OrestesTekst

Autor:Eurypides
0
Recenzje
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

Eurypides

Orestes

przeł. Jan Kasprowicz

Armoryka

Sandomierz

Projekt okładki: Juliusz Susak

Na okładce: Bernardino Mei (1612–1676), Orestes slaying Aegisthus and Clytemnestra (1654),

licencja public domain, źródło: https://pl.wikipedia.org/wiki/Plik:Bernardino_Mei.jpg

Plik rozpoznano jako wolny od znanych ograniczeń praw autorskich,

włącznie z prawami zależnymi i pokrewnymi.

Tekst wg edycji:

Eurypides

Orestes

Wyd. Akademia Umiejętności

Kraków 1918

Zachoano oryginalną pisownię.

© Wydawnictwo Armoryka

Wydawnictwo Armoryka

ul. Krucza 16

27-600 Sandomierz

http://www.armoryka.pl/

ISBN 978-83-7950-848-8

Orestes

Osoby dramatu.

ELEKTRA, córka Agamemnona i Klytaimnestry.

HELENA, żona Menelaosa.

HERMIONA, jej córka.

CHÓR niewiast argiwskich.

ORESTES, syn Agamemnona i Klytaimnestry.

MENELAOS, król Sparty, brat Agamemnona.

TYNDAROS, ojciec Heleny i Klytaimnestry, Kastora i Polideukesa.

PYLADES, syn Strofiosa, krewny i przyjaciel Orestesa.

GONIEC, stary sługa na dworze Agamemnona.

FRYGIJCZYK, niewolnik w służbie Heleny.

APOLLON.

Rzecz dzieje się w Argos.

W głębi sceny pałac Agamemnona w Argos. W głębokiej nyży bramy głównej łoże Orestesa, na którem spoczywa, w głębokim pogrążony śnie. Przy nim siedzi

ELEKTRA (podniósłszy się).

Nic niema tak strasznego, co się w ludzkiej mowie

Wyrazić da, mąk niema, ni losów bogowie

Nie zarządzili takich, by na serce człeka

Nie spadły. Szczęsny Tantal — od tego-m daleka,

Ażeby jego doli urągać —, to boże,

Zeusowe pono plemię, zawisnął w przestworze

I ciągle drży, ażeby nań się nie urwała

Ta ponad jego głową wciąż stercząca skała.

A karę tę ma za to, że, jak chodzą słuchy,

Zaszczycon będąc ongi, acz śmiertelnik kruchy,

By w bogów uczestniczyć biesiedzie, języka

Nie trzymał za zębami, wada, co dotyka

Najbardziej. Ten Pelopsa miał, ten Atreusza,

Którego prządka życia, bóstwo Zwada, zmusza —

Ten los-ci mu wyprzędła —, by się waśnił z bratem

Rodzonym, Thyestesem. Lecz na cóż, pozatem,

Wspominać okropności? Zabiwszy mu dziatki,

Zaprosił go Atreusz do tej uczty rzadkiej!

Z Atreja — że pośrednie zajścia już pominę —

I z Aeropy z Krety powstał w swą godzinę

Syn Agamemnon sławny, jeżeli go można

Zwać sławnym, i Menelej... Żoną tego zdrożna,

U bóstw znienawidzona Helena, a zasię

Ów książę Agamemnon zawarł w swoim czasie

Ślub, w Grecyi napiętnowan, z Klytaimnestrą. Idą

Trzy córki z niej, mej matki — tak, z Chryzotemidą

Ma siostra Ifigenia, oraz ja, z nazwiska

Elektra, i syn Orest. Serce mi się ściska,

Gdy wspomnę tę ohydną, tę bezbożną matkę!

W nierozerwalną ojca uwikławszy siatkę,

Zabiła go. Powodu nie przystoi pannie

Przytaczać. Niech to inni zechcą nienagannie

Wyjaśnić... Jakichże mi dzisiaj słów potrzeba,

Ażeby się użalić na bezprawie Feba?

Oresta on nakłonił, by matce rodzonej

Śmierć zadał, co nie wszystkie pochwaliły strony,

I brat ją zamordował, ufny w słowo boże.

Uczestniczyłam w mordzie, ile pomódz może

Niewiasta. I Pylades dział razem z nami.

Od chwili tej, dzikimi trapiony szałami,

Nieszczęsny brat Orestes na posłaniu leży —

Tak niemoc go przemogła. Krwi matczynej świeży

Wciąż zapach w szał go wprawia i dręczy nad miarę —

Bo nie chcę przypominać trwóg tych, swą ofiarę

Okrutnie ścigających, Eumenid... Dzień szósty

Upływa, jak się lały onej krwi upusty

Matczynej, jak spalono poświęcone zwłoki,

A on ni kęsa strawy nie przyjął w głębokiej

Rozterce, i w kąpieli nie był do tej pory.

Otulon w płaszcz, gdy folgę uczuje ten chory

Braciszek w swych cierpieniach cielesnych, to oczy,

Przytomność odzyskawszy, łzawi, to wyskoczy

Z posłania i wciąż pędzi i pędzi, jak źrebce,

Gdy z jarzm je wyprzągnięto. W tej naszej kolebce,

W Argosie, zakazano ugaszczać nas w domu

I mówić — z przestępcami, jako żeśmy sromu

Matkobójczego winni. Dzień dzisiejszy będzie

Rozstrzygającym dla nas, albowiem orędzie

Argiwski sąd dziś wyda, jaką śmiercią mamy

Umierać: czy nas zechcą, poza miasta bramy

Wywiódłszy, kamienować, czy też miecz nam spadnie

Na karki. Lecz nadzieję żywim, że tak snadnie

Nie zginiem, gdyż Menelej, powróciwszy z Troi,

Już w Nauplii wylądował. Ponieważ się boi,

Więc żonę swą, Helenę, tych nieszczęść sprawczynię,

Wprzód wysłał nocą w dom nasz, gdyż w mroku jedynie

Ujść mogła zemsty ludzkiej. Za dnia wszyscy oni,

Co synów potracili pod Troją, w pogoni

Głazami-by ją na śmierć zatłukli. W komnacie

Przebywa, zapłakana po siostry utracie

I nad nieszczęściem domu. W tej swojej boleści

Tę jedną ma pociechę, że córkę dziś pieści

Do Troi uciekając, dała Hermionę

W opiekę mojej matce, dziś to opuszczone

Dziewczątko król Menelej sprowadził ze Sparty.

Tą pieszcząc się, Helena tłumi ból zażarty.

Więc teraz ja po wszystkiej rozglądam się drodze,

Czy on tu się nie zjawi. Gdyż na małej srodze

Niteczce zawisł żywot nasz biedny, jeżeli

Pomocy nam Menelej co tchu nie udzieli.

Nie wiele dom w nieszczęściu pogrążon dokona.

Z pałacu wychodzi

HELENA.

O córko Klytaimnestry i Agamemnona,

Elektro, coś tak długo w panieńskim jest stanie!

Ach! powiedz, jakie dzisiaj twoje bytowanie

I jak się ma Orestes, nieszczęsny morderca

Swej matki! Że tak do was przemawiam od serca,

Nie ściągnę na się zmazy, albowiem jedynie

Fojbosa ja winuję w tym okrutnym czynie.

Po śmierci Klytaimnestry, mojej biednej siostry,

Narzekam, że ją taki spotkał los przeostry!

Widziałam ją ostatnio, gdym w trojańskie ziemie

Ruszała — snać bóg jakiś nałożył to brzemię

Szaleństwa na me barki! Dzisiaj, na swą miedzę

Wróciwszy, nad swym losem samotna się biedzę.

ELEKTRA.

Cóż powiem ci, Heleno? Toć sama na oczy

Swe własne oto widzisz, jaka dola tłoczy

Syna Agamemnona! Przy jego niemocy

Okrutnej wysiaduję śród bezsennych nocy,

Przy trupie onym siedzę, boć trup on, gdyż życie

Na słabej wisi nitce. O tym jego bycie

Nie mówię ja z wyrzutem. Oboje żyjecie

Szczęśliwie — ty i mąż twój szczęśliwy na świecie,

My za to jakże czarną przybici żałobą!

HELENA.

Jak dawno on złożony tą swoją chorobą?

ELEKTRA.

Od chwili, kiedy przelał krew, co go zrodziła.

HELENA.

Ach! biedny on i matka, biedna jej mogiła!

ELEKTRA.

Z rozpaczy dzisiaj ginę! Taka losów droga!

HELENA.

Wyświadczysz mi przysługę? Proszę cię, na boga!

ELEKTRA.

Nad bratem czuwać muszę, nie znajdę sposobu.

HELENA.

Nie mogłabyś się udać do mej siostry grobu?

ELEKTRA.

Do siostry, a mej matki? Jakie masz zamiary?

HELENA.

Z zalewek i mych włosów złożysz jej ofiary.

ELEKTRA.

Do drogiej pójść mogiły nie przystoi-ć wcale?

HELENA.

Na widok Argiwczyków ze wstydu się spalę.

ELEKTRA.

Haniebna wprzód ucieczka, wstyd spóźniony potem.

HELENA.

Masz słuszność, ale ranisz swego słowa grotem.

ELEKTRA.

Dlaczego Mykeńczyków twe oczy się boją?

HELENA.

Wstyd ojców, których syny zginęli pod Troją.

ELEKTRA.

O głośne też na ciebie wznosi Argos wrzaski.

HELENA.

Dlatego wybaw z trwogi, nie skąp mi swej łaski.

ELEKTRA.

Nie mogłabym ja spojrzeć na mogiłę matki.

HELENA.

Czyż godzi się, by służba nosiła me datki?

ELEKTRA.

Masz przecież Hermionę, wypełnić to umie.

HELENA.

Panienka nie powinna obracać się w tłumie.

ELEKTRA.

Lecz winna dług tej spłacić, co się nią zajęła.

HELENA.

Masz słuszność. Za twą radą wypełnienie dzieła

Powierzę mojej córce... Chodź tu, Hermione,

Zalewkę bierz do ręki i te ostrzyżone

Me włosy, Klytaimnestry nawiedź-że grobowiec,

Na szczycie stań mogiły z ofiarą i powiedz,

Płyn lejąc — wino z mlekiem i miodem, te słowa:

»Helena, siostra twoja, jako że się chowa

 

Przed gniewem Argiwczyków, sama przy twym grobie

Nie mogąc dzisiaj stanąć, przezemnie śle tobie

Swe datki!« Potem proś ją, by wzięła w opiekę

Mnie, ciebie i małżonka i te, że tak rzekę,

Sieroty dwie nieszczęsne, które Bóg zatracił,

I że jej dary złożę, by się dług mój spłacił

Wobec mej zmarłej siostry, skoro czas posłuży.

Idź przeto, dziecko moje, i nie zwlekaj dłużej —

Myśl, wszystko to spełniwszy, o powrotnej drodze.

(Odchodzi wraz z Hermioną).

ELEKTRA.

Naturo! Jakże człeka ty upadlasz srodze,

Gdyś zła, a jeśli dobra, jakże ty nas ludzi

Podnosisz! O, widziałam, że się li potrudzi

Ostrożnie, by ściąć ledwie koniuszki swych splotów

Inaczej jej urodzie zaszkodzićby gotów

Ten nóż jej!.. Ano zawsze ta sama! Niech raczą

Bogowie cię ukarać, żeś taką rozpaczą

I mnie i mego brata i całą Helladę

Dotknęła! Ach! Ja biedna! Gdzież znajdę ja radę?!

Nadchodzą przyjaciółki, których wtór się splata

Z moimi lamentami! Wnet obudzą brata,

Chorego Orestesa, i łzy z moich powiek

Wycisną, gdy zobaczę, jak biedny ten człowiek

Szaleje!... O najdroższe niewiasty! Po cichu

Bez stuku, bez hałasu stąpajcie, by lichu

Nie dawać sposobności! Słodko jest mi waszej

Zażywać dziś przyjaźni, lecz jeśli wystraszy

Ze snu tego mi brata, w wielkim będę smutku.

CHÓR MŁODYCH NIEWIAST ARGIWSKICH.

Sza! sza! O pocichutku!

Stopy jak najlżejszemi

Ledwie dotykaj ziemi!

ELEKTRA.

Nie zbliżaj się do łoża! Tamtędy! tamtędy!

CHÓR.

Słucham w te pędy!

ELEKTRA.

Niechże mu szept wasz niewieści

Jako najciszej szeleści,

Niech mu tak cicho gra,

Jako ten trzciny szum!

CHÓR.

Ta warga ma

Drży w swojej mowie,

Jak ledwie dyszące sitowie,

Jak trzcina!

ELEKTRA.

Tłum szept swój, tłum!

Powoli stąpaj, powoli!

Lecz wyznaj mojej niedoli,

Dlaczego właśnie w ten czas

Przybywasz do mnie!

Pierwszy to raz

Tak zasnął głęboko ogromnie!

*

CHÓR.

Powiedz mi, przyjaciółko,

Co się z twym bratem stało?

Czy bardzo chore to ciało?

ELEKTRA.

Przy życiu on-ci jeszcze, lecz oddech ma krótki.

CHÓR.

Ach! Co za smutki!

ELEKTRA.

Zabijesz mi go, jeżeli

Obudzisz go z tej pościeli!

Na wszystko najlepszy lek

Jest nasz spokojny sen.

CHÓR.

Cierpi, niewinny człek,

Los znosi srogi

Za czyn, potępiony przez bogi!

Biedny!

ELEKTRA.

.

Jak ból nęka ten!

Bezprawie było w twym głosie,

Kiedy z Temidy, Fojbosie,

Trójnoga głosiłeś nam,

Że mamy prawo

U śmierci bram

Rozprawić się z matką tak krwawo!

*

CHÓR.

Popatrz na łoże!

Pod płaszczem ruszył się brat!

ELEKTRA.

Twój go, nieboże,

Obudził hałas!... W świat!

CHÓR.

Sądziłam przecie,

Że śpi!

ELEKTRA.

Na wszystko w świecie

Odejdźcie mi!

Pocichu precz stąd ponieście swe kroki!

CHÓR.

Śpi twardo.

ELEKTRA.

Zaiste!

Ty, co głęboki

Sen dajesz ludziom udręczonym, święta,

Prześwięta Nocy! Mgliste

Porzuć Erebu pomroki

I na swych skrzydłach przyleć jak najprędzej,

W Agamemnona biedny przyleć dom!

Okrutna nędza nas pęta,

Giniemy strasznie w tej nędzy,

Giniemy!...

Znów się ruszacie?!

Nałóżcie kaganiec tchom!

Bodajby raz już był niemy

Zbyt skrzętny język wasz!

Precz! precz! Niepotrzebna ta straż

Przy bracie!

Sza! Sza! Użyczcie mu

Dobrotliwego snu.

*

CHÓR.

Jakie są wróżby?

Jaki go czeka kres?

ELEKTRA.

Śmierć, śmierć, bo cóżby?!

Ciągle bez jadła, bez!

CHÓR.

Los już sprowadza

Swój czas!

ELEKTRA.

Fojbosa władza

Zgubiła nas!

Krew ściąga na nas ojcobójczej matki!

CHÓR.

I słusznie!

ELEKTRA.

Ja przeczę!

Mord ty na gładkiej

Spełniłaś drodze i zamordowana

Ległaś! O losy człecze!

Ojca-ś zabiła i dziatki

Zabijasz dzisiaj, matko ma rodzona,

Krwi swojej własnej ty zabijasz płód!

U podziemnego-ś ty pana,

A czyż twa córka nie kona

Z boleści?

Łzy, jęki,

Szlochań ponocnych w bród —

Oto mój żywot niewieści!

Ni dziatki dla mnie ni mąż,

Niepoślubiona, wciąż

Śród męki

Czas spędzam długi, jak wiek —

Nieszczęsny ze mnie człek!

PRZODOWNICA CHÓRU.

Podejdź-że, podejdź, panno Elektro, do łoża

I zobacz, czy go ręka nie zabrała boża.

Nie widzi mi się wcale ten sen nazbyt długi.

ORESTES (do siebie).

O jakie ty nam słodkie wyświadczasz przysługi,

Ty śnie, lekarzu chorób! Jakżeś ty mnie oto

Ogarnął w mej potrzebie, ty luba pieszczoto,

Ty nieszczęść zapomnienie! Jakiem dla nędzarzy

Ty mądrem jesteś bóstwem i dobrem w ich wrażej

Niedoli!... Lecz gdzie jestem? Jak się tu dostałem?

Nie pomnę nic od chwili, gdym był tknięty szałem.

ELEKTRA.

Usnąwszy, ileś ty mi zgotował radości!

Pozwolisz, aby trochę podźwignąć ci kości?

ORESTES.

Podźwignij, ach! podźwignij! Pianą jestem zlany —

Obetrzyj-że mi lice z tej stężałej piany.

ELEKTRA.

Obtarłam, słodka służba. Chętnie moje ręce

Siostrzane pielęgnują brata w jego męce.

ORESTES.

Podeprzyj bok mi bokiem, odgarnij mi z lica

Te czochry, bo nie wiele widzi ma źrenica.

ELEKTRA.

O biedne, pełne brudu, zwichrzone kędziory,

Tak dawno nie umyte na tej głowie chorej!

ORESTES.

Na łóżko mnie znów połóż, bo gdy ustąpiły

Napady mego szału, jestem wciąż bez siły.

ELEKTRA.

Dla chorych pożądaną rzeczą jest posłanie,

Niezbędne, choć nie zawsze chętnie patrzym na nie.

ORESTES.

Do góry mnie znów podnieś i połóż mnie bokiem,

Człek chory nieporadny jest za każdym krokiem.

ELEKTRA.

Czy nie chcesz stanąć nogą na ziemi i chwilę

Pochodzić? Zawszeć zmiana wpływa na nas mile.

ORESTES.

Najchętniej!... Że zdrów jestem, może mi się uda

Połudzić... Gdzie brak prawdy, dobra jest i złuda.

ELEKTRA.

Posłuchaj-że mnie, bracie! Słóweczko jedynie,

Dopóki-ć na przytomność pozwolą Erynie.

ORESTES.

Masz wieści? Jeśli dobre, przyjmij za to dzięki,

Jeżeli zaś nieszczęsne, mam już dosyć męki.

ELEKTRA.

Stryjaszek Menelaos przybył, z nawy swemi

W nauplijskim stanął porcie, na ojczystej ziemi.

ORESTES.

Co mówisz? Zabłysnęło światło w mojej nocy?

Jest krewny, co od ojca tyle miał pomocy?

ELEKTRA.

Tak, jest już. A na dowód moich słów — wiedz o tem,

Z trojańskich dzierżaw przywiózł Helenę z powrotem.

ORESTES.

Jeżeli samby wrócił, los godzien zazdrości,

Zaś razem z jego żoną i zło przyszło w gości.

ELEKTRA.

Zaiste! Córki spłodził Tyndaros, przykłady

Niecnoty okrzyczanej dla całej Hellady.

ORESTES.

Ty tylko bądź mi inną. Nie w słowie jedynie,

Lecz dawaj tego dowód — możesz to! — i w czynie!

ELEKTRA.

O rety! bracie drogi! Znów masz błędne oczy!

Przed chwilą-ś był przy zmysłach, teraz szał cię tłoczy.

ORESTES.

Zaklinam cię, o matko! Syn się w prośbach wije:

Przecz szczujesz znowu na mnie krwawookie żmije?

[Tuż przy mnie są! Tuż przy mnie w swej okrutnej wojnie!]

ELEKTRA.

0 bracie nieszczęśliwy! Leż-że mi spokojnie —

Nie widzisz nic, choć mniemasz, że widzisz dokładnie.

ORESTES.

Fojbosie! Oto znowu zgraja mnie opadnie

Tych strasznych jędz psiogłowych, tych kapłanek Piekła!

ELEKTRA (obejmując Orestesa).

Nie puszczę cię, powstrzymam, byś mi nie uciekła

W szaleństwa dzikich skokach, ty ma duszo biedna!

ORESTES.

Puść! Puść mnie! O nie krępuj ty, z Eumenid jedna,

Na dno mnie Tartarowe nie rzucaj!... O Boże!...

ELEKTRA.

Nieszczęsna ja, nieszczęsna! Któż mi dopomoże,

Gdy tak nas opuściły zagniewane nieba?!

ORESTES.

Daj-że mi łuk napięty, podarunek Feba!

Obiecał mi Apollon, iże ja tą bronią

Odpędzę zmory wściekłe, gdy za mną pogonią.

Azali sięgną bóstwa te ręce człowiecze?

I owszem, gdy mi w porę z oczu nie uciecze.

Ha! cóż to? Nie widzicie? Czyście nie słyszały?

To świt dalekonośnej mego łuku strzały!

Ach! przecz się ociągacie? Wzbijcie się niezwłocznie

W powietrze, poskarżcie się na Feba wyrocznię!

Ach! Czemu znów szaleję, pracując piersiami?

Dokądże, ach! dokądże tak mnie znowu mami

Z posłania jakaś siła? Wszakże mi po burzy

Na morskich fal głębinie znowu cisza służy!

Dlaczego płaczesz, siostro? Dlaczego oblicze

Ukrywasz w fałdach sukni? Wstyd mi, żem dziewicze

Twe serce tak zasmucił tem cierpieniem mojem,

Że tak się oto trapisz twego brata znojem.

Tyś czyn mój pochwaliła, jam go doprowadził

Do końca, krew przelałem mej matki! Poradził

Loksyasz mi tę zbrodnię, on źródłem jedynem

Tej winy! On mnie słowem rozgrzeszył, nie czynem!

Mój ojciec, oko w oko zapytan przezemnie,

Czy godzi mi się matkę zabić tak nikczemnie,

Gorącoby mnie błagał, głaszcząc mnie po twarzy —

Tak myślę —, abym broni nie wyciągał wrażej

I własnej tem żelazem nie kłuł rodzicielki,

Boć życia mu nie wrócę, a sam na się wielki

Ból ściągnę, ja nieszczęsny! Zrzuć precz to okrycie

Z swej głowy, siostro luba! Ciężkie mamy życie,

Lecz płakać ty poprzestań! A jeżeli trwogę

Zobaczysz w mojej duszy, jeżeli na drogę

Szaleństwa się zapędzę, ty koj moje zmysły

Stargane i pocieszaj! A gdyby zabłysły

Łzy w oczach twych, ja wówczas stojący przy tobie,

Upomnę cię łagodnie, byś swojej żałobie

Przestała dawać folgę. Godzi się to przecie,

Ażeby się wzajemnie wspierało na świecie

Rodzeństwo. Więc do siebie idź-że, siostro miła,

Byś snem sobie te oczy bezsenne skrzepiła.

Idź, pożyw się i ciału użycz też kąpieli.

Jam zginął, jeśli ty mnie opuścisz, jeżeli

Czuwaniem nadwerężysz swe zdrowie. Tej chwili

Jedynąś mą podporą! Inni odstąpili.

ELEKTRA.

Przenigdy! Z tobą umrę, z tobą żyć też będę.

Na jedno to wychodzi. Bo jakąż ja grzędę

Wynajdę, jeśli ciebie nie stanie? Bez brata,

Bez ojca, przyjaciela, jak mi się posplata

To życie, mnie tak słabej niewieście? Lecz muszę

Posłuszną być twej woli. Ale nim się ruszę,

I ty się, bracie, połóż! Nie ulegaj trwodze,

Co z tego cię posłania wypłasza tak srodze,

Lecz wytrwaj!... Człek nie chory często z urojenia

Jest chory! [Tak się troska i trud nasz rozplenia.]

 

CHÓR.

Ojej!

O wy, straszliwie

Na skrzydłach mknące

Boginie!

O, nie w bachijskich wy pląsach płyniecie

Po świecie,

Jeno wam jęk towarzyszy

Po nieszczęść niwie

I łzy za wami gorące

Cieką!

W drogę, jak, nie wiem, daleką

W czarnym całunie

Orszak wasz sunie

Po tym przejrzystym przestworze

I zemstą dyszy,

Zemstą za czyny nieboże,

W krwawej skąpane winie!

Błagam, ach! błagam was ninie,

Wy Eumenidy, abyście zechciały

Zdjąć przeokropne te szały

Ze syna Agamemnona,

Który w tym bólu snać skona!

Ach! te katusze,

Które ciągnęły twoją chciwą duszę

Ku sobie,

Że oto dzisiaj jesteś niemal w grobie —

Ciągnęła męka cię sroga

W tej dobie,

Kiedyś z wieszczego trójnoga

Usłyszał, usłyszał głos boga,

W miejscu, co ponoś leży,

Jako się wierzy,

W ziemskiego świata średzinie.

*

Rety!

Gdzież litość nieba?

Gdzież ją zobaczę,

O Panie!

Gdzież jest, Zeusie, zmiłowanie twoje?

Te znoje,

Ten bój śmiertelny, o biedna

Ofiaro Feba,

Te ciągłe łzy i rozpacze?

Mściwy

Duch jakiś spełnia swe dziwy,

Łez ci źródliska

Z oczu wyciska,

Krew matki z powrotem sprowadza

Na dom, do sedna

Szarpie cię jego ta władza,

Odbiera zmysły! Któż stanie

Z lekarstwem przy twojej ranie?

Jakżeż nad tobą ja płaczę, jak płaczę!

Ach! i najwięksi bogacze

Mało tu mają głosu,

Swojego nie ujdą losu:

Szczęścia ich żagle

Bóg im na strzępy porozdziera nagle!

Jak burza,

Która okręty w falach morskich nurza,

Tak Bóg ich, władca na niebie,

Z podnóża

Szczęścia strąciwszy, pogrzebie

W swym nieuchronnym Erebie!

Kogóż się więcej wychwala

Nad ród Tantala,

Co wziął od Zeusa władanie?!

*

Lecz oto ku nam tu idzie

Władca Menelej, książę,

Królewski pan!

Po tej dostojnej szacie

Poznasz odrazu, z kim go wiąże

Ród!

Hołd Tantalidzie!

Ty, coś w azyjskie kraje

Tysiące wiódł

W bojowy tan,

Witaj nam, majestacie!

Szczęście przy tobie staje,

Wszystko ci spełnił Bóg,

Czegoś zapragnąć li mógł!

Wchodzi

MENELAOS.

O domie, i z radością witam znowu ciebie,

Wróciwszy z grodu Troi, i w smutku się grzebię,

Bo nigdziem po okrętach nie widział ogniska,

Na które los się srogi tak zajadle ciska,

Jako na twe, o domie! O nieszczęściu całem

O doli mego brata już-ci ja słyszałem,

[Że zginął z ręki żony.] Rumor o tem świeży

Do uszu moich doszedł, kiedym do wybrzeży

Malejskich płynął z statki swoimi. On, z morza

Wieszczący, Nereusza prorok, postać boża

Glaukosa, co żeglarzom wywróża niekłamnie

Ich dolę, tę nowinę ciężką zwalił na mnie —

Stanąwszy, tak powiedział w oczy mi wyraźnie:

»Nie żyje, Meneleju, brat twój! Krwawą łaźnię

Podstępnie zgotowała mu ta własna żona!«

Na wieść tę zapłakałem i ma zgromadzona

Załoga łzy roniła... W nauplijskiej zatoce

Gdym potem wylądował i kiedym w sieroce

Te progi przysłał naprzód małżonkę, nadzieję

Żywiłem, że mi jeszcze szczęście się zaśmieje,

Że będę mógł uścisnąć syna mego brata,

Oresta, i że długie niewidzianą lata

Rodzinę jego w zdrowiu zastanę, w tem wieści

Jakiś mi retman przyniósł o krwawej boleści,

O śmierci Tyndarydy, że padła nieżywa

Z rąk dziecka rodzonego. A gdzież on przebywa,

Powiedzcie mi, dziewice, Agamemnonowy

Potomek, który takiej zbrodni był gotowy

Dokonać? Niemowlęciem jeszcze był na łonie

Swej matki Klytaimnestry, gdy o Ilionie

Myślący, opuszczałem rodzinne wrzeciądze.

Ażebym go mógł poznać, chyba że nie sądzę.

ORESTES.

Tu jestem, ja, Orestes, którego twe oczy

Szukają! Dobrowolnie warga ma roztoczy

Przed tobą, Meneleju, rozmiar mojej nędzy.

Do kolan ci przypadam i błagam, choć przędzy

[Błagalne gałązki oliwne (lab wawrzynowe) owijane bywały przędzą wełnianą],

Choć nie mam ja gałązek oliwnych w tej dłoni!

Przychodzisz w samą porę, wyratuj mnie z toni!

MENELAOS.

Bogowie! Czyj to upiór? Czyjeż widmo, czyje?

ORESTES.

Tak, prawda, choć żyw jestem, z bólu już nie żyję.

MENELAOS.

O, jakżeś się opuścił! Te włosy w nieładzie?

ORESTES.

Nie wygląd mnie przybija, mój czyn mi na zdradzie.

MENELAOS.

Ziemica jakby szklana, nieruchoma, mętna!

ORESTES.

Sił siła się pozbyłem, nie zbędę się piętna.

MENELAOS.

O jakżeś zniekształcony — ponad wyraz wszelki!

ORESTES.

Mordercę masz przed sobą biednej rodzicielki.

MENELAOS.

Słyszałem, jeno nie mów o tem nazbyt wiele.

ORESTES.

Nie mówię, Bóg mnie w straszne pogrążył topiele.

MENELAOS.

A cóż ci tak dolega? Cóż cię tak ugina?

ORESTES.

Sumienie! Na sumieniu straszna ciąży wina.

MENELAOS.

Wytłómacz się! Co mądre, winno być też jasne.

ORESTES.

Z zgryzoty, mówiąc krótko, tak haniebnie gasnę,

MENELAOS.

Zabójcza to potęga, lecz zbyć się jej można.

ORESTES.

I z szału — mści się na mnie śmierć matki bezbożna.

MENELAOS.

Którego dnia raz pierwszy przyszło to na ciebie?

ORESTES.

Napadu-m dostał zaraz po matki pogrzebie.

MENELAOS.

Gdzie, w domu, czy przy stosie miałeś napad wraży?

ORESTES.

Gdy w nocy przy jej kościach siedziałem na straży.

MENELAOS.

Sam byłeś, czy kto z ziemi podniósł cię tej chwili?

ORESTES.

Pylades. Myśmy razem matkę mą zabili.

MENELAOS.

A jakież to cię dręczą widziadła, mój chory?

ORESTES.

Zda mi się, że trzy czarne, jak noc, widzę zmory.

MENELAOS.

Już wiem, o jakich myślisz, lecz ich nie wymienię.

ORESTES.

I słusznie się wstrzymujesz, groźne to są cienie.

MENELAOS.

Więc one za krew matki swym szałem cię karzą?

ORESTES.

Ach! z jakąż mnie ścigają zajadłością wrażą!

MENELAOS.

Kto czyn popełnił srogi, cierpieć musi srodze!

ORESTES.

Usprawiedliwić można, żem szedł po tej drodze.

MENELAOS.

Nie zwalaj na śmierć ojca! Tego jeszcze trzeba!

ORESTES.

Feb radził zabić matkę, zwalam to na Feba.

MENELAOS.

Zapomniał, jak się czystość odróżnia od plamy.

ORESTES.

Czemkolwiek są bogowie, bogów słuchać mamy!

MENELAOS.

Loksyasz nie pomaga-ć w twej doli ponurej?

ORESTES.

Ociąga się, to cecha jest bogów natury.

MENELAOS.

Jak dawno, kiedy życie matki skończyło się?

ORESTES.

Dzień szósty. Jeszcze ogień tli się na jej stosie.

MENELAOS.

O, prędko mszczą bogowie rozlaną krew matki.

ORESTES.

Nie mądry-ć ja, lecz druhom druh jest ze mnie rzadki.

MENELAOS.

Masz pomoc stąd, żeś pomścił krzywdę rodziciela?

ORESTES.

Dotychczas nie. Kto zwleka, ten jej nie udziela.

MENELAOS.

A miasto jak się patrzy na twój czyn? Przytomnie?

ORESTES.

Nienawiść ma. Nikt słowa nie przemówi do mnie.

MENELAOS.

Obrzędnie czyś z krwawego oczyszczon już błota?

ORESTES.

Gdzie przyjdę, tam przedemną zamykają wrota.

MENELAOS.

By wygnać cię, któż za tem jak najbardziej stoi?

ORESTES.

Ajaks, co ma do ojca żal jeszcze z pod Troi.

MENELAOS.

Rozumiem. Palameda mści on w tę godzinę.

ORESTES.

Toć jam go nie mordował! Z trzech powodów ginę

[Wyrzuty sumienia (powód moralny), Erynie (fizycznym szałem niszczą mu zdrowie) i nieprzyjaciele].

MENELAOS.

Ten trzeci? Ajgisthosa dręczą cię stronnicy?

ORESTES.

Tak, oni, im podlega teraz lud stolicy.

MENELAOS.

Agamemnona berło dają-ć z jego władzą?

ORESTES.

Bynajmniej. Toć mi nawet i żyć dziś nie dadzą.

MENELAOS.

Co myślą z tobą czynić? powiedz mi dokładnie.

ORESTES.

Dziś jeszcze na mnie wyrok w ich sądzie zapadnie.

MENELAOS.

Wypędzą, czy masz umrzeć, lub nie? Co się stanie?

ORESTES.

Mam umrzeć z rąk mieszkańców przez kamienowanie.

MENELAOS.

Dlaczego nie uciekasz za ojczyzny krańce?

ORESTES.

Gdy zbrojni otaczają mnie wokół pohańce?

MENELAOS.

Obywatele, mówisz, czy też rząd Argosu?

ORESTES.

Chcą wszyscy, bym krwawego doznał tutaj losu.

MENELAOS.

Zaiste! Ostateczna dola cię spotkała!

ORESTES.

Dlatego dzisiaj w tobie ma nadzieja cała,

Ucieczka moja wszystka! Sam szczęśliwe życie

Mający już, o pozwól, by w tym twoim bycie

Uczestniczyły również twe nieszczęsne druhy.

Nie sobkiem bądź, co żyje, na niedolę głuchy

Swych bliźnich, jeno przypuść do swojego stołu

Nas, biednych, udręczonych, i z nami pospołu

Używaj! Dług wszak spłacisz w ten przyjazny sposób,

U ojca zaciągnięty. Czem jest przyjaźń osób,

Dowodu nie dających? Nazwą, więcej niczem!

PRZODOWNICA CHÓRU.

Patrzajcie! Z zasępionem idzie tu obliczem

Tyndarej, Spartiata! Starcze stawia kroki

Z trudnością. Wlecze tu się w żałobie głębokiej

I z włosem ostrzyżonym po swej córki skonie.

ORESTES.

Zginąłem, Meneleju! Twarz mi wstydem płonie:

Tyndarej k’nam się zbliża, a jego-ć ja w gości

Jak najmniej mieć tu pragnę, tyle okropności

Spełniwszy. On od mała mnie chował, pieszczoty

Różnemi obsypywał, ten mój dziadek złoty,

Na ręce brał mnie, dziecię Agamemnonowe,

A z nim także i Leda, która moją głowę

Niemniej od Dioskurów, swych synów, lubiła.

A za to jakżeś ty się dzisiaj odpłaciła,

Ty duszo moja biedna! Jakżeż ty im, serce,

Nagradzasz? Gdzież się skryję? W jaki kąt się wwiercę,

To lice jakąż dzisiaj ciemnością ponurą

Zakryję, jakąż siebie przysłonię ja chmurą,

Ażeby módz uniknąć spojrzenia starucha?

TYNDAREOS.

Gdzież znajdę Menelaja, mojej córki druha?

Na grobie Klytaimnestry usłyszałem bowiem,

Ofiary wylewając, że wrócił ze zdrowiem,

Że razem z swą małżonką po tak długim czasie

Zawinął w port nauplijski. Prowadźcie mnie zasię

Do niego! Chcę uścisnąć rękę przyjaciela,

Któregom już nie widział ach! od lat tak wiela!

MENELAOS.

Witaj, starcze, coś z Zeusem dzielił łoże żony!

TYNDAREOS.

Mój zięciu, Menelaju, bądź mi pozdrowiony!

Ach! Źle, że tak przyszłości przewidzieć nie można!

Ten potwór matkobójczy, ta żmija bezbożna,

Ohyda mego życia, jakież on pociski

Z tych błędnych rzuca oczu! I tyś mu tak bliski?

Rozmawiasz z tym, co strasznym tak się splamił czynem?

MENELAOS.

Przecz nie? Kochałem ojca, którego jest synem.

TYNDAREOS.

On z jego krwi pochodzi, ten podły wyrzutek?

MENELAOS.

Tak, z jego!... Nieszczęśliwy, szanuj jego smutek.

TYNDAREOS.

Zdziczałeś, bawiąc długo w dzikich ludzi kraju.

MENELAOS.

Krewieństwo swoje kochać jest w Greków zwyczaju.

Бесплатный фрагмент закончился. Хотите читать дальше?