Washington BlackTekst

Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Nie masz czasu na czytanie?
Posłuchaj fragmentu
Washington Black
Washington Black
− 20%
Otrzymaj 20% rabat na e-booki i audiobooki
Kup zestaw za 72,80  58,24 
Washington Black
Audio
Washington Black
Audiobook
Czyta Marcin Popczyński
39,90  31,52 
Szczegóły
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa


Spis treści

Okładka

Karta tytułowa

Karta redakcyjna

CZĘŚĆ I. Faith Plantation, Barbados 1830

CZEŚĆ II. Dryfowanie 1832

CZĘŚĆ III. Nowa Szkocja 1834

CZĘŚĆ IV. Anglia 1836

Podziękowania

Okładka


Tytuł oryginału

Washington Black

Wydawca

Urszula Ruzik-Kulińska

Redaktor prowadzący

Tomasz Jendryczko

Redakcja

Katarzyna Bielawska-Drzewek

Korekta

Zespół

Copyright © 2018 by Ides of March, Inc.

Copyright © for the Polish translation by Bohdan Maliborski, 2020

Wydawnictwo Świat Książki

02-103 Warszawa, ul. Hankiewicza 2

Warszawa 2020

Księgarnia internetowa: swiatksiazki.pl

Skład i łamanie

Akces

Dystrybucja

Dressler Dublin Sp. z o.o.

05-850 Ożarów Mazowiecki

ul. Poznańska 91

e-mail: dystrybucja@dressler.com.pl

tel. + 48 22 733 50 31/32

www.dressler.com.pl ISBN 978-83-813-9670-7

Skład wersji elektronicznej

pan@drewnianyrower.com

Dla Cleo i Maddoxa

CZĘŚĆ I Faith Plantation, Barbados 1830

Dokument chroniony elektronicznym znakiem wodnym

20% rabatu na kolejne zakupy na litres.pl z kodem RABAT20

1

Mogłem mieć dziesięć, jedenaście lat – dokładnie nie umiem powiedzieć – kiedy zmarł mój pierwszy pan.

Nikt go nie opłakiwał. Stojąc na polu, zwiesiliśmy głowy i lamentowaliśmy, opłakując nas samych i plantację, którą teraz sprzedadzą. Zmarł w bardzo podeszłym wieku. Widywałem go tylko z oddali – zgarbionego, chudego, śpiącego w zacienionym fotelu na gazonie, z kocem na podołku. Teraz myślę, że był niczym jakiś okaz zakonserwowany w butelce. Przeżył obłąkanego króla i handel niewolnikami, był świadkiem upadku francuskiego imperium i narodzin imperium brytyjskiego oraz początków rewolucji przemysłowej. Z całą pewnością przestał być przydatny. Pamiętam, jak tamtego ostatniego wieczoru przykucnąłem boso na kamienistej ziemi Faith Plantation i dotknąłem dłonią łydki Wielkiej Kit, czując żar bijący od jej skóry, jej siłę i moc, gdy wokół, pośród trzciny cukrowej, mościły się czerwone promienie zachodzącego słońca. Patrzyliśmy w milczeniu, jak nadzorcy wynoszą na swoich barkach trumnę z Wielkiego Domu. Sapiąc, wsunęli ją na wyłożony słomą wóz i, opuściwszy z łomotem drąg, poturkotali w dal.

Tak to się zaczęło – ja i Wielka Kit patrzyliśmy, jak nieboszczyk rusza ku wolności.

Któregoś ranka cztery miesiące później na czele kawalkady zakurzonych powozów zmierzających wprost z portu w Bridge Town przybył jego bratanek. Fakt, że posiadłość nie została sprzedana, uznaliśmy wtedy za zrządzenie losu. Skrzypiące powozy pięły się powoli po miękkiej, ocienionej palmami skarpie. Na płaskim wozie na końcu karawany tkwił dziwny, owinięty płótnem przedmiot wielkości głazu do chłosty z mniejszego pola. Nie potrafiłem ocenić, do czego służy. Dobrze to wszystko pamiętam, bo i wtedy stałem z Wielką Kit na skraju trzcin, gdyż w tamtym czasie rzadko od niej odstępowałem. Zobaczyłem, jak Gaius i Immanuel, cali sztywni, otwierają drzwiczki powozu i rozkładają schodki. Zauważyłem też przy Wielkim Domu swoją rówieśniczkę, śliczną Émilie; nieraz widywałem wieczorami, jak wylewa z rondli brudną wodę w wysoką trawę przy pomywalni. Zeszła z werandy na stopień schodów, rozprasowała palcami fartuch i stanęła bez ruchu.

Pierwszy wyłonił się z powozu mężczyzna o ciemnych włosach, długiej końskiej szczęce i wejrzeniu okraszonym krzaczastymi brwiami, w dłoni trzymał kapelusz. Schodząc, uniósł głowę i ogarnął wzrokiem posiadłość oraz zebranych wokół mężczyzn i kobiety. Później patrzyłem, jak zbliża się do owego niecodziennego przedmiotu, obchodzi go wkoło i sprawdza stan sznurów i płótna. Osłoniwszy dłonią oczy, obrócił się i przez jedną przerażającą chwilę poczułem na sobie jego wzrok. Żuł coś miękkiego, delikatnie poruszając szczęką. Na innych nie spojrzał.

To jednak ten drugi, złowrogi i ubrany na biało, przykuł moją uwagę. Nasz nowy pan – wszyscy od razu to pojęli. Wysoki, niecierpliwy, cherlawy, z nogami rozkraczonymi jak cyrkiel. Spod białego trójgraniastego kapelusza buchała burza siwych włosów. Zauważyłem jego jasne rzęsy i niedopieczoną, bladą skórę. Ten, kto jest własnością drugiego, bardzo szybko uczy się spojrzeń swojego pana. To, co dojrzałem w oczach tego człowieka, przeraziło mnie. Należałem do niego tak jak wszyscy ci, pośród których żyłem; był panem nie tylko naszego życia, lecz także śmierci – i aż za bardzo go to radowało. Nazywał się Erasmus Wilde.

Poczułem, jak Wielką Kit przechodzi dreszcz. I zrozumiałem. Jego gładka, jasna twarz błyszczała, a czyste białe fałdy ubrania świeciły niemożliwie jaskrawym światłem – był niczym duch albo zmora. Bałem się, że potrafi dowolnie pojawiać się i znikać, pije krew, by się ogrzać i że może być wszędzie, niewidzialny dla innych, dlatego w milczeniu wróciłem do pracy. Widziałem już wiele zgonów, znałem istotę zła. Było białe jak zmora i wychynęło pewnego ranka z powozu w żar zalęknionej plantacji i miało pustkę w oczach.

To wtedy, jak mi się teraz zdaje, Wielka Kit spokojnie i z miłością postanowiła zabić siebie i mnie.

2

Przez całe dzieciństwo nie miałem nikogo, oprócz Wielkiej Kit, jak wołali na nią na polu. Kochałem ją i się jej bałem.

Miałem jakieś pięć lat, kiedy rozeźliłem nadzorczynię, która odesłała mnie do wrednej chaty pod uschniętą palmą – do chaty Kit. Pierwszego wieczoru ktoś ukradł mi kolację i zniszczył drewnianą miskę. Jakiś mężczyzna, którego nie znałem, rąbnął mnie w głowę, aż się zatoczyłem i przestałem słyszeć. Dwie dziewczynki mnie opluły. Ich wiekowa babka wbiła mi w ręce swoje szpony i pocięła moje ręcznie szyte sandały, żeby zdobyć skórę.

Wtedy pierwszy raz usłyszałem głos Wielkiej Kit.

– Tego zostaw – powiedziała cicho.

Nic więcej. I nagle zwaliła się na nas jakaś potworna ciemna moc, wielka i nieubłagana niczym potężna morska fala, która pochwyciła starą kobietę za włosy, jakby ta była szmacianą lalką i odrzuciła ją na bok. Obserwowałem to przerażony. Tymczasem Wielka Kit przeszyła mnie przekrwionym wzrokiem, jakby z obrzydzeniem, po czym usiadła na stołku w ciemnym kącie chaty.

W bladym świetle ranka ujrzałem ją jednak przycupniętą obok. Podała mi miskę tłuczonych ziemniaków i powiodła palcem po liniach na mojej dłoni.

– Czeka cię wspaniałe życie, dziecko – mruknęła. – Życie wielu rzek.

Później splunęła i zacisnęła moją dłoń w pięść, aż spomiędzy palców wyciekła ślina. – A to ta pierwsza rzeka – rzuciła i się roześmiała.

Wielbiłem ją. Górowała nad wszystkimi, wielka i dzika. Bano się jej z powodu postury i tego, że w Dahomeju, nim ją zabrali, była Słonowodą, szamanką. Siała klątwy w ziemi pod chatami. W drzwiach znajdowano wiszące, wypatroszone gawrony. Przez trzy tygodnie każdego wieczoru i ranka zabierała jedzenie silnemu czeladnikowi kowala i zjadała je na jego oczach, wybierając palcami z jego miski, póki nie doszli do porozumienia. Na rozpalonym polu lśniła niczym naoliwiona, a jej ciało falowało, gdy pruła przeklętą ziemię, nucąc pod nosem dziwaczne pieśni. Czasami nocą mruczała i krzyczała przez sen w gardłowym języku swojego królestwa. Nikt jej tego nie wypominał, kiedy nazajutrz przemieniała się w paloną słońcem furię, która – niczym tępa siekiera – tyle samo plonów zbierała, co niszczyła. Naprawdę miała na imię Nawi, jak mi raz wyznała. A to miała trzech synów, a to jednego, a to żadnego, a niekiedy nie miała nawet córki. Jej opowieści zmieniały się jak fazy księżyca. Pamiętam, że czasami rzucała garść piachu na ostrze i, jakby nagle wzruszona, mamrotała chrapliwym głosem zaklęcie. Kochałem ten głos, jego chropawą melodię. Wielka Kit wciągała przez zęby powietrze, mrużyła oczy i zagajała: „Kiedy byłam gwardzistką króla Dahomeju…”, albo „Kiedy już zmiażdżyłam szyję tej antylopy, o tak…”, a ja odrywałem się od swoich zajęć i słuchałem w zadziwieniu. Bo była dla mnie cudem, świadkiem świata spoza mojej wyobraźni, spoza chat i okrutnych pól plantacji.

Spochmurniała po przyjeździe nowego pana. W drugim tygodniu odprawił dotychczasowych nadzorców. W ich miejsce pojawili się brutalni mężczyźni z doków, wytatuowani, o czerwonych twarzach, krzywiący się na upał. Wcześniej byli żołnierzami, handlarzami niewolników lub zwyczajnie biedakami z wyspy z upchniętymi do kieszeni dokumentami i zapadniętymi oczami diabła. Zaczęły się okaleczenia. A jaki był wtedy z nas pożytek? Widziałem mężczyzn kuśtykających na pola, z ich nóg broczyła krew. Widziałem kobiety w zakrwawionych bandażach na uszach. Edwardowi obcięli język, bo pyskował. Elizabeth kazali jeść z pełnego nocnika, bo nie umyła go dokładnie poprzedniego dnia. James próbował uciec i pan, dla przykładu, kazał nadzorcy spalić go żywcem na naszych oczach. Potem rozgrzali żelazo w żarze jego stosu pogrzebowego i, gdy – jedno po drugim – mijaliśmy tę zwęgloną grozę, powtórnie wypalili nam piętna.

 

James był pierwszą ofiarą zabójstwa. Później doszło do kolejnych. Chorzy byli chłostani na strzępy, wieszani na polach lub ginęli od kul. Byłem jeszcze dzieckiem i płakałem po nocach. Tymczasem z każdym nowym zgonem Wielka Kit tylko chrząkała z ponurym zadowoleniem, mrużąc wściekłe przekrwione oczy.

Śmierć była jak drzwi. Myślę, że Kit pragnęła, żebym to zrozumiał. Nie bała się jej. Wyznawała pradawną wiarę z poprzecinanych rzekami wyżyn Afryki, wedle której zmarli odradzają się w rodzinnych stronach i odzyskują wolność. Myśl ta wpadła jej do głowy na widok mężczyzny odzianego w biel jak smużka trucizny wlanej do studni.

Któregoś wieczoru wyjawiła mi swoje zamiary. Oznajmiła, że zrobi to szybko. Nie będzie bolało.

– Boisz się? – szepnęła, kiedy leżeliśmy w chacie. – Że umrzesz?

– Nie, jeśli ty się nie boisz – odparłem dzielnie. Czułem jej opiekuńcze ramię obejmujące mnie w ciemnościach.

Chrząknęła. Usłyszałem przeciągły, głęboki chrobot w jej piersi.

– Jak umrzesz, ockniesz się w rodzinnych stronach. Obudzisz się wolny. – Lekko wzruszyłem ramieniem. Poczuła to i, chwyciwszy palcami podbródek, obróciła moją głowę. – No, co tobie? – spytała. – Nie wierzysz mi?

Nie chciałem odpowiedzieć, bałem się, że będzie zła. Po chwili szepnąłem:

– Ja nie mam rodzinnych stron, Kit. Moja kraina jest tutaj. Czyli znów się tu obudzę, jako niewolnik? Tyle że bez ciebie?

– Zabiorę cię ze sobą do Dahomeju – burknęła stanowczo. – Tak to się odbywa.

– Widziałaś ich kiedy? Tych przebudzonych zmarłych? Jak byłaś w Dahomeju?

– Widziałam – szepnęła. – Wszyscy widzieli. Rozpoznaliśmy ich.

– I byli szczęśliwi?

– Byli wolni.

Poczułem, jak ogarnia mnie wieczorne znużenie.

– Jak to jest, Kit? Być wolnym?

Usłyszałem, jak przesuwa się na piasku. Przygarnęła mnie do siebie tak blisko, że czułem w uchu jej gorący oddech.

– Och, dziecko, nie ma niczego takiego na całym świecie. Kiedy jesteś wolny, możesz robić, co zechcesz.

– Chodzić tam, gdzie chcesz?

– Chodzić, gdzie chcesz. Wstawać, kiedy chcesz. Kiedy jesteś wolny, jak ktoś cię o coś pyta, nie musisz odpowiadać – szeptała. – Nie musisz kończyć pracy, jeśli ci się nie chce. Zwyczajnie ją zostawiasz.

Zadziwiony przymknąłem ciężkie powieki.

– Serio?

Pocałowała mnie tuż za uchem.

– Mhm. Rzucasz łopatę i idziesz.

*

To czemu zwlekała? Mijały dni. Życie na plantacji było coraz cięższe, coraz brutalniejsze, a mimo to Kit nas nie zabiła. Pewnie wstrzymywało ją jakieś przeczucie, jakaś przestroga.

Pewnego wieczoru zaprowadziła mnie do swojego małego ogródka warzywnego, gdzie mogliśmy być sami. Zadrżałem, gdy dostrzegłem w jej dłoni ostrą, zardzewiałą motykę, ale ona chciała mi tylko pokazać kiełkującą marchew. Którejś nocy obudziła mnie i bez słowa poprowadziła w ciemnościach przez wysoką trawę aż do uschniętej palmy, ale i wtedy tylko po to, żeby pouczyć, bym nie rozpowiadał o naszych planach.

– Jeśli ktoś to usłyszy, dziecko, rozdzielą nas na amen – syknęła. Nie rozumiałem, dlaczego czekamy. Powiedziałem, że chcę zobaczyć jej krainę. Chciałem chodzić z nią po Dahomeju wolny. – Trzeba to zrobić jak należy – szepnęła. – We właściwej kwarcie księżyca. Właściwymi słowy. Inaczej nie da się wezwać bogów.

Nagle nastąpił czas, kiedy inni odbierali sobie życie. Cosimo poderżnął własne gardło siekierą, Adam pociął nadgarstki ukradzionym z kuźni gwoździem. Znaleźli ich wykrwawionych w trawie za chatami, rankiem, dzień po dniu. Byli starymi Słonowodami, jak Kit, wierzyli, że się odrodzą w krainie przodków. Lecz kiedy młody William, który przyszedł na świat na plantacji, powiesił się w pralni, odwiedził nas sam Erasmus Wilde.

Kroczył powoli po gazonie w jaskrawobiałym stroju, a kilka kroków za nim podążał nadzorca w postrzępionym słomkowym kapeluszu, pchając przed sobą taczkę. Wiózł nią drewniany pal i kłębowisko szarych worków. W palącym słońcu przemierzyli trawę i przystanęli na skraju pola trzciny, gdzie nas zebrano. Nowy pan zlustrował wszystkich w upale.

Widziałem woskowe, bezkrwiste mięśnie jego twarzy i rąk, róż warg i przeszywający błękit oczu. Powoli przeszedł wzdłuż szeregu, przypatrując się każdemu z osobna. Słyszałem, jak dyszy nade mną Wielka Kit i zrozumiałem, że ona też się boi. Gdy pan spojrzał na mnie, poczułem ukrop jego wzroku i, drżąc, natychmiast spuściłem oczy. Powietrze stało przesycone wonią potu.

Mężczyzna w bieli machnął ręką do nadzorcy, a ten chwycił rączki taczki i zrzucił ładunek na ziemię.

Przebiegł wśród nas szmer, niczym wiatr.

Na piachu w stercie szarych szmat leżały zwłoki Williama. Zastygły grymas bólu, wybałuszone oczy, poczerniały wystający język. Od jego śmierci minęło już kilka dni i z ciałem działy się dziwne rzeczy. Był obrzmiały, wzdęty, pokryta cętkami skóra zrobiła się gąbczasta. Powoli ogarniała mnie groza.

Głos pana, gdy się wreszcie odezwał, był spokojny, oschły, znudzony.

– Widzicie tu czarnucha, który się zabił – oznajmił Erasmus Wilde. – Był moim niewolnikiem, odebrał sobie życie, czyli mnie okradł. To złodziej – przerwał i założył ręce za plecy. – Ponoć niektórzy z was wierzą, że po śmierci odrodzą się w ojczystej krainie. – Wyglądało, że powie coś jeszcze, lecz zamilkł. Nagle obrócił się na pięcie i machnął na nadzorcę.

Ten przykucnął nad ciałem, trzymając duży zakrzywiony nóż do patroszenia zwierzyny. Chwilę pogmerał, podłożył zrogowaciałą dłoń pod brodę Williama i ciął. Usłyszeliśmy straszliwy odgłos krojonych mokrych mięśni i gruchot kości i nagle ujrzeliśmy dziwaczne, pozbawione życia bezgłowe truchło Williama.

Nadzorca wstał, unosząc w rękach odciętą głowę niewolnika. Potem podszedł do taczki i ściągnął z niej długi drewniany pal. Wbiwszy go młotkiem w suchą ziemię, nasadził na jego szpiczasty koniec głowę Williama.

– Nikt nie odrodzi się bez głowy! – wykrzyknął pan. – Zrobię to z każdym, kto popełni samobójstwo. Zważcie, żadne z was nie zobaczy swojej krainy, jeśli nadal będziecie odbierać sobie życie. Umierajcie naturalną śmiercią.

Spojrzałem na Kit. Zerkała na nabitą na pal głowę Williama, na jego nabrzmiałe w słońcu ciało i dostrzegłem w jej twarzy coś, czego wcześniej tam nie było.

Rozpacz.

3

Ale to nie początek. Pozwólcie, że zacznę jeszcze raz, dla jasności.

Chodzę po tym świecie osiemnaście lat. Jestem Wyzwoleńcem, który sam o sobie stanowi.

Urodziłem się w 1818 roku na tej spalonej słońcem plantacji na Barbadosie. Tak mi powiedziano. Słyszałem też opowieść, że przyszedłem na świat podczas szaleńczej, nielegalnej przeprawy przez Atlantyk na pokładzie holenderskiego statku w obitej łańcuchami ładowni. Musiałoby to być jesienią 1817 roku. Wedle tej relacji moja matka zmarła wskutek trudnego porodu. Przez lata nie faworyzowałem żadnej z tych wersji zdarzeń, lecz gdy odzyskałem wolność, miewałem dziwne sny i przebłyski pamięci. Wysoka palisada z drewnianych bali, a naprzeciw czarna ściana dżungli. Nadzy, skuci ze sobą ludzie stąpający niepewnie po przegniłych deskach w mroczne trzewia brygu. Czyżbym śnił o Złotym Wybrzeżu, o forcie Anomabu, gdzie kwitł handel niewolnikami? Jak to możliwe?, spytacie. Spytajcie siebie o własne początki i o to, czy wasze życie aż tak bardzo się różni. Wszyscy musimy przyjmować na słowo opowieści o naszych narodzinach, bo choć w nich uczestniczymy, to bez świadomości.

Byłem czarnuchem od roboty w polu. Ciąłem trzcinę i tylko mój pot miał jakąś wartość. W wieku dwóch lat machałem motyką, pieliłem, znosiłem paszę dla krów i gołymi rękami zagarniałem łajno do dołków pod tyczkami trzciny. Jak miałem dziewięć lat, obdarowano mnie słomkowym kapeluszem i łopatą, którą ledwo zdołałem unieść; wtedy poczułem dumę, że stałem się mężczyzną.

Mój ojciec?

Ojca nie znałem.

Nazwisko nadał mi mój pierwszy pan, jak wszystkim. Nazwał mnie George Washington Black; zdrobniale Wash. Prześmiewczo obwieścił, że dostrzega we mnie coś z narodzin narodu, z prezydenta wojownika i z krainy słodyczy i wolności. Oczywiście powiedział to wszystko, nim wypalono mi piętno na twarzy, nim poszybowałem nocą w przestworza, uciekając z Barbadosu, i nim przekonałem się, jak to jest, gdy wyznaczą nagrodę za twoją głowę.

Nim biały człowiek skonał u moich stóp.

Nim poznałem Tyciego.

4

Tyci.

Pierwszy raz zobaczyłem go w tamten wieczór, w wieczór profanacji zwłok Williama, gdy ja i Wielka Kit zostaliśmy wezwani do Wielkiego Domu, by usługiwać przy pańskim stole.

Zaniepokoiło nas to niecodzienne polecenie; niewolnik z pola był czarnoskórym bydlęciem stworzonym do harówki, a nie istotą, którą wpuszcza się pod swój dach. Nie wiedzieliśmy, czemu pan wskazał właśnie nas. Bo kim my dla niego byliśmy? Po kilku godzinach zwątpienie Kit przemieniło się w milczącą wściekłość wywołaną tym, czego nie może zrobić mnie i sobie. Przeraziła się, że pan odkrył jej zamiary i planuje dla nas jakąś okrutną i bolesną karę.

Immanuel i młoda Émilie zeszli po łagodnym wzgórzu ku chatom w czystych biało-szarych strojach służby domowej, żeby nas zawezwać. Kit dźwignęła się z głazu, na którym siedziała, i gniewnie potrząsnęła głową.

– Washa tam nie zabieraj – odezwała się. – Ja pójdę, ale chłopaka zostawcie.

– Pan powiedział jasno, obydwoje – odparł Immanuel.

– Cześć, Wash – rzuciła nieśmiało Émilie.

– Cześć – odpowiedziałem, rumieniąc się.

– Jedzą przed zmierzchem – oznajmił Immanuel. – Szybko, zbierajcie się. Niech nie czekają.

Jeszcze nigdy wcześniej nie szedłem cienistą aleją drzew frangipani i nie zbliżyłem się do werandy domu pana. O zmierzchu podążyłem po wzgórzu za Kit, pierwszy raz czując pod stopami te kamyki i chłodne źdźbła trawy. Kit ciężkim wzrokiem wpatrywała się w dom.

Drzwi były otwarte na oścież. Zadrżała mi krtań, jakbym połknął ćmę. Kiedyś podczołgałem się pod wielki komin pralni i wygiąłem szyję, by zerknąć przez jego wnętrze na kwadrat nieba i przemykające po nim obłoki. Jego wysokość miała się jednak nijak do wysokości sufitu w Wielkim Domu. A nad nim szklana kopuła przepuszczająca wątłe wieczorne światło, które – niczym długa lina – opadało na podłogę. W powietrzu wirowały drobinki kurzu. Dostrzegłem rzeźbiony ornament nad drzwiami, ciężkie bordowe story i wyściełane zielone fotele przykucnięte na eleganckich wygiętych nóżkach. Uderzyło mnie niespotykane piękno tych wnętrz.

– Cudna, cudna cisza – szepnęła, kiwając głową, Wielka Kit. – Posłuchaj.

Nie śmieliśmy przekroczyć progu tego domu z naszymi brudnymi nogami, ubraniem, robactwem we włosach i smrodem, w którym – jak myślę teraz – mieszała się woń potu i ziemi. Stanęliśmy, niepewni i nieszczęśliwi. Zawezwano nas, więc nie mogliśmy zawrócić do chaty; nie mogliśmy też załomotać w drzwi, by obwieścić swe przybycie. Spojrzeliśmy po sobie.

W końcu zza rogu wychynął portier, Gaius. Poznałem go nieco w ciągu tych paru tygodni po przyjeździe Erasmusa Wilde’a, gdyż pan często przysyłał go do nadzorców z poleceniami. Był wysoki, chudy i stary jak dryfująca po wodzie drewniana szczapa. Oszczędny i powolny w gestach. Miał w sobie grację, którą wszyscy podziwialiśmy i którą wyśmiewaliśmy. Kiedyś był przystojny; w jego mocnych kościach policzkowych i wysokim czole można było dostrzec rodzaj królewskiego rysu człowieka wywyższonego ponad innych. W moich oczach jawił się jako surogat pana, ktoś, kto mówił i zachowywał się jak biały. Bałem się go.

Był sztywny i nieprzyjazny, lecz uprzejmy.

– Dobry wieczór, Catherine, młody Washingtonie.

Wielka Kit zaczęła ostrożnie:

– Gaiusie, wezwali nas tu Émilie i Immanuel – zawahała się. – Po co my jemu?

– Panu?

– A komu?

– To Immanuel wam nie powiedział?

Wielka Kit położyła mi na głowie ogromną dłoń. Czułem, że jest spięta. Wiedziałem, że boi się gniewu pana.

 

– Powiedział, że mamy usługiwać do stołu.

Gaius zmarszczył brwi i zerknął w wieczorną dal, jakby czekał tam ktoś jeszcze.

– Czyli to będziecie robić – odparł. – Pan na pewno ma swoje powody. Czekajcie w kuchni, póki was nie wezwą.

Żadne z nas nie drgnęło.

– Nasze nogi – powiedziała w końcu Kit.

Gaius spojrzał na brud, który oklejał nasze bose stopy. Powoli odchylił połę marynarki, wyjął z wewnętrznej kieszonki kamizelki wielką białą chustkę i wręczył ją Wielkiej Kit.

– Wytrzyjcie je – zakomenderował. – Oboje. Jeśli zostawicie ślady na marmurach, pożałujecie.

Gdy wykonaliśmy jego polecenie, obrócił się i poprowadził nas przez wielki hol. Dalej zimny marmur przechodził w parkiet. Nigdy w życiu nie widziałem czegoś podobnego – warkoczy drewnianych deseczek ułożonych w cudowny deseń. W domu panował chłód i pachniało miętą. Czułem, jak nieco topnieją moje obawy. Racja, że Kit nie czuła się swobodnie, ale ja chciałem zobaczyć i zapamiętać te wszystkie cuda, by ponieść je ze sobą do chaty. Białe koronki, srebrne świeczniki, drewno wypolerowane na taki błysk, że wyglądało jak skórka świeżego chleba. Mijaliśmy pokoje pełne starych dywanów, wysokich zegarów i dziwnych zastygłych w ruchu stworów o brunatnych szponach i wściekłym spojrzeniu. Wgapiałem się w nie, nie śmiejąc choćby mrugnąć okiem.

– Te zwierzaki są prawdziwe, Gaiusie? – szepnąłem.

Przystanął, by spojrzeć na wielką białą sowę siedzącą na grzędzie w alkowie. Jej żółte ślepia wpatrywały się nieruchomo w dal. Ani drgnęła.

– Kiedyś były żywe – mruknął prawie niedosłyszalnie. – Teraz są martwe i wypchane, tak jak pan.

– On też był kiedyś żywy?

Gaius obrzucił mnie nieprzeniknionym wejrzeniem. Gdy już myślałem, że odwróci wzrok, na jego twarzy pojawił się blady uśmiech.

– Tak mówią, młody Washingtonie.

Wiedziałem, że Kit bywa groźna, wręcz wybuchowa, lecz tutaj, sunąc przez korytarze tego domu, była jakby mniejsza, zastraszona i niepewna. Ta jej przemiana przeraziła mnie bardziej niż dziwne lśniące luksusy wokół. Przyspieszyłem kroku, podążając za Gaiusem w głąb Wilde Hall.

W końcu weszliśmy do kuchni. Było to obszerne pomieszczenie ze srebrzystymi garncami na ogniu, nad którymi drgał bijący od nich żar. Kucharka Maria z zakasanymi rękawami i twarzą umazaną mąką obróciła się, zaskoczona. Za nią dwie podkuchenne szarpały się z ogromną bańką. Szukałem wzrokiem Émilie, lecz nie dostrzegłem jej w kłębach mąki, wśród sterty brudnych, oblepionych sosem talerzy i wielkich drewnianych krajalnic z poszatkowaną papryką i słodkimi ziemniakami. W otwartym wielkim kominku buchał ogień, powoli obracał się w nim zawieszony na łańcuchu, lśniący ptak. Patrząc w zadziwieniu na tę obfitość, poczułem coś, czego dotąd nie znałem – pożądanie.

– Nawet nie próbuj, czarnuchu! – rzuciła ostro Maria, gdy mój wzrok spoczął na stojącym przy drzwiach talerzu z wypiekami.

Przyłapany na gorącym uczynku, spojrzałem na nią ze strachem. Wtedy coś drgnęło w jej twarzy i złagodniała.

– Na to czas będzie później – dodała już nieco przyjaźniej. – Jak będziesz zmywał, możesz zlizywać resztki.

– Naprawdę?

– Ale tylko te nadgryzione, jak będziesz skrobał talerze – wtrącił się Gaius. – Nietknięte jedzenie nie dla ciebie.

– Będziemy mogli wylizać talerze, Kit! – Uśmiechnąłem się do niej w zachwycie.

*

Ci dwaj rozmawiali, gdy ja i Wielka Kit weszliśmy tam z tacami pełnymi pieczywa i parujących warzyw. Na niskim kredensie pod ścianą w głębi jadalni stały opisane nam przez Gaiusa dania, które mieliśmy podawać. Uprzedził, że mamy to robić szybko, z atencją i w milczeniu. Nasze dłonie odziane w dziwne białe rękawiczki miały być na każde skinienie, a nasze ciała nieobecne.

Widziałem, że Wielka Kit czuje się bardzo nieswojo. Stała wściekła i milcząca, jakby przeklinała swoje rzucające się w oczy ciało; co rusz zaciskała dłonie. Wiedziała, że kara za nasz plan, by odebrać sobie życie, nie będzie łagodna. Teraz usiłowała zapanować nad mimiką i powoli odwróciła wzrok.

Też byłem przerażony, lecz nie mogłem się powstrzymać przed zerkaniem na talerz pana. Rozmyślałem o sosach i gorącej, brązowej skórce bułki, którą znużony pan nabierał sos.

Nigdy wcześniej nie byłem tak blisko niego. W blasku świec wyglądał tak jak na polu – woskowo i blado; miał ten sam kolor, co leżąca przed nim gomółka sera. Jego mięśnie były wiotkie i zmęczone. Gdy się nachyliłem, by drżącymi rękami nalać wody, poczułem bijącą od pana woń mokrego papieru. Zauważyłem też zakrzepłą krew pod paznokciami.

Mój wzrok przyciągał jednak ten drugi mężczyzna. Wyobrażałem sobie, że jest mroczny i budzi grozę, lecz tak nie było. Jego włosy sięgały ramion. Miał na sobie granatowy surdut. Palce miał długie i szczupłe; oba wskazujące zdobiły pierścienie wysadzane drogocennymi kamieniami. Stopy rozstawił pod krzesłem szeroko i pewnie, jakby w każdej chwili był gotów wstać. Siedział jednak całkiem spokojnie, gdy nalewałem do jego szklanki letnią wodę, i nawet przerwał swój wywód, by posłać mi delikatny uśmiech. Przesunął pajęczym palcem wzdłuż nosa – wydatnego i zgarbionego, z nozdrzami małymi jak dziurki guzika – po czym cichym głosem na powrót podjął temat.

– Próbowałem dolewać kwas siarkowy do opiłków żelaza. Próbowałem zwierzęcych pęcherzy, jedwabnych pończoch i papierowych worków, a nawet całkiem niedorzecznych pomysłów, by się przekonać, czy nie przeoczono jakichś ich zalet, lecz słusznie je wszystkie zarzucono, Erasmusie. Sądzę, że nic nie sprawdza się lepiej niż tlen, zwykły tlen i płótno. Te pułapy, które można osiągnąć; trzy tysiące, sześć tysięcy metrów! To doprawdy imponujące. Świat z tamtej perspektywy wygląda… jak dzieło Boga.

Pan żuł mięso i nawet nie podniósł wzroku.

– Przecież tam nie byłeś, na górze.

– Nie. Ja nie. Jeszcze nie.

– Czyli nie wiesz.

– Czytałem relacje innych.

– I wierzysz, że przemierzysz czymś takim Atlantyk.

– Tak, choć najpierw muszę przeprowadzić kilka lotów próbnych.

– Na Corvus Peak ciężko się wspiąć. – Pan chrząknął. – Nie spodoba ci się to w upale. – Ten drugi, o zielonych oczach, nie odpowiedział i pan tym razem spojrzał na niego. – Chcesz, żebym przydzielił ci kilku niewolników do noszenia sprzętu, tak? No, co? Mówże!

Ciemnowłosy zmarszczył czoło. Zastygł ze sztućcami zawieszonymi nad talerzem i spojrzał panu w oczy.

– Te ziemniaki są niezwykłe, nie sądzisz? – rzucił. – Niezłe w smaku, lecz wolę naszą białą odmianę z Hampshire.

– Cóż, miło, że zrywasz z nawykiem, by zjeść w mych skromnych progach. – Pan wytarł usta rąbkiem serwety.

– Zbyt łatwo cię urazić, Erasmusie. To tylko ziemniaki.

– Moje ziemniaki. – Łypnął na niego pan. – Przeze mnie wybrane. Zawsze z lubością wściubiałeś nos w moje upodobania. Zupełnie jak ojciec. Te wasze przeklęte osądy!

Zaskoczyła mnie wzmianka o ojcu; zerknąłem na tego drugiego. Nie przypuszczałem, że łączą go z naszym panem więzy krwi i dopiero teraz – niczym znak wodny – dostrzegłem podobieństwo: żywe, jasne spojrzenie, dziwnie pulchne dolne wargi, końcową intonację niektórych zdań i powolne ruchy dłoni, jak gesty wykonywane pod wodą.

Pan dostrzegł, że ten drugi zerka skrępowany na Wielką Kit i ostro się zaśmiał.

– Co? Ta locha? Nie urażę jej swoim językiem. Nie ma czego urazić, Christopherze. – Ten drugi delikatnie odłożył sztućce. – Nieważne – podsumował zniecierpliwiony pan, ospale machając ręką. – Mówiłeś o ulepszeniu ojcowskich balonów na powietrze i pułapach, jakie zamierzasz osiągnąć.

– To nie do końca balony na powietrze, ale owszem.

– I że potrzebujesz dużego ciężaru.

Brat mojego pana szczerze się roześmiał. Dziwny to był odgłos.

– Potrzebuję drugiej osoby, która ze mną poleci. Chodzi o balast. Samemu nie da się tego zrobić.

– I ten balast życzysz sobie wziąć ode mnie? – Wzrok mojego pana skwaśniał.

– Erasmusie, wielkość odnosi się do wszelkich twoich cech.

– Chcesz powiedzieć, że jestem gruby?

Christopher zamilkł i spojrzał mojemu panu w oczy.

– Może zadowolisz się czymś lżejszym. – Pan nagle się obrócił i machnął ręką na mnie. Poczułem, jak karafka z wodą, którą trzymam, drży. Nie śmiałem na niego spojrzeć. – Zabierz ze sobą to czarne cielę. Powinien się nadać.

– Daj spokój, Erasmusie.

– To sugestia czy polecenie?

Christopher głęboko zaczerpnął powietrza.

– Nigdy nie pojmę, czemu doszukujesz się ujmy we wszystkim, co mówię. Jesteśmy tu tylko my dwaj, przyjechałem na krótko. Nie lepiej cieszyć się tą chwilą, próbując nawzajem się zrozumieć?

– Brakuje mi zrozumienia?

– Brakuje ci… – zaczął brat Erasmusa, lecz przerwał tę myśl i odparł jedynie: – Nie zamierzam prowadzić takich rozmów przy służbie.

– To nie służba, Tyci. To meble. – Christopher wypuścił powietrze, przewracając przy tym oczami, a pan kontynuował: – Jesteś za miękki, braciszku. Jak spodziewasz się wytrzymać tu cały rok, skoro już uwierają cię bezbożności czynione czarnuchom? Boże! Ojciec od razu straciłby estymę, jaką cię darzył, gdyby zobaczył, jaki się zrobiłeś miękki. Doprawdy, czemuś się uparł, żeby podążyć za mną w to nieszczęsne miejsce, zważywszy na twe przekonania? Planujesz mi wykraść wszystkich niewolników, kiedy będę spał?