Hippolytos uwieńczonyTekst

Autor:Eurypides
0
Recenzje
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

Eurypides

Hippolytos uwieńczony

Warszawa 2020

Spis treści

OSOBY

TREŚĆ

OSOBY

Afrodyte, bogini miłości

Hippolytos, syn Tezeusa i Amazonki Antiopy

Służba

Chór kobiet trojzeńskich

Piastunka

Fedra, małżonka Tezeusza, córka Minosa, króla Krety

Tezeusz, król Aten, syn Ajgajosa (Egeusa)

Poseł

Artemis, bogini łowów

TREŚĆ

Rzecz dzieje się w mieście Trojzenie przed pałacem króla Pitteusza.

Na scenie jawi się

AFRODYTE

Me imię na niebiesiech niepomiernie słynie

I ludzie znają dobrze kipryjską władczynię.

A jacy są mieszkańcy od ponckich wybrzeży

Po fale Atlantyku, ten, kto we mnie wierzy,

Doznaje mojej łaski, zaś poniżon będzie

Pod słońcem, kto śmie deptać me święte orędzie.

I bóstwa bowiem lubią, jeśli człek jest skory

Oddawać przynależne niebianom honory.

Wykażę ja tu zaraz prawdę mego słowa.

Hippolit, amazonki syn, Tezeuszowa

Latorośl, wychowaniec cnego Pitteusza,

Jedyna śród trojzeńskiej ziemi żywa dusza

Najlichszą mnie śród bogów mianuje i dumnie

Miłosnym gardzi łożem. Nie znajdując u mnie

Radości, Artemidę, siostrzycę Fojbosa,

Uważa za najpierwszą śród tych, co niebiosa

Zajmują, i z Zeusa tą córą dziewiczą

Na łowy, tępić zwierza, wyrusza z swą smyczą –

Za wielka to zażyłość dla śmiertelnych ludzi.

Zazdrości przecież we mnie zaszczyt ten nie budzi,

Bo po cóż? Tylko jeszcze dzisiaj zobaczycie,

Że zemszczę się za krzywdę swą na Hippolycie.

Rzecz dawna, pójdzie łatwo, nie będzie zawodu:

Na obchód gdy świąteczny z Pitteusza grodu

Pojawił się ten młodzian w ziemi Pandiona,

Ujrzała go cna Fedra, ojca jego żona,

I straszną się ku niemu rozpaliła żądzą –

Przeze mnie to się stało. Jeszcze nim zabłądzą

Jej kroki do Trojzeny, na znak swej miłości

świątynię zbudowała śród ateńskich włości,

Na zboczu Palladyjskim, skąd widać te łany –

Przybytek ten, w Kiprydy cześć ufundowany.

Ma zwać się od tej pory na zawsze kościołem

Bogini Hippolyta... Potem, kiedy społem

Z małżonką porzuciwszy mury Kekropsowe,

Tezeusz tu zawitał, aby swoją głowę

Od klątwy uratować, i roczną pokutę

Odprawiać jął z daleka od domu za lute

Wylanie Pallantydów krwi, od onej chwili

Na próżno się nieszczęsna ta kobieta sili

Uwolnić się od cierpień: wzdycha, jęczy, ginie

Z miłości, ale milczy. Jakiej by to winie

Przypisać, z domowników nie wiada nikomu.

Lecz długo tak nie można kochać po kryjomu:

Wyjawię Tezejowi i ojciec młodziana

Zabije, mego wroga. Tak więc wykonana

Zostanie obietnica, jedna z trzech, którymi

Obdarzył Tezeusza władca, nad morskimi

Falami władający, Posejdon. I żona

Paść musi, acz chwalebnie. Bo juścić mi ona

I los jej nie oznacza znów tyle, bym miała

Poniechać swojej zemsty na wrogach, jak chwała,

Jak cześć moja wymaga... Lecz oto me oczy

Spostrzegły Hippolyta: Z łowieckiej-ci kroczy

Wyprawy syn Tezejów. Ustąpię mu z drogi.

Pospiesza tu z nim razem służby orszak mnogi

I głośną składa pieśnią hołdy Artemidzie:

On nawet nie przeczuwa, że ku śmierci idzie,

Że słońce mu przyświeca już po raz ostatni.

HIPPOLYTOS

Za mną, szeregu mój bratni,

Hymny nam trzeba wznieść

W cześć Artemidy, w córki Zeusa cześć!

CHÓR STRZELCÓW

O pani dostojna, o pani!

Zeusa ty córo i Latony,

Z dziew najpiękniejsza,

Z dziew, zajmujących gmach złocony

Twego rodzica, nieboskłony

Zeusa promienne: tobie w dani,

Tobie jedynej hołd składamy:

Niech się twa cześć nie umniejsza,

O Artemido bez plamy,

O dziew olimpijskich królowo!

HIPPOLYTOS

Ten wieniec tobie składam, zioła woniejące,

Zerwane, o władczyni, na dziewiczej łące,

Na którą żaden pasterz nie pognał swych owiec

I z sierpem nikt nie zaszedł. Nietknięty manowiec!

Tu tylko skrzętna pszczoła pobrzękuje w wiośnie,

Dziewicza rosa łan ten orzeźwia, kwiat rośnie

Jedynie dla wybrańców, co nie wyuczoną,

Lecz szczerą wstydliwością w swoim sercu płoną –

Kto podły, temu wara! Więc, pani niebiosów,

Racz przyjąć tę ozdobę twych złocistych włosów

Z mej ręki nieskalanej. Ja jeden na ziemi

Zażywam takiej łaski, że mogę się z swemi

Do ciebie zwracać słowy, żeśmy towarzysze,

Że głos twój, o władczyni, każdej chwili słyszę,

Choć lic twoich nie widzę! Chciałbym w takiej mierze

Przez życie przejść, aż grób mnie w swe mroki zabierze.

Odwraca się od ołtarza w kierunku domostwa. W tej chwili występuje z chóru i zachodzi mu drogę

STARY SŁUGA

O książę! – gdyż li boga władcą zwać wypada –

Czy raczysz mnie wysłuchać? Dobra moja rada.

HIPPOLYTOS

I owszem, boć niemądrze postąpiłbym przecie.

STARY SŁUGA

A wiesz ty, jaki zwyczaj panuje na świecie?

HIPPOLYTOS

Nie, nie wiem. W jakiej sprawie twa się warga trudzi?

STARY SŁUGA

Nikt pychy i uporu nie lubi śród ludzi.

HIPPOLYTOS

Rzecz prosta, bo i któż by lubił pychę człeka?

STARY SŁUGA

Że nikt zaś na uprzejmą grzeczność nie narzeka.

HIPPOLYTOS

Na uprzejmości ludzie nigdy źle nie wyśli.

STARY SŁUGA

Czyż bóstwa, powiedz, nie są takiej samej myśli?

HIPPOLYTOS

Gdy życie ich w ten sposób, jak i nasze, płynie.

STARY SŁUGA

A jednak pokrzywdziłeś dostojną władczynię.

HIPPOLYTOS

Ja? Kogo? Strzeż się, proszę, by kłamcą nie zostać.

STARY SŁUGA

wskazując na posąg Afrodyty

Masz oto przed swym domem cną Kiprydy postać.

HIPPOLYTOS

bijąc przelotny pokłon posągowi

Jam czysty, nieskalany, pozdrawiam ją z dala.

STARY SŁUGA

Dostojna jej potęga ludzką moc obala.

HIPPOLYTOS

Nie wszystkim hołd się składa, ludzie to czy bogi.

STARY SŁUGA

O, mędrszyś niż potrzeba! Szczęsnej życzę drogi!

HIPPOLYTOS

Nie znoszę bóstw, co w nocy spełniają swą władzę.

STARY SŁUGA

Daj bogom co boskiego, to ci, synu, radzę.

HIPPOLYTOS

szybko się odwracając

Odejdźcie, moi słudzy; do domu pospieszcie,

Zgotujcie nam śniadanie; dobrze jest nareszcie

Posilić się po łowach przy obfitym stole.

I konie oporządzić potrzeba; mam wolę

Pohasać po śniadaniu, zabawa się przyda.

do starego sługi

Niech dobrze tu się miewa ta twoja Kipryda.

Znika. Scena się opróżnia. Pozostaje

STARY SŁUGA

przed ołtarzem Afrodyty

Nie pójdę-ci ja drogą, jaką chodzą młodzi,

Co myślą tak, jak o tym mówić się nie godzi

Człekowi służebnemu, lecz do twej dostojnej

Świętości się pomodlę, Kiprydo!... Niech wojny

Nie będzie między wami! Jeżeli, jak słyszę,

Zbyteczne prawi głupstwa w swej młodzieńczej pysze,

Ty zamknij na to uszy, boć przecież bogowie

Winni mieć rozum większy, niż ma człek w swej głowie.

Znika.

Z drugiej strony zjawia się

CHÓR KOBIET

Okeanosa wiecznie świeży zdrój

Płynie wiadrami z opoczystych ścian,

Rzeźwością życia nalewając łan.

Tam krok wypoczął mój,

Tam też mojemu zjawiła się oku

Dawna ma druha, mocząca w potoku

Lśniste purpury, by potem,

Słonecznym oblane złotem,

Na skalnej suszyć je zboczy.

Od niej to pierwszej jam się dowiedziała,

Jak cierpi ma pani wspaniała,

Jaka to boleść ją tłoczy.

Nie pozwalając wychodzić za próg,

Do łoża przykuł okrutny ją los.

Przepaska jasny zaciemnia jej włos.

Strasznie zwalona z nóg,

Trzy dni odtrąca wszelkie dary boże,

Do ust niczego wziąć już dziś nie może,

Dar Demetery jej na nic!

Tak do ostatnich granic

 

Złamana, nie widząc słońca,

Spoglądać musi w milczeniu, jak skrycie

Ucieka młode jej życie,

Jak prędko zdąża do końca.

Jakież to bóstwo, o pani,

Tak twoje zmysły tumani?

Któż taką ci daje zapłatę?

Zali to Pan, czy Hekate?

Zali to Macierz gór,

Czy Korybantów chór?

A może tak cierpisz bez miary,

Że, poskąpiwszy ofiary,

Zraniłaś świętą Łowczynię?

Ona-ć to bowiem, ta królowa boża,

Przebiegać umie lądy, a i morza

Ona przepłynie!

Czyżby miłosna zawieja

Wtargnęła w gród Erechteja?

Czyżby od twoich się progów

Odwrócił potomek bogów,

Małżonek twój i pan,

Na żądzę przewrotną zdan?

A może z twej Krety rodzinnej

Do tej przystani gościnnej

Przybyli jacyś żeglarze

I, straszne z domu przyniósłszy ci wieści,

Zadali pani mojej te boleści,

Te męki wraże?

Dola rodzącej kobiety

Niejednokrotnie tak nieszczęsna bywa,

Że drogą, którą kroczy jej nadzieja żywa,

Spieszy wraz obłęd i szał!

I ja, niestety,

Tych samych doznałam losów,

Lecz na królowę niebiosów,

Na Artemidę, co grozą swych strzał

Szafuje według swej woli,

Duch się mój zdał!

I nie zawiodły

Moje żarliwe modły:

Wyrwała mnie z ciężkiej niedoli!

PRZODOWNICA CHÓRU

Lecz patrzcie! Na dworze

Stara piastunka się jawi!

Wynoszą, patrzcie! naszej pani łoże!

Dusza się moja powstrzymać nie może,

By nie zapytać, co tak gnębi ninie,

Co tak boleśnie dziś trawi

Tę naszą biedną kniahinię?

Służebnice wnoszą Fedrę, leżącą na łożu, towarzyszy im i nadzoruje orszak stara

PIASTUNKA

po krótkiej pauzie

Ach! ta nędza człowieka!

Ach! ten ból, co go czeka!

Ach! te straszne choroby!

Cóż mam czynić tej doby,

Cóż poniechać ja mam?

Wyniosłyśmy twe leże

Na to słońce, na świeże,

Na rzeźwiące powietrze,

A tu coraz są bledsze

Twoje lica! Twe oczy

W coraz głębszej omroczy!

Ach! odpowiedz-że nam?

Wszak ciągnęła cię wola

Do światłości, do pola,

Za pałacu bramami

Pożądałaś być z nami,

A patrz, teraz na nowo,

O ty chwiejna ma głowo,

Chcesz powracać w pokoje!

Wielce zmienne są twoje

Pożądania i chęci!

Coś cię ledwie przynęci

I odpycha cię wraz!

Twoje serce, o pani,

Tego tylko nie gani,

Co ukryte jest oku:

To ci tylko uroku

Jest przepełne i kras!

odwracając się

Tak! Ja sama bez mała

Chorować bym wolała,

Niż tak siedzieć, niżeli

Czuwać obok pościeli

Chorych ludzi! Wszak wtedy

Mniej doznaje się biedy –

To cielesne li męki!

A tu z znojem tej ręki

I znój duszy się para!

Męczarń, cierpień niemiara

Oto ludzkie jest życie!

A gdzież, gdzież zobaczycie

Kres i wyzwolenie?!

Są! Lecz mroczne tu cienie

Ukrywają z daleka

Przed oczami człowieka

Oną przystań... Więc ludzie,

Ulegając ułudzie,

Wzdyć żądzami wszystkiemi

Lgną co siły do ziemi

I to dzięki przyczynie,

Że im znan jest jedynie

Żywot ziemski... Zaiste!

Nikt nie wniknął w te mgliste,

W te umarłych dzierżawy,

Więc też błądzi człek prawy,

Bo niepewne są wieści,

Co za nimi się mieści.

FEDRA

Wyprostujcie mą postać!

Trudno mi tak pozostać:

Głowa zbytnio opadła,

Członków moich wiązadła

Rozluźniły się w męce.

Wznieście w górę te ręce –

I ta chustka na czole

Zbyt mi cięży... Ja-ć wolę,

By tych włosów korona

Na me spadła ramiona.

PIASTUNKA

Męstwa, ciszy, spokoju!

Nie rzucaj się! Toć w znoju

Łatwiej wytrwać i trudzie,

Gdy odważni są ludzie:

Zresztą na to my przecie,

Aby cierpieć na świecie!

FEDRA

Ajaj!

A niechże mnie tej chwili

świeży trunek posili,

Z jasnych krynic czerpany!

Na kwieciste mnie łany,

Na murawy ponieście!

Przy topoli szeleście

Czemuż spocząć nie mogę?

PIASTUNKA

Szał cię opadł, niebogę!

Snać majaczysz w chorobie!

Nie my same tu obie,

Tłum nas słucha! Strzeż-że się!

FEDRA

Być mi w górach! W tym lesie

Śród tych jodeł, gdzie w zwierza

Psów zajadłych uderza

Rozszczekany rój.

Z jakim ja bym zachwytem

Szczuła sforę! Z dzirytem

Tessalijskim w tej dłoni

Za jeleniem w pogoni,

Jakże ja bym śmigała

Jego grotem! Jak strzała

Mknąłby oszczep, rzucony

Obok włosów korony

W ten myśliwski bój...

PIASTUNKA

O dziecino ma chora,

Na co-ć łowy i sfora?

Żądza twoja się ciska,

Chcesz górskiego źródliska?

Za tą bramą jest wzgórze,

Tam ci wodą usłużę.

FEDRA

Artemido, ty pani

Słonej, morskiej przystani,

Władająca na torze,

Który stado twe orze

Kopytami! O święta!

Jakżeż ja bym źrebięta

Chciała kiełzać weneckie!

PIASTUNKA

Co za myśli zdradzieckie!

Co za szał to niezdrowy!

To chcesz w góry, na łowy,

To znów chętka cię bierze

Na piaszczyste wybrzeże,

By dosiadać rumaki!

Wieszcz-li zgadłby dziś, jaki

Bóg cię z toru wytrącił,

Kto twe zmysły zamącił!

FEDRA

Co ja biedna zrobiła?

Co za straszna mi siła

Wzięła rozum? Zaiste,

Zły opętał mnie duch!

Zakryj twarz mi! Rzęsiste

Pod spuszczoną powieką

Łzy ja czuję! Łzy cieką

Z ócz ze wstydu i bólu!

Zakryj-że mnie, matulu!

Wstyd mi tego, com rzekła!

Ach! Prawdziwe to piekła

Stracić zmysły! Źle z nowa,

Gdy odzyszcze je głowa!

Umrzeć juści najlepiej,

Zanim rozum się skrzepi!

PIASTUNKA

Już zakrywam. Lecz kiedy

Grób mnie wyrwie z tej biedy,

Kiedyż ciało me skryje?

Długo, długo-ć ja żyję,

Wiem niejedno i powiem:

Źle ze serca jest zdrowiem,

Jeśli przyjaźń zawiera,

Która nazbyt jest szczera,

Która w duszę zapada

Zbyt głęboko. Ma rada

Żyć pod uczuć tych władzą,

Które zawsze się dadzą

Czy rozluźniać do woli,

Czy też ścieśniać! Zbyt boli,

Nazbyt ciężar ugniata,

Jeśli człek się tak zbrata,

Że się troska za dwóch,

Jak ja dzisiaj. Toć przecie

Rzecz wiadoma na świecie,

Że gdy człowiek przesadzi,

Częściej bólu, a rzadziej

Dozna szczęścia! I zdrowie

Też nie wieczny jest zuch –

Cierpi na tym... Przysłowie

Przypomnąć się ośmielę,

Że gdy czego za wiele,

To niezdrowo!... W tym właśnie

Mądry człek mi przyklaśnie.

PRZODOWNICA CHÓRU

Staruszko, naszej Fedry opiekunko wierna!

Widzimy, że jej boleść dolega bezmierna,

Lecz czym jest ta choroba, tego nikt nie zgadnie,

Więc racz-że nam powiedzieć, wyjaśnić dokładnie!

PIASTUNKA

Jać sama tego nie wiem – ukrywa przede mną.

PRZODOWNICA CHÓRU

Przyczyna tych tajemnic również ci tajemną?

PIASTUNKA

Nic zgoła tutaj nie wiem, toć milczy zawzięcie.

PRZODOWNICA CHÓRU

Zmarniała ponad wyraz, zwiędła nad pojęcie.

PIASTUNKA

Bo jakoż? Dzień już trzeci bez żadnego jadła!

PRZODOWNICA CHÓRU

Z choroby, czy też myśl ją o śmierci opadła?

PIASTUNKA

Nie wiedzieć, lecz to jasne: na śmierć się zagłodzi.

PRZODOWNICA CHÓRU

Mężowi jej – rzecz dziwna – wcale to nie szkodzi?

PIASTUNKA

Ukrywa przed nim wszystko, mówi, że jest zdrowa.

PRZODOWNICA CHÓRU

Czy z ócz jej nie wyczyta, co się w wnętrzu chowa?

PIASTUNKA

Zdarzyło się, że teraz poza krajem bawi.

PRZODOWNICA CHÓRU

A ty nie masz potrzeby dotrzeć jak najżwawiej,

Co niszczy tak jej ciało i umysł rozprzęga?

PIASTUNKA

Zrobiłam już, co można i żadna potęga

Nie zrobi tu nic więcej. Lecz i dziś nie spocznę

W staraniach najgorętszych... Wy, świadki naoczne,

Widzicie, jak zabiegam w nieszczęsnej chorobie

Mej pani... do Fedry Córko droga! Zapomnijmy obie

Poprzednie nasze słowa. Popatrz się wesoło,

Pochmurne brwi te wygładź, rozjaśnij to czoło,

I ja się zwrócę z drogi poprzedniej, na której

Nie pięknie-m się sprawiła, biorąc ciebie z góry,

I lepszą dam ci radę... Jeśli masz z chorobą

Tajemną do czynienia, pogadają z tobą

Niewiasty – są tu obok, a jeśli mężczyzna

Posłyszeć o tym może, niech się lekarz wyzna

W tym wszystkim, przywołamy co prędzej lekarza.

Co? Milczysz? Nie trza milczeć! Niech dziecię me zważa:

Źle radzę, więc mi przygań, lecz słuchać wypada,

Jeżeli się w mych słowach dobra mieści rada;

Mów, spojrzyj! Nieszczęśliwa jest istota ze mnie!

Niewiasty! My się wszystkie trudziły daremnie!

Jesteśmy, gdzieśmy były! Moich rad nie słucha,

A wiedz – chociażbyś była nad morskie bałwany

Nieczulsza – ani jeden syn twój ukochany

Nie będzie gospodarzem w swym ojcowskim domu,

Jeżeli ty ich zdradzisz, niepamiętna sromu,

Pragnąca teraz umrzeć!... Tak! Na Amazonę,

Co dzieciom twoim pana zrodziła, nie płone

Wzdyć plemię, acz bękarcie – znasz je, Hippolita

Nazwisko ma – –

FEDRA

O rety!

PIASTUNKA

Takeś tym przybita?!

FEDRA

Zabijasz mnie, matuchno! Ból mi serce ściska!

Na boga, nie powtarzaj mi tego nazwiska!

PIASTUNKA

A widzisz! Mądra jesteś, lecz ci nie przeleci

Przez myśl dbać o swe życie i o szczęście dzieci.

FEDRA

Ja kocham je!... Mną teraz dola miota inna.

PIASTUNKA

A wszak bez krwawej zmazy jest twa dłoń niewinna?

FEDRA

Bez zmazy dłoń, lecz w sercu moim plama krwawa!

PIASTUNKA

Azali to jest wroga zawziętego sprawa?

FEDRA

Wbrew woli mej i swojej druh do zguby zmusza.

PIASTUNKA

Czy może jaką krzywdę masz od Tezeusza?

FEDRA

Bodaj-żeby on krzywdy nie doznał z mej strony!

PIASTUNKA

I cóż cię pcha ku śmierci? Jaki grzech spełniony?

FEDRA

Nie przeciw tobie grzeszę, więc niech grzeszę sobie.

PIASTUNKA

padając jej do kolan

Ustąpię, gdy mnie zmusisz – li wówczas to zrobię.

FEDRA

Co czynisz? Pragniesz zmusić, chwytając za ręce?!

PIASTUNKA

Za ręce i za nogi! Mów o swej udręce!

FEDRA

 

Gdy powiem, jeszcze większe sprawię ci boleści.

PIASTUNKA

Największy ból się dla mnie w twej utracie mieści.

FEDRA

Utracisz mnie! Lecz dla mnie zaszczyt jest w tej doli.

PIASTUNKA

O rzeczy więc zaszczytnej pani milczeć woli?

FEDRA

Nie powiem, aż na cnotę mój występek zmienię.

PIASTUNKA

Mów! Cnota twa tym większe mieć będzie znaczenie.

FEDRA

Ach! Odejdź! Puść tę rękę! Błagam cię, na nieba!

PIASTUNKA

Nie puszczę, póki nie dasz tego, czego trzeba.

FEDRA

O, daję ci! Cześć we mnie budzą ręce twoje!

PIASTUNKA

Więc mów, na ciebie kolej: ja w milczeniu stoję.

FEDRA

O jakież to cię, matko, rozpierały żądze!

PIASTUNKA

Czy byka masz na myśli? Chyba to, tak sądzę – –

FEDRA

O siostro nieszczęśliwa, Dioniza żono! –

PIASTUNKA

Co mówisz, dziecko moje?! Lżysz swe gniazdo pono!

FEDRA

Jam trzecia... Tak haniebnie tu ginę, nieboga!

PIASTUNKA

Co znaczą twoje słowa? Lęk mnie zdjął i trwoga.

FEDRA

Tak, stamtąd me nieszczęście! Nie od dziś ni wczora!

PIASTUNKA

Nic nie wiem, chociaż wiedzieć bardzo jestem skora.

FEDRA

Ach!

Tyś winna to powiedzieć, co ja rzec mam tobie!

PIASTUNKA

Nie jestem wieszczka, nic ja z zagadką nie zrobię!

FEDRA

Co czuje człowiek, powiedz, gdy, jak mówią, kocha?

PIASTUNKA

Rozkosze same czuje, lecz i bólu trocha.

FEDRA

Ból moim jest udziałem. Dojmuje mi srogo...

PIASTUNKA

Co mówisz, dziecko moje? Ty kochasz? I kogo?

FEDRA

A jakie on się zowie, ów syn Amazony?

PIASTUNKA

Hippolytos?

FEDRA

Tyś rzekła, nie ja!

PIASTUNKA

O stracony

Mój losie!... Co ty mówisz? Gubisz mnie na zawsze!

Niewiasty! Nie wytrzymam! O dni me najkrwawsze!

O życie! Gardzę życiem! Wstrętny blasku słońca!

Umieram!... Idę sobie!... Blisko jestem końca! –

Na wieki bądźcie zdrowe!... Że też tak się dzieje,

Iż człowiek najzacniejszy wybiera koleje

Występku – wbrew swej woli! Wie, że to ohyda,

A idzie!... O, nie tylko bóstwem jest Kipryda –

Czymś więcej jest niż bóstwem! Ona, co dziś zniszczy

I ją, i mnie, i dom ten zmienia w kupę zgliszczy...

PRZODOWNICA CHÓRU

Czyście słyszały, o!

Czyście słyszały,

Kobiety,

Jakie straszliwe, niesłychane zło

Padło z warg naszej królowej?

Raczej mi zginąć, niż patrzeć na cały

Ból twój, co zmysły ci miesza! O rety!

O gorze! O biada mnie biednej!

O jakiż to los był gotowy

Takie ci sprawić męczarnie?!

Przemarnie

Gnębi was dola, o ludzie,

W łzach wychowani i trudzie!

Zło-ś wyjawiła – czyż w jednej

Nie zginiesz chwili? Ach, jaki

Czekać cię może czas?!

Dom swój ty gubisz i siebie, i nas,

Boć już wiadomo, które sobie szlaki

Wybrała Kiprys, o Krety

Nieszczęsna córo ty!

FEDRA

wstaje spokojna i podchodzi ku chórowi.

Trojzeńskie me niewiasty, wy, co zajmujecie

Najdalszy zrąb ziemicy Pelopsa! Na świecie

Żyjąca, noc niejedną strawiłam w zadumie

Nad gorzką nędzą świata i, jak to rozumie

Mój umysł, wraz wam powiem: więc mi się wydaje,

Że człek nie z przyrodzenia grzeszne ma zwyczaje,

Boć przecie ludziom wcale nie braknie rozsądku –

Nie! Cała ona sprawa takiego jest wątku:

My wiemy, co jest dobre, znamy wartość złego,

A tylko postępujem inaczej. Dlaczego?

Bo jedni są leniwi, a drudzy przenoszą

Nad cnotę jakąś rozkosz, zaś człek się z rozkoszą

Spotyka rozmaitą. A potem te wczasy,

Te puste pogawędki, to zło, pełne krasy,

I wreszcie wstyd... A wstydu dwa rodzaje mamy:

Godziwy wstyd i drugi, co haniebne plamy

Na domy nasze ściąga, tak, że gdyby chciano

Właściwie je określić, te dwa wstydy, miano

Odmienne dać by trzeba temu i tamtemu.

Tak patrzę na te rzeczy i dziś nie wiem, czemu

Miałby się znaleźć środek, co by moje zdanie

Przemienił... Nie!... Już przy tym duch mój pozostanie!

A teraz w własnej sprawie: Kiedy mnie swym grotem

Zadała ranę miłość, myślałam li o tem,

Jak znieść to najgodziwiej... Więc powzięłam sobie

Zamilczeć, nic nie mówić o swojej chorobie,

Albowiem na języku oprzeć się nie można.

Boć umie karcić bliźnich jego siła zdrożna,

A sobie zaś największą snać wyrządza szkodę.

Po wtóre znosić chciałam tę moją przygodę

Z odwagą, chciałam męstwem zmóc ten szał. A wreszcie,

Po trzecie, gdym spostrzegła, iż serce niewieście

Nie zdoła się okiełzać, że ma sił za mało,

By żądzę pohamować, więc mi się wydało,

Że umrzeć jest najlepiej, i nikt mi nie powie,

Iż błądzę... Tak! Czci mojej niech będą świadkowie

Chociażby najliczniejsi, ale hańbić siebie

Przy świadkach?! Raczej hańbę w mogile zagrzebię!...

A przy tym, żem kobieta, wiem-ci zbyt dokładnie,

Iż wieczna zawsze hańba na kobietę spadnie,

Co łoże swe bezcześci z cudzymi mężami!

Tą hańbą, tak się stało, pierwsza dom swój splami

Niewiasta cnego rodu: Bo gdy się dopuszcza

Występku ktoś z najpierwszych, od razu i tłuszcza

Rzecz dobrą w tym dostrzega, wielce sobie chwali

Jakoby jakąś cnotę. Nienawidzę, dalej

Tych, co są skromne w słowie, dla których obłuda

Jest wszystkim, tak, że grzeszą, skoro im się uda,

Kryjomo zdradzieckiego poszukując łoża.

Przed posągiem Afrodyty.

Kiprydo! Wałów morskich ty władczyni boża!

Że one patrzeć mogą swym małżonkom w oczy,

Że ścian się nie lękają i tej nocnej mroczy,

Wspólniczek ich występków, by nie przemówiły!

Mnie zasię, przyjaciółki, trzeba do mogiły,

Bo nie chcę, aby mogło wydawać się komu,

Żem winna sromu męża i mych dzieci sromu.

Swobodnie, z dumnym czołem niech kroczą po ziemi

Chwalebnych naszych Aten, niech się w nich nie pleni

Poczucie hańby matki! Najzuchwalszy człowiek

Nie będzie mógł do góry podnieść swoich powiek,

Lecz spuści je jak sługa, jeśli ma w pamięci

Srom matki lub też ojca... Jedno niech się święci

Na zawsze: tylko to się równa życia cenie,

Gdy duch jest sprawiedliwy, szlachetne sumienie,

Bo przyjdzie dzień, co grzesznym postawi zwierciadło

Przed oczy, jak dziewczynie. Oby tak nie padło,

Bym ja się kiedy tego doczekać musiała.

PRZODOWNICA CHÓRU

Hej! Cnota to dla wszystkich największa jest chwała,

Czcigodne imię ludziom na zawsze zdobywa.

PIASTUNKA

O pani, gdy przede mną stanęła, jak żywa,

Twa boleść, lęk uczułam od razu i trwogę,

Lecz całkiem niepotrzebnie. To powiedzieć mogę,

Bo gdy się ludzie czemu raz wtóry przypatrzą,

Sąd bywa rozumniejszy, a pomyłka rzadszą.

Cóż stało się dziwnego? Sprawa całkiem prosta:

Bogini cię nawiedza, swym cię gniewem chłosta –

Miłujesz... Żaden dziw to... Wielu innych ludzi

To samo przecież czyni. Więc skądże się budzi

Ta chęć utraty życia dla miłości?... Powiedz!

Na jakiżby to świat nasz zbłąkał się manowiec,

Jeżeliby ci wszyscy, co kochali kiedy,

I ci, co kochać będą, musieli z tej biedy

Umierać! Nie drobnostka to budować tamy

Przeciwko naporowi miłości. My znamy,

Że kto się jej poddaje, ten ją znosi łatwo,

Lecz jeślibyś zuchwale zechciała, ma dziatwo,

Opierać się jej mocy, źle byś wyszła na tem:

Pognębi cię, wysmaga, nie wiem jak, swym batem.

W powietrzu ona władnie i w morskiej powodzi

I wszystko, co tu żyje, li przez nią się rodzi.

Kipryda nam zaszczepia ową żądzę w łonie,

Co naszym jest początkiem na ziemskim zagonie.

A komu nie są obce starodawne dzieje,

Kto w pieśni się wczytuje, ten się nie zdumieje,

Ten wie, jak się – bywało – Zeus ongi zapala

Miłością do Semeli, ten wie, jak Kefala

Uniosła zakochana Jutrznia złotowłosa

W dziedzinę swych współbogów. I dzisiaj niebiosa

Ci wszyscy zamieszkują i, tak mi się zdaje,

Kontenci są zapewne, iż w te boże kraje

Zawiodła ich przemożna namiętność... Ty zasię

Sprzeciwiać chcesz się temu?... Opór nie na czasie,

Gdyż ojciec spłodził ciebie na tych samych przecie

Podstawach i ci sami rządzili na świecie

Bogowie, więc się trzeba poddać pod te prawa.

Co myślisz? Czyż nieznaną mężom jest niesława?

Czyż nawet i najmędrszy nie widzi, iż łoże

Bezcześci mu małżonka, a tai, jak może,

Swą hańbę? I niejeden też ojciec pokrywa

Miłosne uchybienia swych synów... Boć, żywa

To prawda, człek rozumny zataja przed światem

Wszelaką, mówię, brzydkość; nie trzeba, poza tem,

Na życie swoje patrzeć zbyt ciemno. Nie tędy

Prowadzą ludzkie drogi: miewa-ci swe błędy

I dach ten, co nam domy osłania. Z tej doli

Czy myślisz, że cię jaka potęga wyzwoli?

Człowiekiem tylko jesteś, więc niech będzie rada

Twa dusza, jeśli więcej dobrego posiada,

Niż złego... Daj-że spokój, moja córko miła,

Tej pysze bezrozumnej! Pychy-ć to jest siła,

Gdy człek chce być mocniejszy od bogów. Bogowie

Chcą tego, przeto miłuj. A jeśli masz zdrowie

Odzyskać, szukaj środków godziwych. Są słowa

Zaklęcia, czarodziejskie są pieśni: i zdrowa

Ty będziesz, lek się znajdzie jakowyś... Mężczyzna

Przepysznie by wyglądał – każdy mi to przyzna –

Jeżeliby go sztuki nie wsparły niewieście.

PRZODOWNICA CHÓRU

Tak, Fedro, to, co ona ci mówi, jest wreszcie

W twej doli może milsze, ale ja cię chwalę,

Choć chwalba ma w tej chwili nie może ci wcale

Brzmieć słodko ani twego rozradować serca.

FEDRA

A cóż tu szczęście ludzi i ludów uśmierca,

Co niszczy byt nas wszystkich, jeśli nie te mowy

Zbyt słodkie, te pochlebstwa? Pożytek gotowy

Ma być, a nie przyjemność, z ludzkich rad: nauka,

Jak zacnie żyć należy. Tego człek niech szuka!

PIASTUNKA

I cóż ta się rozwodzić? Mowa tu jest na nic.

Tu młodzian ów potrzebny. Marniejesz bez granic,

Co prędzej więc należy rozstrzygnąć, co prędzej

Właściwy znaleźć środek, by ulżyć twej nędzy.

Tak, gdyby nie ważyło tu się życie twoje

I ty gdybyś rozumnie znosiła te znoje,

Czyż doszłoby do tego, aby cię, o pani,

Namawiać do rozkoszy? Nikt mi nie przygani,

Bo tutaj się o byt twój walka toczy sroga.

FEDRA

Poprzestań! Zamknij usta! Raz wtóry, na Boga!

Niech taka mnie z twej wargi nie razi ohyda!

PIASTUNKA

Ohyda? Tak, lecz ona bardziej ci się przyda

Niż cnota. Trzeba działać, by twą dolę lichą

Naprawić, a nie ginąć z pięknie brzmiącą pychą.

FEDRA

Na Boga!... Nie!... To prawda! Ale to są rzeczy

Ohydne! Jeszcze-ć miłość mojej duszy człeczej

Nie hańbi! Lecz gdy zbrodnię upiękniasz, przesadnie

Ma noga w omijaną kałużę popadnie.

PIASTUNKA

Gdy takiej jesteś myśli, na cóż było grzeszyć?

Lecz teraz bądź posłuszna! Pragnę cię pocieszyć:

Są czary w moim domu – przypomniałam sobie

Tej chwili – co ci mogą pomóc w twej chorobie,

Na srom nie narażając i szkody najmniejszej

Twym zmysłom nie przynosząc, bylebyś w dzisiejszej

Opresji nie stchórzyła. Od twego kochanka

Potrzebny znak – pęk włosów albo jakaś tkanka

Z odzieży: zdobyć muszę koniecznie, w ten sposób

Połączę jednym węzłem dwoje drogich osób.

FEDRA

Czy maść to, czy też napój? Cóż to są za środki?

To koniec darmowego fragmentu. Czy chcesz czytać dalej?