Ukryty wrógTekst

Z serii: Sfora #2
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa


Tytuł oryginału: A Hidden Enemy

Copyright ©2013 by Working Partners Limited

Series Created by Working Partners Limited

Tłumaczenie © Wydawnictwo Nowa Baśń 2019

Wszystkie prawa zastrzeżone

Redaktor prowadząca: Marta Ziegler

Redakcja: Małgorzata Korbiel

Wszystkie prawa zastrzeżone. Żadna część niniejszej publikacji nie może być kopiowana i wykorzystywana w jakiejkolwiek formie bez zgody wydawcy i/lub właściciela praw autorskich.

Wydanie I

ISBN 978-83-65122-60-5


Wydawnictwo Nowa Baśń

ul. Czechowska 10, 60-447 Poznań

tel. 881 000 125

www.nowabasn.com

Ze specjalnymi podziękowaniami dla Gilliam Philip

Dla Jamiego Philipa

Bohaterowie tomu drugiego cyklu

Samotne Psy

Japa/Fuks — białozłoty pies o gęstej sierści

Stary Łowca — wielki i dobrze zbudowany pies z krótkim pyskiem

Psy w Obrożach

Kwik/Bella — białozłota suczka o gęstej sierści, siostra Fuksa z jednego miotu (mieszanka owczarka szetlandzkiego i golden retrievera)

Stokrotka — mała suczka o białej sierści z brązowym ogonem (mieszanka west highland terriera i Jacka Russela)

Miki — smukły czarno-biały pies pasterski (border collie)

Marta — gigantyczna suczka o szerokim pysku, a także gęstej i grubej sierści (nowofundland)

Bruno — duży, waleczny pies o gęstej, brązowej sierści i zawadiackim spojrzeniu (mieszanka owczarka niemieckiego i chow chow)

Promyk — mała suczka z długą, białą sierścią (maltańczyk)

Alfik — mały i krępy pies o krótkim pysku i z brązowo-białą sierścią w cętki

Dzika Sfora (w kolejności określonej przez rangę)

Alfa — wielki półwilk o żółtych oczach i szaro-białej sierści

Beta — mały zwinny pies o krótkiej, szarej sierści (suczka znana też pod imieniem Słodka)

Myśliwi

Ognisty — masywny, brązowy, kudłaty pies z długimi uszami

Werwa — mała suczka z białą sierścią w ciemniejsze łatki

Chochoł — czarny, długowłosy pies z długimi uszami

Wiosna — suczka z ciemną sierścią w czarne łatki

Psy patrolowe

Luna — czarno-biała suczka, pies farmerski (matka trójki szczeniąt: Kręcioła o czarno-białej sierści, Kichawy, czarnej suczki, a także Kędziora, czarno-białego pieska)

Strzała — szczupła brązowo-biała suczka, nawykła do biegania

Tik — szybki, ciemny pies z czarnymi łatkami, który utyka

Omega — mały, czarny i dziwnie zbudowany pies z maleńkimi uszami i pomarszczonym pyskiem (znany też jako Maruda)

Dokument chroniony elektronicznym znakiem wodnym

This ebook was bought on LitRes

Prolog

Japa podreptał z radością za zielonym, błyszczącym żukiem. Nie pokonasz mnie, robaku! — pomyślał zuchwale. Jego zwierzyna nie miała się już gdzie ukryć. On zaś był Japą Myśliwym, Japą Prędkim, Japą Dzielnym! Nieustraszonym wojownikiem rodu Pioruna i Psów Nieba!

Zaraz cię dopadnę…

Uderzał właśnie łapą w wiercące się stworzonko i demonstrował swoje najbardziej przerażające szczeknięcia, by robak wiedział, że jest zgubiony, gdy usłyszał dobiegające z oddali wycie. Wycie, którego jeszcze nigdy w swoim krótkim, psim życiu nie słyszał. Japie sierść stanęła na karku. Przekrzywił głowę, a przez całe jego ciało przeszedł dreszcz.

Czy to jakiś pies? Czy ktoś tu jeszcze jest oprócz mnie?

Żuk zdążył uciec pod białe ogrodzenie, ale Japa stracił wszelkie zainteresowanie nim. To, że za bardzo odsunął się od granic podwórka, stało się nagle znacznie ważniejsze niż polowanie. Szczeniak potknął się, cofając niezdarnie, po czym skoczył kilkoma susami przez trawę w stronę szopy, gdzie panowało ciepło, a zapachy były znajome i niosły ukojenie. Reszta jego miotu powitała go dzikim jazgotem, a szczeniak wcisnął się między pozostałe pieski tuż przy brzuchu swojej matki.

Trącające go pyszczki i uspokajające liźnięcia ukoiły wreszcie jego skołatane nerwy. Poczuł, jak powoli znowu wraca mu odwaga.

— Co to był za hałas? — jęknął. — Też go słyszeliście?

— Tak! Słyszeliśmy!

— No pewnie!

— To był jakiś straszny pies!

— Już dobrze, moje maleństwa. — Psia Mama polizała z uczuciem główki psiaków. — To nie był żaden pies, tylko wilk. Ale on tu nie przyjdzie.

Wilk. Już samo to słowo wprawiło ciało Japy w drżenie, aż poczuł te same ukłucia strachu, co reszta jego miotu. Ewidentnie nie było to miłe słowo. Brzmiało raczej jak coś, czego należy się wystrzegać…

W łagodnym głosie Psiej Mamy kryło się jednak rozbawienie, gdy mówiła dalej:

— Nie macie powodów do zmartwienia. Wilki wcale nie różnią się tak mocno od nas, wiecie? Mają cztery łapy, futro i zęby. Są szybkie, silne i nieustraszone, ale przy tym dzikie, cwane i przebiegłe.

— Założę się, że potrafiłabym przechytrzyć takiego wilka! — obwieściła Kwik.

— A ja mam nadzieję, że nie masz racji — wyznała Psia Mama. — Psy nie powinny zachowywać się w taki sposób. My, psy, jesteśmy sprytne, ale nie przebiegłe. Kierujemy się szlachetnymi i honorowymi pobudkami. Musicie o tym zawsze pamiętać, moje drogie szczeniaki.

— To wycie — wyznał nieśmiało Skrawek — przypominało trochę odgłos wydawany przez psa.

— Bo wilki i psy są ze sobą powiązane, Skrawku, i ta więź trwa już od bardzo, bardzo dawna. Ale nie oznacza to, że powinniśmy im ufać. Jeżeli kiedykolwiek spotkacie wilka, trzymajcie się na dystans, a jeśli będzie trzeba, to nawet ucieknijcie przed nim.

— A dlaczego? — zapytał Japa z głową przechyloną w geście niezrozumienia.

— Ponieważ gdy tylko odwrócicie się do wilka, ten zatopi w waszym ciele swoje zębiska. Nigdy nie zbliżajcie się do wilków. Pysia popełniła ten błąd i gorzko tego pożałowała. Pamiętacie tę historię? Gdy usłyszała wycie wilków, poszła za nimi, ponieważ była nie tylko odważna, ale przede wszystkim ciekawska.

— Ja też jestem odważna! — wtrąciła Kwik.

— Można być dzielnym, Kwik, ale można też być po prostu niemądrym! A wkrótce dzika sfora wilków pojmała i uwięziła zuchwałą Pysię pod Pierwszą Sosną, a przywódca bandy, Wielki Szpon, chciał ją zabić za szpiegowanie. Jednak Pysia była wnuczką Pioruna, i choć ten odszedł już, by żyć pośród Psów Nieba, to nadal czuwał nad swoimi bliskimi. Gdy dostrzegł, że Pysia znalazła się w niebezpieczeństwie, zeskoczył na ziemię i podpalił jednocześnie i Pierwszą Sosnę, i samego Wielkiego Szpona! Sfora wilków uciekła przerażona i tylko dzięki temu Pysi udało się uwolnić i wyrosnąć na nieustraszoną wojowniczkę, znaną jako Dziki Ogień. Natomiast reszta z nas nie może niestety oczekiwać, że Piorun zejdzie z niebios i nas uratuje, dlatego musimy uczyć się na błędach Pysi.

W oddali wycie raz jeszcze poniosło się echem i szczenięta zbiły się ciaśniej, a Psia Mama nastawiła uszu i nasłuchiwała. W końcu Japa poczuł, że udaje mu się odprężyć. Bok Psiej Mamy był niezwykle ciepły, a jej serce wybijało prosto do jego ucha uspokajający rytm, ciche bum-bum. Wiedział, że w razie potrzeby to ona ochroni ich wszystkich.

Japa wtulił się w jej przednią łapę.

— Nawet gdyby przyszedł tu jakiś wilk, to nic by nam się nie stało, prawda?

Kwik prychnęła pogardliwie.

— Nie bądź niemądry, Japo! — stwierdziła. — Słyszałeś przecież, co nasza mama powiedziała. Wilki nas tutaj nie dopadną!

— Masz rację. — Głos Psiej Mamy był miły i łagodny. — Tutaj nie dotrze nigdy żaden wilk. Jesteście bezpieczni, a zatem przyszła pora, by zasnąć.

Japa ułożył się wygodnie, ale nie mógł się powstrzymać i nadal mimowolnie nastawiał uszu, gdy w oddali rozlegało się mrożące krew w żyłach wycie wilka. Zachowam się mądrze, jak należy, obiecał sobie. Nie to co Pysia. Będę trzymał się z daleka od wilków.

Czuł się otoczony opieką i bezpieczny w swojej sforze szczeniąt. I właśnie takie jego zdaniem powinno być całe życie. Z dala od dziczy i wilków, za to blisko ochrony zapewnionej przez własną rodzinę…

Rozdział 1

— To nasze terytorium! Tylko nasze!

Przerażone ptaki poderwały się z łopotem skrzydeł i pofrunęły w stronę czubków drzew, a poruszone przez nie liście opadły pod łapy Fuksa.

Fuks stał na sztywnych łapach i drżał, oglądając się przy tym za siebie, w stronę, z której przybył. W tamtej dolinie przebywała jego sfora. No, może niedokładnie była to sfora, ale raczej jego przyjaciele. A te zajadłe szczeknięcia mogły oznaczać tylko jedno: byli w wielkim niebezpieczeństwie.

A on ich zostawił i nie będzie mógł im teraz pomóc.

Fuks rozejrzał się wokół. Był rozdarty. Tego ranka, z chwilą gdy zaczęło wschodzić słońce, odszedł od przyjaciół, bo chciał, by radzili sobie sami, i teraz był już całkiem daleko. Mógł jeszcze dojrzeć zamglone sylwetki odległych wzgórz i obecnie, po oddaleniu się od tamtej doliny, mógł spojrzeć w dół i zobaczyć niemal cały las. Już prawie udało mu się opuścić zalesiony teren i niedaleko przed nim widział ostry zarys grzbietu górskiego, do którego zmierzał. Sam jego widok zagrzewał go do tego, aby przyspieszyć, teraz jednak stanął jak wryty.

 

Przyjaciele go potrzebowali.

Z głośno bijącym sercem Fuks rzucił się z powrotem.

Leśny Psie! Nie pozwól zrobić im żadnej krzywdy! Niech no tylko dotrę tam na czas…

Pomknął w stronę doliny, przeskakując nad zwalonymi gałęziami i dywanem liści. Wiedział, że trzeba zaufać swoim instynktom. W głębi ducha czuł przecież, że nie powinien opuszczać swojej sfory. A jednak poszedł swoją drogą, niczym samotny pies, a teraz jego przyjaciołom mogła stać się krzywda.

Kto ich ochroni, jeśli ja tego nie zrobię?

W dalszym ciągu słyszał wściekłe wycie, a psie głowy, których nie rozpoznawał, mieszały się ze szczeknięciami jego siostry z jednego miotu i innych psów w obrożach.

— To nasze ziemie, nasza woda! Wynoście się stąd!

— Trzymajmy się razem! Zostańcie tu ze mną!

Silne nogi Fuksa powiodły go bezwiednie aż nad krawędź jednego ze wzgórz. W ostatnim momencie z trudem wyhamował, nie pozwalając, żeby siła rozpędu posłała go w przepaść.

Zaczekaj, Fuksie… Najpierw zajmij się rozpoznaniem terenu, a dopiero potem ładuj się w kłopoty.

Przenikliwe spojrzenie Fuksa dokładnie przeszukało dolinę rozciągającą się pod spodem. Gęste lasy przechodziły tutaj w szerokie, bujne łąki. Zdawały się one idealne dla psów w obrożach — Miki miał gdzie polować, Marta miała gdzie popływać, wokół znajdowały się różnego rodzaju schronienia dla Promyka, Alfika i Stokrotki, a także rozległe tereny do badania dla Brunona i Belli. Powinien był przecież przewidzieć, że inne psy wpadną na ten sam pomysł. To było takie oczywiste, że jakaś inna sfora zajęła tę dolinę przed nimi, i teraz tamte psy po prostu broniły swojego terytorium.

W pewnej odległości srebrzyste światło odbiło się od gładkiej tafli wody. Nieco dalej, opodal granicy lasu, biegła rzeka i właśnie tam po raz ostatni widział psy w obrożach. Fuks pomknął więc w dół zbocza.

Warczenie i szczekanie wrogiej sfory sprawiało, że Fuksowi sierść zjeżyła się na grzbiecie. Wiedział jednak, że jeśli po prostu wypadnie spomiędzy krzaków w biały dzień, to wszyscy od razu go zauważą. Dlatego musiał działać ostrożnie.

Od kiedy zostawił przyjaciół nad rzeką, coś wyraźnie się tutaj zmieniło. Dziwne, pomyślał Fuks. Wtem przypomniał sobie parę oraz zbiorniki wodne położone blisko zniszczonego miasta. Wydzielały niebezpieczną woń, podobną do tej, którą czuł teraz.

Przerażony Fuks zatrzymał się i przyjrzał uważnie wodzie. Na jej powierzchni unosiła się jakaś wstrętna maź. A przecież miało to być bezpieczne schronienie! Rzeka miała być czysta, nieskalana! I do niedawna taka była, a przynajmniej tak im się wydawało.

Teraz jednak Fuks ujrzał, jak zabójcza plama rozprzestrzenia się wraz z nurtem wody.

Poprowadziłem swoich przyjaciół do zatrutego źródła!

Czy naprawdę nie można było już uciec przed śmiertelnym zagrożeniem, które sprowadziło na nich Wielkie Warczenie? Po tej stronie rzeki nawet krzewy i drzewa wyglądały na obumarłe — były pokurczone i popękane, jakby wcześniej porządnie przeżuł je jakiś gigantyczny pies. Fuks ruszył wzdłuż zbocza, równolegle do strumienia, a serce mocno ciążyło mu w klatce piersiowej. Wiedział, że jeśli trucizna Wielkiego Warczenia skaziła nawet takie miejsce, to być może nie mieli już dokąd uciekać. I nigdzie nie będą bezpieczni.

— Wynocha!

Złowieszcze wycie przeszyło powietrze i Fuks usłyszał spanikowane skomlenie innych psów, a w końcu także pisk pełen bólu. Pospieszył w dół zbocza, przebierając pazurami po kamieniach. Wreszcie wypadł spomiędzy niskich krzewów i dostrzegł to, czego szukał.

Jego przyjaciele wyglądali teraz na małych i bezbronnych, zwłaszcza w porównaniu z atakującą ich sforą. Była to banda wielkich Dzikich Psów stojących na sztywnych nogach i powarkujących. Raz po raz jeden z nich wyskakiwał przed szereg i szczekał zajadle.

— Mogłyście się domyślić, zerwane ze smyczy psiaki, że to się tak skończy!

Słyszał również głos Belli. Był cichszy, bardziej przerażony, a mimo to dzielny:

— Słuchajcie, wszystko będzie dobrze. Trzymajmy się razem. Promyku, schowaj się za Brunona. Marto, pomóż proszę Stokrotce.

Fuks przyczaił się blisko ziemi i schował w cieniu za wielkim głazem, po czym naliczył siedem psów we wrogiej sforze. Krew krążyła szybko po jego ciele i poczuł silną chęć, by od razu rzucić się w sam środek bitwy, jednak jego instynkt, ukształtowany na ulicach miasta, nakazał mu zachować ostrożność. Z ulgą zdał sobie sprawę, że walki na moment ustały. Druga sfora jedynie kpiła sobie i obrażała sforę Belli, i gdyby Fuks skoczył jej teraz na ratunek, sytuacja mogłaby się znowu zaognić. Wroga sfora mogłaby na przykład wtedy postanowić, że należy szybko wykończyć mniejsze psy, żeby móc się później skoncentrować tylko na nim.

Dwa duże psy wyskakiwały raz po raz i kłapały pyskami w stronę Promyka i Stokrotki. Nie próbowały ich ugryźć, chciały jedynie porządnie je nastraszyć.

— Spróbujcie wytrącić je z równowagi — warknął niskim tonem jeden z psów. — Wiosno, uważaj na swój bok!

Jeden z Dzikich Psów skoczył w prawo i wykurzył Promyka z jej kryjówki. Mała suczka prędko wybiegła zza Brunona w stronę niskich krzewów i tam znalazła schronienie. Fuks rozejrzał się w poszukiwaniu przywódcy wrogiej zgrai, ale nie był teraz w stanie go dojrzeć.

Wiedział doskonale, że gdyby któryś z większych psów w obrożach stanął w obronie Promyka i Stokrotki, to reszta wrogiej sfory wykorzystałaby wyłom w linii obrony i mogłaby podgryzać i atakować broniące się psy, aż wreszcie te by się zmęczyły. A wtedy, kiedy w końcu doszłoby do prawdziwej walki na pazury i zęby, Bella i reszta jej grupy byłaby już wyczerpana i niezdolna do stawiania dalszego oporu. Widział już wcześniej podobną taktykę — przebiegłą, ale przynoszącą efekty. Podobnie działały brutalne grupy psów, których próbował unikać, kiedy jeszcze mieszkał w mieście.

Był pewien, że będzie musiał zaskoczyć te Dzikie Psy, korzystając z taktyki tak samo przebiegłej i nie do końca uczciwej jak to, co robiły one same. Tylko nie rzucaj się w sam środek konfliktu, upominał siebie. Bądź równie podstępny, jak Pies Lasu.

Dopóki poruszał się pod wiatr, mógł podejść bliżej. Ostrożnie omijał drzewa rosnące na jego drodze i w końcu dojrzał przywódcę wrogiej sfory.

Ich alfę.

Był wielki, miał szarą sierść i wyglądał na gibkiego, smukłego, a przy tym biła od niego siła. Nie brał udziału w bitwie. Zamiast tego ograniczył się do wydawania swojej sforze ostrych rozkazów.

— Depczcie im po piętach! Nauczcie ich, że wdzieranie się na nasze terytorium nikomu nie ujdzie na sucho! — Po tych słowach uniósł głowę i zawył przeciągle.

Fuks poczuł ukłucie strachu, a żołądek ścisnął mu się boleśnie, gdy tak pełzł przez cienie.

To nie jest pies…

Nic dziwnego, że taktyka obcej sfory była taka przebiegła jak u wilków. Fuks jeszcze nigdy dotąd nie widział z bliska żadnego z tych psich kuzynów, ale przypomniał sobie teraz kilka przelotnych spotkań i na wpół zapomniane opowieści, w których przewijały się wspólne elementy, takie jak jasne oczy, długie zębiska i kudłata sierść. Poza tym nie mógł nie rozpoznać tego złowieszczego wycia, zwłaszcza że słyszał je już kiedyś, bardzo dawno temu. Wspomnienie to wstrząsnęło jego całym ciałem, ponieważ dotyczyło nie czegoś, co widział, ale czegoś, co jedynie słyszał.

Właśnie wtedy zrozumiał, że ten potężny szary pies musi być w połowie wilkiem! Fuks miał jedynie mgliste pojęcie o istnieniu takich psów, ale nigdy żadnego z nich nie spotkał na żywo.

Dwa inne psy trzymały wzrok wbity w większe psy w obrożach i raz po raz spoglądały na swojego przywódcę, skomląc o dalsze instrukcje. Fuks zgadywał, że w ściśle określonej hierarchii dzikiej sfory znajdują się tuż pod ich wilczym przywódcą. Jeden z nich był wielkim psem o ciemnym futrze, umięśnionym karku i potężnych szczękach. Obserwował on uważnie Martę, ale ta, choć była największą z psów w obrożach, to kulała już na jedną łapę i usiłowała zejść napastnikowi z drogi.

Drugi dziki pies był znacznie szczuplejszym zwinnym psem. Suczka ta unikała bezpośredniej walki i krążyła wokół reszty psów, wykrzykując rozkazy, a poruszała się przy tym tak szybko, że oczy Fuksa ledwie mogły za nią nadążyć. Była znacznie mniejsza niż ciemno umaszczony pies, ale wyglądało na to, że to ona dowodzi podwładnymi.

Być może sprawiły to kształt jej ciała albo umaszczenie, ale Fuks nie mógł pozbyć się wrażenia, że suczka boleśnie przypomina mu Słodką, z którą uciekł z Domu Pułapki, podczas gdy towarzyszące im w uwięzieniu psy poumierały.

Tej suczce brakowało jednak przyjaznego nastawienia typowego dla Słodkiej. Niezależnie od tego, kim była, najwyraźniej zamierzała przerobić psy w obrożach na pokarm dla wron, jeśli tylko zażyczy sobie tego jej alfa.

Psie Lasu, będę potrzebował teraz całego twojego sprytu i wszystkich zdolności…

Fuks z mięśniami napiętymi jak postronki nadal ostrożnie poruszał się pod wiatr. Był już zaledwie kilka długości psa od miejsca, w którym doszło do starcia, i nadal nikt go nie wywęszył. Jeżeli uda mu się odpowiednio zaskoczyć napastników, to być może jego przyjaciele zdołają dać stamtąd drapaka. Tak, wystarczy szybki bieg i odpowiednio wymierzony, gwałtowny skok…

W końcu jednak zamarł z uniesioną łapą w pół ruchu. Niecałe pięć długich kroków dalej maleńki pies o baryłkowatej klatce piersiowej próbował przepchnąć się przez całe to zamieszanie. Fuksowi aż zaparło dech w piersi.

Alfik!

Przyjaciel Fuksa zatrzymał się dopiero przed wielkim alfą. Jego tylne łapy trzęsły się i zdradzały, że się boi, ale przy tym piesek miał ściągnięte wargi i obnażone kły w wyrazie buntu. Półwilk wpatrywał się w Alfika z przechyloną głową, podczas gdy ten wyrzucił z siebie serię wściekłych szczeknięć:

— Wypuść nas! Daj mi i moim przyjaciołom odejść! Skąd mogliśmy wiedzieć, że to wasze ziemie?

Przez dobrą chwilę wyglądało na to, że alfa spogląda na niego z mieszanką pogardy i rozbawienia.

Alfik nie przerywał swojego szczekania, zarzucając przy tym łbem z boku na bok, jakby te dodatkowe ruchy mogły sprawić, że będzie dzięki nim robił wrażenie większego psa.

— Szukaliśmy tylko czystej wody, a wy co? Atakujecie nas! Niedobre z was psy!

W końcu jego spojrzenie zawędrowało pomiędzy drzewa i napotkało oczy Fuksa. Nagle Alfik zaczął sprawiać wrażenie znacznie radośniejszego, a nowa fala odwagi sprawiła, że jego szczeknięcia były teraz dwukrotnie głośniejsze i groźniejsze. Fuks potrafił niemalże usłyszeć gonitwę myśli małego psa.

Fuks powrócił… Teraz już nic nam się nie stanie… Wygramy tę walkę!

Fuks zadrżał na myśl, że jego obecność dała Alfikowi odwagę i wiarę, że uda mu się teraz postawić półwilkowi.

Alfik zmarszczył swój pyszczek i obnażył zęby w stronę wielkiego przeciwnika.

Nie!

Mięśnie Fuksa napięły się do skoku, ale było już za późno. Alfik rzucił się na wielkiego półwilka. Alfa jednak prawie się nie poruszył. Wystarczył jeden ruch wielką łapą, jak gdyby od niechcenia, by posłać dzielnego pieska z powrotem na ziemię. Alfik upadł, przetoczył się na bok i znieruchomiał. Z rany na jego boku popłynęła krew.

Fuks wstrzymał się z dalszymi działaniami. Miał ochotę wyć ze złości i bólu. Gdyby przyjaciel go nie zauważył, to z pewnością nie porwałby się na to, by szarżować na tego półwilka.

Dlaczego musiałeś mnie zobaczyć, Alfiku? Dlaczego…

Sierść Fuksa zaswędziała go nagle na moment przed tym, jak grunt pod jego łapami zaczął drżeć. Było tak, jakby Pies Ziemia podzielała jego gniew.

Wtem — łup! — Fuksem aż rzuciło do przodu i pies potknął się, a cały świat nagle zawirował. Padł na ziemię, skoczył z powrotem na równe łapy, a całe jego ciało dygotało.

Czyżby czekało nas kolejne Wielkie Warczenie?!

Walki ustały i wszystkie psy przykucnęły, próbując utrzymać równowagę. Psy z dzikiej sfory zwróciły się ku swojemu przywódcy, który zaparł się nogami o drżącą ziemię, po czym zawył przeraźliwie:

— Znowu to samo! Sforo, do mnie!

Drzewo rosnące obok Fuksa stęknęło, jęknęło i zaczęło się przewracać. Pies uskoczył z drogi chwilę przed tym, jak konary runęły na skałę stojącą na zboczu i zaczęły toczyć się po ziemi. Ta zaś rozstępowała się pod łapami psa. Wkrótce powietrze przeszyło głośne trzeszczenie i kolejne drzewa upadły na kamienie z łoskotem przypominającym uderzenia pioruna.

 

Spanikowany Fuks uciekł, nie mając nawet pojęcia, w którą stronę biegnie.

Teraz miało znaczenie jedynie to, jak daleko uda mu się uciec przed Warczeniem.

Jednak to Warczenie było wszędzie, również nad nim i dookoła. Miał wrażenie, że ziemia zdradziecko usuwa mu się spod łap. No nie, znowu to samo? Oby tylko Warczenie nie zniszczyło również tego miejsca…

Obrócił się w biegu i zobaczył, że reszta psów, zarówno te z Dzikiej Sfory, jak i jego przyjaciele w obrożach, również uciekała spanikowana gdzie popadnie. Trzęsąca się ziemia rozstępowała się i wkrótce wyglądała jak otwarta rana pośrodku doliny. Fuks kątem oka zauważył jeszcze kłębowisko jasnej sierści. Ktoś właśnie wpadał do rozpadliny. Obrócił gwałtownie głowę w drugą stronę, nie chciał bowiem patrzeć na śmierć jakiegoś psa. Dostrzegł Mikiego i Brunona, którzy starali się odciągnąć bezwładnego Alfika w stronę jakiegoś schronienia. Widział też Martę kulejącą ze zbolałą miną jak najdalej od upadających drzew.

Moja sfora!

Instynkt nakazywał mu pobiec za nimi, ale było już za późno. Ponad jego głową gigantyczne drzewo stękało i jęczało, podczas gdy korzenie wysuwały się kolejno z ziemi. Wyglądało to prawie tak, jakby drzewo samo próbowało się uwolnić i uciec.

Fuks zeskoczył z bryły ziemi i korzeni, wylądował niezgrabnie na ziemi i poczuł promieniujący ból w przedniej łapie. Przez chwilę nie mógł się poruszać. Spojrzał w górę i dostrzegł, jak wielkie drzewo chwieje się nad nim i z powrotem osiada na miejscu, uznał więc, że jest na chwilę bezpieczny. W końcu jednak ziemia zadrżała ponownie i gruby pień znowu ruszył w jego stronę.

Strach sparaliżował Fuksa, który leżał teraz na boku i patrzył, jak korona liści drżała i spadała w jego stronę. Głowę wypełniały mu żałosne krzyki umierającego drzewa.

Przeturlał się na brzuch i spróbował odczołgać się na bok.

Nie miał jednak dokąd uciec.

Pies Ziemia chce mnie u siebie, pomyślał Fuks, wsłuchując się w dźwięk upadającego, potężnego drzewa. I tym razem się nie wywinę.