Wzlot AniołówTekst

Z serii: Archangel One #2
0
Recenzje
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Wzlot Aniołów
Wzlot Aniołów
Audiobook
Czyta Roch Siemianowski
Szczegóły
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

Rozdział 4
Niszczyciel „Holender”
Przestrzeń Protektoratu Hele

– Sir, skany systemu zakończone. Wykorzystano wyłącznie skanery pasywne.

– Przyjąłem – powiedział Steph, otwierając stosowne pliki, by mieć przed oczami więcej szczegółów.

Zdobywanie danych o wszystkim, co gorące, to łatwizna. Okręty i placówki przekazujące dane właściwie wykrzykiwały na całe gardło swoje pozycje i każdy mógł to usłyszeć. A gdy się już wiedziało, gdzie się mieszczą, wystarczyło nakierować tam skaner i już można było zdobywać całe tony informacji – dane wizualne, odczyty magnetyczne i tak dalej.

Poważniejszy problem stanowiło odnalezienie wszystkiego, co w danej chwili było wyłączone lub działało w trybie pasywnym.

Gdzieś tam mogły czekać okręty. Oczywiście nie były w stanie wyłączyć zasilania na zawsze – z czasem systemy podtrzymywania życia musiałyby zawieść, nawet w przypadku najbardziej efektywnych systemów odzyskiwania energii. Ale na kilka godzin? To wykonalne, ba, nawet na kilka dni, jeśli miało się do czynienia z jednostką, która została odpowiednio zaprojektowana.

Ale pozostawała jeszcze kwestia bezzałogowych dronów obronnych.

Jak dotąd, Imperium nie używało takiej technologii, a Priminae czasem sprawiali wrażenie, jakby nie pojmowali, czym jest uzbrojenie w ogóle, a już w szczególności bezzałogowe platformy bojowe. Lecz dane wywiadowcze Korony świadczyły, że tutaj używano jakiegoś rodzaju zautomatyzowanych środków obronnych. To było dla Stepha całkiem interesujące, ale przede wszystkim irytujące.

Niestety, drony nie emitowały żadnych sygnatur, o ile nie zostały uruchomione. Mogły sobie drzemać gdziekolwiek, czekając na sygnał aktywacyjny.

Gorzej, jeśli zbudowali sieć Kardaszewa.

Steph naprawdę wolałby w tej chwili o tym nawet nie myśleć. Nie istniały dowody, by ktokolwiek w Imperium czy Wolnych Gwiazdach zaczął pracować z technologią na takim poziomie. Technicznie rzecz biorąc, nie byli na to dość zaawansowani. Ale z drugiej strony, także i Ziemia „technicznie rzecz biorąc” nie powinna tego dokonać – a jednak admirał Gracen dała radę.

Niemalże.

W każdym razie skanery nie wykazywały tu niczego podobnego.

„Ale to samo myśleli sobie Imperialni, gdy wparowali do Sol” – oznajmił przewrotny głosik w głowie Stephanosa.

Imperialni nawet nie szukali czegoś takiego jak taki system. I to się liczyło. Tutaj zaś istniały punkty obronne wiszące w przestrzeni. Strzegły operacji wydobywczych oraz stanowisk administracyjnych. Kilka pilnowało baraków niewolniczych, co Steph zauważył z goryczą.

Te stanowiska posiadały broń skierowaną do wewnątrz.

„Z nimi będziemy musieli rozprawić się w pierwszej kolejności, zanim jeszcze zaanonsujemy nasze przybycie”.

Porównał telemetrię z resztą Archaniołów, zauważając przy tym, że zgodnie z planem zacieśnili formację. Jednostki były na tyle blisko, że dałoby się zorganizować między nimi zdalną konferencję.

– Połączcie mnie z eskadrą – polecił.

– Aye, sir.

Archanioł Trzy

Jennifer „Szulerka” Samuels rozsiadła się przy głównym stanowisku dowodzenia, pozwalając wirtualnym i wspomaganym komputerowo wyświetlaczom wypełnić jej pole widzenia. Mikrouprząż grawitacyjna utrzymywała ją w miejscu. Jeden po drugim, pozostali piloci dowodzący myśliwcami-kanonierkami zaczęli pojawiać się dookoła niej. Tylko dowódca odstawał od grupy.

Stephanos pojawił się na dwuwymiarowym ekranie w samym środku pola widzenia Szulerki, odcinając się od niemalże idealnych wirtualnych reprezentacji reszty eskadry.

– Ukończono już gromadzenie danych z pasywnych skanów. Zgromadzono ich tak wiele, jak tylko się dało – oznajmił Steph. – Dysponujemy pełnym, obejmującym cały system skanem bazowym, no i oczywiście poświęciliśmy chwilę, żeby przyjrzeć się uważniej potencjalnie problematycznym miejscom. Chciałbym zwrócić waszą uwagę na zautomatyzowane platformy obronne. Otwórzcie plik z łaski swojej.

Przed każdym z nich zmaterializowała się treść dokumentu.

Jennifer pobieżnie przejrzała dane, poszukując głównie specyficznych szczegółów.

– Czy to prawidłowe informacje? – spytała. – Nie uznałabym tych platform za dostatecznie duże, by były w stanie poradzić sobie z systemem podtrzymującym rdzeń oparty na osobliwości.

Steph pokiwał głową.

– Słuszne spostrzeżenie. Opierają się na limicie magazynowym, co zapewne było projektowym kompromisem. Gdyby posiadały rdzeń, mogłyby bez wysiłku strzelać już zawsze, a przynajmniej w sytuacjach taktycznych. Jednakże gdyby posiadały taki rdzeń, zlokalizowalibyśmy już wszystkie.

– Czy wiemy, o jak dużym magazynie mowa? – spytał Tyke, przebywający w pomieszczeniu kontrolnym „Zem­sty”, a raczej Archanioła Jeden.

– Dane wywiadowcze nie są jasne, ale mamy specyfikacje energetyczne dla kondensatorów używanych przez Imperium – odparł dowódca. – I, przy założeniu, że pasują do najbardziej efektywnych metod przechowywania i pozyskiwania energii, jakimi Imperium dysponuje, wychodziłoby na to, że patrzymy na pudło zdolne wystrzelić dziesięć razy. W oparciu o dotychczasową obserwację technologii Wolnych Gwiazd stawiam na to, że posiada w zanadrzu nawet piętnaście impulsów, ale o znacznie mniejszej mocy niż bojowe lasery Imperium.

– To wciąż dość, żeby nas sfajczyć – odrzekł Tyke.

– Jeśli już nas trafią – odcięła się Jennifer. – I jest to spore „jeśli”.

– Nie szarżuj, młoda.

Steph wszedł im w słowo, by uniemożliwić dalszą sprzeczkę.

– Wykryliśmy już ponad tysiąc takich dronów, co sprawia, że stają się problemem – oznajmił. – Jednak większość z nich nie znajduje się na takiej pozycji, by móc wziąć na cel nasze główne obszary zainteresowania.

– Sądzę, że rozpoznaję ten system.

Wszyscy odwrócili głowy, kiedy nowy obraz pojawił się na ich wyświetlaczach. Milla przebywała w swoim biurze i przysłuchiwała się rozmowie dowódców.

– Ta sieć jest bardzo podobna do systemu wydobywczego używanego w przestrzeni kolonialnej – powiedziała, studiując jakieś dane liczbowe i informacje. – Sądzę, że jej plany zostały przejęte.

– Albo też plany powstały w oparciu o ten właśnie system uzbrojenia – rzucił Steph. – Rozumiem, że taki układ mógłby być użyteczny przy pozyskiwaniu surowców, ale nikt raczej nie projektuje sieci laserowej o mocy kilku terawatów, jeśli chce tylko prowadzić wydobycie, Milla.

– Możliwe. – Wzruszyła ramionami. – Mówiąc szczerze, tego nie wiem. Plany, z którymi pracowałam, były już stare na długo przed moimi narodzinami i nie było w nich wzmianki o technologii zbrojeniowej. Jednakże, jeśli ta sieć oparta jest na takich samych założeniach, sądzę, że dysponujemy nową opcją.

– Z radością o niej posłucham – oznajmił Steph poważnym tonem. – Sądzę zresztą, że tak czy inaczej musimy podjąć jeszcze pewne prace przygotowawcze. Mamy zbyt wiele nowych danych, które kasują stare.

Milla pokiwała głową.

– Zgadzam się, Stephane. Priorytety Korony były całkiem inne od naszych, co sprawia, że spora część otrzymanych od nich informacji… budzi wątpliwości.

– Bez kitu – burknął Steph. – No dobra. Cofnijmy się o krok, zdobądźmy więcej danych wywiadowczych. Milla, przekaż mi proszę ten twój plan, żebym mógł ustalić, co uda się z niego wyciągnąć.

– Oczywiście.

Stacja dowodzenia Protektoratu Hele

– Wszystko niebieskie, panie komandorze.

Geth pokiwał głową. Kolejna zmiana, kolejne potwierdzenie, że wszystko działa jak powinno. Z wszechświatem wszystko było w porządku.

Przysiadł, żeby przejrzeć dokumentację zmiany, zauważając, że wydajność produkcyjna kopalń nieco spadała. Nieznacznie, ale regularnie. Jeśli dopuści, by sytuacja ta się utrzymała, ze strony świata macierzystego czekać go będzie niewątpliwie lawina pytań czy nawet nieprzyjemności.

Przekazał na dół rozkaz, by zwiększono produkcję, stosując wszelkie potrzebne środki, a następnie sporządził notatkę dla przełożonych – to ci pod nim będą winni, jeśli nie uda się usprawnić wydajności. Produkcja wzrośnie lub ktoś zostanie przykładnie ukarany… i tym kimś nie będzie Geth.

Wydobywana tu dziwna materia była kluczowa dla ekonomii i zdolności obronnych Protektoratu i pozostawała jedną z nielicznych rzeczy, którymi można handlować z Imperium.

Archanioł Trzy

Sierżant Kiran w milczeniu badał sygnały przechwycone ze stacji, którą mu przydzielono. Śledził rozkazy przesyłane tam i z powrotem, a także numery produkcyjne.

Eskadra miała w przyszłości zajmować się gromadzeniem danych wywiadowczych. Kiran nie miał wątpliwości, że w domu, na Ziemi, jego jednostka wciąż czekałaby w formacji na rozkazy, zamiast po prostu dostosować plan i wprowadzić w życie nową wersję.

Tubylcy, jakiś Protektorat czy coś w tym rodzaju, podchodzili bardzo luźno do swojej sieci informacyjnej, co czyniło pracę Kirana o wiele łatwiejszą.

Gromadził dane na temat rozłożenia aktywów w tym systemie, a przynajmniej taka była jego główna rola. Poza tymi danymi zdobywał informacje o czym się tylko dało.

„To miejsce wypluwa całkiem sporo dziwnej materii” – pomyślał.

Dziwna materia była kluczowa dla rdzeni grawitacyjnych, które zasilały większe jednostki, takie jak ziemskie krążowniki. Samego „Odyseusza” zasilał system podwójnego rdzenia, który nie mógłby zaistnieć bez niewielkiego bloku zapłonowego opartego na dziwnej materii.

 

Kiran przez moment zastanawiał się, skąd wytrzaś­nięto tę materię dla liniowca. Wątpił, że było to coś, co dało się łatwo wydobyć w obrębie Układu Słonecznego. Ale może i się mylił? Jego wiedza kończyła się wraz z informacjami na temat najbardziej powszechnych zastosowań tego materiału, więc zupełnie nie miał pojęcia, jak ludzie go zdobyli i czy zrobiła to Ziemia… czy też może Priminae.

„Najprawdopodobniej obecnie dostajemy go od nich” – pomyślał.

Najprawdopodobniej, ale nie na pewno.

Tymczasem tutaj dziwna materia była ewidentnie niezwykle wartościowa – udowadniała to choćby notatka, która pojawiła się właśnie na jego wyświetlaczu. Zrobił wielkie oczy i natychmiast otagował ten tekst, sięgając równocześnie ku systemom wewnętrznej komunikacji Archanioła.

– Tak? – łagodny głos niemal natychmiast odpowiedział na jego zgłoszenie.

– Tu sierżant Kiran, proszę pani – przedstawił się.

– Słyszymy się, sierżancie – odpowiedziała komandor porucznik Samuels. – Co się stało?

– Zaznaczyłem interesujące dane wywiadowcze, które powinna pani sprawdzić. Wygląda na to, że ci, no, protektorianie czy jak tam się oni nie nazywają…

– Protektorat – poprawiła go z rozbawieniem.

– No, właśnie. Wygląda na to, że mają bardzo ważnego klienta na towar, który tutaj wydobywają.

– Zakładam, że jest to ktoś nam znany?

– Słuszne założenie, proszę pani – przytaknął. – To Imperium.

Samuels przez moment milczała.

– To na pewno Imperium? – spytała. – Nie żadna z tych grupek watażków kręcących się po okolicy i udających twardych zawodników?

– Chodzi o prawdziwe Imperium, proszę pani. Jeśli dobrze zrozumiałem, wspomniano tu coś o powtarzającym się okresowo lennie, składanym Imperium w zamian za tak zwaną ochronę.

– To są… bardzo interesujące wieści – podsumowała. – Naprawdę interesujące. Dobra robota, sierżancie. Zdaje się, że właśnie podbił pan w znacznym stopniu stawkę naszej misji. A także zadowolił Stephanosa.

– Dziękuję, proszę pani – odpowiedział Kiran, niepewny, jak przyjąć jej słowa.

Miał nadzieję, że może je brać za dobrą monetę, ale bywało i tak, że uszczęśliwienie szefa źle się kończyło.

Czasem oznaczało bowiem nawał roboty, zazwyczaj tej najmniej atrakcyjnej.

– Przekażę te dane dalej, sierżancie – powiedziała Samuels. – Sprawdź, co jeszcze zdołasz znaleźć.

– Tajest, proszę pani – powiedział, a potem połączenie zostało przerwane.

„Cóż, to było faktycznie interesujące” – pomyślał.

* * *

„Naprawdę interesujące wieści, oj, tak…”

Szulerka była w pierwszej kolejności pilotką, więc sporo z tego, co mieli tu do zrobienia, nie było tym, w czym się rozsmakowała, ale wiedziała od początku, że dołączenie do Archaniołów oznaczać będzie przekraczanie granic i wychodzenie ze strefy komfortu. Nie oczekiwała raczej, że oddali się od niej aż tak bardzo, ale cóż, dzięki temu doświadczała świata.

Informacja, którą przekazał jej sierżant, była doskonałym przykładem korzyści, jakie płynęły z odrzucenia ograniczeń. Gdyby nie przeszli w tryb zdobywania danych po tym, jak Stephanos dowiedział się pewnych rzeczy od jednego z ich nowych załogantów, zapewne zupełnie by to wszystko przeoczyli.

„A czegoś takiego lepiej nie przeoczyć” – pomyślała.

Najpierw w pliku z danymi przeczytała tylko oznaczony fragment, ale potem cofnęła się do początku i zapoznała z całością, na wszelki wypadek. Dopiero wtedy udała się na pokład dowodzenia, by skorzystać z bezpiecznego kanału łączności.

Eskadra poruszała się w trzech grupach, by zgromadzić jak najwięcej danych, natomiast „Holender” trzymał się z tyłu, bliżej obrzeży systemu, daleko poza zasięgiem czujników. To oznaczało, że Szulerka nie mogła nawiązać bezpośredniego połączenia na żywo z dowódcą. Ale jednostki znały wzajemnie swoje położenie i wytyczyły kurs tak, by zapobiec przypadkowemu przestrzeleniu wiązek laserów komunikacyjnych.

– Bezpieczny laser do „Holendra” – nakazała Samuels, wślizgując się na fotel dowodzenia.

Rozległ się pisk potwierdzający, że urządzenie łączności laserowej zostało wycelowane w odpowiednią sekcję przestrzeni kosmicznej.

– Przekazać na „Holendra”, wiadomość bezpośrednio do dowódcy – rozkazała. – Pakiet danych wywiadowczych dziewięć cztery trzy bravo. Dołączyć osobiste notatki, Szulerka alfa jeden bravo. Wysłać, gdy tylko będzie gotowe.

System po chwili wyświetlił informację: „Transmisja wysłana”.

Niszczyciel „Holender”

– Kapitanie – powiedziała Dumora – sygnał do pana z Archanioła Trzy.

– Przekazać na moje stanowisko – nakazał Stephanos, od razu przybliżając wyświetlacz.

Przeczytał streszczenie zawarte w notkach Szulerki, po czym spojrzał na plik. Niemal natychmiast zrozumiał implikacje płynące z odkrycia.

„Imperium właśnie tutaj zdobywa dziwną materię” – pomyślał. „To by oznaczało…”

Szczerze mówiąc, nie wiedział do końca, co to mogło oznaczać. Wiedział, że otrzymał ważną wiadomość, być może ważną jak diabli, ale by to potwierdzić, brakowało mu paru kluczowych danych.

– Hmm.

Wykręcił się lekko w fotelu, przywołując mapy gwiezdne zarówno regionu zajmowanego przez Wolne Gwiazdy, jak i obszaru, który przypisywali Imperium.

Był to spory kawał kosmosu, ciągnący się przez kilkaset lat świetlnych i obejmujący tysiące gwiazd. Albo i więcej, chociaż ich dokładna liczba nie była mu teraz do niczego potrzebna. Tu liczyły się inne konkrety.

„Ciekawe. W całym tym regionie nie ma ani jednej znanej gwiazdy neutronowej” – pomyślał. „Wychodzi na to, że to bezwartościowe, wielkie nic”.

Został zmuszony do poczytania o naturze gwiazd neutronowych oraz szacunkach na temat gęstości gwiezdnej w Galaktyce. W rezultacie znalazł się w punkcie wyjścia.

Szacowano, że Droga Mleczna zawiera jakiś miliard gwiazd tego typu, choć obserwatorzy na Ziemi namierzyli ich dotąd ledwie niespełna trzy tysiące. Dane Priminae w ogóle nie odnosiły się do tych informacji, choć nie był wcale pewien, czy odczytuje je we właściwy sposób. Głównym problemem, który dostrzegł od razu, było to, że większość gwiazd neutronowych przypominała tę, wokół której właśnie orbitowali, czyli – jak na gwiezdne warunki – pozostawały ciche i trudne do wykrycia.

Większości też przypisywano wiek kilku miliardów lat i pozostawały one w stanie zapaści już od tak dawna, że straciły energię. W rezultacie bardzo trudno było je zlokalizować, nawet z krótkiego dystansu.

„To, co z tego wynika, może być dla nas wieścią zarówno dobrą, jak i złą. Cholera, potrzeba więcej danych, a nie mam pojęcia, skąd je wytrzasnąć”.

Gdy tylko nawiązano bezpieczne połączenie, Steph wysłał przez system notatkę bezpośrednio na „Zemstę”, do Milli. Wciąż uważał „Zemstę” za swoją jednostkę, o wiele bardziej niż „Holendra”, ale nie to było w tej chwili istotne.

Steph westchnął.

Zdecydowanie preferował bezpośrednią akcję, a nie taką zabawę w podchody.

Stacja dowodzenia Protektoratu Hele

Geth zauważył, że jakiś mało istotny alert przeszedł przez jego posterunek; otworzył go odruchowo.

System oflagował nietypową anomalię grawitacyjną w celu dalszego jej zbadania i automatycznie skierował na nią czujniki platform skanujących. Komandor zauważył, że na razie systemy te nie wysyłały żadnych wieści. Najpewniej oznaczało to, że mieli do czynienia ze zbłąkaną planetoidą dryfującą przez przestrzeń i ocierającą się o sieć detektorów.

To był irytująco częsty problem.

Byli w stanie wskazać właściwie wszystkie lokalne źródła grawitacji – wystarczyło po prostu odpalić skanery grawitacyjne i pozwolić im mapować sieć wzajemnych subtelnych interakcji zachodzących w systemie. Po odpowiednim czasie powstawał model o dziewięćdziesięcioośmioprocentowej wierności. A to więcej, niż potrzeba do wypełnienia większości zadań.

Zbłąkanych planetoid jednakże nie dało się po prostu zmapować, a tak się niefortunnie złożyło, że były czymś powszechnym w pobliżu supergęstej gwiazdy neutronowej. Cały region był zanieczyszczony takimi odłamkami kosmicznego śmiecia, zapewne po raz pierwszy wyrzuconego z systemu przy okazji eksplozji gwiazdy, która zaszła kilka miliardów lat wcześniej. Jakaś ich część pozostała na tyle blisko, że co pewien czas bywała wciągana na powrót, co czyniło aktualizacje mapy grawitacyjnej systemu czystym piekłem.

Geth szybko wpisał dane uwierzytelniające, potwierdzając decyzję systemów o dalszym badaniu układu. Zapewne była to strata czasu, ale tutaj, tak daleko od Protektoratu, czasu akurat mieli w bród. A gdyby się okazało, że to jakaś wroga siła właśnie urządza sobie jedną z rzadkich wypraw łupieżczych… Może i zwieją, ale Geth z radością dopilnuje, by zrobili to z podwiniętymi ogonami i bez łupu.

„Są takimi pasożytami, że aż dziwi, iż Imperium nie rozprawiło się z nimi już dawno temu” – pomyślał.

Wiedział przecież lepiej niż większość ludzi, że Imperium nie przechodziło łatwo do porządku dziennego nad przerwami w dostawach.

Rozdział 5
Niszczyciel „Holender”

„Żaden plan nie przetrwa kontaktu z wrogiem” – pomyślał Steph. „To wiedziałem już od dawna, ale teraz mam do czynienia z niebywałą sytuacją, w której plan wyrzuca się do śmieci dwukrotnie, i to zanim w ogóle doszło do kontaktu. To jakiś obłęd”.

Patrzył na wyświetlacz spode łba, przeglądając najnowsze dane wywiadowcze. Zaczął w locie przeformułowywać strategię.

Teraz stało już przed nimi kilka celów do zrealizowania, całe szczęście, niesprzecznych. Niestety, kilka było niesamowicie skomplikowanych.

Korona pragnęła zapasu dziwnej materii – czy, jak sami to określali, materii „głębokiej”. To zrozumiałe i do zrobienia. Podstawowa misja opierała się na scenariuszu „brać i wiać”. Łatwizna.

Obecność obozów pracy i rodzin trzymanych w charakterze niewolników oraz zabezpieczenia zarazem zmieniła sytuację, bo akcja stawała się dla Stepha sprawą osobistą. Dopilnowanie, by ktoś zabrał stąd więzionych ludzi, było przedsięwzięciem znacznie bardziej złożonym, wymagającym przejęcia lokalnych jednostek kosmicznych i zneutralizowania środków obronnych w stopniu znacznie szerszym, niż zakładał oryginalny plan. Ale wciąż była to rzecz wykonalna.

Jednak teraz pojawiła się nowa rysa.

Imperium bawiło się tu, właśnie w tym systemie, w wymuszanie haraczu – w zamian za część urobku obiecywali nie splądrować tego miejsca.

Taka rewelacja stanowiła dane wywiadowcze o priorytetowym znaczeniu.

Pozostawało pytanie, co z nią właściwie zrobić.

Zaczął rozumieć, że aby do tego dojść, należało przemyśleć wszystko bardzo gruntownie. W czasie wojny odkrycie informacji takiego kalibru nakłaniałoby do wyciągnięcia oczywistego wniosku: „Jeśli nie możesz czegoś utrzymać, zniszcz to”.

Ale Steph nie był pewien, czy mógłby zastosować tę zasadę względem całego systemu gwiezdnego.

– A już szczególnie względem całego systemu wokół gwiazdy neutronowej – mruknął do siebie, przeglądając skany. – To cholerstwo zostało już i tak zniszczone kilka miliardów lat temu. Nic, co moglibyśmy zrobić, nie będzie skuteczniejsze.

Mógłby, jak sądził, stworzyć zbłąkaną osobliwość grawitacyjną, poświęcając „Holendra”, ale Steph wcale nie był pewien, czy rozwiązanie to wyrządziłoby jakąś znaczącą szkodę systemowi, a zresztą sama koncepcja takiego ataku wydawała się przerażająca.

„W życiu na coś takiego nie pójdę” – pomyślał.

W końcu nie nazywał się Doohan. Słyszał o tym szurniętym draniu, a także o tym, że Eric zabronił temu gościowi choćby postawić stopę na pokładzie „Odyseusza”. Nie po tym, co usłyszał na temat zbiornika z antymaterią i tego, co Doohan z nim zrobił. Steph nie mógł zupełnie winić o to Erica, bo sam również nie zapraszałby kogoś takiego na pokład swoich jednostek, a już zwłaszcza na pokład „Zemsty”.

W tej chwili „Zemsta” przewoziła bowiem antymaterię.

Nikt w całej flocie nie dopuściłby świadomie Doohana w pobliże antymaterii. Nikt poza Morganem, który musiał być równie szalony, co jego inżynier.

Steph wymamrotał pod nosem:

– To mnie prowadzi donikąd.

Rozmyślał w kółko i bez przerwy o sprawach niezwiązanych z tematem bieżącym – powinien skupić się na głównym problemie. Imperium wyciągało z tego systemu materiały potrzebne do prowadzenia wojny, więc Steph musiał wpaść na pomysł, jakie działania podjąć. Niestety, zniszczenie tych surowców było właściwie niemożliwe. Dowódca misji nie był pewien, czy istniało cokolwiek poza osobliwością grawitacyjną, co mogłoby zniszczyć neutronium, o dziwnej materii nie wspominając. Tak naprawdę najlepszym, co mógłby faktycznie zrobić, byłoby spowolnienie dostaw dla Imperium.

 

„Albo doprowadzenie do tego, że postanowią przejąć tę placówkę z rąk Protektoratu, co będzie kosztowało sporo środków i wysiłku…” – rozważał. Nie dokończył myśli, bo nagle przyszło mu do głowy nowe rozwiązanie.

Przywołał swój wyświetlacz, sprawdzając pewne otrzymane dane, po czym szybko uruchomił procedurę nawiązywania łączności z resztą eskadry przez bezpieczne impulsy laserowe.

– Chorąży! – zawołał.

– Tak, panie kapitanie? – Dumora odwróciła się w jego stronę i spojrzała wyczekująco.

– Upewnij się, że załoga szykuje się do akcji – rzekł zasadniczym tonem, wiedząc, że nie może tak naprawdę ufać, iż zareagują jak należy na ogólny alarm bojowy.

W trakcie służby z Archaniołami miał już do czynienia z wszelkimi typami żołnierzy – niektórzy byli elitą, inni zdecydowanie się do niej nie zaliczali, ale Steph wiedział, że prędzej wybrałby nawet najgorszych z wojaków służących w jakichkolwiek siłach sojuszniczych na Ziemi niż kogokolwiek, kogo mógłby znaleźć w Wolnych Gwiazdach. Co gorsza, był pewien, że przypadło mu akurat kilku z tych lepszych tubylców, którzy chcieli pracować i zgłosili się na ochotnika.

Kilku było świetnych, głównie wśród oficerów. Takich jak oni należało się spodziewać w kadrze oficerskiej przyzwoitych sił zbrojnych Trzeciego Świata. Patriotyczni na swój sposób, postanowili wrócić na swoje planety, gdy otrzymali od Stepha taką możliwość.

Pozostali byli ledwie wyszkoleni, w większości raczej nie najbystrzejsi, ale gotowi pobrudzić sobie ręce.

Może nie była to sytuacja rozpaczliwa, ale ci ludzie wciąż wymagali sporo pracy, by nabrać należytej formy – właśnie z tego powodu Steph rozpłaszczał teraz tyłek w fotelu dowodzenia niszczyciela, zamiast przebywać na pokładzie Archanioła, czyli w miejscu, w którym tak naprawdę być powinien.

– Tak jest, panie kapitanie. Przekażę rozkazy.

– Upewnij się, że zostaną wypełnione – odpowiedział. – Nie chcę słyszeć, że ktoś je zignorował. Jeśli tak się stanie, wyciągnę konsekwencje.

– Tak jest, kapitanie – odparła kobieta. – Dopilnuję tego.

Pokiwał głową, zły, że musiał wydawać taki rozkaz. Załoga wiedziała, co do niej należy, tylko że nie czerpała ze swoich obowiązków dumy, a to stanowiło problem.