Washington BlackTekst

Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Nie masz czasu na czytanie?
Posłuchaj fragmentu
Washington Black
Washington Black
− 20%
Otrzymaj 20% rabat na e-booki i audiobooki
Kup zestaw za 72,80  58,24 
Washington Black
Audio
Washington Black
Audiobook
Czyta Marcin Popczyński
39,90  29,53 
Szczegóły
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

7

O świcie horyzont zasnuł mglisty skwar. Przed śniadaniem stanęliśmy na ganku, obserwowaliśmy blady bezmiar nieba i już wiedzieliśmy, że mgła zapowiada jeszcze większy upał za dnia.

Tyci widział to, co ja; przeczuwał upał, tak jak ja, a jednak, nie odwracając twarzy od piekącego słońca, oznajmił:

– Dziś wyprawimy się na Corvus Peak, Washingtonie.

Spojrzałem na niego wyczekująco. Wyciągnął chudą owadzią rękę i wskazał nią daleki, osnuty mgłą szczyt o płaskim szarym wierzchołku. Większość wspaniałych rezydencji wznoszono w najwyższym punkcie plantacji, lecz tu, w Faith, na Corvus Peak, było to niemożliwe, gdyż góra była niewielka, nierówna i stroma. O zmierzchu często ciągnęły ku niej hurmem gawrony – stąd wzięła się jej nazwa[1]. Niewolnikom z pola, którzy nigdy tam się nie zapuszczali, jawiła się niczym groźna wieża strażnicza; miejsce, skąd nadzorcy mogą z nieba śledzić każdy nasz ruch. Przerażała nas.

Po śniadaniu, gdy gromadziliśmy przyrządy i mierniki, Tyci wyjaśnił, że zamierza dokonać pomiarów terenu, z którego wystartuje jego tajemniczy Przeszywacz Chmur. Dostrzegłem w jego rumianej twarzy i błyszczących oczach zapał, który nauczyłem się już rozpoznawać. Zachowałem dla siebie obawy dotyczące wspinaczki na Corvus Peak i nadciągającego skwaru.

Ruszyliśmy przez otwarte, spalone słońcem pola. Tyci miał na sobie luźne spodnie, białą lnianą koszulę i lekki surdut. Obaj nieśliśmy przytroczone do barków pakunki, a ja, dodatkowo, cenne drewniane vasculum przy pasku. Ścieżka prowadząca pod Corvus Peak przecinała pola, po czym wiodła w głąb wyspy przez dzikie zarośla i las, nim urywała się na suchym usypisku skał u podnóża góry. Wysoka trawa szeleściła nam wokół kolan. Po drodze widziałem w oddali błyskające w słońcu maczety. Próbowałem wypatrzyć w tym jaskrawym skwarze Wielką Kit, lecz było to niemożliwe.

Wśród drzew upał zelżał, ale kąsały nas owady. Szliśmy, machając rękami i okładając się po karkach. Teraz była to nie tyle ścieżka, co wydeptany wśród buszu dukt. Co jakiś czas Tyci obwiązywał pnie drzew zieloną wstążką, lecz nie wyjaśnił mi, po co to robi. Minęła godzina. Wreszcie poczuliśmy, że droga wiedzie pod górę. Las się przerzedził i upał znów odciskał na nas swoje okrutne piętno. U stóp góry powietrze było gorące, grzybiczne, przepełnione wonią gnijących traw. Tu przystanęliśmy. Tyci podał mi bukłak z letnią wodą o posmaku drewna, zjedliśmy też kilka krakersów. Prawie się nie odzywając, wstaliśmy i rozpoczęliśmy wspinaczkę. Z dołu widać było jedynie tu i ówdzie porośniętą krzakami, skalistą ścianę. Wznoszącego się powyżej szczytu nie mogłem dojrzeć.

Z początku szliśmy pewnym krokiem i bez wysiłku. Podążałem za Tycim, uważając, gdzie stawia nogi i łapiąc punkt ciężkości, nim ruszyłem wyżej. Podłoże było sypkie i łupkowate, przy każdym kroku osypywało się nam wokół kostek. Czasami, gdy mijaliśmy pojedynczą kępę trawy bądź kupkę drobnych liści, Tyci wołał, bym je zebrał i upchnął do vasculum, co czyniłem, wdzięczny za dodatkowy postój. Poza tym się nie odzywał, pogrążony we własnych myślach. Teraz już nie obawiałem się tych chwil milczenia. Wkładałem małe żółte kwiatki do wyciosanych w vasculum przegródek, patrząc, jak Tyci wciska termometr w wilgotną ziemię i krzywi się na wietrze, gdy słupek rtęci wędrował do góry.

– Trzydzieści osiem przecinek siedem – mruknął, marszcząc brwi. – Idziemy dalej.

To, co wcześniej było sypką ziemią, nagle zmieniło się w stromiznę. Wdrapywaliśmy się na czworakach, wspinając się po spadających w dół kamykach, gdy na plecach pobrzękiwały nasze pakunki. Kilka razy poślizgnąłem się i upadłem. Tyci przystawał, zerkał na mnie i znów ruszaliśmy w górę. Nagle, gdy stąpnąłem na wystający głaz, ten poleciał w dół i ciężar vasculum przechylił mnie w bok. Upadłem, nie zdoławszy podeprzeć się rękoma. Spadłem ze dwa metry i uderzyłem o płaską skalną półkę.

Leżałem, próbując złapać oddech. Przemogłem się, by przyklęknąć i dotknąłem krwawiących warg i policzka. Koszula była podarta, z kolan sączyła się krew. Bałem się, że zniszczyłem cenne vasculum Tyciego i gwałtownie szarpnąłem pasek. Gdzieś za mną poderwało się stado wodnego ptactwa, czerniąc skrzydłami niebo.

Tyci zsunął się ostrożnie w miejsce, gdzie klęczałem.

– Niczego nie uszkodziłem – rzuciłem zatroskany, wyciągając w rękach vasculum, żeby mógł je dojrzeć.

– Bardziej martwię się o twoje kości. – Przycupnął obok i otrzepał mi ręce z kurzu. Jego skóra pachniała miętą. – Istnieją mniej bolesne metody sprawdzenia prawdziwości drugiej zasady dynamiki Newtona. – Szczupłymi palcami sięgnął do kieszonki surduta i wyjął czerwoną jedwabną chusteczkę. Pochylił się i delikatnie wytarł mi policzek. Przez dziurę w koszuli dojrzał wypaloną na mojej piersi literę „F” i zmarszczył czoło.

– Już prawie jesteśmy? – spytałem, częściowo, żeby odwrócić jego uwagę.

– Zmęczyłeś się? – rzucił cichym, miękkim głosem.

– Nie, Tyci.

Przyjrzał mi się uważnie.

– To jeszcze kawałek. Chcesz zawrócić?

– Nie, Tyci, sir. Wszystko dobrze, naprawdę. Idźmy dalej.

Skrzywił się w słońcu. Twarz miał zmęczoną, dyszał. Na jego podbródku zawisły krople potu. Cienka, biegnąca przez oba policzki blizna poczerwieniała, przypominając smugę krwi.

Zacząłem się gramolić, żeby wstać, ale chwycił mnie za nadgarstek i potrząsnął głową.

– Spadłem podczas wspinaczki na Chimborazo w Andach – wyjawił. – Nic ci to nie powie. To wielki wulkan, być może największy. Mierzy ponad sześć tysięcy metrów. Jest tak wysoki, że przez cały rok zalega tam śnieg. To było niedorzeczne, byliśmy kompletnie nieprzygotowani. Dwa lata wcześniej wspinałem się w Pirenejach i już tam prawie mdlałem z powodu choroby wysokościowej. Obowiązywała jednak w tamtych latach teoria, że takie schorzenie nie występuje na półkuli południowej.

Urwał, a potem siedzieliśmy, milcząc, w upale.

– Co to jest śnieg? – spytałem.

– Coś, o czym lepiej nie wiedzieć. – Uśmiechnął się. – Zamarznięta woda, która spada z nieba jak deszcz. Bardzo zimna i zdradliwa pod stopami.

– Wpadliście do niej.

– Na wysokości czterech i pół tysiąca metrów porzucili nas tragarze. O mgle i przepaściach Chimborazo krążą legendy. Podzieliliśmy sprzęt między siebie i ruszyliśmy dalej. Chwilami musieliśmy wspinać się na czworakach, bo ścieżka była wąziuteńka. Pękały nam naczynka krwionośne w oczach i krwawiły dziąsła. Nieszczęsny Thibodeau zwracał nawet wodę. Jorgego rozbolała głowa i oślepł. Wtedy się poślizgnąłem; spadałem bez końca. Wreszcie chwyciłem się jakiegoś skalnego występu. Złamany obojczyk. Na tym się skończyło. Postanowiliśmy zawrócić. – Uśmiechnął się. – Corvus Peak pewnie okaże się nieco mniejszym wyzwaniem.

Przesunął długą szczupłą dłonią po karku. Była cała mokra od potu. Spojrzałem w rozpalone słońcem niebo i, oślepiony, zmrużyłem oczy.

– Spod deszczu pod rynnę – mruknął Tyci i wstał.

– Tyci, zaczekaj. – Otworzyłem torbę wypchaną okazami roślin i wyciągnąłem dwie garście łykowatych liści palmowych. Spojrzał na mnie lekko skonsternowany. Uniosłem ręce. – Włóż je do kapelusza. To pomaga.

– Do kapelusza? Pomaga na co?

– Na skwar, sir, Tyci. Na skwar.

Przyglądał mi się przez dłuższą chwilę w zamyśleniu, po czym zdjął kapelusz z oblepionej spoconymi włosami głowy i obłożył jego denko liśćmi.

*

Dotarliśmy na płaski rudawy szczyt późnym popołudniem.

Tylko że wcale nie był płaski. Pokrywały go nierówne, spękane skalne płyty porośnięte wysoką, pożółkłą, spaloną słońcem trawą ścielącą się na wietrze. Drzew nie było.

Och, jakże inaczej wyglądał stąd świat! Pomyślcie: całe życie mieszkałem na tej okrutnej wyspie i nigdy nie widziałem jej brzegów, bezmiaru oceanu ani fal o białych grzywach przetaczających się przez plażę. Nigdy nie widziałem dróg, a na nich maleńkich ludzi i koników, czy migoczącego w słońcu dachu Wilde Hall. Barbados rozlewał się przed moimi oczami na wszystkie strony, zielony i lśniący. Wśród traw Corvus Peak gnieździły się ptaki. Gdy je mijałem, czmychały ku niebu, wyśpiewując swe pieśni. Słońce już chyliło się ku zachodowi, nasze cienie stawały się dłuższe. Podszedłem do południowej krawędzi wierzchołka i zapatrzyłem się na lśniący błękitny ocean. Pobłyskiwał niczym tysiące maczet do cięcia trzciny. Potem dołączyłem do stojącego przy wschodniej grani Tyciego i ujrzałem w zamglonym powietrzu wypielęgnowane białe pola Faith Plantation, wyrzeźbione w ziemi. Stanąłem wstrząśnięty i skonfundowany tym niezrównanym pięknem.

– Musimy się pośpieszyć, Washingtonie – ponaglił mnie Tyci, jakby nieporuszony tym widokiem. – Żeby potem nie schodzić po ciemku. – Podszedł do porzuconych na ziemi narzędzi i pogmerał w torbie, po czym pomachał do mnie blokiem i kredkami. – No, już, narysuj, co widzisz! – zawołał. – Topografia to podstawa. Zrób szkice, stając w różnych miejscach. – Wyjął z torby najdłuższą miarkę. Drepcząc tam i z powrotem niczym zamknięty w klatce zwierz, pomrukiwał, zapisując wyniki pomiarów. – Dwadzieścia kroków na siedemnaście. No i dobrze – przytaknął sobie pod nosem. – Nada się znakomicie. Przy południowej krawędzi czterdzieści centymetrów wyżej, spadek o siedem i pół centymetra przy północnej. Równy teren, idealny do startu.

Gdy lepiej się rozejrzałem, stopniowo ogarniało mnie uczucie, którego nie umiałem wyjaśnić. Obserwując krzątaninę Tyciego i możliwie najwierniej odwzorowując to, co widziałem, uświadomiłem sobie, że niepokoi mnie rozmiar tego piękna i tych pól usianych – o czym dobrze wiedziałem – wybitymi zębami niczym klejnotami. Gorący wiatr szarpał kartki; zdało mi się, że w jego upiornym zawodzeniu posłyszałem kwilenie dziecka. Te nieliczne kobiety, które tu rodziły, tuż po porodzie znów trafiały na pola i kładły płaczące noworodki o delikatnej skórze w bruzdach ziemi w palącym słońcu. Wyciągnąłem szyję, lecz niczego nie zauważyłem. W oddali nad oceanem kołowało wielkie stado mew. Zachodzące słońce rozświetlało spód ich skrzydeł.

 

1 Corvus – odmiana kruka (przyp. tłum.).

8

Tyci oznajmił, że nie może rozpocząć eksperymentu bez jednego, brakującego, ostatniego już elementu.

– Robotnicy, Washingtonie – wyjaśnił. – Ci, którzy noszą, ciągną, dźwigają i holują, silne ramiona i dłonie. Bo przecież sami go tam nie wniesiemy.

I tak, pocąc się w milczeniu, trafiliśmy do holu rezydencji Erasmusa. Wokół unosiła się woń liści herbaty, jakby dopiero co czyszczono tu dywany. Tyci coraz bardziej się niecierpliwił. Patrzyłem, jak przemierza porysowaną podłogę, cicho trzeszczącą pod jego stopami. W końcu podszedł i nieśmiało położył miękką dłoń na moim ramieniu. Jego wzrok wciąż wędrował w głąb korytarza. Czas zdawał się spowalniać, rozciągać.

Nie wiem, jak długo czekaliśmy. Wreszcie na końcu korytarza przemknął zarys jakiejś sylwetki. Tyci zawołał do niej.

Zdawało się, że jego głos wsiąkł, wchłonięty przez cienie. Nastała cisza, a potem nagle, jakby znikąd, pojawił się Gaius w liberii schludnej niczym angielska koperta. Gdy go ujrzałem, pomyślałem, że musi mieć więcej kości niż przeciętny człowiek, tyle było w nim sęków i kanciastych krawędzi. Wyobraziłem sobie, że słyszę delikatne skrzypienie jego stawów, kiedy się zbliżał.

Spojrzał na Tyciego, lecz jego szlachetna, mocna twarz pozostała bez wyrazu.

– Człowieku, co tak długo? – rzucił poczerwieniały ze złości Tyci. – Czekamy już kwadrans bez słowa wyjaśnienia! I bez niczego na orzeźwienie! Czy mój brat niedomaga?

– Nie, panie.

– A zatem?! – Tyci prychnął.

– Nie wiedziałem, że pan tu jest. Przypuszczam, że pan Erasmus także. Przywitano pana?

– Czy gdyby przywitano, to bym tu stał? Gdzie on jest?

Gaius spojrzał na mnie i zdawało się, że przez moment nie rozpoznaje. Jak wyglądałem po tylu tygodniach spędzonych z Tycim? Czy się zmieniłem? Nie dał tego po sobie poznać. Chciałem go spytać o Kit, ale przecież nie mogłem. Raptem oschle skinął na mnie podbródkiem i odpowiedział Tyciemu:

– Pan Erasmus niestety jest dziś po południu zajęty. Wydał polecenie, by informować wszystkich gości, że…

– Nie jestem gościem – syknął Tyci. – Jestem jego bratem. Przypomnij mu o tym.

– Sir. – Gaius z szacunkiem skłonił głowę.

– Przekaż mu, że jeśli nie wyjdzie nam na spotkanie, pożałuje… bo nie zjem z nim kolacji.

– Dobrze, proszę pana – odparł Gaius, ale się nie ruszył, jedynie odwrócił głowę. Zrozumiałem, że nie chce narazić się na gniew naszego pana. Zapadła długa cisza.

– A, co mi tam! – burknął Tyci. – Gdzie jest? Na górze? Chodź, Washingtonie.

I ruszył z holu w głąb domu. Potruchtałem za nim, mijając bawialnię z delikatnymi, niewysokimi fotelami, ociekającą aksamitami i monstrualnej wielkości, pięknie rzeźbionymi kredensami.

Weszliśmy szerokimi, kręconymi schodami i podążyliśmy zatopionym w półmroku korytarzem. Przy niewielkim stole pod ścianą stała dziewczyna i mocno zniszczoną ścierką przecierała sczerniały świecznik. Zrazu jej nie poznałem, bo lekko się zaokrągliła, lecz gdy się obróciła, dostrzegłem jej beżową zdrową skórę i wystające kości policzkowe. To była Émilie; twarz okalał jej śnieżnobiały czepek, który wyglądał na jej włosach jak pognieciony papier. Na mój widok przerwała pracę, po czym zawstydzona spuściła wzrok.

Spłonąłem rumieńcem i instynktownie zrobiłem to samo. Wtedy zobaczyłem jej zaokrąglony brzuch rozpychający biały fartuch pomywaczki.

Nie umiałem ukryć zdumienia i wciąż się weń wpatrywałem. Niewolnice z Faith nagminnie zachodziły w ciążę, lecz do porodów dochodziło rzadko, zważywszy na warunki, w jakich harowały niedoszłe matki. Tego jednak nigdy bym się nie spodziewał. Émilie miała ledwie jedenaście lat; była śliczna i niewinna niczym anioł. Odebrałem to jako policzek, bo ojcem dziecka może być każdy mężczyzna z plantacji, nawet nasz pan. Zerknąłem na jej dłonie zamarłe na mosiężnym świeczniku i poczułem w sercu taki smutek i boleść, że aż musiałem odwrócić wzrok.

Tyci niczego nie zauważył; niecierpliwił się, chcąc kontynuować swe zajęcia.

– No, i gdzież on jest? – dopytywał.

Émilie spojrzała znacząco na uchylone drzwi, z których padał snop światła. Prowadziły do pralni – niewielkiego, wąskiego pomieszczenia, z którego cuchnęło sodą i mokrą wełną. W głębi, twarzą do nas, lecz pochylony nad trzeszczącym stołem, stał Erasmus Wilde.

Dzierżył w dłoni jakiś duży, czarny syczący żelazny przedmiot, napierając nań całym ciężarem. Gdy podeszliśmy bliżej, zobaczyłem, że prasuje nim niebieską bawełnianą koszulę. Dopiero wtedy na nas spojrzał.

Jakież to było zdumiewające ujrzeć go przy tak niegodnym zajęciu! Roztargniony wyraz twarzy przydał jego rysom dziwnej urody – wydatna dolna warga, oczy pozbawione koloru niczym szklanka wody. Dojrzałem w nim kruche piękno, jakąś delikatność. Gdy jednak nagle oschle się uśmiechnął, czar prysł.

– Christopher – powiedział cicho. – Czekałeś.

– Owszem.

Mój pan wzruszył ramionami. Przesunął oburącz monstrualne żelazko.

– Poleciłem Gaiusowi, żeby cię odprawił. Powinienem zmiażdżyć mu łeb i poszukać lepszego lokaja.

– Uprzedził nas, że jesteś zajęty – odrzekł Tyci, marszcząc czoło. – Nie wiń go. Nie miałem pojęcia, że sprawa jest tak nagląca.

– Bardzo śmieszne – odparł pan Erasmus, lecz bez uśmiechu. – Dziwi cię moje zajęcie?

– Mnie nic nie dziwi. To moja żelazna zasada.

– Cudowne. Zabawne. – Żachnął się mój pan.

Przez dłuższą chwilę żaden się nie odezwał. Spod żelazka buchała para.

– I co teraz? – przerwał milczenie Tyci.

– Czekam, by się przekonać, czy twój dowcip już się wyczerpał. Czego ode mnie chcesz?

– Z pewnością nie prania.

– Od tego masz to czarne cielę – rzucił wesoło mój pan. – Bo niby po co ci je użyczyłem?

Tyci pokiwał głową i uniósł ironicznie brwi.

– Ja właśnie w tej sprawie. Potrzebuję więcej pomocników.

– By tworzyć ten twój balon, jak mniemam?

– Tak. Mój Przeszywacz Chmur. Tak jak przewidziałeś.

Mój pan odwrócił żelazko spodem do góry i splunął. Rozległo się ciche syczenie. Wokół unosiła się woń zardzewiałego metalu.

– Przez ciebie się wystudziło – powiedział obojętnie.

– To ledwie piętnastu ludzi. Silne kobiety też się nadadzą, jeśli byś tak wolał. Piętnastu, Erasmusie. Tylko na czas potrzebny do przetransportowania i złożenia balonu na Corvus Peak. Na tydzień, może dwa.

– Na Corvus Peak?

– Jego wysokie położenie będzie mi sprzyjać, jak sądzę.

– Wspinaczka na Corvus Peak to nie byle wyprawa, braciszku.

– Dlatego proszę cię o dodatkową pomoc.

Mój pan ściągnął usta.

– Ten twój Przeszywacz Chmur, jak go nazywasz… Powiedz mi, to raczej ryzykowne przedsięwzięcie?

– Ryzykowne? – zdziwił się Tyci.

– Mhm?

– Wszystko jest ryzykowne, jeśli odpowiednio się nie zabezpieczysz. Choćby jazda powozem.

– Lecz nie do tego stopnia.

– Przed każdym startem uwiążę go linami, Erasmusie. A polecę tylko ja i chłopiec. W przypadku pozostałych ryzyko będzie, jak zakładam, minimalne.

– Chłopak to moja własność. – Pan wypowiedział te słowa, nawet na mnie nie patrząc. – Czy aby nie wspomniałeś pewnego razu, że ów wynalazek może wybuchnąć?

– Zdarzało się, w starszych modelach – przyznał Tyci lekko znużony. – Lecz nie w moim, nie w tym. Gaz jest stosunkowo stabilny, pod warunkiem, że ostrożnie się z nim obchodzimy.

– Wierzysz, że te czarnuchy będą się tak z nim obchodzić?

– Będę ich nadzorował, bracie.

Mój pan rozłożył ręce i wzruszył ramionami.

– Niestety, nic z tego – odparł zwięźle. – Nie mogę sobie pozwolić na stratę piętnastu czarnych. Niemożliwe, muszą pracować w polu. Nie.

Tyci raczej nie był zaskoczony.

– To ilu?

– Co ilu?

– Bez ilu możesz się obyć?

– Stracę na tym znaczną kwotę. Może dam ci jednego.

– Za mało. Wspomniałeś, że póki tu jestem, mogę wykorzystywać twoje środki, by realizować eksperymenty, nieprawdaż?

Mój pan chrząknął.

– Lecz nie ze szkodą dla rentowności plantacji.

– Rentowność – rzucił drwiąco Tyci.

Pan Erasmus wykonał gwałtowny gest w moją stronę.

– Nie tym tonem.

– Czyli uważasz, że oni cokolwiek rozumieją?

– Uważam ich za szelmy. I że bywają wredni.

Bolce stołu zatrzeszczały żałośnie, kiedy pan składał koszulę. Nagle w tej zakurzonej izbie posłyszałem, jak na korytarzu Émilie nuci nerwowo.

– No, to dwunastu – targował się Tyci.

– Dwóch czarnuchów, nie więcej.

– Dziesięciu.

Mój pan westchnął zniecierpliwiony, jakby raptem stracił cierpliwość.

– Nie zamieniamy się na jabłka w sadzie Lady Aileen, Christopherze. Nie jesteśmy siedmiolatkami.

– Dziesięcioro, mężczyźni i kobiety, Erasmusie, i nie będę prosił o więcej.

– A zatem dziesięcioro czarnuchów, ale dopiero jak skończą pracę.

Przecież to jest czas dla nas, pomyślałem, jedyny, oprócz snu. Przypomniały mi się krótkie wieczory spędzane w chatach, najspokojniejsze chwile w ciągu całego dnia. Zbieraliśmy się wszyscy przy posiłku i opowiadaliśmy sobie różne historie.

Tyci pokręcił głową.

– To niechrześcijańskie, bracie. Czarni też muszą odpocząć, jak wszyscy. Co by im z tego przyszło, że pracowaliby dla mnie po nocy? Mogliby odnieść rany. I jaki miałbyś z nich pożytek za dnia, jeśli pracowaliby dwa razy dłużej i połowa byłaby niesprawna?

– A zatem?

– Dobra, dziewięciu, ale na czas realizacji mojego projektu zwolnisz ich z wszelkich innych obowiązków.

– Najwyraźniej nie przeszkadza ci, że sam będziesz ich zmuszał do harówki. A gdzie twoje słynne sumienie?

– Biorę to na siebie. Użyczysz mi ich?

– Pięciu, tak?

– Dziewięciu.

Mój pan westchnął. Skrzywił się, zerknąwszy na żelazko w zamyśleniu. Zdawało się, że powoli coś sobie przypomina. W końcu odchrząknął i oznajmił:

– Dobrze, niech będzie dziewięciu. Uparciuch z ciebie, braciszku. Ale jest pewna bardzo ważna kwestia, którą muszę z tobą poruszyć.

Tyci uniósł głowę i spojrzał z góry na brata. Czekał.

– Pięć dni temu odebrałem list z Kingston. Kto mógł napisać do mnie z Kingston?, zdumiałem się. Otóż, okazało się, że nasz kuzyn, Philip. Grozi, że rychło nas odwiedzi.

– Philip? – Tyci zmrużył oczy i zamilkł, jakby usłyszał, że to jego ktoś nawiedzi i, jak się zdawało, prędzej duch niż człowiek. – Philip? Tutaj? Po co? Philip, mój Boże!

– Zaiste.

– Napisał, jaki jest cel tej wizyty? Bo nie przypłynął tu dla przyjemności.

– On przyjemności nie czerpie z niczego. Z pewnością wkrótce się dowiemy.

– Philip w Kingston! – Tyci przymknął oczy i dostrzegłem ledwie widoczną zmarszczkę frasunku. Pokręcił głową. – I dowiedziałeś się o tym dopiero teraz? Sporo ryzykował, informując nas o swoim przyjeździe tak późno.

– Ha! – Twarz mego pana ożywił okrutny uśmieszek. – Napisał kilka tygodni temu, lecz nie uwierzyłem, że to poważny zamysł. Zdaje się jednak, iż się pomyliłem. Gdy byliśmy dziećmi, nie był taki szybki. – Tyci tylko się skrzywił, a mój pan roześmiał. – Tłusty jak portowe szczury z Liverpoolu! A do tego taki posępny, taki ponury! Dobry Boże, mam nadzieję, że biedak nie spróbuje odebrać sobie życia. Już lepiej niech zabije mnie. Nie musiałbym znosić jego humorów.

– W każdym razie na pewno tu zajrzy – podsumował nieco oschle Tyci.

– Miałbym prośbę, żebyś odebrał go z Bridge Town, kiedy już przypłynie.

– Załatwione. Coś jeszcze?

– Prosiłbym też, byś przyjął go pod swój dach.

Tyci zamrugał.

– Nie masz ani jednego wolnego pokoju w żadnym z pięciu skrzydeł Wilde Hall?

– Wszystkie są w remoncie, bracie.

– Ach tak?

– On będzie tylko jadł, jadł i rozmyślał, znowu jadł, a rankiem cierpiał na niestrawność. Nie mam tu miejsca na takie spektakle.

– Erasmusie.

– Zawsze mogę umieścić go z czarnuchami. – Uśmiechnął się mój pan.

 

Tej uwagi Tyci nie skwitował uśmiechem.

– Jak długo zamierza zostać?

– Ponoć trzy miesiące, choć w to nie wierzę.

– Nie wytrzyma dwóch tygodni – zawyrokował Tyci. – Przyślij mi tę dziewiątkę i będziesz miał go z głowy. Powitam Philipa misą pełną jadła i flaszkami wina.

– Nasz kuzyn uwielbia pompę – przyznał pan Erasmus, bezwiednie przesuwając dłonią po wyprasowanej koszuli. – Czy teraz mogę kontynuować moje zajęcia nie niepokojony?

*

Następnego ranka Erasmus Wilde, zgodnie z obietnicą, wysłał Tyciemu dziewiątkę wycieńczonych niewolników, najsłabszych spośród tych, którzy byli jego własnością.

Tyci rozpoczął całe przedsięwzięcie, przyznając im dzień wolnego i oferując prosty posiłek – kukurydzę z dorszem i czystą, chłodną wodę. Nazajutrz powierzył im zadanie wycięcia w miarę znośnego szlaku do podnóża Corvus Peak i dopiero wtedy jęli wyrąbywać ścieżkę do połowy usypiska. Potem zamontowali na ostatnim odcinku drogi wiodącej na szczyt wymyślony przez Tyciego prosty system kołowrotków do wciągania przyrządów i najcięższych elementów konstrukcji. Brat mojego pana spędzał z nimi całe dni. Zawsze widziałem ich kątem oka, gdy sam działałem przy najróżniejszych eksperymentach Tyciego. Kiedy z karkiem piekącym od słońca zbierałem robaki na polu, obserwowałem kobiety i mężczyzn uwijających się na zboczu góry. Nosili na głowach pęki wikliny, kosze z płótnem i świeżo wykute przez kowala bolce migoczące na tle błękitu nieba. Mimo że byli daleko, wyobrażałem sobie, iż słyszę ich rozmowy, żar dudniących głosów. Pomyślałem o Wielkiej Kit, lecz jej wśród nich nie było.

Z tej dziewiątki, z której większość mnie znała, choć na mój widok odwracała wzrok, rozmawiałem tylko z Jamesem Madisonem, „Czarnym Jimem”, jak go wołali. Gdy spytałem go o Kit, czy przypadkiem nie przekazała mi potajemnie listów, zamilkł i spojrzał tylko na mnie czarnymi, przypominającymi kamyki oczami. Wtedy pojąłem, że na jego rozum – świat białych wessał mnie w całości, nawet bardziej niż Gaiusa i Émilie. Oczy zapłonęły mi ze wstydu i złości, bo zostałem odrzucony. Ten ból mnie wzmocnił.

Powoli powstał szlak i dziwne, monstrualne elementy Przeszywacza Chmur rozpoczęły swą wędrówkę na szczyt. Patrzyłem, jak niewolnicy, po czterech, wciągają na górę ciężkie skrzynie i jak zarzucają na ramiona worki wypełnione żelaznymi sztabami. Były tam długie liny różnej grubości, pudła ze szklanymi przyrządami, których nie wolno było upuścić, brezenty, ceraty i wielkie zwoje materiału. Przyglądałem się temu wszystkiemu w zachwycie.

Pewnego ranka wraz z przybyciem pana Philipa wszelkie prace ustały, gdyż Tyci nie ufał robotnikom będącym poza zasięgiem jego wzroku. Poprzedniego wieczoru pochłonięty własnymi myślami zjadł kolację w milczeniu, a potem gwałtownie wypuścił powietrze. Zdumiony dostrzegł mnie i poprosił, bym odkurzył i przygotował na przyjazd gościa jeden z pokoi. Poczułem nagły strach. Od początku bałem się, że ta nasza dziwna, pokojowa symbioza kiedyś się skończy. Zrozumiałem, że bez względu na usposobienie kuzyna Philipa, w domu, w obecności drugiego białego będzie teraz mniej tolerancji i więcej surowości. Czułem, jak w żołądku rozpręża mi się sznur lęku.

Wyruszyliśmy powozem po śniadaniu. Tyci nalegał, żebym jechał z nim w środku.

– Nie zajmujesz zbyt wiele miejsca, Washingtonie. Tylko dobrze zamknij drzwi. – Miał minę człowieka, który dzielnie znosi swoją karę.

– On jest aż taki okropny? – spytałem.

Tyci uśmiechnął się nerwowo.

– Okropny? Tak bardzo się tym martwisz? Boże broń. Philip to miły człowiek. Przyznaję, że trochę melancholik, koszmarny melancholik, ale ogólnie całkiem zabawny gość.

Spojrzał przez okno, wpatrując się w mijane przez nas pola, lecz był nieco spięty. Powóz podskakiwał i trzeszczał. Tyci spojrzał na mnie zielonymi oczami.

– Nasza trójka, Erasmus, Philip i ja, bawiliśmy się razem w dzieciństwie i w tym samym momencie wyszliśmy na salony. Z czasem życie i późniejsze obowiązki oddaliły nas od siebie. – Tyci zakołysał się na kanapie, gdy powóz wszedł w zakręt i powoli potoczył się w dół. Słońce piekło przez zamocowane na stałe szyby. – Philip to zacny człowiek, bardzo zacny. – Uśmiechnął się do siebie z roztargnieniem, choć smutno. – Długo nie ściskał ludziom dłoni, tak bardzo przerażał go cudzy dotyk. No wiesz, molekuły. Wierzy, że istnieją takie, przez które choruje. Moja matka to samo. Ale, tak w sumie, Philip jest uroczy, tylko trochę depresyjny i ma koński apetyt. Jeśli mam jakieś wątpliwości, to tylko dlatego, że ogólnie nie przepadam za towarzystwem. Wszyscy tęsknimy za nim w samotności, ale przed odwiedzinami drżymy przed gośćmi.

Wypuścił powoli powietrze. W ciszy rozbrzmiewał jedynie stukot końskich kopyt na polnej drodze. Dzień był piękny, promienie słońca okraszały blaskiem szeleszczące łany zbóż.

– Dziwaczna ta moja rodzina, Washingtonie, dziwniejsza od innych, jak sądzę. – Splótł dłonie na podołku, odłożywszy na bok kapelusz. Miał zmierzwione włosy. Wyjrzałem przez okno na mijane chaty w kolorze ziemi, niewolnicze domy pozbawione dachów. – Chyba ci wspomniałem, że nasi rodzice nie są dobraną parą. Ludziom z naszej sfery los nie daje szansy na małżeństwa powodowane poczuciem bliskości. Wszyscy mamy zobowiązania i sami musimy wywalczyć sobie strefę wolności. – Spojrzał na mnie i się zaczerwienił. – Cóż… – Zawiesił głos. – Mój ojciec ma mechaniczny obraz świata. Wierzy, że możemy dowiedzieć się wszystkiego, jeśli zdołamy zgłębić sekrety natury. Rzeczywiście, poznał ich wiele, lecz jedyną rzeczą, która umyka jego możliwościom poznawczym, są tajniki serca mojej matki. Zwyczajnie, zupełnie jej nie rozumie. Tutaj się z nim zgadzam, bo ja też nie potrafię jej pojąć. Jest niemal irracjonalnie uparta. Składa to na karb tego, iż urodziła się na północy, gdzie padają zimne deszcze, które nie odpuszczają przez cały rok.

Próbowałem sobie wyobrazić zimną północ w kraju Tyciego, ale nie umiałem.

– Pański kuzyn też stamtąd pochodzi?

– Otóż nie. Philip jest synem kuzyna mego ojca, czyli dla mnie drugim kuzynem. Od dziesięcioleci ta gałąź rodziny rezyduje w Londynie. Mają domy przy Grosvenor Square.

– Pochodzi z Londynu – powtórzyłem.

Tyci sięgnął ręką i uścisnął mi ramię.

– Takie zamartwianie się nie przynosi ci chluby, Washingtonie. Philip to miły człowiek. Przekonasz się.

*

Kiedy powóz zajechał do Bridge Town, wyprostowałem się i przylgnąłem czołem do gorącej szyby. Jeszcze nigdy nie widziałem ulic. Ten przywilej przysługiwał tylko wybranym niewolnikom, nigdy tym z pola. Podziwiałem je zdumiony. Tyle budynków! Licowane drewnem fronty posiwiałe od huraganów, a przed nimi biali, kolorowo ubrani, krzątający się po mieście ludzie. Z ulic unosiły się kłęby kurzu. W upale truchtały nimi konie ze zwieszonymi łbami, osaczone rojami much. Minęliśmy stojącego na rogu marynarza, który dął w jakąś dziwaczną plątaninę rurek. Obok drugi ze skrzypcami podrygiwał do wygrywanych przez siebie melodii; jego palce przelatywały po strunach niczym duchy. Nagle zatrzymał nas zator i do powozu wdarła się woń gnijących owoców transportowanych z portu i wielkich połci tuńczyka, które zaczynały rozkładać się w słońcu. Na obwoźnym straganie na ściółce z chłodnych liści dojrzałem ich rybie przekrwione oczy i nieruchome korpusy.

Pragnąłem zapamiętać wszystko z tej pierwszej wyprawy do miasta. Pragnąłem zatrzymać to w głowie, by później narysować. Powóz cicho furkotał, gdy konie ciągnęły go przez coś w rodzaju pomostu. Kiedy podniosłem wzrok, nie mogłem ich nie zauważyć – ponad wzgórzami miasta wśród zieleni drzew błyszczał bielą nieskończony rój wielkich wiatraków. Aż się wychyliłem, oparłszy dłonie o szybę.

– Już widziałeś wiatraki, Washingtonie. Dostarczają energii naszym cukrowniom – rzucił Tyci, zdziwiony moim zainteresowaniem. – To pewnie dlatego że nigdy nie widziałeś aż tylu naraz. Zaiste, piekielny to widok.

W moich niewinnych oczach Bridge Town zdawało się ciągnąć w nieskończoność. Próbowałem przypomnieć sobie dachy, które wypatrzyłem z Corvus Peak, lecz nie mogłem. Gdy zbliżaliśmy się w stronę oceanu, ujrzałem gaje cytryn, limetek i pomarańczy. Zerknąłem w górę. Wejścia do portu strzegły baterie dział. Kiedy wreszcie dotarliśmy do nabrzeża, Tyci z impetem otworzył drzwiczki powozu i, opuściwszy schodki, wysiadł, po czym starannie nasadził na głowę kapelusz.