dystansu dziesięciu sekund świetlnych.

– Kapitanie, rejestrujemy niezwykłe zakłócenia na wszystkich naszych przyrządach… – odezwał się Shi, nie odrywając wzroku od swojego pulpitu.

– To pewnie sprawa pól magnetycznych korony – mruknął Sun.

– Nie, kapitanie. – Shi pokręcił głową. – Systemy są mocno chronione. Zakłócenia muszą być wewnątrz, ale nie potrafię wykryć…

Narastający pomruk wzmógł się tak bardzo, że zagłuszył słowa oficera. Doszły do niego jeszcze trzaski. Wszyscy zaczęli się rozglądać nerwowo, próbując się zorientować, skąd dochodzi hałas.

– Co to jest? – Sun potoczył wzrokiem po mostku.

– Nie wiadomo. Mamy zakłócenia we wszystkich przyrządach, zarówno wewnętrznych, jak i zewnętrznych. – Shi podniósł głos na tyle, żeby było go słychać, a mimo to wydawał się mówić cicho. Rozglądał się powoli.

 

– Broń wroga? – Sun przypomniał sobie, że raporty wspominały o jakimś rodzaju broni bliskiego zasięgu, którą „Odyseja” sklasyfikowała jako „nieznana, ekstremalnie niebezpieczna”. Kapitan sądził, że jego okręt znajduje się poza zasięgiem jakiejkolwiek broni „bliskiego zasięgu”.

– Nie wiadomo – powtórzył Shi, a w jego głosie brzmiała bezradność i irytacja z powodu tej niewiedzy.

Sun wcale mu się nie dziwił. Myśl, że z okrętem coś jest nie tak i nie można nawet dokładnie określić, co to takiego, budziła u kapitana czystą wściekłość. Jednak miał wrażenie, że coś mu się tłucze w zakamarkach pamięci, coś, co powinien wiedzieć.

– Wyrzutnie rufowe gotowe do strzału, kapitanie.

Sun potrząsnął głową, starając się zignorować niepokojące uczucie. Miał coś do zrobienia i nie mógł sobie pozwolić na domysły.

– Mamy namiary na ścigające nas jednostki?

– Tak, kapitanie. Współrzędne są wprowadzane i aktualizowane na bieżąco.

Sun skinął głową, sprawdził dane. Zgodnie z jego rozkazem eskadra obcych została namierzona i jest śledzona. Z takiej odległości uzyskanie dokładnych namiarów było niemożliwe, ale napływające dane w zupełności wystarczały.

„Zresztą korona prawdopodobnie wywołuje zakłócenia również na okrętach wroga”.

– Bardzo dobrze. Wszystkie wyrzutnie, krótka salwa.

– Tak jest, kapitanie. Krótka salwa ze wszystkich wyrzutni!

Okręt nie zatrząsł się ani nie zadrżał, gdy wyrzutnie wypluły śmiercionośny ładunek w przestrzeń kosmiczną – „Weifang” był na to zbyt masywny – ale dzwonek po każdym strzale sygnalizował załodze, że wszystko idzie zgodnie z planem.

– Przygotować się do włączenia pełnej mocy masy przeciwnej i oderwania od gwiazdy – rozkazał Sun ze wzrokiem wbitym w wykres przewidywanego kursu.

Ledwie zauważył, że rozległy się potwierdzenia rozkazu, skupił się na wykresie, choć rozpraszały go trochę trzaski, przypominające kapitanowi nieosłonięty przewód, na którym ciągle robią się zwarcia. Nie dostał jednak ani jednego meldunku o utracie mocy w akumulatorach na którymkolwiek pokładzie, więc nie chodziło o stratę energii.

Tarcie metalu o metal przyciągnęło jego uwagę. Śluza mostka zaczęła się otwierać. Przed grodzią stał Kong Sha Tu, pierwszy oficer, i czekał na otwarcie się drzwi.

– Kapitanie – zawołał, gdy tylko mógł przejść – na całym okręcie pojawiły się niezwykłe zakłócenia elektryczne.

Słowo „elektryczne” otworzyło szufladkę w pamięci Suna, choć przecież myślał o tym, gdy tylko pojawiło się buczenie. Kapitan wytrzeszczył oczy. Obrócił się, szarpiąc z uprzężą i patrząc przez ramię.

– Kong! Stój! Ani kroku!

Ostrzeżenie okazało się spóźnione – pierwszy oficer prześlizgnął się przez metalowe drzwi śluzy, czyli znalazł się między dwoma biegunami.

Błyskawica, która przecięła miejsce, gdzie znalazł się Kong, była oślepiająca. Sun poczuł ozon w powietrzu, gdy uwolnił się z pasów i odepchnął od fotela. Uniósł ręce, aby powstrzymać każdego, kto chciałby się do niego zbliżyć.

– Wszyscy zostają na swoich miejscach! – rozkazał. Nie mógł oderwać wzroku od swojego zastępcy.

– C-co się stało? – wydusił wstrząśnięty bosman.

– Pole magnetyczne wywołało indukcję ładunków elektrycznych na metalowej powłoce kadłuba – wyjaśnił Sun. W ustach czuł dziwny posmak. – Cały kadłub i wiele z wewnętrznych części zmieniło się w kondensatory elektryczne.

Włączył otwarty kanał łączności z całym okrętem.

– Uwaga, załoga, mówi kapitan. Pozostać na swoich miejscach w zabezpieczeniach akceleracyjnych i pod żadnym pozorem nie poruszać się po okręcie.

Wyłączył interkom, po czym zmienił pasmo na to do maszynowni.

– Pan, mówi kapitan.

– Tak, kapitanie? – zgłosił się natychmiast główny oficer maszynowni.

– Kadłub się naelektryzował. Musisz wymyślić sposób, jak bezpiecznie rozładować tę energię.

– Naelektryzował? Jak?

– Prawdopodobnie – Sun westchnął – od pól magnetycznych, przez które przelecieliśmy.

– Ach, na podobnej zasadzie, jak indukcja, która zrobiła z nas piekarnik. Tak, rozumiem. Zacznę natychmiast, kapitanie. Ale nie będzie to możliwe, dopóki nie oddalimy się od korony – ostrzegł główny inżynier.

– Zrozumiałe. To nie będzie problemem. Bez odbioru. – Kapitan zakończył połączenie i poszybował nad ciało swojego pierwszego oficera.

Nie mógł wezwać nikogo z działu medycznego do zabrania zwłok, więc nie miał wyboru, musiał przyciągnąć je do stanowiska Konga i przypiąć do fotela.

– Cóż, Kong – mruknął cicho. – Nasza ostatnia wspólna misja, co?

Poklepał zmarłego po ramieniu, po czym odleciał na swój fotel, przypiął się i szybko przejrzał wskazania, żeby zapoznać się raz jeszcze z sytuacją.

Uruchomił połączenie do całej załogi.

– Mówi kapitan. Przygotować się na zmiany kursu – oznajmił, skrywając wrażenie chłodu, które ciążyło mu w brzuchu. – Ster, ruszać na maksymalnej masie przeciwnej, pełny ciąg boczny na mój znak.

Kiedy spojrzał na ekran taktyczny, musiał odwrócić wzrok.

– Status pocisków?

– Uderzenie w cel za dwadzieścia sekund.

Sun kiwnął głową, przejrzał wykres.

Dwadzieścia sekund. Niezbyt idealnie, ale blisko. Tak, to wystarczy.

– Rozpocząć odrywanie się za piętnaście sekund! – rozkazał, raz jeszcze spoglądając na wykresy broni.

Pociski „Weifanga” były wzmocnioną przez MP, naprowadzaną subatomowo bronią, nieco staroświecką w porównaniu z zabawkami Konfederacji, ale niemal równie skuteczną. Pociski, według doniesień wywiadu, miały mniejszą prędkość niż konfederackie „torpedy impulsowe” i okazywały się, niestety, łatwe do przechwycenia, ale umieszczone w nich ładunki były o wiele bezpieczniejsze w użytku i posiadały siłę rażenia niemal równie dużą jak północnoamerykańskie.

Gdy zostało dziesięć sekund do uderzenia, broń docierała do obszaru krytycznego, skąd mogła namierzyć konkretny cel i przyśpieszyć w ostatniej fazie lotu, podczas której spalała resztki paliwa. Pociski uderzą z prędkością nieco mniejszą niż jedna setna prędkości światła. Na samą myśl o tym Sun dosłownie się wzdragał, lecz martwiło go przede wszystkim, że to potrwa i że pozostanie mu tylko bezpośrednia obrona.

Zegar odliczał czas, ostatnie sekundy wlokły się w nieskończoność, lecz wreszcie upłynęły.

– Oderwanie! Oderwanie! – zawołał sternik, gdy rozpoczął manewr. – Wszystkie silniki burtowe pełny ciąg, włączyć maksymalną masę przeciwną!

Jak piłeczka kręcąca się na sznurku, która właśnie się z niego zerwała, „Weifang” odskoczył od gwiazdy z najwyższą prędkością. Generatory masy przeciwnej chińskiego okrętu, pracujące na pełnej mocy, wystawały nieco za kadłub, kiedy więc jednostka wyskoczyła z korony, pociągnęła za sobą trochę plazmy w spektakularnej erupcji, która dorównywała najmocniejszym wybuchom na Słońcu, rejestrowanym przez ziemskie urządzenia.

– Uzbroić wszystkie wyrzutnie dziobowe! – zawołał Sun. – Dajcie mi namiar na eskadrę przed nami.

– Przeliczam.

Sun skinął głową, chociaż wiedział, że jego oficerowie byli zbyt zajęci swoimi przyrządami, żeby zwrócić na to uwagę, po czym wrócił do ekranu taktycznego, pokazującego bliższą grupę pościgową wroga.

– Status eskadry pościgowej?

– Straciliśmy kontakt, gdy opuściliśmy koronę – odparł Shi. – Zakłócenia przeszkadzają nam monitorować telemetrycznie nasze pociski. Zarejestrowaliśmy jednak detonacje, więc udało im się dotrzeć do strefy krytycznej.

– Przyjąłem, dziękuję. – Sun przesunął obraz naprzód do drugiej grupy pościgowej, która przyśpieszała, oddalając się od gwiazdy kursem równoległym do „Weifanga”.

Ziemski okręt miał teraz przewagę prędkości, ale manewrując przedtem, sporo stracił, a wrogie jednostki przyśpieszały, by nie stracić go z zasięgu. W otwartej przestrzeni okręty dysponowały o wiele mniejszą ilością sztuczek, żeby uciec przeciwnikowi – tak naprawdę teraz wszystko zależało od mocy silników.

Na nieszczęście, z tego, co Sun wiedział o możliwościach obcych, jakie określono na podstawie wyłapanych danych telemetrycznych, „Weifang” po prostu nie posiadał odpowiednio mocnych silników.

– Okręty wroga wynurzają się z korony, kapitanie!

Sun cofnął obraz, spojrzał na napływające dane.

– Cztery w eskadrze pościgowej… nie, pięć. Piąty okręt wygląda na mocno uszkodzony i płonie, kapitanie. Żadnego śladu po szóstym.

„Jeden zniszczony, jeden uszkodzony. Nie jest źle”. Sun ponownie przybliżył obraz. „Zdaje się, że ulegają broni konwencjonalnej tak samo, jak nowym zabawkom Konfederacji”.

Był to drażliwy temat w kręgach militarnych Bloku Wschodniego. Choć podczas ostatniej wojny Blok miał przewagę techniczną, Konfederacja wyprzedziła go bardzo, kiedy warunki gospodarcze uległy zmianie. Początkowo gospodarka Chin i innych państw azjatyckich oraz ich ogromny potencjał przemysłowy dawały Blokowi przewagę, która wydawała się nie do nadrobienia dla upadających infrastruktur Stanów Zjednoczonych.