Wojownicy. Ucieczka w dziczTekst

Z serii: Wojownicy #1
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

Rozdział 2


— Więc? — wysyczała Błękitna Gwiazda, przybliżając do niego pyszczek zaledwie na długość myszy. Lwie Serce w milczeniu spoglądał na Rdzawego z góry.

Kociak położył po sobie uszy i przykucnął pod zimnym spojrzeniem złocistego wojownika. Nagle poczuł się niewygodnie we własnym futrze.

— W żaden sposób nie zagrażam twojemu klanowi — miauknął, spuszczając wzrok na swoje drżące łapy.

— Zagrażasz naszemu klanowi, gdy zabierasz nasze jedzenie! — wrzasnęła Błękitna Gwiazda. — W swoim gnieździe Dwunożnych masz wszystkiego w bród. Przychodzisz tu polować dla zabawy, a dla nas to kwestia życia i śmierci.

Prawda słów królowej wojowników przeszyła Rdzawego jak cierń; wreszcie zrozumiał przyczynę jej gniewu. Przestał drżeć, usiadł i postawił uszy. Uniósł oczy i napotkał jej spojrzenie.

— Nie pomyślałem o tym wcześniej. Przepraszam — miauknął poważnie. — Nie będę tu więcej polował.

Błękitna Gwiazda przestała stroszyć sierść na grzbiecie i dała znak Lwiemu Sercu, by cofnął się o krok.

— Jesteś niezwykłym kociakiem, Rdzawy — przy­znała.

Westchnienie ulgi, które wydał Szara Łapa, sprawiło, że Rdzawy zastrzygł uszami. Usłyszał aprobatę w głosie Błękitnej Gwiazdy i zauważył, że wymieniła z Lwim Sercem znaczące spojrzenie. Zaciekawił się. Co chciało sobie przekazać tych dwoje wojowników?

Zapytał cicho:

— Czy naprawdę tak trudno tu przeżyć?

— Nasze terytorium obejmuje tylko część lasu — odpowiedziała Błękitna Gwiazda. — O to, co mamy, rywalizujemy z innymi klanami. A późne pojawienie się nowych liści oznacza brak zwierzyny.

— Czy wasz klan jest duży? — wypytywał Rdzawy z szeroko otwartymi oczami.

— Wystarczająco — odparła Błękitna Gwiazda. — Nasze terytorium jest w stanie wyżywić nas, ale nikogo więcej.

— Zatem wszyscy jesteście wojownikami? — miauknął Rdzawy. Powściągliwe odpowiedzi coraz bardziej zaostrzały jego ciekawość.

Tym razem odpowiedzi udzielił Lwie Serce.

— Niektórzy tak. Inni są zbyt młodzi lub zbyt starzy, albo zbyt zajęci opieką nad młodymi, by polować.

— I wszyscy żyjecie razem i dzielicie się wspólnie łupami! — zamruczał z podziwem Rdzawy, czując się trochę winny w powodu własnego wygodnego, samolubnego życia.

Błękitna Gwiazda ponownie spojrzała na Lwie Serce, który odpowiedział równie długim spojrzeniem. Wreszcie zwróciła wzrok na Rdzawego i zamiauczała:

— Może powinieneś sam dowiedzieć się niektórych rzeczy. Czy chciałbyś dołączyć do Klanu Pioruna?

Rdzawy ze zdumienia nie potrafił znaleźć słów odpowiedzi.

Błękitna Gwiazda ciągnęła:

— Jeśli to zrobisz, powinieneś potrenować z Szarą Łapą, by stać się wojownikiem klanu.

— Ale domowe kociaki nie mogą być wojownikami! — wyrwał się Szara Łapa. — Nie mają w sobie krwi wojowników!

Oczy Błękitnej Gwiazdy zaszły mgłą smutku.

— Krew wojowników… — powtórzyła z westchnieniem. — Zbyt wiele jej się ostatnio polało.

Zamilkła, a głos zabrał Lwie Serce.

— Błękitna Gwiazda proponuje ci tylko naukę, młodzieńcze. Nie ma żadnej pewności, że zostaniesz prawdziwym wojownikiem. To może okazać się dla ciebie zbyt trudne. Przecież jesteś przyzwyczajony do życia w wygodzie.

Słowa Lwiego Serca ukłuły dumę Rdzawego, który odwrócił głowę w stronę złotego kocura.

— Dlaczego zatem dajecie mi szansę?

Ale to Błękitna Gwiazda odpowiedziała.

— Masz rację, zapytując o nasze motywy, młodzieńcze. Fakty są takie, że Klan Pioruna potrzebuje więcej wo­jowników.

— Rozumiesz, że Błękitna Gwiazda nie składa tej propozycji lekko — ostrzegł Lwie Serce. — Jeśli chcesz z nami trenować, musimy przyjąć cię do naszego klanu. Musisz albo żyć z nami według naszych zwyczajów, albo wrócić do swoich Dwunożnych i nigdy więcej się tu nie pokazywać. Nie możesz żyć w rozkroku, każdą łapą w innym świecie.

Chłodnawy wiaterek poruszył zarośla, mierzwiąc fut­ro Rdzawego. Kot zadrżał, lecz nie z zimna, tylko z radosnego podniecenia na myśl o niewiarygodnych możliwościach, jakie się przed nim otwierały.

— Zastanawiasz się, czy warto porzucić swoje wygodne życie domowego kociaka? — zapytała łagodnie Błękitna Gwiazda. — Lecz czy zdajesz sobie sprawę, jaką cenę zapłacisz za swoje ciepło i jedzenie?

Rdzawy spojrzał na nią zmieszany. Z pewnością spotkanie z tymi kotami dowiodło mu, jak łatwe i luksusowe życie prowadzi.

— Mogę powiedzieć ci, że jesteś wciąż kocurkiem — dodała Błękitna Gwiazda. — Pomimo tego smrodu Dwunożnych, który przenika twoje futro.

— Co masz na myśli, mówiąc, że wciąż jestem kocurkiem?

— Dwunożni nie zabrali cię jeszcze na wizytę do Obcinacza — oznajmiła poważnie Błękitna Gwiazda. — Byłbyś wtedy zupełnie inny. Podejrzewam, że nie tak chętny do stawienia czoła kotu z klanu!

W pierwszej chwili Rdzawy nie zrozumiał, o co chodzi, ale przyszedł mu na myśl Henryk, który od czasu wizyty u weterynarza przytył i rozleniwił się. Czy to miała na myśli Błękitna Gwiazda, mówiąc o Obcinaczu?

— Klan nie zapewni ci tak łatwo strawy albo ciepła — ciągnęła Błękitna Gwiazda. — W bezlistnej porze roku noce w lesie mogą być bardzo ciężkie. Klan żąda głębokiej lojalności i ciężkiej pracy. Jeśli okaże się to konieczne, będzie oczekiwać od ciebie obrony, nawet z poświęceniem życia. I jest wiele gąb do wykarmienia. Ale korzyści są ogromne. Pozostaniesz samcem. Nauczysz się życia na wolności. Dowiesz się, co to znaczy być prawdziwym kotem. Siła klanu i twoich towarzyszy zawsze będą z tobą, nawet na polowaniu w pojedynkę.

Rdzawemu zakręciło się w głowie. Błękitna Gwiazda proponowała mu to kuszące życie, które tyle razy przeżywał w swoich snach, ale czy umiałby żyć w ten sposób w rzeczywistości?

Lwie Serce przerwał jego rozmyślania.

— Chodź, Błękitna Gwiazdo, nie marnujmy już czasu. Musimy dołączyć do drugiego patrolu, dopóki świeci księżyc. Tygrysi Pazur będzie się zastanawiał, co się z nami stało.

Wstał i machnął niecierpliwie ogonem.

— Poczekajcie — miauknął Rdzawy. — Mogę przemyśleć waszą propozycję?

Błękitna Gwiazda przyglądała mu się przez długą chwilę, po czym kiwnęła głową.

— Lwie Serce będzie tu jutro w południe — powiedziała. — Wtedy przekażesz mu swoją odpowiedź.

Zamruczała cichy sygnał; trzy koty tym samym ruchem odwróciły się i zniknęły w zaroślach.

Rdzawy zamrugał. Rozemocjonowany, niepewny, uniósł wzrok ku górze, gdzie wysoko nad baldachimem liści paproci na bezchmurnym niebie migotały gwiazdy. Ciężki zapach kotów z klanu wciąż wisiał w nocnym powietrzu. A gdy odwrócił się i ruszył do domu, doznał dziwnego wrażenia, jakby coś ciągnęło go z powrotem w głąb lasu. Delikatny wiatr cudownie igrał z jego futrem, a szelest liści zdawał się szeptać w cieniu jego imię.

Rozdział 3


Rano, gdy Rdzawy odsypiał nocną włóczęgę, ponownie śnił o myszy, bardziej nawet realistycznie niż poprzednio. Wolny od obroży, w świetle księżyca tropił płochliwe stworzenie. Tym razem jednak zdawał sobie sprawę, iż jest obserwowany, gdyż w cieniu lasu widział dziesiątki świecących żółtych oczu. Koci klan wszedł do świata jego snu.

Rdzawy obudził się i zamrugał w jaskrawych promieniach słońca odbijających się w kuchennej podłodze. Futro miał puszyste i ciepłe; do jednej miski dosypano jedzenia, drugą wypłukano i napełniono gorzką w smaku wodą Dwunożnych. Rdzawy wolał pić z kałuż na zewnątrz, jednak musiał przyznać, że w upał, gdy usychał z pragnienia, łatwiej było chłeptać wodę w domu. Naprawdę mógłby porzucić to przyjemne życie?

Zjadł, następnie pchnął klapkę kociego wyjścia do ogrodu. Dzień zapowiadał się ciepły, a ogród przepełniał intensywny zapach wczesnych kwiatów.

— Cześć, Rdzawy! — dobiegło miauknięcie z ogrodzenia. To był Łatek. — Powinieneś wstać godzinę temu. Młode wróble wyleciały na pierwszą wycieczkę, rozprostować skrzydła.

— Złapałeś jakiegoś? — zapytał Rdzawy.

Łatek ziewnął i oblizał nos.

— Szkoda zachodu, najadłem się w domu. A dlaczego właściwie nie wyszedłeś wcześniej? Wczoraj skarżyłeś się na Henryka, że ciągle śpi, a dziś zachowujesz się niewiele lepiej od niego.

Rdzawy usiadł na chłodnej ziemi obok ogrodzenia i zawinął ogon wokół przednich łap.

— Wczoraj wieczorem byłem w lesie — przypomniał swojemu przyjacielowi. Na samo wspomnienie poczuł, jak krew zaczyna wrzeć mu w żyłach, a futro się stroszy.

Łatek spojrzał na niego z góry, a oczy mu się rozszerzyły.

— No tak, zapomniałem! I jak było? Złapałeś coś? Albo czy coś złapało ciebie?

Rdzawy milczał chwilę, nie bardzo wiedząc, jak opowiedzieć staremu przyjacielowi, co się wydarzyło.

— Spotkałem dzikie koty — zaczął.

— Co?! — Łatek był najwyraźniej wstrząśnięty. — Wdałeś się w bójkę?

— Mniej więcej. — Rdzawy przypomniał sobie siłę dzikich kotów i znów poczuł dreszcz energii przebiegający przez jego ciało.

— Zrobiły ci coś? Co się stało? — dopytywał zaintrygowany Łatek.

— Były trzy. Większe i silniejsze od każdego z nas.

— I walczyłeś ze wszystkimi trzema naraz! — wtrącił Łatek, którego ogon drgał w napięciu.

— Nie! — miauknął pospiesznie Rdzawy. — Tylko z najmłodszym; dwa inne przyszły później.

— Dlaczego nie rozszarpały cię na kawałki?

— Po prostu ostrzegły mnie i kazały opuścić ich terytorium. Ale potem... — Rdzawy zawahał się.

 

— Co?! — miauknął niecierpliwie Łatek.

— Spytały, czy nie przyłączyłbym się do ich klanu.

Wąsy Łatka zadrgały niedowierzająco.

— Naprawdę! — upierał się Rdzawy.

— Dlaczego niby miałyby to robić?

— Nie wiem — przyznał Rdzawy. — Myślę, że potrzebują dodatkowych łap.

— Dla mnie brzmi to trochę dziwnie — miauknął niepewnie Łatek. — Na twoim miejscu nie ufałbym im.

Rdzawy spojrzał na niego. Jego czarno-biały przyjaciel nigdy nie okazywał zainteresowania ryzykownymi wyprawami do lasu, życie w ludzkim domu najzupełniej mu wystarczało do szczęścia. Nigdy nie zrozumiałby niespokojnych tęsknot, jakie budziły w Rdzawym conocne sny o polowaniu.

— Ale ja im ufam — mruknął cicho. — Przemyślałem to. Zamierzam się do nich przyłączyć.

Łatek zszedł z ogrodzenia i stanął przed nim.

— Proszę, nie idź, Rdzawy — zamiauczał z niepokojem. — Może nigdy więcej cię już nie zobaczę.

Rdzawy szturchnął go czule w głowę.

— Nie martw się. Do mojego domu przyjdzie inny kot. Dobrze ci się z nim ułoży. Jak ze wszystkimi innymi!

— Ale to nie będzie to samo! — zawodził Łatek.

Rdzawy niecierpliwie machnął ogonem.

— O to właśnie chodzi. Jeśli zostanę tutaj, zabiorą mnie do Obcinacza i też nie będę już taki sam.

Łatek zrobił zdziwioną minę.

— Obcinacz? — powtórzył.

— Weterynarz — wyjaśnił Rdzawy. — Zmienię się tak jak Henryk.

Łatek potrząsnął głową i spuścił wzrok na swoje łapy.

— Ale z Henrykiem jest wszystko w porządku — wymamrotał. — To znaczy, wiem, trochę się rozleniwił, ale nie narzeka. Wciąż moglibyśmy dobrze się bawić.

Rdzawy poczuł, że jego serce wypełnia się smutkiem na myśl z rozstaniu z przyjacielem.

— Przykro mi, Łatku. Będzie mi ciebie brakowało, ale muszę iść.

Łatek nie odpowiedział; podszedł i łagodnie dotknął ­nosem nosa Rdzawego.

— No, dobrze. Rozumiem, że cię nie zatrzymam, ale przynajmniej spędźmy razem jeszcze ten poranek.

Rdzawy spędził poranek nawet przyjemniej niż zwykle, odwiedzając z Łatkiem ulubione zakamarki i gawędząc z towarzyszami dzieciństwa. Wszystkie zmysły miał wyczulone, jak przed ogromnym skokiem. W miarę zbliżania się południa z coraz większą niecierpliwością wyglądał pojawienia się Lwiego Serca; czy naprawdę dziki kocur będzie na niego czekał? Leniwe miauknięcia starych znajomych zlewały się w jednostajny szum, który docierał do niego jak przez mgłę, gdyż całą natężoną uwagę skierował na las.

Po raz ostatni zeskoczył z ogrodzenia swojego ogrodu i chyłkiem wszedł do lasu. Pożegnał się już z Łatkiem, a teraz wszystkie myśli skupił na lesie i kotach, które w nim mieszkały.

Gdy zbliżył się do miejsca, w którym ostatniej nocy spotkał się z kotami z klanu, usiadł i z rozkoszą wciągnął powietrze. Wysokie drzewa chroniły ziemię przed południowym słońcem, zapewniając spokój i chłód. Przebijające gdzieniegdzie przez liście promienie słońca rozświetlały leśne podłoże. Rdzawy czuł zapach kotów, ten sam, co poprzedniego wieczora, ale nie miał pojęcia, czy to stary, czy świeży ślad. Podniósł głowę i zawęszył niepewnie.

— Musisz się wiele nauczyć — zamiauczał niski głos. — Nawet najmłodszy członek klanu potrafi wyczuć innego kota w pobliżu.

Spod jeżynowego krzaku błysnęła para zielonych oczu. Teraz Rdzawy rozpoznał zapach: to Lwie Serce.

— Możesz stwierdzić, czy jestem sam? — zapytał złocisty kocur, wychodząc z cienia.

Rdzawy pospiesznie zawęszył raz jeszcze. Zapachy Błękitnej Gwiazdy i Szarej Łapy wciąż były wyczuwalne, ale nie tak silne jak poprzedniej nocy. Miauknął niepewnie:

— Tym razem nie ma z tobą Błękitnej Gwiazdy i Szarej Łapy.

— Tak, zgadza się — przytaknął Lwie Serce. — Ale jest ktoś inny.

Rdzawy zesztywniał, gdy w krąg światła wkroczył inny kot klanu.

— To Biała Burza — powiedział Lwie Serce. — Jeden ze starszych wojowników Klanu Pioruna.

Rdzawy popatrzył na kocura i poczuł zimne ciarki na plecach. Czy to pułapka? Umięśniony, o długim cielsku Biała Burza stanął przed Rdzawym, patrząc na niego z góry. Jego biała sierść była gęsta i gładka, oczy żółte, w kolorze spalonego słońcem piasku. Rdzawy położył ostrożnie uszy po sobie i napiął mięśnie w oczekiwaniu na walkę.

— Odpręż się, zanim zapach twojego strachu przyciąg­nie uwagę wrogów — rzucił Lwie Serce. — Przyszliśmy zabrać cię do naszego obozu.

Rdzawy siedział nieruchomo, nie ośmielił się oddychać, dopóki Biała Burza nie wyciągnął do przodu nosa i nie dał mu się powąchać.

— Witaj, młodzieńcze — zamruczał biały kocur. — Wiele o tobie słyszałem.

Rdzawy pochylił głowę na powitanie.

— Ruszamy, porozmawiamy w obozie — zarządził Lwie Serce i natychmiast razem z Białą Burzą skoczyli daleko w zarośla. Rdzawy zerwał się na łapy i pognał za nimi, jak mógł najszybciej.

Dwóch wojowników gnało przez las, nie oglądając się na Rdzawego, który długo usiłował za nimi nadążyć. Niemal nie zwalniając, dotarli do zwalonych drzew i przesadzili je jednym skokiem, podczas gdy Rdzawy musiał gramolić się przez nie łapa za łapą. Minęli intensywnie pachnące sosny, wśród których musieli przeskakiwać przez głębokie wykroty, pozostawione przez pożeracze drzew należące do Dwunożnych. Z bezpiecznego miejsca na ogrodzeniu swojego ogrodu Rdzawy często słyszał ryki i warkoty dochodzące z oddali. Jeden z wykrotów, wypełniony do połowy mulistą, cuchnącą wodą, był zbyt szeroki, by go przeskoczyć. Koty z klanu przebrnęły przez nią bez wahania.

Rdzawy nigdy dotąd nie zamoczył łapy w wodzie, jednak postanowił nie okazywać jakichkolwiek oznak słabości, więc zmrużył oczy i wszedł, próbując ignorować niemiłą wilgoć, która moczyła mu futro na brzuchu.

W końcu Lwie Serce i Biała Burza przystanęli. Rdzawy z poślizgiem zatrzymał się za nimi i stał, dysząc, podczas gdy dwóch wojowników weszło na głaz, który opierał się o krawędź małego wąwozu.

— Jesteśmy już bardzo blisko naszego obozu — zamiauczał Lwie Serce.

Rdzawy wytężał wzrok, żeby dostrzec jakieś oznaki życia — poruszenia liści, mignięcie futra wśród krzaków poniżej, ale nie zdołał wypatrzeć niczego z wyjątkiem takich samych zarośli, jakie pokrywały całą okolicę.

— Użyj swojego nosa. Musisz umieć to wywęszyć — syknął niecierpliwie Biała Burza.

Rdzawy zamknął oczy i zaczął niuchać. Biała Burza miał rację. Zapachy unoszące się w tym miejscu stanowczo różniły się od kocich zapachów, do których przywykł. Były znacznie silniejsze, wskazując na obecność bardzo wielu innych kotów.

Poważnie skinął głową i ogłosił:

— Czuję zapach kotów.

Lwie Serce i Biała Burza wymienili rozbawione spojrzenia.

— Jeśli przyjmiemy cię do klanu, w końcu poznasz zapach każdego z nas — miauknął Lwie Serce. — Za mną!

Poprowadził zwinnie po głazach w dół, na dno wąwozu, i przecisnął się przejściem przez grubą warstwę kolcolistu. Rdzawy ruszył za nim, z tyłu podążał Biała Burza. Ocierając się bokiem o ciernisty krzew, Rdzawy opuścił wzrok na ziemię. Wydeptana trawa pod jego łapami tworzyła szeroką, silnie pachnącą drogę. „To musi być główne wejście do obozu”, pomyślał.

Za kolcolistem otworzyła się polana. Jej środek stanowiła naga, stwardniała ziemia, udeptana łapami wielu pokoleń. Obóz istniał tu od dawna. Polankę pokrywały cętki promieni słonecznych, a powietrze stało nieruchome i ciepłe.

Rdzawy rozejrzał się dookoła i szerzej otworzył oczy. Koty były wszędzie, siedząc w pojedynkę lub grupami, wspólnie jedząc albo rozmawiając cicho podczas wzajemnej pielęgnacji.

— Po południu, gdy dzień jest najgorętszy, nadchodzi czas na dzielenie się językami — wyjaśnił Lwie Serce.

— Dzielenie się językami? — powtórzył Rdzawy.

— Koty klanu zawsze poświęcają czas na wzajemną pielęgnację i dzielenie się wiadomościami dnia — wyjaśnił mu Biała Burza. — Nazywamy to dzieleniem się językami. To zwyczaj, który łączy członków klanu.

Koty oczywiście poczuły obcy zapach Rdzawego, zaczęły odwracać głowy i patrzeć zdziwione w jego stronę.

Onieśmielony nagle bezpośrednimi spojrzeniami tylu nieznajomych, Rdzawy rozejrzał się po polanie. Była obramowana gęstą trawą, poprzecinana pniakami i wykrotami. Gruba zasłona paproci i kolcolistu oddzielała obóz od reszty lasu.

— Tam — miauknął Lwie Serce, celując ogonem w kierunku wyglądającej na nieprzebytą plątaniny jeżyn — jest żłobek, w którym małe kociaki mają opiekę.

Rdzawy nastawił uszu w tamtym kierunku. Nie zdołał przebić wzrokiem plątaniny kłujących gałęzi, ale usłyszał popiskiwanie kilku kociąt gdzieś w środku. Ruda kotka wyślizgnęła się na zewnątrz przez małą lukę w gąszczu. „To musi być jedna z królowych”, pomyślał Rdzawy.

Koło jeżynowego krzaka pojawiła się przysadzista królowa z charakterystycznymi czarnymi pręgami. Zanim pręgowana kotka wślizgnęła się do żłobka, mrucząc do popiskujących kociąt, obie nawzajem polizały się przyjaźnie po głowach.

— Wszystkie nasze królowe opiekują się naszymi kociakami — wyjaśnił Lwie Serce. — Wszystkie koty służą klanowi. Lojalność wobec klanu jest pierwszym prawem kodeksu wojownika, to lekcja, którą musisz sobie szybko przyswoić, jeśli chcesz z nami pozostać.

— Nadchodzi Błękitna Gwiazda — miauknął Biała Burza, węsząc.

Rdzawy również zaczął węszyć i ku swemu zadowoleniu stwierdził, że jest w stanie wyłapać zapach szarej kocicy, zanim wyłoniła się z cienia dużego głazu na skraju polany.

— Przyszedł — zamruczała Błękitna Gwiazda do wojowników.

— Lwie Serce był przekonany, że nie przyjdzie — odpowiedział Biała Burza.

Rdzawy zauważył, że czubek ogona Błękitnej Gwiazdy poruszył się niecierpliwie.

— Dobrze, co o nim myślicie? — zapytała przywódczyni.

— Pomimo mizernego wzrostu nadążał za nami w drodze powrotnej — przyznał Biała Burza. — Na pewno jak na kota domowego jest silny.

— Więc zgadzacie się? — Błękitna Gwiazda popatrzyła na Lwie Serce i Białą Burzę.

Oba kocury kiwnęły głowami.

— Zatem oznajmię jego przybycie klanowi. — Błękitna Gwiazda wskoczyła na głaz i wrzasnęła: — Wszystkie koty dość duże, by samodzielnie polować, mają stawić się pod Wysoki Głaz na spotkanie klanu!

Na to wezwanie wszystkie koty ruszyły truchtem w jej stronę; kolejne płynne cienie pojawiały się na skraju polany. Rdzawy wciąż stał w miejscu między Lwim Sercem a Białą Burzą. Inne koty usadowiły się pod Wysokim Głazem i z wyczekiwaniem spoglądały na swoją przy­wódczynię.

Rdzawy poczuł przypływ ulgi, gdy wśród kotów rozpoznał gęste futro Szarej Łapy. Za nim usiadła młoda szylkretowa królowa, schludnie układając na małych białych łapkach swój czarno zakończony ogon. Duży ciemnoszary pręgowany kot przykucnął za nimi; czarne pasy na jego sierści przypominały cienie na leśnym poszyciu rozświetlonym księżycową poświatą.

Gdy wszystkie koty się zebrały, przemówiła Błękitna Gwiazda.

— Klan Pioruna potrzebuje wojowników — rozpoczęła. — Jeszcze nigdy nie mieliśmy tak niewielu uczniów. Postanowiono, że na szkolenie przyjmiemy kota spoza klanu...

Wokół wybuchło pełne oburzenia narzekanie, ale Błękitna Gwiazda uciszyła je stanowczym prychnięciem.

— Spotkałam kota, który chce zostać uczniem Klanu Pioruna.

— Szczęściarz! — nad pomruk rozprzestrzeniający się wśród zszokowanych kotów wybił się pojedynczy głos.

Rdzawy wyciągnął szyję i ujrzał jasnego pręgowanego kota, który wstał i wyzywającym wzrokiem obrzucił przywódczynię.

Błękitna Gwiazda zignorowała go i zwróciła się do całego klanu.

— Lwie Serce i Biała Burza poznali tego kociaka i zgadzają się ze mną, że powinniśmy trenować go wraz z innymi uczniami.

Rdzawy podniósł wzrok na Lwie Serce, po czym przeniósł spojrzenie z powrotem na pozostałych. Wszystkie oczy spoczywały teraz na nim. Poczuł swędzenie na skórze i przełknął nerwowo. Na moment zapadła cisza. Rdzawy był pewien, że wszyscy słyszą bicie jego serca i czują zapach jego strachu.

W tłumie narastał gniewny pomruk.

— Skąd on pochodzi?

— Do którego klanu należy?

— Jak dziwnie pachnie! To na pewno nie jest zapach żadnego klanu!

Jeden głos brzmiał szczególnie donośnie.

— Spójrzcie na jego obrożę! To kot domowy! — ponownie odezwał się jasny kot. — Domowy kot zawsze pozostanie piecuchem. Ten klan potrzebuje dziko urodzonych wojowników do obrony, a nie kolejnej paszczy do wyżywienia.

Lwie Serce pochylił się i wysyczał do ucha Rdzawego:

 

— Ten pręgowany kot to Długi Ogon. Wyczuwa po twoim zapachu, że się boisz. Wszyscy to wyczuwają. Musisz udowodnić jemu i wszystkim innym, że strach cię nie powstrzyma.

Ale Rdzawy nie był w stanie się poruszyć. Jak miałby udowodnić tym groźnym stworom, że nie jest domowym kociakiem?

Pręgowany ciągnął swoje szyderstwa.

— Twoja obroża to piętno Dwunożnych, a te hałaśliwe dzwoneczki w najlepszym wypadku nie pozwolą ci nic upolować. W najgorszym — ściągną na nasze terytorium Dwunożnych, poszukujących swojego zaginionego kiciusia, którego żałosne dzwonienie rozlega się wśród drzew.

Tłum wrzasnął zgodnie.

Długi Ogon, świadomy poparcia zebranych, mówił dalej:

— Hałas twojego podstępnego dzwonka zaalarmuje naszych wrogów, nawet jeśli nie zrobi tego smród twoich Dwunożnych!

Lwie Serce jeszcze raz wysyczał do ucha Rdzawego:

— Nie podejmiesz wyzwania?

Rdzawy wciąż stał bez ruchu, jednak teraz spróbował określić dokładnie położenie Długiego Ogona. Kot stał za brązową królową. Rdzawy położył po sobie uszy, zmrużył oczy i sycząc, czmychnął przez zaskoczone koty, by rzucić się na swojego dręczyciela.

Długi Ogon był zupełnie nieprzygotowany na atak. Zachwiał się, tracąc oparcie na wysuszonej ziemi. Pchany desperackim pragnieniem udowodnienia swojej wartości Rdzawy wbił pazury w futro pręgowanego kota i zatopił w nim zęby. Tej walki nie poprzedziły żadne wyszukane rytuały bicia i boksowania. Dwa koty starły się z wrzaskiem, tworząc kłąb, który przesunął się na środek obozu. Pozostali musieli uskoczyć na boki przed wyjącym futrzanym tornadem.

Drapiąc i gryząc, Rdzawy nagle uświadomił sobie, że nie czuje strachu, a jedynie radość. Przez pulsowanie krwi w uszach słyszał wokół wycie radośnie podnieconej widowni.

I wtedy Rdzawy poczuł, jak obroża zaciska mu się na szyi. Długi Ogon chwycił ją w zęby i zaczął szarpać. Mocno. Rdzawy poczuł straszliwy ucisk na gardle. Nie mogąc złapać oddechu, zaczął wpadać w panikę. Wił się i kręcił, jednak z każdym ruchem nacisk się wzmagał. Czując, że zbiera mu się na wymioty, i wciągając w płuca powietrze, Rdzawy zebrał wszystkie siły, by wyrwać się z uchwytu Długiego Ogona. I nagle, z głośnym trzaskiem, uwolnił się.

Długi Ogon potoczył się spory kawałek dalej. Rdzawy zerwał się na łapy i rozejrzał. Przeciwnik kucał w odleg­łości trzech ogonów, a z pyska zwisała mu obroża, wymięta i rozdarta.

W tej chwili z Wysokiego Głazu zeskoczyła Błękitna Gwiazda i głośnym miauczeniem uciszyła gwarny tłum. Rdzawy i Długi Ogon stali na swoich miejscach, z trudem łapiąc oddech. Kępki wyrwanej sierści zwisały im z grzbietów. Rdzawy czuł palące skaleczenie nad oczami, a Długi Ogon miał paskudnie naderwane lewe ucho, z którego krew spływała po szczupłych łopatkach i kapała na zakurzoną ziemię. Wpatrywali się w siebie z wciąż żywą wrogością.

Błękitna Gwiazda zrobiła krok w przód i wzięła obrożę od Długiego Ogona. Położyła ją na ziemi przed sobą i zamiauczała:

— Nowicjusz stracił obrożę Dwunożnych w walce o honor. Klan Gwiazdy ogłasza jego przyjęcie. Ten kot wyrwał się z niewoli swoich Dwunożnych właścicieli i może dołączyć do Klanu Pioruna jako uczeń.

Rdzawy spojrzał na Błękitną Gwiazdę i poważnie kiwnął głową na tę wieść, po czym wstał i postąpił krok w przód, w plamę słońca, z zadowoleniem poddając się ciepłym promieniom, kojącym ból mięśni. Światło odbiło się od jego pomarańczowej sierści, zapalając na niej ogniste blaski. Rdzawy podniósł dumnie głowę i patrzył na otaczające go koty. Tym razem nie rozległ się ani jeden głos sprzeciwu czy szyderstwo. Nowy okazał się godnym przeciwnikiem w walce.

Błękitna Gwiazda podeszła i na ziemi przed nim położyła zniszczoną obrożę. Nosem dotknęła delikatnie jego ucha.

— W tym świetle słonecznym wyglądasz, jakbyś został napiętnowany ogniem — zamruczała. Jej oczy zabłysły na moment, jakby te słowa niosły ze sobą jakieś głębsze znaczenie, nieznane Rdzawemu. — Dobrze walczyłeś.

Po czym odwróciła się do klanu i ogłosiła:

— Od dzisiaj aż do czasu, gdy zdobędzie imię wojownika, od ognistoczerwonego futra uczeń ten będzie nazywał się Ognista Łapa.

Cofnęła się i wraz z resztą czekała w milczeniu na jego kolejny ruch. Rdzawy bez wahania odwrócił się, tak jak to robił w kuwecie, nagarnął kurz i trawę na swoją obrożę.

Długi Ogon warknął i kulejąc, usunął się do zakątka ocienionego paprocią. Koty podzieliły się na grupy, mrucząc do siebie z podnieceniem.

— Hej, Ognista Łapo!

To był przyjazny głos Szarej Łapy. Ognista Łapa! Na dźwięk nowego imienia Rdzawy poczuł dreszcz dumy. Odwrócił się do szarego ucznia, obwąchując go na po­witanie.

— Wspaniała walka, Ognista Łapo! — zamiauczał Szara Łapa. — Szczególnie jak na kota domowego! Długi Ogon jest już wojownikiem, chociaż naukę zakończył dopiero dwa miesiące temu. Blizny na uchu będą mu ciebie przypominać jeszcze długo. Oszpeciłeś mu śliczny pyszczek, to pewne.

— Dzięki, Szara Łapo — odpowiedział Ognista Łapa. — Mimo wszystko on też dobrze walczył.

Liznął swoją przednią łapę i zaczął wycierać do czysta głębokie, piekące zadrapanie nad okiem. Myjąc się, słyszał swoje nowe imię powtarzane przez otaczające go koty.

— Ognista Łapa!

— Cześć, Ognista Łapo!

— Witaj, młody Ognista Łapo!

Ognista Łapa przymknął na chwilę oczy, napawając się tym, co słyszał.

— To dobre imię! — miauknął Szara Łapa z aprobatą, wyrywając go z zamyślenia.

Ognista Łapa obejrzał się.

— Dokąd polazł Długi Ogon?

— Chyba kierował się w stronę legowiska Nakrapianego Liścia. — Szara Łapa skinął głową w kierunku osłoniętego paprocią zakątka, w którym zniknął Długi Ogon. — To nasza uzdrowicielka. Jest też całkiem ładna, młodsza i dużo ładniejsza niż większość...

Głęboki pomruk tuż obok przerwał Szarej Łapie w pół słowa. Odwrócili się; Ognista Łapa rozpoznał potężnego szarego pręgowanego kocura, który przedtem siedział za Szarą Łapą.

— Ciemna Pręgo — miauknął Szara Łapa, pochylając głowę z szacunkiem.

Lśniący kocur przez chwilę przyglądał się Ognistej Łapie.

— Miałeś szczęście, że obroża pękła w trakcie walki. Długi Ogon to młody wojownik, jednak trudno mi uwierzyć, że pokonał go domowy kociak! — pogardliwie wypluł z siebie słowa „domowy kociak”, odwrócił się i odszedł.

— Jeśli chodzi o Ciemną Pręgę — wysyczał cicho Szara Łapa do Ognistej Łapy — ten z kolei nie jest ani młody, ani ładny...

Ognista Łapa miał właśnie przytaknąć swojemu nowemu przyjacielowi, gdy przerwał mu ostrzegawczy wrzask szarego starszego kocura ze skraju polany.

— Małe Ucho wietrzy kłopoty! — zamiauczał Szara Łapa zaniepokojony.

Ognista Łapa ledwie miał czas, żeby się obejrzeć, gdyż przez krzewy do obozu przebił się właśnie młody kot. Był chudy i — oprócz białego czubka długiego, wąskiego ogona — kruczoczarny od łap do głowy.

— To Krucza Łapa! Dlaczego jest sam? Gdzie Tygrysi Pazur?

Ognista Łapa patrzył na Kruczą Łapę, chwiejnie wkraczającego na polanę. Kot dyszał ciężko, futro miał zmierzwione i brudne, oczy płonące dzikim strachem.

— Kim są Krucza Łapa i Tygrysi Pazur? — Ponieważ kilka innych kotów spieszyło na spotkanie przybysza, Ognista Łapa wyszeptał pytanie do Szarej Łapy.

— Krucza Łapa to uczeń. Tygrysi Pazur jest jego nauczycielem — szybko wyjaśnił Szara Łapa. — Krucza Łapa z Tygrysim Pazurem i Rudym Ogonem wyruszył o świcie na wyprawę przeciwko Klanowi Rzeki. Szczęściarz!

— Rudy Ogon? — powtórzył Ognista Łapa, którego nadmiar nowych imion zaczął przyprawiać o zamęt w głowie.

— Zastępca Błękitnej Gwiazdy — syknął Szara Łapa. — Ale dlaczego, u licha, Krucza Łapa powrócił sam? — dodał sam do siebie. Uniósł głowę, nasłuchując kroków nadchodzącej Błękitnej Gwiazdy.

— Krucza Łapo? — Kocica mówiła spokojnie, choć jej niebieskie oczy lśniły niepokojem. Pozostali odsunęli się, niecierpliwie zagryzając wargi.

— Co się stało? — Błękitna Gwiazda wskoczyła na Wysoki Głaz i spojrzała z góry na roztrzęsionego kota. — Mów, Krucza Łapo!

Kot wciąż próbował złapać oddech, a jego boki unosiły się z trudem, podczas gdy zakurzona ziemia wokół niego zaczerwieniła się krwią; zdołał jednak wspiąć się na Wysoki Głaz i stanąć obok Błękitnej Gwiazdy. Zwrócił się do tłumu otaczających go przejętych pysków i złapawszy wreszcie oddech, wykrztusił:

— Rudy Ogon nie żyje!