BachantkiTekst

Autor:Eurypides
0
Recenzje
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

Eurypides

Bachantki

Warszawa 2020

Spis treści

OSOBY

TREŚĆ

OSOBY

DIONIZOS (Bachus, Bach)

CHÓR BACHANTEK

TEJREZJAS (Teirezjasz), wróżbita

KADMOS, założyciel Teb

PENTHEUS (Penthej), król tebański

SŁUGA

GONIEC I

GONIEC II

AGAWE, córka Kadmosa, matka Pentheusa

TREŚĆ

Rzecz dzieje się w Tebach.

DIONIZOS

A zatem na tebańskie przybyłem zagony,

Ja, Zeusa syn, Dionizos, ongi urodzony

Z Semeli, latorośli Kadmowego domu,

Co zległa, rozwiązana błyskawicą gromu.

Na ziemskie kształty bożą zmieniwszy urodę,

Mam oto źródła Dirki i Ismenu wodę,

Grobowiec mej zabitej od pioruna matki

I domu królewskiego dymiące ostatki:

Niebieskie jeszcze ognie tlą się w tej ruinie,

Od których, tak się stało, ma rodzica ginie,

Ofiara zemsty Hery. Kadma chwalę sobie,

Że kazał tak ogrodzić to miejsce przy grobie

Swej córki. I me ręce również osłoniły

Bogatym winogradem świętość tej mogiły.

Rzuciwszy ziemię Lidów, gdzie złota bez końca,

I Frygów, równie Persów, spalone od słońca,

Baktryjskie dalej mury, szare Medów niwy

Za sobą zostawiwszy; przebiegłszy szczęśliwy

Arabii kraj i Azję całą u wybrzeży

Mórz słonych, co basztami pięknych miast się jeży,

Gdzie z tłumem barbarzyńców zmieszały się Greki,

Obrządek mój, me pląsy w tej strefie dalekiej

Zaprowadziwszy wszędzie, by miano w pamięci,

Że jestem bóg, do tego według mojej chęci

Przebyłem naprzód miasta, by tebańskie rzesze,

Nim inny kraj helleński zaprawię w uciesze,

Rozwydrzyć, ciała w skóry przyodziać jelenie,

Dać w ręce tyrs, bluszczowy ten mój bełt! Nasienie

Niedobre, siostry matki mojej, co się przecie

Bynajmniej nie godziło, zaczęły po świecie

Rozgłaszać, że Dionizos to nie syn Zeusowy,

Że matka ma, Semele, z Kadmosa namowy

Na bóstwo całą hańbę swojej winy złoży,

Gdy człowiek ją śmiertelny, a nie władca boży,

Zapłodni i że potem – tak ją piętnowały –

Zeus matkę mą uśmiercił za ten wymysł cały.

I dla mnie w tej obeldze dość było powodu,

By zmysły im pomieszać i wypędzić z grodu,

Więc dzisiaj siedzą w górach z obłąkaną duszą

I w godła moich orgii przystrajać się muszą.

I jaka tylko żyła w tych murach niewiasta,

Musiała precz uciekać z Kadmowego miasta,

Ażeby wszystkie razem, z królewskimi córy

Złączywszy się, bez dachu, na złomiskach góry

Samotnych, opoczystych, wśród zieleni jodły

Swój żywot obłąkany dziś i zawsze wiodły.

Bo niechaj grodu tego uczują mieszkańce,

Z swą wolą czy wbrew woli, że dotąd o tańce

Bachijskie i obrzędy nie nazbyt się wiele

Troszczyli. Pragnę także i matkę, Semelę,

Obronić, gdy się ludziom jako bóg ukażę,

Którego to Zeusowi porodziła w darze.

Król Kadmos rządy państwa przelał już w tym czasie

Na syna drugiej córki, Pentheja, ten zasię

Mą boskość lekceważy, w zalewkach nie sprzyja,

W ofiarach i modlitwach. Zobaczy on, czyja

Jest słuszność, kto mocniejszy! Żem bóg i że godnie

Należy uczcić boga, chyba udowodnię

I jemu, i mieszkańcom jego Teb!... Pod nieba

Zaś inne, zarządziwszy tutaj, co potrzeba,

Wybiorę się w te tropy, aby ludziom w ślepie

Zaświecić swą boskością! Zacnie ja przetrzepię

Tych jego Tebańczyków, gdyby wściec się chcieli

I z gór moje bachantki pędzili. Jeżeli

W tej jawię się posturze, jeżeli się z boga

W człowieka przedzierzgnąłem, to na to, by sroga

Spotkała ich nauka: Menady zgromadzę

I huzia! hej! Zobaczą, kto ma tutaj władzę!

Niewiasty! Posłuchajcie! Za moim rozkazem

Od Tmolu, niw lidyjskich strażnicy, wy razem

Przyszłyście tutaj ze mną, wy, moje podróże

Z ziem cudzych wraz dzielące! Frygijskie – a nuże! –

Brać bębny, wynalazek mój i matki Rhei!

Otoczyć dom królewski z poszumem zawiei,

Bić w błony, co tchu starczy, na słychy i dziwy

Kadmosowego miasta! Ja teraz na niwy

Kithajronowe skoczę, w jar, gdzie jest zebrany

Korowód mych bachantek, i puszczę się w tany!

CHÓR

Azji smug,

Święty Tmol

Opuściłam wśród swych dróg.

By mnie słyszał szumny bóg,

By go uczcił okrzyk mój!

W Bacha cześć

Łatwo znieść

Ten nieznojny, święty znój!

*

Któż tam, hej!

W gmachu tym?

Któż mi w drodze stanął mej?

Precz mi z oczu! Milczeć chciej,

Kto tu żyw jest, kto tu zdrów!

Bogu my

Ślemy tchy

Wrzących hymnów, wrzących słów!

*

Szczęśliwy, zaiste, człek,

Kto się do służby bożej

Całą swą duszą przyłoży,

Kto, życia swojego bieg

Kierując w góry

Na wtóry

I tańce bachijskie, najradziej

Im oddan, gładzi

Swe grzechy!

Szczęśliwy, kto się weseli

Wraz z nami

Pląsami

W cześć wielkiej Macierzy Kybeli.

Kto, pełen szalonej uciechy,

Tyrsos w swą ujmie dłoń,

Bluszczem uwieńczy skroń

I wielbi, i chwali

Najdbalej

Dionizową moc!...

Hejże ku mnie

Tłumnie, szumnie,

Ty bachantek ciżbo mnoga,

Coś szumnego tutaj boga,

Którego sam spłodził bóg,

Od górzystej Frygii dróg

Do helleńskich wiodła smug!...

*

Jakżeż ci on ujrzał świat? –

Znosząc strasznych bólów siła,

Rodzica go poroniła,

Gdy Zeus z swym piorunem spadł.

I przerażona

Wraz skona

Pod razem strasznego gromu.

Lecz z zmarłej domu

Położnej

Kronida Zeus go zabierze

I w biodrze,

Przeszczodrze

Obwiódłszy je złotem, by Herze

Sprzed ócz go usunąć, ostrożny,

Zamyka dziecię

I, wiecie,

Gdy Mojry porodu czas

Wydzwoniły,

Gromosiły

Zrodził bóstwo, co na czole

Pokazało rogi wole

Oraz wieniec, splecion z żmij:

Stąd, Menado, zbrojna w kij,

Z wężów sobie warkocz wij!...

*

Tebański grodzie mój,

Ojczyste gniazdo Semeli!

Niech się, kto żyw jest, weseli!

W bluszczu leśnego zwój

Każdy swe czoło strój!

Strójcie się, strójcie się w kwiaty,

W powój, zielenią bogaty,

W gałęzie dębu czy jodłę

Na Bacha wesołą modłę!

Skóry zarzućcie jelenie

Na białe z wełny odzienie.

Swawolne chwyciwszy pręty,

Święćcie obyczaj święty,

A wnet, za wami w ślad,

Ruszy się cały świat,

W tan się on puści, w tan,

I ten nasz szumny pan

Do gór powiedzie, do gór

Swój rozpasany chór,

Tam czeka już gawiedź radosna,

Od płochy wygżona i krosna

Przez Dionizosa-boga!

*

Kuretów schronie, hej!

Zeusa prześwięta kolebo,

O Kreto, skąd się pod niebo

Z leśnych unosił kniej

Wrzask Korybantów, rej

Wiodących w bożej uciesze!

Wszakże ci ongi ich rzesze,

Strojne w szyszaku trzy kity,

O, ten nasz skórą obity

Krąg wynalazły i świetnie

Frygijskie, łagodne fletnie,

Dźwięk ich przesłodki, przemiły,

Z jego rozhukiem spoiły!

Do Rhei-macierzy rąk

Bębenny dały krąg,

Ażeby głośniej brzmiał

Święty bachijski szał.

Od niej Satyrów tłum

Wziął go na huk i szum

W to uroczyste trzechlecie,

Którym się cieszy na świecie

Władca nasz Dionizos.

*

O, jakiż słodki, rozkoszny to żar,

Gdy, górski rzuciwszy jar –

Kiedy ze skalnej krawędzi

W doliny nasz orszak boży

Pędzi –

Kiedy ta rzesza rozwiozła,

Spragniona wrzącej krwi kozła –

Gdy w niej żywego mięsa głód się sroży,

Kiedy jej pachnie krew,

Do Frygii czy Lidii gór

W spłachciu z jelenich skór

Rwie się!

A przed nią po polu, po lesie

Hu! ha! krzyk Bacha się niesie!

I wraz po dolinie, wyżynie

Mleko strugami płynie

I wino płynie w bród,

I płynie nektar-miód,

I całą w okrąg błoń

Syryjska napełnia woń!

I Bachus żywiczne łuczywo

 

Wyciągnie z swej trzciny co żywo

I, potrząsając ogniami,

Tumani swój orszak i mami,

Do tańców-łamańców

Rwie

W lot!

I głosy w niebiosy

Śle –

Swój zew,

Swe wrzaski hukliwe

Na niwę

Rozlewa.

I bujne swe włosy,

Kędziorów splot,

Na wiater rozpuszcza, na wiew!

I leje się krzyków ulewa

Po polu,

Przez uroczyska

Kniej:

„Hej! cudna kraso Tmolu,

Co szczerym złotem tryska,

Bachantki moje, hej!

O, wy bachantki me!

Hu!

Chodźcie tu! Chodźcie tu!

By, co tylko starczy tchu,

W Dionizosa cześć

Hymn rozgłośny wznieść!

Oszalała w swej ochocie

Przy straszliwym bębnów grzmocie

Oszalałe niech hejnały

Pierś wyrzuca! Oszalały

Chce ją słyszeć bóg!

A frygijskiej, dzikiej burzy,

Łagodząc jej huk,

Niechaj słodki dźwięk zawtórzy –

Niech świętego fletu święta

Płynie nuta i do gór

W ten swój wtór

Mych bachantek wiedzie chór!

I w te tropy,

Wskroś przejęta,

Wyrzucając chyże stopy,

Jurna dziewka, jak źrebięta,

Przy klaczy, swej matce, na łące

Skaczące,

Pędzi za swoim bogiem...

Na scenę wchodzi

TEJREZJAS

Przy bramie kto? Wywołać Agenora plemię,

Kadmosa, co sydońską porzuciwszy ziemię,

Basztami gród ten zjeżył, obwarował Teby.

Niech idzie kto i powie, że nie bez potrzeby

Tejrezjasz chce z nim mówić. Wie, po co się jawię

I w jakiej, stary z starszym, godziłem się sprawie:

Wdziać na się skórę sarnią, tyrs pochwycić w dłonie

I bluszczu latoroślą uwieńczyć swe skronie.

Z domu wychodzi

KADMOS

Poznałem właśnie głos twój, usłyszałem, panie,

Mądrego iście męża przemądre wezwanie

I, gotów, idę z wszystkim, co potrzeba będzie,

Ażeby według sił swych w świątecznym obrzędzie

Wziąć udział i przyczynić się do pomnożenia

Czci syna mojej córki, co jest dla plemienia

Ludzkiego na świat posłan jako bóg. Więc powiedz,

Gdzie tańczyć mam, na jaki zwrócić się manowiec

I siwą wstrząsać głową. Starszemu ty stary

Przewodzić chciej, boś mędrzec. A ja tu bez miary

Bluszczowym będę prętem bił o ziem, zapomnę,

Że starość mi pisana...

TEJREZJAS

I ja też ogromne

Mam chęci! Odmłodniałem i do pląsów stanę.

KADMOS

Na wozie brać się w góry? Czy to jest wskazane?

TEJREZJAS

Nie! Mniej byśmy tak bożą uczcili wszechwładzę!

KADMOS

Więc ja cię tam, człek stary, starca poprowadzę.

TEJREZJAS

Sam bóg nam dzisiaj drogę bez trudu pokaże.

KADMOS

Czy miasto weźmie udział w tym bachanckim żarze?

TEJREZJAS

My jedni mamy rozum, innym on nie służy.

KADMOS

Więc chwyć się mojej ręki, po co zwlekać dłużej?

TEJREZJAS

A ty na mym ramieniu oprzyj się i w drogę.

KADMOS

Śmiertelny człek, bogami gardzić ja nie mogę.

TEJREZJAS

Tu na nic mędrkowanie! Wszelkie z niebem kwasy

Daremne. Wiary ojców, którą po te czasy

Przez wieki nam przodkowie nasi przekazali,

Nie zniszczy nikt, jej ustaw żaden mózg nie zwali,

Choć pomysł najbystrzejszy znajdzie człek w swej głowie.

Być może: „jesteś stary”, tak niejeden powie,

Lecz ja się tego wcale nie wstydzę, ja w bluszcze

Przystroję skroń i w pląsy serdecznie się puszczę.

Bóg przecież nie przepisał, kto ma iść w zawody

Bachanckie: człowiek stary, czy też tylko młody.

Od wszystkich czci on żąda i nie z lat jedynie,

Nie z liczby ich cześć większa dlań lub mniejsza płynie.

KADMOS

Ponieważ dnia bożego nie widzisz, więc ja się

Podaję za proroka, mój Teirezjasie.

I powiem ci, co widzą tej chwili me oczy:

Pospiesznie oto Penthej w stronę zamku kroczy,

Mój wnuk, ten Echionida, któremu oddałem

Swe berło. Cóż mi powie? Jest jak zdjęty szałem!

Na scenę wchodzi

PENTHEUS

Bawiłem poza domem, powracam do kraju

I słyszę o złym, nowym w tym mieście zwyczaju.

Niewiasty oto nasze porzuciły domy

I, niby szał udając, przepełne oskomy,

W lesistych rozłożyły się górach, pląsami

Nowego wielbiąc boga – kim on między nami

Być może – Dionizosa. Są pijackie dzbany,

Co chwila ta lub owa w chuci rozpasanej

W ustronne znika miejsce, mężczyznom dogadza.

To znaczy: pod pozorem, że bożego władza

Natchnienia je porywa, niecne białogłowy

Dla Bacha i Kiprydy mają czas gotowy.

Ile ich pochwycono, każda ma już pęta

I w miejskim jest więzieniu uczciwie zamknięta.

Na te, co jeszcze w górach, urządzę obławę –

Pochwycić każę Ino i matkę Agawę

Co mnie Echionowi zrodziła i, dalej,

Nic tutaj Antonoi również nie ocali,

Rodzicy Aktajona! W żelazne je dyby

Zakuwszy, wnet odwiodę od bachanckiej chyby.

Podobno miał z lidyjskiej przybyć tutaj ziemi

Czarownik jakiś, oszust z oczami ciemnemi

O słodkiej barwie wina; jak u Afrodity.

Włos jasny ma, utrefion, w śliczne pukle zwity.

Z dziewkami on młodymi, ten młodzieniec chwacki,

Przepędza dnie i noce pod pozorem schadzki

Świątecznej na cześć bogów. Jeśli pod tym dachem

Pochwycę go, doprawdy! nie ujdzie li z strachem!

Przestanie on mi stukać o ziemię tyrsosem

I tłumić się po świecie z tym rozwianym włosem,

Gdy łeb mu od tułowia oddzielę! Zbyt szczodrze

Mieni się Dionizosem-bogiem i że w biodrze

Zeusowem był zamknięty, jakkolwiek rzecz znana

Iż z matką padł od ciosu gromowego pana,

Iż zginął od pioruna, gdy ta zaślubiny

Z Zeusem wymyśliła!... Czyż za takie winy

Nie warto go powiesić? Jak on śmie w ten sposób

Natrząsać się swą butą z wszelkich ludzkich osób,

Ten przybysz, kimbykolwiek był!... Lecz nowe cuda

Przed sobą mam! Tejrezjas, wieszczek, nakrył uda

Skórkami jelenimi, a tu – widok rzadki!

Trzymajcie mnie, bo pęknę ze śmiechu!... mej matki

Rodziciel z tyrsem w ręku szaleje! Zaiste!

Człek straci rozum, patrząc na to oczywiste

Błazeństwo! Co? Nie puścisz z ręki tego pręta?

Nie praśniesz tego bluszczu? Rzecz to niepojęta,

Ty, ojcze mojej matki!... Czyje to znów baje?

Teirezjasa pewnie?... Czy się tobie zdaje,

Że, boga wprowadzając nowego wśród ludzi,

Zysk nowy z wróżb mieć będziesz? Że ich znowu złudzi

Twój ogień, czy lot ptaków? Tylko włos twój siwy

Wstrzymuje mnie, że za ten obrzęd niegodziwy

Nie każę z bachantkami wrzucić cię do kaźni!

Obrządek to nicpotem, sam on siebie błaźni,

Jeżeli się podwika spija przy biesiadzie.

PRZODOWNICA CHÓRU

Ach! Cóż to za bezbożnik! Niebu ty na zdradzie

I plemieniu Kadmosa, który rzucił w ziemię

Na mężów siew, ty, ojca Echiona plemię!

TEJREZJAS

Gdy wątek mądry człowiek znalazł do przemowy,

Nie sztuka być wymownym. Język masz gotowy,

Obrotny, zdałoby się, że jakiś mądrala

Przemawia, lecz rozsądku twego nie zachwala

Ten sposób. Mąż zuchwały, pyskaty, a duży

Co do swojego stanu, jeśli mu nie służy

Rozsądek, złym doradcą będzie swego grodu.

Ten nowy bóg, z którego szydzisz bez powodu,

W Helladzie takie miejsce zajmie niepoślednie,

Że brak mi na to słowa! Dwie są rzeczy przednie

Na świecie – wiedz to, synu: Demeter, to znaczy

Mać-ziemia, bo tak zwij ją, albo tak, jak raczy

Twa wola. Suchą strawą karmi ludzi ona,

Zaś ten wynalazł płynny sok winnego grona;

Na rzecz całkiem przeciwną wpadł ów syn Semeli

I ludziom podał środek, który ich weseli,

Rozgrzewa serca biednych, uśmierza ich troski,

Zaciera pamięć dziennych mozołów i boski

Sprowadza sen – pokrótce mówiąc, dobry trunek

Zgotował człowiekowi na wszelki frasunek.

Ba, nawet samym bogom leje się w ofierze

To bóstwo... Ciebie, widzę, pusty śmiech tu bierze,

Iż Zeus go zamknął w biodrze. Ja ci to wyjaśnię.

Pokażę ci, że sens jest w tej powieści właśnie:

Gdy Zeus go uratował z ognia swego gromu,

Wziął z sobą go na Olimp, by w niebiańskim domu

Pomieścić swą latorośl, przecież Hera w złości

Wyrzucić chciała dziecię z bożych wysokości.

I Zeus, jako że bogiem jest, miał środek na to:

Z powietrza przejrzystego, które tak bogato

Okrąża naszą ziemię, jakąś cząstkę zrywa

I postać z niej stworzywszy, która była żywa

Z pozoru, da ją Herze, by jej gniew uśmierzyć,

Dionizosa zaś ukrył. I lud począł wierzyć.

To z owym pomieszawszy, jak to nieraz szczodrze

Zwykł czynić, że swe dziecko Zeus donosił w biodrze

To bóstwo jest i wieszczem, opętanie bowiem

Bachijskie i natchnienie wieszcze – to ci powiem –

Z wspólnego płyną źródła – szał mają proroczy;

Bo kogo, mówię, bóg ten przeniknie, ten zoczy

Przed sobą i obwieści nam przyszłość. I z wojną

Jest również w jakimś związku to bóstwo; wszak zbrojną

Rozprasza nieraz ciżbę niewymowna trwoga,

Nim chwycił broń przeciwnik. I to dziełem boga –

Od Dionizosa idzie szał lęku! O, jeszcze

Wśród skał delfickich ujrzysz ono bóstwo wieszcze,

Jak w blasku swej pochodni będzie brał dwie turnie,

Tyrsosem potrząsając, niosący się górnie

Ten możny pan Hellady! Przeto, Pentheusie,

Nie dawajże się dumnej porywać pokusie

I nie myśl, że kto królem, ten jest wszystkim w świecie!

A jeśliś tego zdania, a zdanie to przecie

Jest fałszem, ty za mędrca się nie miej! W swe kraje

Nowego przyjmij boga i jego zwyczaje:

Ofiary i obiaty składaj mu, swe czoło

Wieńcz bluszczem i w bachijskie rad pospieszaj koło.

Nie Dionizosa rzeczą, wierzaj, uczyć sromu

Niewiasty, gdy Kipryda zagości w ich domu.

Wstydliwość zawsze bywa wrodzoną i szały

Bachijskie jeszcze żadnej z nich nie zepsowały,

Jeżeli były skromne z natury. Należy

Pamiętać o tym zawsze! A gdy do twych dźwierzy

Tłum ciśnie się, Pentheju, gdy twoje nazwisko

Rozbrzmiewa naokoło z daleka i blisko,

Czyż ty się nie radujesz? Więc i on się cieszy,

Tak mniemam, gdy się spotka z czcią u ludzkiej rzeszy.

Więc ja, a ze mną Kadmos, z którego tak szydzisz,

Pójdziemy dzisiaj w pląsy: ty nam nie obrzydzisz

Ni bluszczu, ani tańca, choć siwa z nas para!

Nie myślę walczyć z bogiem, choć mnie pchnąć się stara

Do tego twa namowa!... Szalejesz, człowieku!

Nic ciebie nie uleczy, choć nie ujdziesz leku!

PRZODOWNICA CHÓRU

(do Tejrezjasa)

W Fojbosie słowa twoje nie obudzą wstrętu,

Bożego Rozwichrzeńca choć folgujesz świętu.

KADMOS

Syneczku mój! Tejrezjas dobreć dał przestrogi!

Bądź z nami i zakonu nie opuszczaj drogi.

Dziś skrzydła cię ponoszą i, jakkolwiek sądzisz,

Że rozum masz, w rozumie swoim wielce błądzisz.

Jeśli on nie jest bogiem, jak pleciesz, wmów w siebie

I krztynę pięknie pokłam, że nim jest – w potrzebie

Wszak warto się połudzić: Bóg to, choć Semele

Zrodziła go, świat mówi. I owszem, stąd wiele

Zaszczytu spada dzisiaj na nasz ród! A, proszę,

 

Pamiętaj, jakie sobie zgotował rozkosze

Aktajon! Toć psy własne, które sam wychował,

Rozdarły go na strzępy, bo wrzeszczał do pował

Niebieskich w swojej pysze, że w myśliwskiej sztuce

Bieglejszy, niż Artemis. Ażebyś nauce

Tej samej dziś nie uległ, bluszczem uwieńcz czoło,

Naszego uczcij boga, w nasze pospiesz koło.

PENTHEUS

Precz z ręką tą! Idź, szalej, ile masz ochoty,

Lecz o mnie nie obcieraj tej swojej głupoty.

A mistrz twój, nauczyciel tej błazeńskiej nędzy,

Ten będzie miał się z pyszna!... (Do służby:)

Niechże mi co prędzej

Pobiegnie kto do domu tego oto kpiarza,

O, tam, gdzie ten nasz wieszczek na lot ptaków zważa,

Uczciwym niech mu drągiem wszystko, jeśli łaska,

Połamie, pogruchoce, pobije, potrzaska!

Niech wszystko mu wywróci do góry nogami,

Niech bindy księże z wiatrem mu puści! Nie zmami

Nikogo już ten szalbierz! Będzie miał za swoje –

Najlepsza to jest kara, o to się nie boję!

Wy idźcie na przeszpiegi! Włócząc się po mieście,

Ujrzycie może dudka, włóczęgę, niewieście

Podobniejszego raczej, co w niewiasty wpaja

Nieznaną dotąd sprośność! Schwyćcie mi hultaja,

Porubstwo szerzącego, spętać, przywieść do mnie,

Na śmierć ukamienować! Gorzko to ogromnie –

Przekona się – w mych Tebach siać bachantek szały!

TEJREZJAS

Zuchwalcze! Sam ty nie wiesz, co mówisz! O, mały

Tyś zawsze miewał rozum, lecz dziś go już do cna

Straciłeś! Chodź, Kadmosie! Może i owocna

Modlitwa nasza będzie za twojego wnuka,

Jakkolwiek nazbyt czelnie guza sobie szuka,

I za to miasto nasze, ażeby bóg na nie

Jakiego zła nie zesłał. Teraz ze mną, panie,

Z bluszczowym prętem w ręku! Wspierajmy się wzajem,

Ty mnie, a ja zaś ciebie. Nie żadnym to rajem

Tak w drodze paść dwom starcom! Wstyd! Lecz mniejsza o to!

Bachowi, Zeusowemu dziecku, służ, ochoto!

Bodajby dom twój, Kadmie, nie doznał strapienia

Przez tego utrapieńca. Nie z jasnowidzenia

To mówię, jeno z rzeczy, tak, jak jest! Rozpęta

Twój Penthej zło, gdyż głupcom w głupocie przynęta!

(Wychodzą.)

CHÓR

O zbożności boska ty,

Co nad ziemski wzlatasz łan

Na złocistym skrzydle swym!

Słyszysz, jak niezbożnym tchem

Penthej, z zgubnej pychy znan,

Szumnego nam boga lży?

O, tego syna Semeli,

Który się pierwszy weseli,

Który jest zawsze na przedzie

Przy bogów radosnej,

Strojnej w zieleń wiosny

Biesiedzie.

Albowiem dobrze się wiedzie

Na świecie,

Kiedy przy flecie

Taneczne pląsają grona,

Gdy dusza, od troski zwolniona,

Snać kona

Z radości –

Kiedy niebiańskich ucztujących gości

Wrzący rozpali sok,

Z winnych wyciśnion tłok –

Kiedy wśród ludzi, zdobnych w bluszczu wian,

I puchar krąży, i dzban,

Gdy jego władza

Sen na powieki sprowadza.

*

Co wędzidła nie chciał znać,

Sprośny język, już on szczezł!

Człek zbrodniczy, czelny człek,

Co wyrzuca bluźnierstw stek,

Rychło smutny znajdzie kres.

Za to skromna, cicha brać,

Co, żyjąc zawsze roztropnie,

Przenigdy prawa nie kopnie,

Ta w łasce żyje dużej:

Nie uderzy srogi

Grom w jej domu progi,

Nie zburzy!

Boć przecie widzą z swej stróży

Niebiosów

Ci naszych losów

Szafarze, choć tak z daleka,

Wszelakie czyny człowieka!

I rzeka

Rozumu

Nie zawsze będzie rozumem! Wśród tłumu

Śmiertelnych ciał

Bóg żyć nam krótko dał.

Kto zbyt się górnie pnie, ten nie wie snać,

Co daje mu Ziemia-mać!

Tylko szaleniec

Po taki tu sięga wieniec!

*

Na Cypru podążyć mi brzeg,

Na Afrodyty ostrowie,

Gdzie słodcy miłości bożkowie

Czarami ludzi tumanią,

Być mi po wiek!

Albo podążyć mi na nią,

Na oną ziemię stu rzek,

Które swą rosą

Owoce niosą

Łanom, ginącym w spiekocie!...

Na pierydzkie mnie płoski,

Błyszczące w słonecznem złocie,

Do stóp Olimpu, gdzie Muzy

Niebiosów blisko

Swe zbudowały siedlisko,

Wiedź, Rozwichrzeńcze ty boski!

Radosnych okrzyków śluzy

Wraz ze mną rzuć –

Szumny, szumiący tyś bóg –

Na ten rozkoszny smug!

Tam są Charyty, tam tężna jest Chuć,

Tam orgii bachijskich zakon!

*

Zeusowa latorośl, nasz król,

Lubi ucztować przy winie,

Kocha Pokoju boginię,

Pomnożycielkę narodu,

Tę krasę pól,

Ludzi chroniącą od głodu!

Wszelkiego człeka on ból

Słodkim napojem,

Rozkoszy zdrojem

Uśmierza! Rad ci on raczy

Tym życiodajnym pucharem

I biedny lud, i bogaczy.

Lecz temu wieści on zgubę,

Kto z chmurnym czołem

Nie zechce w gronie wesołem

Bawić się uciech bezmiarem

W te jasne dnie i w te lube,

Przytulne noce! Hej!

Precz z mądralami, precz!

Dobra jedynie jest rzecz,

Którą uprawia lud w mądrości swej –

I ja sobie ją cenię!

Związanego prowadząc Dionizosa, na scenę wchodzi

SŁUGA

Pentheju! Już jesteśmy! Jest i łup gotowy,

Po który nas wysłałeś. Niedaremne łowy!

Lecz zwierz to oswojony, żadnym nas kłopotem

Bynajmniej nie obarczył, ani myślał o tem,

Ażeby nam się wymknąć, owszem najłaskawiej

Dał ręce sobie związać, rzekłbyś, że się bawi,

Bo nie zbladł, bo na liczku nie stracił rumieńca,

Bo śmiał się, gdyśmy mieli odprowadzać jeńca,

Bo w miejscu stał, tę naszą ułatwiając pracę.

Więc mówię mu pokornie: „Przybyszu! Niech stracę,

Lecz powiem ci, że brać cię nie mam żadnej chęci,

Jednakże Penthej kazał, niech się przeto święci

Ta wola mego pana...” A one kobiety,

Coś zgonił je i spętał, i zamknął, o rety!

Uciekły precz z furdygi na łęgi, do lasa,

Gdzie cała ich gromada i huka, i hasa

Na cześć szumnego boga! Z nóg im spadły dyby

I wszystkie drzwi i zamki, mówię to bez chyby,

Otwarły się, choć ręka ludzka ich nie tknęła.

Takie to w naszych Tebach cuda, takie dzieła

Ot! człowiek ten dziś spełnia. Co tu czynić dalej,

Już twoja to jest sprawa, my swoje zdziałali.

PENTHEUS

Rozwiązać mu te ręce! Bo jestem ostatni,

Ażeby mógł się dzisiaj wymknąć z naszej matni –

Nie! rady temu nie da!... Juści liczko twoje

Gładziuchne! Jak stworzone dla podwik! Gdyż stoję

Przy prawdzie, żeś się dla nich przywlókł w nasze Teby!

Kędziorki arcydługie, chyba nie z potrzeby

Boiska tak się pięknie wydłużyły tobie,

Falując wokół szyi w ponętnej ozdobie.

I cera arcybiała, nie z słońca promieni

Zbielała ci gorących, jeno w chłodnej cieni –

Snać myślisz Afrodytę przesadzić w piękności!

Lecz naprzód mów, co zacz ty, kto tu przyszedł w gości?

DIONIZOS

Nie trzeba samochwalby! Odpowiedź nie trudna:

Wiesz może, gdzie jest Tmolu okolica cudna?

PENTHEUS

Wiem, owszem, miasto Sardes otacza dokoła.

DIONIZOS

Ja stamtąd, ma ojczyzna to Lidia wesoła.

PENTHEUS

Wprowadzasz nowy obrzęd, któż to ciebie zmusza?

DIONIZOS

Dionizos mi nakazał, latorośl Zeusza.

PENTHEUS

Więc Zeus tam jakiś nowy bóstwa nowe tworzy?

DIONIZOS

Nie! Ten, który z Semelą obcował, król boży!

PENTHEUS

Czy we śnie ci nakazał, czyli też na jawie?

DIONIZOS

Twarz w twarz mi on polecił służyć świętej sprawie.

PENTHEUS

A na czymże polega istota obrządku?

DIONIZOS

Człek niewtajemniczony nie śmie znać jej wątku.

PENTHEUS

Jest jaka na obrządku tym korzyść oparta?

DIONIZOS

Nie wolnoć tego wiedzieć, choć rzecz wiedzy warta.

PENTHEUS

Wykręcasz mi się chytrze, a mnie świerzbią uszy.

DIONIZOS

Bachijskie tajemnice nie dla grzesznej duszy.

PENTHEUS

Widziałeś, mówisz, Zeusa. Jakżeż on wyglądał?

DIONIZOS

Jak chciał, a nie bynajmniej, jakbym ja pożądał.

PENTHEUS

I znowu się wywijasz! Któż za to co kupi?!

DIONIZOS

Ktoś mądry dla głupiego zawsze będzie głupi.

PENTHEUS

Czyś naprzód do nas przybył tu z orgiami swemi?

DIONIZOS

Obchodzą je we wszystkiej niehelleńskiej ziemi.

PENTHEUS

Mniej mają snać rozumu, niźli nasze kraje.

DIONIZOS

W tym względzie chyba więcej. Inne tam zwyczaje.

PENTHEUS

Czy za dnia się to wszystko odbywa, czy w nocy?

DIONIZOS

Przeważnie w nocy, mroki mają więcej mocy.

PENTHEUS

Dla kobiet niebezpieczna to pora i zdrożna.

DIONIZOS

Sposobność dla zdrożności i w dzień znaleźć można.

PENTHEUS

O, gorzko mi zapłacisz za swoje wykręty!

DIONIZOS

A ty za swą głupotę, za swój szał nieświęty!

PENTHEUS

O, ćwik i frant ten Bachus, a czelny bez miary!

DIONIZOS

Czym myślisz mi dogodzić? Jakie zadać kary?

PENTHEUS

Nasamprzód tej cię bujnej pozbawię czupryny.

DIONIZOS

Nie tykaj! Prawo do niej ma li bóg jedyny.

PENTHEUS

A potem tyrs ten oddasz, który dzierżysz w dłoni.

DIONIZOS

Sam wydrzyj Dionizosa własność! Niech się broni!

PENTHEUS

A potem ot! do ciupy każę zamknąć ciebie.

DIONIZOS

Jeżeli ja tak zechcę, bóg z ciupy wygrzebie.

PENTHEUS

Popróbuj go wywołać spośród twej czeredy!

DIONIZOS

On przy mnie tu jest blisko, widzi moje biedy.

PENTHEUS

Gdzie? Gdzie? On swym widokiem oczu mych nie darzy!

DIONIZOS

Lecz moje! Niewidzialny jest on dla zbrodniarzy!

PENTHEUS

Hej! Bierz go! Szydzi ze mnie i z Teb! Bierz go! Okuj!

DIONIZOS

Roztropny, nieroztropnym mówię: dajcie spokój!

PENTHEUS

A ja powiadam: bierz go! Ja tu większy przecie.

DIONIZOS

Sam nie wiesz, co poczynasz i kim ty na świecie!

PENTHEUS

Penthejem, Echiona synem i Agawy.

DIONIZOS

Twe imię już wskazuje, że dla cię łaskawy

Nie będzie los.

PENTHEUS

Hej! Precz z nim! A przy końskim żłobie

Przywiązać go, by w cieniu mógł zatańczyć sobie!

Zaś te (Wskazuje na Chór), któreś tu przywiódł, uczestniczki zbrodni,

Wysprzedam, albo, jeśli będzie mi dogodniej,

Od bębna odzwyczaję i – to nie przelewki! –

Do krosien je przystawię, jako proste dziewki.

DIONIZOS

Idę... A juści tego znosić ja nie muszę,

Do czego mnie nie zmuszą. Lecz za te katusze,

Za szyd ten sam Dionizos dobrze ci zapłaci.

Zaprzeczać chcesz istocie tej bożej postaci,

Więc będziesz musiał cierpieć! Mówiąc najwyraźniej:

Krzywdzący mnie, ty boga zamykasz w swej kaźni!

CHÓR

Acheloa córko, słysz!

Ty dziewicza Dirko święta!

Dobrze o tym świat pamięta,

To koniec darmowego fragmentu. Czy chcesz czytać dalej?