Wzlot AniołówTekst

Z serii: Archangel One #2
0
Recenzje
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Wzlot Aniołów
Wzlot Aniołów
Audiobook
Czyta Roch Siemianowski
Szczegóły
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

Archanioł Dwa

Komandor Black spoglądała na dane liczbowe, szykując się do rozpoczęcia operacji, gdy nagle jej konsoleta łączności ożyła.

– Dwa, tu Jeden.

Zmarszczyła czoło, rozpoznając głos.

– Tu Dwa, odbiór.

– Cześć, Alex – powiedział Stephanos. Jego podobizna ukazała się na jej głównym ekranie chwilę później. – Mam dla ciebie kilka aktualizacji danych na ostatnią chwilę. Właśnie nadziałem się na małą bombę informacyjną. Nie wiem, czy i jak wpłynąć może ona na naszą operację.

– Teraz mamy idealny moment – odpowiedziała Alexandra Black, szybko odnajdując wysłany jej pakiet plików. Otworzyła je. – Na co patrzę?

– Wiesz, że robotnicy to kontraktowi niewolnicy, nie? – spytał.

– Oczywiście, była o tym mowa na odprawie – odrzekła. Ponownie zmarszczyła brwi, czytając niektóre opisy. – Sądziłam, że już ustaliliśmy ich położenie?

– A owszem. Ale najwyraźniej nie wiedzieliśmy dość dużo, by pytać, gdzie znajdują się ich rodziny – stwierdził, kładąc nacisk na ostatnie słowo.

Skrzywiła się.

– A niech to szlag.

Steph pokiwał głową.

– Teoretycznie nie ma to na nas żadnego wpływu, o ile będziemy trzymać się oficjalnego planu. To operacja typu „brać i wiać”. Żadna z tych placówek nawet nie jest w obrębie naszej strefy operacyjnej.

Przytaknęła.

Problem w tym, że obok oficjalnego planu istniało jeszcze sporo nieoficjalnych, a nowe dane poważnie w nich mieszały.

– Jeśli będziemy się trzymać planu L, mamy zdolności ładunkowe? – spytała.

– Nawet się do nich nie zbliżymy.

Westchnęła.

– No tak, nie oczekiwałam, że się uda. Co wymyśliłeś?

– Najmądrzej byłoby wykonać operację zgodnie z planem, a wszystkim pozostałym martwić się już później.

– Nigdy nie uważałam cię za kogoś, kto wybiera najmądrzejsze opcje, Stephanos – rzuciła beznamiętnie.

Położył dłoń na sercu, przybierając pozę osoby zranionej.

– Jak mogłaś w ogóle powiedzieć coś takiego, Czarna? Po wszystkim, co razem przeszliśmy…

– Tak naprawdę to wyraziłam się dość oględnie.

– Już ty wiesz, jak zepsuć innym zabawę – rzekł, przewracając oczami. – Musiałaś być prawdziwym źródłem radości, gdy byłaś w bractwie na uczelni.

– Skąd…? – zaczęła i zacisnęła szczęki.

Prychnął.

– Serio? Faktycznie należałaś do bractwa uczelnianego? Oj, tego się nie spodziewałem. Oczywiście ja nie uczęszczałem do żadnej wyższej szkoły, więc niezbyt się znam…

– Naprawdę nie studiowałeś? – Alex nie mogła nie zadać tego pytania. Jednocześnie dokładała starań, by się nie zaczerwienić. – Wiem, że masz jakieś stopnie…

– Głównie dzięki zdalnej nauce, poczta i telekonferencje, wiesz – rzucił lekko. – Gdy zaczęła się wojna, byłem dzieciakiem, i to takim ze skłonnością do łobuzerki…

– Czyli innymi słowy, nie zmieniłeś się do dziś?

Zaśmiał się.

– Eric i reszta… oni, można by powiedzieć, zaadoptowali mnie. Upewnili się, że zdobędę wykształcenie, choć okrojone i sformatowane pode mnie. Po wojnie postarałem się o wszystkie zaliczenia potrzebne, by we własnym tempie zdobyć resztę wykształcenia. W tamtym momencie jednak tak naprawdę nikogo to już nie obchodziło.

– Wcześniej pewnie też nie – odrzekła Alex.

– Wcześniej też nie – przytaknął. – Przez jakiś czas zanosiło się, że przegramy, nim ta wojna na dobre się rozpocznie. Dług Stanów Zjednoczonych był wtedy tak wielki, że gdy Chiny i Indie zaczęły wyprzedawać udziały w nim za bezcen… cóż, wydatki na wojskowość stały się zbędne jak widelec przy zupie, choć i tak szlag trafił je dopiero na samym końcu.

Alex słyszała opowieści o tym, ale wtedy sama była dzieckiem. I to nie nad wiek rozwiniętym nastoletnim diabłem wcielonym, jakim podobno według legend był Stephanos. Nie, ona wtedy nosiła jeszcze pieluchy.

– Trudno nawet wytłumaczyć, jak źle się wtedy sprawy miały – rzekł ponuro. – Czegoś takiego trzeba doświadczyć, by to pojąć. Więcej ludzi mieszkało na ulicach niż w domach. A marynarka wojenna Stanów Zjednoczonych dosłownie porzucała okręty, bo nie potrafiła zorganizować dość ludzi, by sprowadzić je do domu. Inflacja, cóż, dokręciła nam śrubę… Tak to określmy. Szlag wszystko trafił, i to tak szybko, że wszystkim poopadały szczęki. Przez całe dekady żyliśmy ponad stan, aż wreszcie wierzyciele wyszarpnęli spod naszych stópek dywan. A gdy sprawy przyjęły najgorszy obrót, do akcji wkroczył Blok.

Alex wiedziała co nieco na ten temat, była to podstawowa wiedza historyczna, ale pokiwała głową. Znała Stepha na tyle dobrze, by mieć pewność, iż ta dygresja zmierza do czegoś konkretnego.

– Z początku ich ignorowaliśmy – pociągnął wywód. – Tajwan nie był naszym problemem. Ktoś inny mógł pomóc tym ludziom, gdy zaczęli trafiać do obozów. – Westchnął. – Korea? Cóż, może to był idealny czas, by Północ na powrót zjednoczyła się z Południem? Nieważne, że Korea Północna była cholernym przedsionkiem piekła, a Południowa sojusznikiem. To nie była nasza sprawa. Europa Wschodnia? A niech Rosjanie się z tym użerają. NATO i tak już się sypało. Kilkoro poprzednich prezydentów o to zadbało. – Zaśmiał się z goryczą. – Nie zwracaliśmy na to wszystko uwagi do momentu, gdy opanowano Okinawę. Wciąż nie mam pojęcia, dlaczego jacyś marines tam zostali. Nikt nie jest w stanie mi tego wyjaśnić, choć mocno dociekałem. Baza miała zostać zamknięta już co najmniej piętnaście razy na przestrzeni roku, ale z jakichś przyczyn wciąż nie wyłączono tam światła. – Pokręcił głową. – Nie wiem, dlaczego Blok to zrobił. Może mieli dość czekania, aż porzucimy Japonię tak, jak porzuciliśmy wszystko inne? Może uznali, że musieliśmy zamknąć tę placówkę? W końcu nie było tam zbyt wiele osób. Ale schrzanili sprawę. Zrobili jedną rzecz, która nas ocaliła: najechali terytorium, które było uznawane za nasze przez dostateczną liczbę rządów, by wywołać reakcję.

Otrząsnął się i uwolnił od dręczących go wspomnień, po czym ciągnął:

– Gdy uwalnialiśmy Japonię, Tajwan, Koreę… i inne miejsca, nie wyglądało to dobrze. Obozy pracy były normą w wypadku więźniów politycznych, czyli każdego, kogo wróg chciał mieć pod kontrolą. No i więziono rodziny tych osób, czasem również ich najbliższych przyjaciół.

Steph oderwał na moment spojrzenie od ekranu. Miał bladą i ponurą twarz, choć mógł być to tylko efekt spowodowany odblaskiem wyświetlaczy.

– Wiele osób mówiło, że to nie nasze zmartwienie. Że nie powinniśmy się bawić w policjanta dla całego świata. Zapewne mieli rację – przyznał. – Ale nigdy nie byłem w stanie odpowiedzieć na dylemat, czy jeśli byłem w stanie zrobić coś, by walczyć z tego rodzaju złem, a jednak tego czegoś nie zrobiłem… to w jaki sposób jestem lepszy od tych potworów? Nie mogę odwracać wzroku, Alex.

Wzięła głęboki oddech, czując się niepewnie.

– To nam mocno pozmienia nasze plany, sir.

– Taa. Wiem. Zabierajmy się do pracy.

Rozdział 3
Okręt Sojuszu Ziemskiego „Odyseusz”
Przestrzeń Priminae

Eric Weston wpatrywał się w czerń na zewnątrz swego okrętu, niemalże nie zwracając uwagi na migoczące w ciemności światła pozycyjne pozostałych jednostek grupy zadaniowej.

„Odyseusz”, odkąd został wyremontowany po spotkaniu z Imperium, wykonywał misje patrolowe niemal bez przerwy, co zaczynało mieć negatywny wpływ na załogę. Te zadania oznaczały długie godziny nudy, to znaczy coś, co z początku, po walkach, powitano z ulgą. Teraz jednak nuda zaczęła być męcząca.

„Wkrótce będziemy musieli ustalić, kiedy wyruszamy” – pomyślał Eric. „Minie jeszcze kilka tygodni, zanim inna grupa z Ziemi przejmie nasze patrole. A i tak pogranicze pozostanie niedostatecznie chronione”.

Z drugiej strony, nowi załoganci „Odyseusza” i jego siostrzanych jednostek dobrze się zaaklimatyzowali. Po wyboistym początku – co było normą w takich sytuacjach – Eric był pewien, że ci ludzie poradzą sobie ze wszystkim.

„Co oczywiście oznacza, że już wkrótce stracę kolejnych członków załogi, bo zostaną oni przeniesieni do nowych grup zadaniowych, by dzielić się doświadczeniem”.

Skrzywił się i pociągnął łyk kawy.

No i z tego wynikał kolejny problem.

Konfederacja kontrolowała Ameryki właściwie w całości, jedynie kilka upartych społeczności nie chciało się jeszcze do niej przyłączyć. Reszta planety była pocięta na strefy wpływów Bloku, Federacji Rosyjskiej, Unii Europejskiej i kilku niezrzeszonych grup rozrzuconych po całym globie, pozbawionych większego znaczenia, nie licząc Australii i Nowej Zelandii, powiązanych z Europą przeszłością kolonialną, a zarazem z Konfederacją za sprawą Kanady.

Z jakiegoś powodu, z racji istnienia dawnych traktatów, takich jak Dokument o Swobodzie Poruszania się Wspólnoty Narodów, każdy obywatel Unii Europejskiej czy Konfederacji mógł swobodnie podróżować bez paszportu między dowolnymi państwami członkowskimi tych dwóch organizacji, używając Australii lub Nowej Zelandii jako swoistego „mostu”.

„To musiało być prawdziwym koszmarem dla sił bezpieczeństwa” – pomyślał Weston.

A jednak taka sytuacja była ogromnym błogosławieństwem dla zjednoczonych nacji, których dotyczyła, bo przecież właściwie przeobrażała je w trójpaństwowy organ zarządzający, kontrolujący ponad pół planety. Rosjanie i Blok nie byli tym zachwyceni, ale żadnego z członków Wielkiej Trójki to nie obchodziło.

Zyskali ogromną potęgę, zarówno polityczną, jak i ekonomiczną, a to pozwoliło utrzymać Wielką Trójkę na szczycie, przynajmniej na razie.

 

Problem polegał jednak na tym, że ponad dwie trzecie populacji świata wciąż pozostawało pod kontrolą Bloku i Federacji Rosyjskiej, więc pozyskanie siły żywej zaczynało nastręczać trudności w obliczu rozrostu sił kosmicznych.

Nowe eskadry wchodzące do służb – każda z nich potrzebowała dziesiątek tysięcy wyszkolonych ludzi – były najmniejszym zmartwieniem. Kuźnia potrzebowała jeszcze większej obsady wysoce wykwalifikowanych robotników, by w ogóle móc eskadry wybudować, a ziemska sieć Kardaszewa mogła sobie być zautomatyzowaną platformą budowlaną, ale jej konserwacja wciąż wymagała uwagi tysięcy osób i tworzyła popyt na fachowców rosnący w tempie niemalże wykładniczym.

Gdy dodać do tego Włóczęgi i ich nieustanne misje kooperacyjne z Priminae, a także nowy popyt na wypadek konieczności walk lądowych z Imperium, okazywało się, że nawet cała populacja Wielkiej Trójki zaczyna być niedostateczna.

Eric miał nadzieję, że admirał miała jeszcze w zanadrzu kilka sztuczek, ponieważ jeśli Imperium w najbliższym czasie pójdzie za ciosem, może się zrobić bardzo nieprzyjemnie.

Na szczęście użyty przez niego ostatnio blef zdawał się działać tak dobrze, jak tego oczekiwał – a może nawet lepiej. Imperium w całości wycofało swoje siły ekspedycyjne i ograniczyło się do wysłania floty zwiadowczej pod dowództwem kogoś o innym usposobieniu niż osoba, z którą zwarł się w bitwie.

I to stanowiło obecny kłopot dla Erica, było powodem, dla którego wbijał spojrzenie w czerń i rozmyślał, co może pójść źle.

Sięgnął po ekran spoczywający na stojącym obok cokole i wywołał dane liczbowe.

Jak dotąd, flota zwiadowcza zadowalała się szybkim przeczesywaniem obrzeży przestrzeni Priminae, nie niepokojąc Ziemi. Nie było to wielką pociechą, jeśli wziąć pod uwagę, jak bezlitośnie przeprowadzali te akcje.

Ilekroć siły imperialne decydowały się nawiązać walkę, czy to z okrętami, czy z planetami, nie zostawiały świadków. Kilkoro niedobitków ze spopielonego bombardowaniami świata opowiadało o koszmarze, przez który przeszli, ale nie było wśród nich nikogo, kto miał możliwość obserwować sam szturm. Podobnie sytuacja wyglądała z dryfującymi w przestrzeni wrakami – czasem znajdowano na pokładzie kogoś, kto przetrwał, ale zdarzało się to rzadko, gdyż Imperialni przed odlotem na ogół upewniali się, że rdzeń komputera zniszczonej jednostki jest rozbity w drobny mak. A zniszczenie komputera oznaczało również śmierć wszystkich na pokładzie.

Wróg był bezlitosny, działał sprawnie i ostrożnie.

Ostatnio gdy Eric miał ich niemal na wyciągnięcie ręki, nieprzyjaciel nie złapał przynęty, pomimo ewidentnej własnej przewagi.

Weston z irytacją upuścił tablet na swoje miejsce.

– Jesteś sfrustrowany.

Eric nawet nie spojrzał w kierunku głosu. Poczuł, jak znajomy byt materializuje się obok.

Byt.

Może to było niewłaściwe słowo.

Odyseusz.

Manifestacja.

Dusza okrętu, można by rzec.

– A teraz stajesz się poetycki, co jest miłą odmianą – rzucił lekko Odyseusz. – Odnajdziemy wroga, kapitanie, przecież pan to wie.

– Doprawdy? – odbił piłeczkę Eric. – Są czujni. Ostrożni. Zmuszenie ich do walki będzie niemalże niemożliwe, nawet jeśli ich odnajdziemy. Wiem to dobrze, jako że sam doprowadziłem niejednego oponenta do szału podobnie wkurzającym działaniem. Kosmos jest zbyt wielki, i choćbyśmy byli nie wiem jak szybcy, oferuje aż nazbyt wiele kryjówek.

– Być może, wiesz jednak, jak na to zareagować. Podobnie jak ja.

Teraz już Eric spojrzał w bok i omiótł spojrzeniem postać. Odyseusz trochę podrósł. Wciąż nosił zbroję inspirowaną starożytną Grecją, ale teraz pancerz wyglądał, jakby go wykonano z włókna węglowego. Jego makijaż był bardziej wysmakowany – krzykliwy róż cienia do powiek pojawiał się tylko z rzadka. Lecz Odyseusz wciąż pilnował, by ukazywać androginiczny image tym, z którymi wchodził w interakcję. Jego ciało było raczej męskiej budowy, twarz natomiast miała więcej cech żeńskich, ale jedno i drugie było na tyle bliskie neutralności, że mógłby zostać uznany za przedstawiciela dowolnej płci.

„Statek, który rozmyśla nad swoją tożsamością płciową, to coś, o czym nie informują w materiałach szkoleniowych” – pomyślał cierpko Eric, nie pierwszy raz zresztą. Odwrócił się w kierunku czerni i skupił na problemach.

– Tak – rzekł. – Wiem.

Istniała właściwie tylko jedna rzecz, jaką mógł zrobić, choć gardził tą opcją. Skoro wróg nie chciał bezpośredniego starcia, Weston będzie musiał sprawić, żeby sam zaczął do niego dążyć.

Przekonanie nieprzyjaciela, że pole bitwy oferuje mu przewagę, może jednakże stanowić problem. Jedynym sposobem, by tego dokonać, byłoby bowiem naprawdę uczynić owo pole miejscem oferującym tę przewagę.

A do tego Ziemianin raczej się nie palił.

„Cholera. Ale jak trzeba, to chyba faktycznie trzeba…” – pomyślał.

Odwrócił się i niedbale skinął głową Odyseuszowi, a byt rozmył się w powietrzu.

– Wygląda na to, że mamy przed sobą sporo pracy – rzekł do pustego pokładu obserwacyjnego, opuszczając go. Uruchomił kanał komunikacyjny. – Stanowisko dowodzenia, tu Weston.

– Tu stanowisko dowodzenia, komodorze – rozległ się niemal natychmiast głos Miriam Heath.

– Skontaktujcie się z Priminae – polecił. – Jeśli dobrze pamiętam, są w trakcie kilku operacji, na które chciałbym popatrzeć. Powiedzcie admirałowi Tannerowi, że nadeszła pora, by odwrócić role, jeśli idzie o nasz prob­lem z duchami.

– Aye, komodorze. Czy przyjdzie pan tutaj?

– Dołączę do was wkrótce. Muszę najpierw jeszcze sprawdzić coś w archiwach – oznajmił.

– Bardzo dobrze. Informacje, o które pan prosił, będą na pana czekać.

Eric wyłączył kanał. Nadeszła pora, by przestać reagować na działania wroga i sprawić, że to wróg zacznie reagować na to, co on zrobi. Może i była to zabawa w chowanego, ale zanosiło się właśnie na drobną zmianę zasad.

„Gotowi czy nie… nadchodzimy” – pomyślał.

Układ Słoneczny

– Pani admirał, raporty o materiałach dostarczonych dzięki siłom ekspedycyjnym Archaniołów właśnie zostały przekazane do pani systemu komputerowego.

Amanda Gracen obejrzała się.

– Dziękuję, poruczniku.

Adiutant skłonił się i wyszedł. Gracen aktywowała terminal i przywołała wspomniane pliki.

„Ciekawostka” – pomyślała chwilę później.

Już same dane wywiadowcze wydobyte z przepastnych trzewi komputera przechwyconego niszczyciela czyniły całą tę operację wartą włożonych w nią środków, ale najwyraźniej i same kryształy kryły w sobie coś interesującego.

Przeskoczyła z podsumowania do właściwych raportów.

Parę rzeczy od razu rzucało się w oczy. Badacze niewątpliwie również zwrócili na nie uwagę. Kryształy nie należały do spodziewanych izotopów, a gdyby nie posiadały dołączonych podstawowych materiałów instruktażowych, naukowcy nawet by nie wiedzieli, co mają z nimi zrobić.

A tak, zdołali wyłuskać kilka cennych informacji, których zabrakło w omówieniu dostarczonym przez Stephanosa.

„Ciekawostka, w istocie. Bardzo interesująca” – uznała Gracen.

Kryształy charakteryzowały się przepływem kwantowym, co czyniło je idealnymi do stworzenia rdzenia komputera kwantowego. Ich pojemność przewyższała znacznie podstawowe wzorce używane przez Ziemię i Priminae.

„To by wyjaśniało, dlaczego w technologii Imperium zaszła taka zmiana względem algorytmów, których używaliśmy w obliczeniach” – uświadomiła sobie Gracen.

W tym momencie kryształy te przydzielono do wytworzenia nowego klastra, który mógłby potencjalnie posłużyć jako najszybszy i najpotężniejszy superkomputer w całym Układzie Słonecznym. To, że najwyraźniej niektóre z kryształów posiadały możliwe do prześledzenia elementy połączone kwantowo, było dodatkową korzyścią. Jeśli badania prowadziły do uzyskania prawidłowych wniosków, kryształy mogły przeliczać dane w czasie rzeczywistym, nieważne, w którym systemie gwiezdnym się znajdowały.

Gracen sporządziła notatkę, w której zażądała, żeby badacze przetestowali zasięg kryształów. Należało się upewnić, że połączenie będzie działać jak należy na dystansie minut świetlnych czy nawet dłuższym.

Nie była do końca pewna, jakie korzyści mogłoby to zapewnić, ale wyglądało na to, że jednym z potencjalnych zastosowań takiej technologii byłyby znacznie efektywniejsze środki komunikacji.

Zmarszczyła brwi i zaczęła intensywnie myśleć.

A potem szybko wysłała kolejną notkę.

„Muszę się upewnić, czy nie oznacza to, że Imperium dysponuje obecnie poważną komunikacyjną, a więc i strategiczną przewagą nad nami” – myślała. „A może nawet nie zdali sobie jeszcze sprawy z tego, czym właściwie dysponują”.

Zazwyczaj Gracen nie lekceważyła ewidentnie groźnego wroga, ale przekonała się już, i to boleśnie, że ocenianie zdolności technicznych obcych bywa niemal niemożliwe, jeśli porównywać je do ludzkiego rozwoju technologicznego.

Okręt dowodzenia Ósmej Floty Imperialnej

Birch zbadała dane zdobyte przez zwiadowców dalekiego zasięgu, niepewna, czy powinna być zadowolona z dotychczasowego przebiegu misji. Z jednej strony, nie przytrafiły im się żadne poważne komplikacje, z drugiej – postępy nie były wcale imponujące.

Przetestowali siły obronne wroga, które najwyraźniej właściwie nie istniały, ale nie nauczyli się niczego nowego… Potwierdziło się jedynie, że wróg nie ma niczego, czym mógłby chronić swoje kolonie.

Jednak musiała przyznać, że kwestia obrony młodych kolonii rzadko bywała sprawą priorytetową, nawet dla Imperium.

Gdyby nie fakt, że przeciwnikom udało się kompletnie zdziesiątkować imperialną flotę, a potem jeszcze pokazać, że nie żartują, i puścić z dymem całą placówkę stoczniową, Birch uznałaby już teraz, że tamci są po prostu słabi.

„By potem bez wątpienia obserwować, jak wróg niszczy moje siły” – pomyślała. „I jak cesarzowa za karę pozbawia mnie tytułu”.

– Komandor floty?

– Tak? – spytała, podnosząc wzrok.

– Właśnie otrzymaliśmy nowe dane rozpoznawcze od jednego z naszych zwiadowców. Część z nich może być dla pani istotna.

– Przekażcie je tutaj.

– Tak jest.

Chwilę później dostarczono pliki. Birch otworzyła je i przez chwilę przeglądała liczby oraz dane telemetryczne, aż wreszcie zrozumiała, na co patrzy.

– Podkomandorze – rzekła – proszę spojrzeć na to i powiedzieć, co sądzisz.

Robe podszedł i pochylił się nad jej konsoletą.

– To konwój z Kolonii? – spytał.

– Na to by wyglądało – potwierdziła. – Przyjrzyj się wektorom.

Robe ponownie zbadał dane liczbowe.

– To daleko od naszej granicy z Przysiężnymi. Sądzi pani, że próbują uniknąć naszych sond?

Pokiwała głową.

– Tak właśnie sądzę, podkomandorze. Z tego, co tutaj widzę, wynika, że możemy ich wyprzedzić.

– Statki towarowe zdają się dysponować relatywnie niską prędkością maksymalną, jeśli wnioskować po krzywej mocy oraz ich masie – przytaknął Robe. – Czy mam zacząć wydawać rozkazy?

Skinęła głową.

– Zrób to. Chcę sprawić, że będą się nas lękać, i to w każdym zakątku swej przestrzeni.

– Będzie, jak pani rozkaże.