Złota Elżunia

Tekst
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

Eugenie Marlitt

Złota Elżunia

SAGA Egmont

Złota Elżunia

Copyright © 1867, 2018 Eugenie Marlitt i SAGA

Wszystkie prawa zastrzeżone

ISBN: 9788711662571

1. Wydanie w formie e-booka, 2018

Format: EPUB 2.0

Ta książka jest chroniona prawem autorskim. Kopiowanie do celów innych niż do użytku własnego jest dozwolone wyłącznie za zgodą SAGA oraz autora.

SAGA Books, spółka wydawnictwa Egmont

I

Mroźny dzień marcowy skończył się właśnie i stary zegar na poznańskim ratuszu wydzwonił piątą godzinę.

Uciekając przed zmrokiem, młoda osoba szła śpiesznie w stronę odległej na przedmieściu Jeżyce ulicy. Wiatr dotkliwie czuć się dawał skromnie ubranej panience; wbiegła do sieni, a stamtąd na schody wąskiej kamienicy, w której mieszkali jej rodzice, i otwierając zatrzask kluczem wyjętym z kieszeni palta, tupała nóżkami zesztywniałymi od mrozu. Patrzyła przy tym wesoło na metalową tabliczkę z napisem „Ludwik Prawdzic” i uśmiechnęła się do niej jak do dobrego znajomego.

Cieszyło ją, że takie a nie inne nosi nazwisko, chociaż Prawdzice nie byli szlachtą i nasza panienka wiedziała o tym. Dziad jej jak i pradziad służyli od wielu lat za leśniczych w lasach książąt Hohenlohe na Śląsku; służył tam dotąd jeszcze jej stryj, Szymon Prawdzic.

Mój drogi ojciec słusznie Prawdzicem się nazywa, bo prawdę nad wszystko kocha, droższe mi to niż pergaminy — myślała, wchodząc w drzwi rodzicielskiego mieszkania.

Zapytacie zapewne, kim jest ta panienka? Prawda, wszak zapomniałam powiedzieć wam imię mojej bohaterki.

Bohaterki?… Czyż mogła już zasłużyć na to miano szesnastoletnia panienka?

Zgorszy się tym niejedna z moich czytelniczek. Pewnie, pewnie, macie słuszność, za wcześnie może pasowałam na bohaterkę skromną dzieweczkę dlatego tylko, że miała serce odważne a proste; ale zobaczymy, co powiedzą dalsze dzieje jej życia; tymczasem jest ona, w całym tego słowa znaczeniu, dzielną dziewczyną.

Bo posłuchajcie tylko. Elżbietka Prawdzicówna, córka ubogich rodziców, zarabia sama na swoje utrzymanie lekcjami muzyki. Dziś właśnie odnosi matce zapracowane tymi lekcjami pieniądze i dlatego biegła tak szybko po schodach, dlatego była wzruszona, czytając po raz nie wiem który nazwisko ojca na drzwiach mieszkania. Dzisiaj jednak nazwisko to robiło na niej inne wrażenie.

W młodej główce dziewczęcia pełno śmiałych myśli, które ma nadzieję urzeczywistnić; a mianowicie: ile to ona swą pracą zdobyć potrafi, ile zwłaszcza teraz ulgi przyniesie rodzicom, a swego małego braciszka… o, jego musi wychować na dzielnego Prawdzica.

Widzi go już, jak usłyszawszy zgrzyt klucza w zamku biegnie, pewny, że to siostrzyczka drzwi otwiera, i pędzi naprzeciw niej; bo pan Wacek przeczuwa dziś niespodziankę, chociaż i bezinteresownie kochać Elżunię potrafi.

Wacek jest, co się zowie, ślicznym chłopcem, trochę przy tym zawadiaką, ma postawę zuchowatą i długie blond włosy, podobne do włosów siostry, a strząsa je z czoła ruchem młodego źrebca wypuszczonego na łąkę.

Dopadł już siostry, a że jest silny, duży, bo sięga Elżuni poza pas, więc też schwycił ją oburącz i trzyma tak mocno, że młoda nauczycielka drzwi zamknąć nie może, a mróz tymczasem ziębi przedpokój.

— Cóż ty, figlarzu, nie puścisz siostrzyczki? — pytała go. — Puść, puść, bo wywrócimy się i powalamy ubranie, a wiesz, że mama tego nie lubi.

— O, ja jestem tak silny, że ci upaść nie dam, ale też i nie puszczę; zobaczymy, kto mocniejszy.

— Puść, puść, braciszku! pilno mi do rodziców, nie widziałam ich już kilka godzin i stęskniłam się za nimi.

— Czyż źle ci było u tamtych państwa, że tak śpieszysz się do nas? — mówił Wacek, patrząc poważnie w oczy siostrze.

— Nie było mi tam źle, Wacuniu, ale zupełnie dobrze jest nam tylko z rodzicami, dlatego też chodźmy do nich.

Prośba siostry odniosła skutek; Wacek pobiegł naprzód, już teraz ciągnąc Elżunię do pokoju, w którym siedzieli rodzice.

Zrzuciła ośnieżony paltocik, poprawiła złoty warkocz, który spod zimowej czapeczki spadł jej aż za kolana, i weszła do pokoju.

Pokój był dość duży i, chociaż skromnie umeblowany, robił przyjemne wrażenie. Lampa osłonięta zielonym kloszem rzucała łagodne światło na sprzęty, wśród których wyróżniała się staroświecka komoda z brązowym zegarem — zabytek lepszych czasów.

Przy stole siedzieli oboje państwo Prawdzicowie; on pochylony nad papierem pisał list, ona cerowała perkalową bieliznę dzieci tak starannie, jak cerować zwykłyśmy piękne płótno. Przywykła za młodu do wykwintu, więc raziły ją łaty i, choć znała wartość czasu, nieraz późno w noc z prawdziwym mistrzostwem naprawiała starą bieliznę.

Dziś jednak coś nadzwyczajnego zdarzyć się tu musiało: pani Prawdzicowa była bowiem roztargniona w robocie, a pan Ludwik przerywał często pisanie i spoglądał na żonę.

Oboje powitali córkę z oznakami niezwykłej radości.

Ona zaś ucałowała ojca i matkę.

— Dobry wieczór mamusi i tatusiowi; przepraszam, że przeszkadzam, ale już nic nie będę mówiła, póki tatko nie skończy listu.

— Dobry wieczór, Elżuniu — odpowiedział ojciec, przerywając pisanie — nie przeszkadzasz mi. Czy duży mróz na dworze? Jesteś taka zarumieniona! Ale jakoś wesoło patrzysz, jakbyś miała co dobrego do powiedzenia.

— Bo i mam, widzi tatko, jestem dzisiaj bogata! — i spoglądając figlarnie na braciszka, zaczęła rozwiązywać przyniesioną paczkę. Z paczki wyjrzał naprzód czerwony sukienny rożek, potem złoty galonik, potem pawie piórko.

— Czapka! — zawołał uszczęśliwiony chłopczyk.

Jednocześnie Elżunia położyła przed matką cztery talary i ciepłe, zimowe rękawiczki.

— Co to znaczy, córeczko? — zapytała matka.

— Niech mamusia schowa te pieniądze, a proszę przyjąć ode mnie rękawiczki, żeby delikatne rączki mateczki nie czerwieniały od mrozu. To są moje pierwsze zarobione grosze — mówiła ucieszona.

Matka ze wzruszenia uścisnęła dziewczynkę, a Wacek rzucił się jej na szyję.

— Dziękuję ci, Elżuniu, za śliczną czapkę—mówił — pójdę w niej na polowanie.

— Czy myślisz strzelać wróble gnieżdżące się w starym ratuszu? — żartowała siostra.

— Wcale nie, będę polował w prawdziwym lesie i zobaczysz… zabiję nawet wilka…

— Ciszej, Waciu, przeszkadzasz ojcu — napominała chłopca pani Prawdzicowa, a zwracając się do córki dodała: — Dziękuję ci i ja, Elżuniu, za rękawiczki, ale tych pieniędzy nie wezmę…

— Nie mów tak, mamo; ja mam wszystko, czego mi trzeba, a twoja salopa bardzo już zniszczona; za te cztery talary kupimy do niej nowy kołnierz.

— Niech mama nie kupuje! — wołał Wacek. — Niech mama nie kupuje, zastrzelę lisa i mamusia uszyje sobie takie futro, jakie ma ta pani z pierwszego piętra.

Elżbietka spojrzała zdziwiona na małego brata, bo już po raz drugi zapowiadał myśliwskie wyprawy, nie miała jednak czasu zganić jego samochwalstwa, gdyż matka posadziła ją przy sobie na kanapie i powiedziała łagodnie:

— Zanosi się na wielką zmianę w naszym życiu, Elżuniu; mam nadzieję, że będzie ono teraz łatwiejsze i kto wie… może Wacio znajdzie istotnie sposobność polowania, choćby na szczury w starym zamku.

— Polowania?… W starym zamku?… Czy mateczka żartuje?

— Przeczytaj ten list stryja Szymona, on ci wszystko wyjaśni.

Elżbietka wzięła kopertę i czytała, co następuje:

Starość nie radość, kochany bracie; doznąję na sobie słuszności tego przysłowia; na wet administracja naszych dóbr zrozumiała nareszcie, że potrzebuję pomocy, i chcąc mi ulżyć, postanowiła powierzyć rach unkowość leśną osobnem u urzędnikowi. O nowo utworzonej posadzie nikt dotąd nie wie, gdybyś więc, kochany bracie, zdecydował się opuścić Poznań, znalazłbyś przy mnie chleb gotowy. Warunki, podane przez administrację, posyłam na osobnej kartce, od siebie zaś cóż dodać mogę? Przecież nie potrzebuję zapewniać, jak gorąco ja, stary samotnik, pragnę waszego tu przybycia. Jesteś, Ludwiku, o tyle młodszy ode mnie, że cieszyłbym się z twego przyjazdu jak ów ojciec biblijny z powrotu syna. Porzućcie nieznośne miejskie mury i przyjeżdżajcie do naszych lasów, gdzie nawet zima wam nie dokuczy, bo przy wesołym ogniu na kominku zapomnicie o mrozach. Twoja kołyska, Ludwiku, stała kiedyś w mojej leśniczówce, twoja żona za młodu nawykła także do naszych lasów, sądzę więc, że sobie przypomnicie wieś i łatwo przyzwyczaicie się do nowego życia. Jedyną moją troską jest obmyślenie wam mieszkania; administracja daje fundusz na najęcie lokalu, lecz nie przeznacza od siebie domu. Moglibyście, naturalnie, sprowadzić się do mnie, ale moje starokawalerskie, czyli raczej starowdowieńskie kąty nie pomieszczą rodziny, a do miasta daleko; zresztą niełatwo i tam o wygodniejsze urządzenie.

Czego jednak męska moja głowa wykombinować nie umiała, to rozstrzygnęła białogłowa, w osobie starej Sabiny, która, jak wiecie, od dwudziestu lat komenderuje mną i moim dobytkiem.

Utrzymuje ona, że w obrębie murów zamku, w tym gnieździe sów i puszczyków, które w spadku po Gnadewicach przeszło na twoją żonę, był dobudowany jakiś pawilon czy przystawka, a w nim, jak zaręcza Sabina, matka jej pamięta porządne mieszkanie. Wprawdzie ta matka żyła za czasów króla Ćwieczka, niemniej jednak warto się przekonać, w jakim stanie jest obecnie wasza dawna wspaniała posiadłość. Właściwie, to ja najlepiej znać bym ją powinien; z leśniczówki bowiem widać nawet zamek; ale, z przeproszeniem mojej kochanej bratowej, mam dawny żal do jej Jaśnie Wielmożnego stryja, a ostatniego na zamku i Hermanthalu dziedzica, więc też nigdy nie oglądałem zaklętych murów, które na urągowisko chyba zapisano biednym jak wy pracownikom.

 

Wczoraj jednak poszedłem umyślnie obejrzeć stare gniazdo gnadewickich panów. Na pozór jest ono zupełnie zniszczone, ale obejrzeć go nie mogę; bez upoważnienia twej żony nie oddadzą mi bowiem w sądzie kluczy od bramy, gdyż tylko Helena, jako obdarowana, ma do tych kluczy prawo.

Rozważcie więc mój projekt, kochani braterstwo, a jeśli opuszczenie Poznania nie wyda wam się, ze względu na dzieci, zbyt wielką ofiarą, to zabierajcie graty i przyjeżdżajcie w nasze lasy. Ty, Ludwiku, odzyskasz tu zdrowie, a zarazem uszczęśliwisz kochającego cię brata; żona zaś twoja również tutaj odpocznie i mam nadzieję, że upodoba sobie to miejsce. Całuję was serdecznie i oczekuję odpowiedzi. Szymon Prawdzic.

Elżunia położyła list na stole, w oczach jej błyszczała radość, spokojnie jednak zapytała:

— Czy tatko powziął już jakie postanowienie?

— Odpisałem właśnie bratu, że przyjmuję ofiarowane mi miejsce; jest ono korzystne, niemniej, gdybyś wolała żyć w mieście, postanowiliśmy z matką zostawić cię w Poznaniu i kształcić dalej, bo szkoda by było zaniedbywać twoje zdolności do muzyki.

— Jeśli Elżunia nie pojedzie do tego lasu, to i ja nie pojadę na polowanie, ja zostanę z nią razem! — zawołał Wacio, zeskakując z krzesła i biegnąc ku siostrze.

— Dobrze, dobrze, pojedziemy razem strzelać wilki u stryja Szymona, a jeżeli rodzice nie zabiorą nas z sobą, to pójdziemy za nimi piechotą. Cóż zrobią, jeśli zjawimy się kiedy przed bramą ich zamku, prawda, Waciulku?

— Będziemy musieli was wpuścić, żeby nie ściągnąć na siebie zemsty duchów, opiekujących się takimi, jak wy, biednymi wędrownikami. Radzę jednak zapukać do jakiej chaty w wiosce, bo tam nas niezawodnie znajdziecie, a zamek zostanie zapewne i nadal własnością sów lub puchaczy.

— Masz słuszność, Ludwiku, ja także jestem pewna, że poza zamkniętą i zardzewiałą bramą znajdziemy tylko…

— Poezję! — przerwała żywo Elżunia. — To mama tak łatwo wyrzeka się rodzinnego gniazda? Mnie właśnie najwięcej cieszy oryginalność mieszkania w zaklętym zamku. Cztery ściany i dach znajdziemy w nim przecież, za to ile wspomnień ciekawych pokutuje pewnie w tych starych murach!… Może u wejścia do niego rośnie brzoza płacząca, może jaki król zamczyska odczaruje zaklętą w drzewo postać Jadwigi, jak to zrobił Goszczyński. Tatko się przekona, że my z mamą potrafimy ozdobić nowe nasze mieszkanie choćby w starym zamku; szpary pozatykamy mchem, popsutą podłogę okryjemy grubymi matami; trochę obrazków i kilka doniczek kwiatów, a z pustki zrobimy miłe gniazdko. Jeśli zaś niepokoić by nas chciały wygłodzone długim postem szczury…

— To ja je wypędzę — przerwał Wacio — szczura wprawdzie nie widziałem, ale wiem, że jest podobny do myszy, a ja się przecież myszy nie boję.

— Dobrze, dobrze, dzieci, jestem pewna, że z waszą pomocą urządzimy się w nowych kątach doskonale; tymczasem jednak pomyśl, Elżuniu, o herbacie, bo ojciec i my wszyscy chętnie co zjemy.

Pobiegła więc Elżunia do kuchni spełnić rozkaz matki. Wacio dmuchał w samowar, pomógł nakryć stół i przyniósł bułki ze sklepiku, a wkrótce potem zasiadła cała rodzina do skromnej kolacji.

Tymczasem na dworze w noc marcową srożyła się zamieć, śnieg bił o okna, wiatr trząsł poddaszem, ale rodzina Prawdziców nie czuła zimna, choć słyszała wycie wiatru. Mówili o biednych, którzy nie mają ciepłego kąta, i żałowali nieszczęśliwych. Ich teraz ogrzewała miłość wspólna i nadzieja swobodniejszego jutra. Rozmawiali o tym, co zrobić z meblami w razie wyprowadzenia się, co zabrać, a co zostawić, i oceniali, ile to wszystko może być warte.

Elżunia żałowała lekcyj, które lubiła, a które, bądź co bądź, dawały jej już pewien dochód, tak że mogła nie być ciężarem rodzicom. W końcu pocieszała się nadzieją, że może i tam, dokąd mają się udać, znajdzie jakie sąsiedztwo, potrzebujące nauczycielki.

Snując tak projekty nieznanej przyszłości, rozmawiali wszyscy aż do późnej nocy.

II

Rodzice Elżuni i Wacia doznali bardzo wielu niepowodzeń. Pan Ludwik Prawdzic był młodszym synem nadleśnego w dobrach książąt Hohenlohe na Śląsku; okazywał on od dzieciństwa wielkie zamiłowanie do nauki, skończył też z odznaczeniem wydział matematyczny i został nauczycielem gimnazjum. Wróżono zdolnemu młodzieńcowi katedrę uniwersytecką i nic do szczęścia mu nie brakowało, szczególnie z chwilą, kiedy pozyskać zdołał serce pięknej panny Heleny von Gnadewitz.

Rodzina hrabiów Gnadewitzów mieszkała od wieków na Śląsku i, jak utrzymywano, była kiedyś polskiego pochodzenia. Jeszcze za czasów piastowskich Gnadkowie posiadali wielkie dobra. Zniemczonym Ślązakom za zasługi oddane w wojnach nadał cesarz tytuł hrabiowski. Do starego nazwiska dodano charakterystyczną końcówkę -witz i odtąd dziedzice gnadeckiego zamku zwać się zaczęli hrabiami von Gnadewitz.

Przemiana ta nie pozostała bez wpływu na charakter dobrodusznych Piastowiczów: razem z przywilejami, nadanymi feudalnemu pankowi, przedzierzgnęli się w typowych raubryterów, dzielnych na turniejach, na których niejednokrotnie odnosili zwycięstwa, ale okrutnych w stosunku do ludu i obcych. Ciągnęli zyski z rabunku, uciskali poddanych i plamili krwią tarczę herbową, którą szczycili się jednak niby najdroższym klejnotem.

Okrucieństwa i zdzierstwa nie przeszkadzały Gnadewitzom należeć do najznakomitszych rodzin na Śląsku, póki szalonymi zbytkami nie utracili wreszcie wielkiego majątku. Jedyną własnością ostatniego dziedzica były już tylko dobra Gnadeck składające się z kilku folwarków, w których obrębie stał zamek, gniazdo potężnego niegdyś rodu.

Część posiadłości kupili od dawna książęta Hohenlohe i stali się bezpośrednimi sąsiadami starego grodu. Nikt w nim obecnie nie mieszkał. Na gruntach swoich zapuścili las.

O zamku tym od dawna krążyło podanie, że w obrębie jego murów dokonano zbrodni, która ściągnęła karę Bożą na ród samowolny.

Dziad ostatniego z Gnadewitzów także nie mieszkał w zamku i zbudował opodal spustoszonej rezydencji dwór dla siebie, nazwawszy go od swego imienia Hermanthalem. Tam się przeniósł z rodziną, stare zaś mury, nie odwiedzane przez nikogo, niszczały powoli, zarastając krzewami, w których gnieździło się niezliczone mnóstwo ptaków. Gęsty las olch i brzóz bronił przystępu do zamku, osłaniając rowy, pełne stęchłej, zieloną pleśnią pokrytej wody; zdziczała jabłoń lub grusza świadczyły jedynie o tym, że niegdyś sadzono tu owocowe drzewa, że pielęgnowano, może nawet wykwintne, egzotyczne rośliny.

Hrabia Jan von Gnadewitz, ostatni z rodu, nigdy nie był w zamku, choć klucze od bramy przechowywał starannie, nie powierzając ich nikomu. Sierota, wychowany przez starą, zabobonną ciotkę, nie odebrał żadnego wykształcenia, czas spędzał na polowaniu i wierzył święcie, że w murach dziadowskiej rezydencji gospodarują duchy. Nigdy też w tamtą stronę nie zapuszczał się ze swą psiarnią, zwłaszcza że zamek dotykał bezpośrednio lasów książęcych, sąsiadując z domem nadleśnego Prawdzica, który nie byłby pozwolił na niszczenie zwierzyny oddanej pod jego opiekę.

Stara ciotka, opiekunka hrabiego, umarła w bardzo późnym wieku; miała z górą lat osiemdziesiąt, kiedy ją choroba na śmiertelne powaliła łoże. Nie było komu doglądać niedołężnej staruszki, wezwano zatem młodą krewną, jedyną, która nazwisko rodzinne nosiła.

Panna Helena von Gnadewitz była ubogą sierotą. Rodzice jej umarli, a ojciec, ożeniwszy się z Polką, ściągnął na siebie gniew familii. Polską też w Poznaniu kończyła pensję, kiedy przerzucona została w nowe dla siebie, a bardzo smutne życie. Nie tylko bowiem pielęgnować musiała sparaliżowaną staruszkę, ale cały zarząd opuszczonego i źle zagospodarowanego domu spadł na jej głowę.

Że jednak rozumna to była główka, wkrótce więc zapanował ład w Hermanowie, tak bowiem ludność miejscowa skróciła i spolszczyła nazwę nowej rezydencji ostatniego Gnadewitza. Ład ten cieszył hrabiego, który także już przeszło czterdzieści lat liczył; dogadzały mu wygody, jakich nie zaznał przy niedołężnej ciotce. Po śmierci staruszki postanowił więc nie puszczać od siebie synowicy i powierzyć jej zarząd domu.

Gdy jednak Helena zgodzić się na zamiar stryja nie chciała i zamierzała opuścić Hermanów, oświadczył pan Jan sierocie, że gotów jest ją poślubić, byle nie zostawiała go samego w odludnej i wśród lasów zbudowanej rezydencji. Cenił zaś hrabia tak wysoko godność Gnadewitzów, że ani na chwilę nie wątpił w przychylną odpowiedź kuzynki, bo przecież zaszczytna była propozycja, jaką, z zapomnieniem dawnych uraz, zrobić raczył sierocie.

Zdziwił się też niezmiernie, gdy na swe oświadczyny odmowną otrzymał odpowiedź.

Helena podziękowała stryjowi za jego dobre wobec niej chęci, ale wyznała zarazem, że jest narzeczoną pana Ludwika Prawdzica i że natychmiast po opuszczeniu Hermanowa zostanie żoną młodego nauczyciela.

Oburzenie dumnego arystokraty nie miało granic; odtrącano jego ofiarę i ostatnia z rodu Gnadewitzów poślubia Polaka, nawet nie szlachcica, którego rodzina służy w sąsiednich książęcych lasach!

Tego było za wiele na arystokratyczne pojęcia gburowatego dziwaka. Helena musiała natychmiast opuścić Hermanów, a stryj zachował wieczny żal do niewdzięcznej synowicy.

Wyrazem tego żalu był testament, jaki hrabia Jan zrobił krótko przed śmiercią, bo zaziębiwszy się na polowaniu, umarł w lat kilka po ślubie Prawdziców. Ostatnią swoją wolą zapisał Hermanów dalekiemu krewnemu matki, wyłączając tylko z legatu stare ruiny gnadewickiego zamku.

Te przeznaczam synowicy mojej, hrabiance Helenie von Gnadewitz, obecnie Prawdzicowej, na dowód mego rodzinnego przywiązania, chociaż stała się niegodna sławnego nazwiska, poślubiając Polaka i człowieka niskiego pochodzenia. Niech stare gniazdo przypomina hrabiance Helenie to, co winna tradycji rodowej; stawiam też warunek, aby obdarowana nie sprzedała nigdy gnadewickiego zamku. Gdyby to uczynić chciała, ruiny wraz z należącymi doń trzema morgami gruntu przechodzą na własność tutejszej gminy, która ma prawo rozebrać mury, cegłę sprzedać, a ziemię użyć pod uprawę.

Odpis tego dziwacznego testamentu wręczono Helenie wtedy właśnie, kiedy mąż jej stracił posadę wskutek niechęci rządu pruskiego do katolickich i polskich nauczycieli.

Młodzi Prawdzicowie zostali bez żadnych środków utrzymania; przenieśli się więc do Poznania, sądząc że łatwiej tam znajdą korzystne zajęcie.

Ale na miejskim bruku chleb nieprędko wyrasta, przy tym pan Ludwik zachorował, dręczony troską o żonę, i Helena rok cały spędziła przy łóżku męża, wyprzedając resztę sprzętów, żeby mieć za co ratować życie ukochanego człowieka.

I wtedy to właśnie nadszedł ów niefortunny testament hrabiego Jana; Helena schowała dokument, a choć zabolało ją szyderstwo krewnego, który, znając położenie synowicy, zapisywał biedakom nieużyteczne gruzy, szyderstwo to właśnie pobudziło energię młodej kobiety i ze zdwojoną odwagą wzięła się do pracy.

Jeśli istotnie szlachetna krew płynie w moich żyłach, to powinnam umieć znosić przeciwności, żeby być godną mego męża. Wychowam mu dzieci na dzielnych Prawdziców — powiedziała sobie Helena i tym wytrwalej broniła zdrowia męża, zarabiając haftem i innym robotami na utrzymanie swej rodziny i na naukę Elżuni.

Kiedy w kilka lat potem urodził się Wacio, matka nie potrzebowała do niego piastunki, bo miała pomoc z córki. Wesoła dziewczynka ożywiała ubogie mieszkanie rodziców, a jej wielkie zdolności do muzyki pozwalały rokować najlepsze nadzieje.

I Bóg zlitował się nad młodą a kochającą żoną: pan Ludwik odzyskał zdrowie, a choć nadwątlone siły nie pozwalały mu na ciężką pracę, mógł jednak zarabiać lekcjami i pomagać żonie w utrzymywaniu rodziny.

Elżunia także bardzo wcześnie zaczęła przysparzać rodzicom funduszu. Wszystko, co umiała, zawdzięczała ojcu; talent do muzyki rozwinęła w niej matka; dziewczynka nie tylko uczyła się sama, ale wkrótce uczyć zaczęła inne dzieci, dając lekcje muzyki.

I oto dziś, w chwili rozpoczęcia naszego opowiadania, pierwsze zarobione na mieście pieniądze odniosła matce.

Takie było położenie państwa Prawdziców, gdy odebrali list od brata. Nęciła ich myśl powrotu w strony rodzinne i nadzieja spokojnej przyszłości; nie chcieli tylko zagrzebywać na wsi talentu muzycznego córki. Kiedy jednak Elżunia objawiła chęć jechania z rodzicami, byli z tego postanowienia bardzo zadowoleni. Sądzili, że obcowanie z naturą może wpłynąć dodatnio nie tylko na zdrowie, ale i na usposobienie artystyczne młodej pianistki. Pan Prawdzic utrzymywał, że słowiki w leśniczówce nauczą Elżunię rozumieć poezję muzyki; cieszono się też z wyjazdu i dziękowano Bogu, że dał dożyć rodzinie nowej epoki, że zostawiają za sobą troski i zgryzoty, a rozpoczynają życie ozłocone nadzieją spokojnej przyszłości.

 

Życie to jednak nie zaczęło się jeszcze; a tymczasem mieli Prawdzicowie wiele trosk i trudów. Musieli przed opuszczeniem Poznania wyprzedać zbyteczne sprzęty, zapakować te, które zabierali z sobą, musieli zwłaszcza pracować pilnie, żeby uzbierać fundusz potrzebny na podróż i zagospodarowanie w nowym miejscu. Znowu więc Elżunia, bez względu na marcowe zamiecie i deszcze, biegała ulicami Poznania z teczkę nut w ręce. Szczęściem dostała lekcje, które przyniosły jej trochę oszczędności, miała więc czym płacić kolej za siebie i wystarczyło na niezbędne oporządzenie skromnej garderoby. Największą radość sprawił młodej nauczycielce duży, okrągły kapelusz: miał on służyć na dalekie spacery do lasu.

— Będziemy zbierać poziomki, grzyby, maliny — mówiła uszczęśliwiona Elżunia, pomagając matce pakować podróżny kufer, do którego Wacio chciał koniecznie włożyć taczki i grabie, nowy dar siostry; miał z ich pomocą uprawiać na przyszłość własny ogródek.

Wszystko więc było do podróży gotowe, a maj, miesiąc kwiatów i ciepłych powiewów, wołał o pośpiech, w lasach śląskich kwitły już zawilce i sasanki, a choć po nich przyjdą z kolei wonne konwalie, to żal było Elżuni i tamtych najwcześniejszych zwiastunów wiosny. Śpieszono się więc z wyjazdem, bo od pierwszego maja miał pan Ludwik objąć już posadę kasjera, o której ostatecznym zatwierdzeniu doniósł stryj Szymon. Tymczasem matka codziennie prowadziła oboje dzieci do kościoła, dziękując Bogu, że nadzieją lepszej przyszłości raczył pocieszyć jej serce macierzyńskie, a mając na długo, może na zawsze opuścić Poznań, odwiedzała kolejno świątynie, żeby ich wspomnienie utrwalić w pamięci Elżuni i Wacia. Modlono się więc gorąco w złotej kaplicy Raczyńskich przy grobach królów Mieczysława i Bolesława, w starym kościółku Panny Marii, który jest pamiątką warneńskiej klęski, i w starszym jeszcze, bo w 1400 roku budowanym przybytku Bożego Ciała. Oglądano ponownie stary ratusz, zwiedzano bibliotekę i muzeum narodowe, wrażając sobie w pamięć wszystko, cokolwiek Poznań zachował z pamiątek przeszłości.

Nadszedł wreszcie tak gorąco oczekiwany dzień wyjazdu. W opustoszałym mieszkaniu Prawdziców zostały tylko podróżne kuferki i fortepian, z którym Elżunia do ostatniej chwili rozstać się nie chciała. Był on stary i tak zniszczony, że zabierać go z sobą nie było warto, z żalem jednak żegnała młoda artystka powiernika swej młodości; tyle razy muzyką pocieszała strapionych rodziców, a teraz — czyż będzie jeszcze miała kiedy własny fortepian?

Żal Elżuni był jedyną kroplą w goryczy w kielichu ogólnej radości; były to może te dwa ziarnka gorczyczne, bez których, wedle słów Mickiewicza, dusza ludzka do nieba dostać się nie może.

Czyż życie na tle pięknej natury odpowie marzeniom Elżuni, czy stanie się dla niej niebem, o tym powiedzą nam następne rodziały tego opowiadania, jeśli zechcecie, kochane czytelniczki, śledzić dalej dzieje mojej bohaterki.

Znacie ją już trochę.

Główną cechą charakteru Elżuni była dzielność i pogarda dla wszelkiego przesądu. Uwielbiała matkę za to, że ta umiała ocenić istotną wartość szczęścia, że nie dała się skusić majątkiem i tytułem stryja, że poszła za głosem serca, oddając rękę ubogiemu Prawdzicowi.

Życie jest piękne — myślała Elżunia — tylko ludzie psują je sami; nigdy żadnym bożkom kłaniać się nie będę, ja — duch wolny!

Czy zostanie wierna swoim przekonaniom i ideałom? Zobaczymy.