Washington BlackTekst

Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Nie masz czasu na czytanie?
Posłuchaj fragmentu
Washington Black
Washington Black
− 20%
Otrzymaj 20% rabat na e-booki i audiobooki
Kup zestaw za 72,80  58,24 
Washington Black
Audio
Washington Black
Audiobook
Czyta Marcin Popczyński
39,90  29,53 
Szczegóły
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

5

Obudziłem się o świcie z gwoździem zaciśniętym w dłoni. Natychmiast pojąłem dwie rzeczy. Po pierwsze, że nie wrócę do naszej chaty, do Kit i jej wszechobecnej mrocznej obecności. A po drugie, że ona wiedziała o tym już wtedy, gdy mnie od niej zabrano.

Stanąłem w półmroku tego obcego, niewielkiego pokoju z cierpnącą z zimna skórą i poczułem się bardzo mały i samotny. Pachniało sokiem z roślin, jakby trzymano tu wcześniej świeże drewno. Potarłem goły bark; staw zdawał się dziwnie nie na swoim miejscu. Pościel leżała skręcona w kołtun szarości. Od dzieciństwa sypiałem na klepisku. Teraz co i rusz się budziłem, zadziwiony miękką sprężystością materaca.

Ten dziwny dom wyglądał na opuszczony. Podszedłem do drzwi i przytknąłem ucho. Cofnąłem się o krok i czekałem pośrodku pokoju z ramionami opuszczonymi wzdłuż tułowia. Przeraził mnie ten spokój. Czekałem, aż drzwi otworzą się z impetem i Tyci zacznie wyszczekiwać polecenia. Mijały minuty; nikt nie przyszedł.

Na stojaku na prawo od drzwi stała miednica. Pokrywała ją warstwa kurzu, a w środku pływała srebrnozielona mucha. Tuż obok leżał mały biały ręcznik, jakiś niewielki kawałek drewna z włosiem i puszka z naklejonym rysunkiem pięknych wiśni. Wsadziłem palec pod zardzewiałą pokrywkę i powąchałem. Kredowa, drapiąca woń, trochę jak zapach dwóch obijanych o siebie, rozgrzanych kamieni.

Byłem niedoświadczony, to prawda, lecz nie głupi. Zrozumiałem, że mam się umyć i ogarnąć, jak to niewolnik służący w domu, lecz tajemniczość owych rekwizytów była dla mnie torturą. W końcu wziąłem ręcznik, namoczyłem go i przetarłem twarz.

Zdumiał mnie brązowoczerwony osad, który na nim zostawiłem. Potarłem mocniej, wzdłuż nosa i za uszami. Przykucnąwszy, obmyłem palce u nóg, po czym wstałem i przesunąłem ręcznikiem po szyi. Woda zabarwiła się zaskakująco piękną czernią. Wpatrując się w nią w zadziwieniu, poczułem, jak mrowieje mi skóra.

Wciąż nikt po mnie nie przyszedł. Niepokój rósł. Na pewno gdzieś powinienem się stawić, na pewno spóźniam się z wykonaniem jakiegoś zadania.

Ukryłem gwóźdź, wsuwając jego długi kieł pod materac i wyszedłem na korytarz.

– Panie Tyci, sir?! – zawołałem zbyt głośno w tej ciszy. – Panie?

Było gorąco. Powietrze pachniało czymś orzechowym, ciężkim i jadalnym, i świeżo zmoczonym kamieniem. Na końcu korytarza ujrzałem rozświetlony świtem pokój, w którym unosiły się smużki kurzu. W szybie odbijało się w słońce. Wszedłem tam. Pod moimi bosymi stopami dywan w kolorze burgunda zdawał się niczym jakieś zesztywniałe, martwe zwierzę. Zadrżałem, cofnąłem się i podszedłem do innych drzwi.

Tam go zobaczyłem.

Stał w koszuli w surowej kuchni, odwrócony plecami do okna. Na stole obok leżał talerz z szarawymi jajkami. Jakiż on był wysoki, chudy i różowy! Czytał rozpostartą przed nim gazetę, obierając jednocześnie szczupłymi palcami jajko. Nie wyczuł mojej obecności. Bałem się mu przeszkodzić, więc tylko stałem z rozdziawioną buzią, wpatrując się nerwowo w jego gęstą ciemną czuprynę, w to, jak wsuwa jajka do ust i z rozdrażnieniem je przeżuwa. Zauważyłem cienką białą bliznę wychodzącą z kącików ust, która biegła przez policzki do uszu, jakby ktoś wcisnął mu między wargi nić i szarpnął do góry. Wyglądała jak szpara.

Nagle uniósł wzrok.

– Washington.

Wzdrygnąłem się i uśmiechnąłem niepewnie.

Tyci klasnął w dłonie. Skorupki odkleiły się od palców i spadły na deskę do krojenia.

– Jak tam? Wypoczęty? – Przepraszająco skinąłem głową, ale on już ciągnął dalej. – Świetnie. Wejdź, wejdź. Masz jakieś pojęcie o praniu? Nie. Tak myślałem. Posłałem po służącą Erasmusa, żeby przyniosła ci liberię. Poproszę ją, żeby, między innymi, podszkoliła cię w praniu. Nie przypuszczam też, byś miał jakąś wiedzę o angielskiej kuchni? Och, szczęściarz z ciebie! To był żart, Washingtonie. Osobiście wolę francuską, ale rozumiem, że wykracza poza możliwości Bridge Town. A zatem musi nam wystarczyć angielska. Zbawić mogło nas tylko jedno danie, do którego miałem wszystkie niezbędne składniki. Dziś rano pozwoliłem sobie dla nas przygotować lekki sos holenderski. To jeden z moich najbardziej wyszukanych przepisów. Mój sekret? Sok z dwóch limonek i odrobina cejlońskiego imbiru. Założę się, że nawet w Amsterdamie nie skosztujesz lepszego sosu holenderskiego. Przywiozłem wiele przypraw z podróży na Wschód. Znajdziesz je w kredensach. Przyprawiaj sowicie. Tak się uzależniłem, że bez nich niczego nie tknę. Tutaj wszystko smakuje jak laska do chodzenia. – Urwał. – Wprowadzam tylko jeden zakaz. Mianowicie, nigdy nie używaj cukru. Nie toleruję go. Nie znajdziesz ani odrobiny w mojej spiżarni i nie życzę sobie też, żebyś go tu przynosił z domu mojego brata.

Cóż mogłem pojąć z tego słowotoku? Pan Tyci chwycił mnie za ramię i stanowczo – acz delikatnie – poprowadził do sąsiedniego pomieszczenia, w którym ustawiono duży mahoniowy stół i sześć przeróżnych krzeseł. Wbiłem wzrok w dwa białe położone naprzeciwko siebie talerze.

– Siadaj. – Zachęcił mnie gestem, lecz widząc moją konfuzję, uśmiechnął się lekko poirytowany i sam umościł się na krześle. – Nie zamierzam jeść, gdy ty tylko się przyglądasz, krążąc wokół mnie jak morderca. Siadaj. To nie jest prośba.

Oblizawszy usta, usiadłem na monstrualnie miękkim, tapicerowanym krześle naprzeciw białego mężczyzny, który mógł decydować o moim życiu i śmierci. Byłem ledwie dzieckiem z plantacji. Gdy napotkałem jego wzrok, poczułem w ustach gorzki smak grozy.

Wziął do ręki widelec; ja też. Trzymałem go niezdarnie w zaciśniętej dłoni. Pośrodku naszych talerzy rozlewał się księżycowy krąg bladego sosu.

Pan Tyci zaczął jeść, bardzo nieśpiesznie, jakby chciał mnie tego nauczyć.

– Erasmus użyczył mi ciebie na czas mojego pobytu. Liczę, że ci to odpowiada – zawiesił głos, skinął z rozmysłem na widelec w mojej dłoni i czekał. Nabrałem nań trochę sosu i zjadłem, nie zdradzając swojego obrzydzenia. Uśmiechnął się. – Ależ moja matka byłaby zszokowana, gdyby zobaczyła mnie z tobą przy stole. – Parsknął gwałtownie na myśl o jej wyimaginowanej reakcji. – Ale cóż, nie ściągnąłem cię tutaj tylko po to, byś jadł. Zostaniesz moim asystentem. Mam nadzieję, że wystarczy ci inteligencji, by opanować kilka prostych umiejętności, które będą dla mnie przydatne.

– Tak, panie Tyci, sir. – Nie miałem pojęcia, co ma na myśli. Po prostu, przytaknąłem, bo, jak sądziłem, właśnie tego oczekiwał.

Nałożył sobie na widelec wielką porcję sosu.

– Doskonały – skomentował z pełnymi ustami. Nie odpowiedziałem. – Twój dawny pan, Richard Black, był naszym wujem, starszym bratem mojej matki – ciągnął. – Gdy zmarł, cały jego majątek, w tym Faith Plantation, odziedziczył mój brat. Erasmus liczył, jak sądzę, że ojciec będzie służył mu radą. Lecz to prawdziwy człowiek nauki. Zarządzanie plantacją, dopominanie się o opłaty od dzierżawców i tym podobne rzeczy nie leżą w jego naturze. Nawet gdy przebywał w domu w Granbourne, zadania te przypadały Erasmusowi. Ojciec spędza dużo czasu na wyprawach badawczych. Teraz też wybrał się w długą podróż do Arktyki. Już rok nie ma go w domu, a wróci dopiero za jakieś dwa lata. – Westchnął. – Nie przypuszczam, by Erasmusa cieszyły te obowiązki, ale ma głowę do rachunków i dar zjednywania sobie ludzi, jeśli się wysili, co, przyznaję, czyni rzadko. – Pan Tyci szybko połknął dwie porcje sosu, ocierając sobie przy tym usta. – Po śmierci wuja Richarda Erasmus musi zarządzać nie tylko naszym Granbourne, ale też odziedziczonym Sanderley i własnym majątkiem Hawksworth. I jeszcze Faith Plantation. Podejrzewam, że zamierza spędzać większość czasu tutaj, w Indiach Zachodnich, i jedynie od czasu do czasu wyprawiać się do Anglii. Twierdzi, że najwięcej zabiegów wymaga Faith, co po prostu oznacza, że to ta plantacja utrzymuje pozostałe.

Wciąż tylko mrugałem i raczej unikałem jego spojrzeń. Dziwiła mnie jego wielka potrzeba rozmowy, zupełnie jakby przeżył kilka lat w osamotnieniu.

– Nasz rodzinny majątek od kilku lat się kurczył z uwagi na koszty badań naukowych prowadzonych przez ojca. I nagle scheda po wuju Richardzie znów dała nam bogactwo. – Westchnął z goryczą. Prawie nic z tego nie rozumiałem. Widocznie to wyczuł, bo marszcząc czoło, odłożył widelec. – Tak? – spytał. Przerażony, nie odezwałem się. – No, śmiało – rzucił nieco bardziej delikatnie. Spuściłem głowę i nadal milczałem. – Pewnie się dziwisz, dlaczego tu przyjechałem, skoro nie musiałem – powiedział, choć wcale mnie to nie zastanawiało. – Teraz, kiedy już tu jestem, codziennie po przebudzeniu zadaję sobie to pytanie. – Uśmiechnął się. – Żartuję, Washingtonie. W istocie, chciałem uciec i szukałem stosownej kryjówki. I tak któregoś ranka po prostu spakowałem się i, nic nikomu nie mówiąc, ruszyłem do Liverpoolu. Wiedziałem, że Erasmus wypływa pod koniec miesiąca, więc wparowałem do jego mieszkania i uprosiłem, by pozwolił mi do siebie dołączyć. Indie Zachodnie. Ileż tam się można nauczyć! Jakaż to wyjątkowa i cudowna szansa! Prowadziłem liczne badania nad cyrkulacją powietrza na półkuli zachodniej i przyszło mi do głowy, że to być może idealne miejsce do startu aerostatu, który kiedyś bez większego przekonania zaprojektowałem. Gorliwie przejrzałem swój projekt i przez kilka tygodni gromadziłem materiały, które musiałem, ze sobą zabrać. – Powoli przełknął jeszcze kilka porcji sosu. – Sprzyjającą okolicznością jest to, że niewiele mi trzeba do szczęścia, oprócz przyrządów i od czasu do czasu czegoś do jedzenia. Dach nad głową nie musi być wytworny, a bez służby też sobie poradzę, pod warunkiem, że mam na podorędziu zdolnego asystenta. Nim zjechałem tutaj, spędziłem około siedmiu miesięcy w Stambule, mając za jedynego pomocnika miejscowego chłopca. Wiesz, że tamtejsze kobiety przesłaniają sobie twarze? Naprawdę. To czarujące.

 

Jakiż dziwny był ten mężczyzna, który miał matkę, lecz mało ją szanował, a jednak wydawał się ciepły jako człowiek.

– A teraz przejdźmy do kwestii praktycznych – ciągnął pan Tyci, składając swe szczupłe dłonie nad pustym talerzem. – Gotowanie, pranie, nie należy o nich zapominać, lecz twoim najważniejszym zadaniem, jak już wspomniałem, będzie asystowanie przy moich eksperymentach. Twoja postura nada się idealnie do Przeszywacza Chmur. Sam rozumiesz, że balast to podstawa. Sądząc po błysku w twoich oczach, pewnie zdołasz nauczyć się tego i owego, choć zdaję sobie sprawę, że moje abstrakcyjne pytania nie tak łatwo pojąć. Tak, sądzę, że się dogadamy. Świetnie sobie poradzisz. W istocie.

Nagle wstał i podszedł do kredensu, z którego wyciągnął kartkę papieru, po czym stanął tuż obok mnie i się pochylił.

Słyszałem świst oddechu w jego krtani i czułem woń dłoni umytych mydłem, które zalatywało mątwą. Pomyślałem o czarnym gwoździu spoczywającym pod materacem niczym cienki nóż.

Tymczasem pan Tyci jedynie rozprasował dłońmi kartkę, która szeleściła, gdy przesuwał po niej palcami jak pękająca skórka cebuli. A potem zrobił coś cudownego.

Wyciągnął gdzieś spod ubrania ogarek ołówka i szybkimi ruchami naszkicował wielką gładką kulę pokrytą czymś w rodzaju siatki. Nigdy nie widziałem czegoś podobnego. Gdy dopełnił ją światłocieniem, kula zdawała się unosić w powietrzu. Opadały z niej liny, a pod nią pan Tyci dorysował fantastyczną gondolę o dwóch dziobach, ze zwisającymi po bokach wiosłami.

Nigdy wcześniej nie byłem świadkiem takiego kunsztu. Wpatrywałem się w rysunek w zadziwieniu. I nagle poczułem, że też tego pragnę – wręcz desperacko – że chcę kreować świat rękami.

Gdy na niego spojrzałem, jego oczy błyszczały.

– Co ty na to?

To cud, pomyślałem, absolutny cud, lecz rzuciłem jedynie:

– Ładne, sir.

– Przeprojektowuję go od jakichś trzech lat. – Wziął ode mnie kartkę i uniósł ją pod światło. – Mój ojciec opracował podobny projekt jakieś trzydzieści lat temu, lecz nie zadał sobie trudu, by wyjść poza wstępną koncepcję. On… bardzo by się zdumiał tym, co tu stworzyłem. Uznawał, że jego wynalazek jest zbyt niestabilny. No wiesz, gazy. Ależ aerostatyka poczyniła postęp od tamtych czasów! Wierzę, że mój naprawdę poleci. I to na sporą odległość. – Nagle obrócił się do mnie i chrząknął. – No jasne, przecież ty niepiśmienny! Musimy to nadrobić, jeśli się uda, bo inaczej nie będziesz mógł mi asystować. Twoim zadaniem będzie zapisywanie pomiarów, równań matematycznych i wyników. A wieczorami będziesz mi je odczytywał.

– Tak, panie Tyci, sir.

Przystanął i zmarszczył czoło.

– No nie. Co ci mówiłem? Jak masz mnie nazywać?

– Tyci?

– Brawo, właśnie tak.

Spojrzałem na jego połyskliwe zielone oczy i matowe rzęsy, czarne jak odnóża much. Mój uśmiech był uśmiechem grozy.

6

I tak rozpoczęło się moje dziwne drugie życie.

Rano razem z Tycim sprawdzaliśmy efekty naszych prac z ubiegłego dnia, zapisując szczegółowe wyliczenia. Na początku robił to Tyci, lecz stopniowo, wraz z upływającymi tygodniami, również i ja, choć bardzo niewprawnie. Popołudniami spacerowaliśmy po dziewiczych obrzeżach plantacji i badaliśmy tamtejszą florę. Później odsyłał mnie do domu, żebym posprzątał i coś ugotował, a on jeszcze przez jakąś godzinę kontynuował eksploracje. Wieczorami, czerwieniąc się, jąkałem i żałośnie mamrotałem słowa z prościutkich książek, a Tyci siedział poirytowany i dobitnie mnie poprawiał.

Obawiałem się tych wieczorów, za to nasze poranne zajęcia były ciekawe i niezwykłe. Łapaliśmy deszczówkę do beczek, by sprawdzić poziom kwasowości, i węgorze do tych samych beczek, by się przekonać, jak przewodzą prąd. Zbieraliśmy zielone chrząszcze odmiany cotinis mutabilis z łajna na pastwiskach i wrzucaliśmy je do mlecznych flakonów z serum. Tyci mnie zadziwiał. Nigdy wcześniej nie miałem do czynienia z tak lotnym umysłem. W terenie cały zamieniał się we wzrok i węch, grzebiąc w ziemi palcami niczym nożami. Niekiedy miewał poczerniały język i zęby zabarwione na zielono od smakowania trawy i ziemi. Biegał po skalnych półkach, wdrapywał się na drzewa, by zdzierać z nich korę. Raz wszedł w ubraniu do oceanu; przypływ rozdął mu koszulę, kiedy chwytał rzadki okaz kraba. Przy każdym nowym odkryciu mrużył oczy w wąskie szparki. Któregoś popołudnia kazał mi rozewrzeć dłoń, na którą upuścił maleńką niebieską jaszczurkę. Poczułem jej pulsujące pod skórą serce, jaskrawą plamkę życia na otwartej dłoni.

Tyci nigdy mną nie pomiatał. Nie odbierałem tego jako dobroć, gdyż wiedziałem, że kiedyś to się skończy i pewnego dnia wrócę na pola trzciny, by znów doznawać okrucieństw. Dlatego nie pozwoliłem sobie przywyknąć do komfortu, tylko pełzałem za porzuconymi w trawie termometrami, zbierałem upuszczone teleskopy, starannie układałem liście w długim drewnianym pudełku, które Tyci nazywał vasculum, i co wieczór odczuwałem ulgę, że nie zostałem ukarany.

Nigdy nie skomentował tego, że jego brat karze swoich niewolników. Czasami zerkał z utrudzoną twarzą i napiętym spojrzeniem w stronę odległego pola trzciny, wpatrując się w błyski maczet na tle błękitu nieba. Lecz nawet jeśli wywoływało to w nim niepokój, nigdy o tym nie mówił, tylko na powrót zbierał okazy, bądź dokonywał obliczeń. Jeden jedyny raz zdobył się na komentarz. Właśnie mijaliśmy zachodni kraniec pola, gdy nadzorca zdzielił niewolnicę Mary w twarz zardzewiałym prętem. Stała niewzruszona, jakby tylko wiatr dmuchnął jej w policzek; z ust polała się krew. Tyci w napięciu długo ogarniał ten widok. Też na nią patrzyłem z powoli narastającym, zakodowanym poczuciem paniki. Po chwili, tak cicho, że ledwie słyszalnie, Tyci szepnął: „Mój Boże!”.

Wieczorem, gdy mój pan przyszedł, by napić się z nim porto, zza drzwi gabinetu słyszałem ich podniesione głosy. Sam stałem milcząco nieopodal, czekając na wezwanie. Warczeli na siebie i syczeli. Słyszałem, jak mój pan skarży się, że jego brat w ogóle go nie rozumie. Potem zapadła cisza. Nagle drzwi się otworzyły i mój pan, lekko utykając, wyszedł z furią w oczach.

*

Jedyne, czego u Tyciego nigdy nie mogło zabraknąć, był papier. Gromadził go wręcz obsesyjnie i zawsze, kiedy wracał z Bridge Town, wiózł skrzynie wyładowane papierem. W związku z tym, że było go pod dostatkiem, co tydzień dostawałem od niego świeżą ryzę, piękny grafitowy ołówek oraz polecenie, bym ćwiczył się w pisaniu. Szedłem wtedy do siebie i rysowałem w przyćmionym blasku ogarka świecy.

Odczuwałem przy tym coś wyjątkowego, rodzaj kojącego spokoju. Niemal od pierwszego razu zdało mi się to cudem, zadaniem nie tyle dla palców, co dla oczu. Nie posiadłszy technik, nieszkolony, rysowałem wszystko, co było pod ręką, wpatrując się z uwagą, jak cienie nadają przedmiotom ciężaru. Co wieczór ostrożnie zwijałem ukończony szkic i przystawiałem go do ognia, by spłonął na popiół; obawiałem się reakcji Tyciego, gdyby odkrył moją niesubordynację.

Żaden sekret jednak długo się nie uchowa. To jedna z prawd tego świata.

Pewnego wieczoru Tyci nakrył mnie na tym zajęciu, akurat gdy przytykałem swój rysunek do płomienia świecy. Poirytowany zmarszczył czoło i spytał:

– Dlaczego marnujesz papier, Washingtonie? Twoje litery nie mogą być aż tak nieudaczne. Pokaż.

Struchlało mi serce. Tymczasem Tyci, z twarzą spaloną słońcem i obłażącym ze skóry orlim nosem, powoli rozwarł mi dłoń. Nie opierałem się. No i zobaczył pokryte słonecznymi cętkami skrzydła motyla, którego podpatrywaliśmy za dnia.

Uważnie obejrzał szkic.

– Przepraszam Tyci, sir – wymamrotałem przerażony.

Nawet na mnie nie spojrzał.

– Leptotes cassius – powiedział cicho. – Naprawdę sam to narysowałeś, Washingtonie? Dobry Boże! Rzadko widuję tak wierne odwzorowanie natury. – Zerknął na mnie niemal oszołomiony. – Istny z ciebie geniusz.

Zarumieniłem się i szybko odwróciłem wzrok.

Następnego popołudnia, gdy ruszaliśmy pod baldachim z drzew, by zajrzeć do małej drewnianej klatki, którą zbił dla ślimaków, Tyci nagle przystanął i przyciągnął mnie do siebie, po czym sięgnął do jutowej torby i wyjął z niej paczkę kredek i porządny blok rysunkowy. – Prawie bym zapomniał – rzucił z powagą w głosie. – To dla ciebie. Tylko ich nie połam. Odtąd zostajesz naczelnym ilustratorem. Wiernie oddawaj to, co widzisz, Washingtonie, a nie to, co powinieneś zobaczyć. Rozumiesz?

Rozgrzany kant wiadra, na którym siedziałem, wpijał mi się w uda, więc wstałem i skinąłem głową – choć w tamtym czasie nie w pełni pojmowałem jego myśli.

Wieczorem wyszliśmy na werandę; promienie słońca blednące za balustradą przygaszały zieleń pól. Tyci przyniósł ze sobą stertę książek.

– Na co mamy ochotę? Historia i praktyka aerostatyki? Aeropedia? Physische Geographie? Mam też kilka z zakresu zoologii morskiej, jeśli chciałbyś poczytać o morskich zwierzętach. I dwie powieści. Może Rabelais’go? Jest wprost upiorny. Tak, poczytajmy go.

Miałem poczucie, które często mnie wracało, że mówi do siebie, nie do mnie, więc nie odpowiedziałem. Przysunął dwa krzesła, postawił upstrzony smugami po palcach kielich po swojej stronie stolika i szklankę z sokiem z mango dla mnie, po czym wetknął w moją wyciągniętą dłoń upiornego Rabelais’go.

Jakże niezrozumiałe były dla mnie jego słowa! Nie cierpiałem tych naszych sesji, lecz nigdy nie zapomnę, jak przez te pierwsze miesiące miło było dotykać papieru; był szorstki, nieznany, niczym sprężony kurz. Istny cud. Przerzucałem kartkę palcem i nagle czułem ten szpitalny zapach kojarzący się z pakunkiem z apteki.

Tamtego wieczoru Tyci siedział twarzą do mnie i odczytywał litery do góry nogami.

– Co tu jest napisane? Czytaliśmy to słowo ledwie wczoraj. – Wpatrywałem się weń żałośnie, bo te małe czarne literki były niczym blizny po szwach zakładanych przez pielęgniarkę. – Chociaż spróbuj – zachęcał Tyci.

Spojrzałem na czarne plamki, próbując sobie przypomnieć.

– Uście.

– Prawie dobrze, tylko wolniej. Ujście.

– Ujście.

Opadł na oparcie krzesła z grymasem zadowolenia na twarzy.

– Aleś mnie zaskoczył przez te ostatnie tygodnie, Washingtonie! Ten umysł. Nie spodziewałem się.

Nie przyszło mi do głowy spytać, dlaczego wybrał właśnie mnie, skoro nie wierzył, że mogę się czegoś nauczyć. Słyszałem tylko pochwały z jego ust i zauważyłem, że mój lęk przygasa. Wreszcie zacząłem wsłuchiwać się w istotę jego pytań i nawet zdarzało się, że odpowiadałem bez jąkania.

Nie trwało to jednak długo. Zamknął książkę, zaznaczając dłonią miejsce, w którym skończyliśmy i jego twarz spochmurniała.

– Kim jest ta postawna kobieta, która usługiwała z tobą przy kolacji tamtego pierwszego wieczoru, kiedy cię zawezwałem? Nie mogę sobie przypomnieć imienia. – Zamarłem, nagle nieufny. – Powiedzże – rzucił surowo. – Musisz ją znać. Ta wysoka, ze złamanym nosem. Jesteście bardzo zżyci, obserwowałem was przez cały wieczór.

– Kit – wymamrotałem w końcu. – Wielka Kit.

– Wielka Kit. Kim dla ciebie jest?

– Sir? – Zmieszałem się.

– Przyjaźnicie się, nieprawdaż?

Znów zamarłem, moje policzki płonęły. Mijały tygodnie, a ja wciąż nie miałem od niej żadnych potajemnych wieści, żadnego szeptanego zapytania przekazanego przez domowników mojego pana, których słał po sprawunki, ani przez parobków z pola, gdy mijałem ich w wysokiej chłodnej trawie. Czułem się przez nią opuszczony, odcięty. Raniło mnie to i głęboko niepokoiło.

– Tak, sir. Przyjaźnimy się – przyznałem w końcu, zafrasowany. – Jest mi jak matka, gdybym ją miał.

Chwilę milczeliśmy. Wbiłem wzrok w podołek.

– Pewnie za nią tęsknisz. No, cóż… – Głośno odchrząknął, dając mi czas, bym się pozbierał, po czym na powrót otworzył książkę. – Czymże jest życie, jak nie serią pożegnań i powrotów, tak? A teraz przeczytaj to. To tutaj.

*

Czy tęskniłem za Wielką Kit? Mocno odczuwałem jej nieobecność, ale czy opłakiwałem tę stratę?

Kiedy zamykałem oczy, czułem w ciemnościach chłodny ciężar jej dłoni na mojej twarzy. Paznokieć jej lewego kciuka był pożółkły i spękany jak muszla. Zwykła go podwijać pod dłoń i drapać mnie nim po policzku. Miała niski chrapliwy głos i jeszcze ten dziwny zachodnioafrykański nawyk obniżania go o ton na końcu zdania, jakby docierała do jakiejś głębokiej prawdy. Odchrząkiwała podczas jedzenia. Niektórzy nie mogli tego znieść, ale kiedy byłem całkiem mały, bardzo mnie to rozśmieszało. Zawsze zostawiała dla mnie ostatni kęs swojego śniadania. Zjadałem go z jej ręki, jak jakiś oswojony zwierzak. Uśmiechała się wtedy. Była mocna i dosadna, wypróżniała się przy mnie bez skrępowania. Tępym nożem przycinała włosy na bardzo krótko. Uszy miała zdeformowane, bo w Dahomeju przez lata nosiła w nich ciężkie ozdoby. Jej brzuch szpeciło siedem blizn po siedmiu różnych dzidach. Gdy się śmiała, przez szczelinę między zębami świstało powietrze, lecz nie śmiała się często. Wiedziałem, że nadejdzie taki dzień, gdy nie wytrzyma zniewolenia i że wielu wtedy wymorduje, nim poniesie mnie ku wolności.