Opuszczone miastoTekst

Z serii: Sfora #1
0
Recenzje
Książka nie jest dostępna w twoim regionie
Oznacz jako przeczytane
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa


Tytuł oryginału: The Empty City

Text and series concept © Working Partners Limited 2012

Tłumaczenie © Wydawnictwo Nowa Baśń 2018

Wszystkie prawa zastrzeżone

Redaktor prowadząca: Marta Ziegler

Redakcja: Anna Gredecka

Wszystkie prawa zastrzeżone. Żadna część niniejszej publikacji nie może być kopiowana i wykorzystywana w jakiejkolwiek formie bez zgody wydawcy i/lub właściciela praw autorskich.

Wydanie I

ISBN 978-83-65122-40-7


Wydawnictwo Nowa Baśń

ul. Czechowska 10, 60-447 Poznań

tel. 881 000 125

www.nowabasn.com

Specjalne podziękowania dla Gillian Philip

Dla Lucy Philip

Bohaterowie tomu pierwszego cyklu

Samotne Psy:

Japa/Fuks — pies, mieszaniec owczarka szetlandzkiego i golden retrievera

Słodka — suczka, chart

Stary Łowca — pies, bulmastif

Sfora w Obrożach:

Kwik/Bella — suczka, mieszaniec owczarka szetlandzkiego i golden retrievera, siostra Fuksa

Marta — suczka, nowofunlandka

Bruno — pies, mieszaniec owczarka niemieckiego i chow-chowa

Miki — pies, border collie

Promyk — suczka, maltańczyk

Stokrotka — suczka, mieszaniec west highland teriera i jack russel teriera

Alfik — pies, buldog

Sfora Psów Bojowych:

Kosa — suczka, doberman

Rapier — pies, doberman

Młot — pies, doberman

Dokument chroniony elektronicznym znakiem wodnym

This ebook was bought on LitRes

Prolog

Japa wiercił się i ziewał, aż wreszcie zaskomlał cicho, jakby czegoś wyczekiwał. Jego rodzeństwo kotłowało się tuż obok, tworząc ciepłą mieszaninę łap i pysków. Czuł, jak słabo, ale szybko biją ich serca. Gramoląc się nad nim, Kwik wsadziła mu łapę w oko, Japa potrząsnął więc głową i przewrócił się na drugi bok, przez co jego siostra od razu się odwróciła. Tradycyjnie zakwiczała z oburzeniem, więc polizał ją w nos, by pokazać, że nie ma jej niczego za złe.

Psia Mama stanęła nad nimi, próbując zaprowadzić porządek. Wylizywała im przy okazji pyszczki do czysta i jak zwykle ich okrążyła, aż w końcu zwinęła się dookoła nich, gotowa już do snu.

— Zbudź się, Japa! Mama opowie nam jakąś historię.

Znowu odezwała się Kwik, która jak zawsze lubiła się rządzić i stawiać wszystkim wymagania. Ich Psia Mama oblizała ją z uczuciem, uciszając tym samym skomlenie córeczki.

— Chcielibyście usłyszeć coś na temat Nawałnicy Psów?

Po kręgosłupie Japy przebiegł dreszcz podniecenia i szczeniak zaskomlał z zapałem:

— Tak!

— Znooowu? — zrzędziła Kwik.

Jednak reszta psów skoczyła w jej kierunku, zagłuszając jej protesty.

— Tak, Matko! Chcemy usłyszeć o Nawałnicy Psów!

Psia Mama umościła się wokół ich małych ciałek, uderzając przy tym ogonem. Jej głos stał się naraz niski i wzniosły.

— Oto historia Pioruna, najszybszego spośród psich wojowników. Psy Nieba czuwały nad nim i zapewniały mu ochronę… Ale Pies Ziemia bardzo zazdrościła Piorunowi. Uważała, że Piorun żyje stanowczo za długo i że nadszedł wreszcie czas na jego śmierć, chciała bowiem zabrać mu jego życiową siłę. Ale Piorun był tak szybki, że potrafił prześcignąć nawet straszliwe Warczenie wysłane przez Psa Ziemię. I tym samym był szybszy od samej śmierci!

— Chcę być kiedyś jak Piorun — wymruczał sennie Wyjec. — Na pewno też potrafiłbym tak szybko biec. Mogę się założyć.

— Cicho! — rzuciła Kwik, pacnąwszy go pokrytą złotym futrem łapą. Japa, pomimo wcześniejszych protestów, wciągnął się już w opowieść tak samo jak wszyscy inni.

— Niebawem miała miejsce pierwsza wielka bitwa — ciągnęła Psia Mama, ściszając nieco głos. — Straszliwa Nawałnica Psów, podczas której wszystkie psy z całego świata walczyły o władzę nad terenami na całej planecie. Na temat tych strasznych dni krąży wiele mrożących krew w żyłach opowieści, a w trakcie bitwy wyłoniło się wielu bohaterów, którzy też w tej bitwie zginęli.

Pies-Ziemia ucieszyła się na myśl, że Piorun uwolni teraz swoją moc, a ona będzie mogła pojmać jego ciało, uważała bowiem, że ma do tego prawo. Ale Piorun był przebiegły i uznał, że jest wystarczająco szybki, by uniknąć śmierci, dlatego Pies-Ziemia przygotowała na niego pułapkę.

W tej samej chwili uszy Jazgotki oklapły.

— Jakie to niemiłe!

Psia Mama szturchnęła ją nosem.

— Nieprawda, Jazgotko. Pies Ziemia miała pełne prawo, by chcieć schwytać Pioruna. Tak to już wygląda. Kiedy zginął twój Psi Ojciec, jego ciało również powędrowało do ziemi.

Wszystkie szczeniaki nagle się uspokoiły i słuchały dalej w ciszy.

— Piorun usiłował wyrwać się z Nawałnicy Psów dzięki swojej prędkości. Biegł pomiędzy walczącymi psami z taką szybkością, że nikt go nawet nie mógł dostrzec, a co dopiero zaatakować i rozerwać jego ciało przy pomocy kłów i zębów. Już prawie udało mu się wydostać, już prawie uciekł, ale właśnie wtedy Pies Ziemia posłała Wielkie Warczenie, by ten otworzył przed nim ziemię.

Choć Japa słyszał tę historię już wielokrotnie, w tym momencie po raz kolejny wstrzymał oddech i przysunął się bliżej do rodzeństwa, mając przed oczami potworne wizje, w których tym razem Piorun spada i zostaje pochłonięty przez straszliwą rozpadlinę w ziemi…

— Piorun ujrzał, że ziemia się rozstępuje, by go połknąć, ale pędził tak szybko, że nie mógł się już zatrzymać. Przestraszył się, że tym razem Pies Ziemia wreszcie go dopadnie. Ale trzeba wam wiedzieć, że Psy Nieba kochały Pioruna. Dlatego kiedy był już o krok od śmierci, Psy Nieba stworzyły wielki podmuch wiatru, który wirował tak szybko i mocno, że złapał spadającego Pioruna i uniósł go do samego nieba. Tam też przebywa on po dziś dzień, pośród Psów Nieba.

Szczeniaki wtuliły się jeszcze mocniej w bok Psiej Mamy i wpatrywały się w nią.

— Czy już zawsze tam pozostanie? — zapytał Wyjec.

— Tak, na zawsze. I kiedy zobaczycie, jak płomień gwałtownie przecina niebo i usłyszycie ryk Psów Nieba, będziecie mogli dostrzec, jak Piorun zbiega na dół, na ziemię, drocząc się w ten sposób z Psem Ziemią, wiedząc, że ona nigdy go nie złapie. — Polizała zaspany pyszczek Japy, który już ledwie widział na oczy. — Niektóre psy mawiają, że pewnego dnia dojdzie do kolejnej wielkiej bitwy, kiedy to jakiś inny pies rozzłości Psa Ziemię. Wtedy znowu pies stanie naprzeciw psa i pojawią się — a potem upadną — nowi, wspaniali bohaterowie.

Wyjec ziewnął przeciągle i oklapł zupełnie ze zmęczenia.

— Ale minie jeszcze sporo czasu, zanim do tego dojdzie, prawda?

— Och, tego nie wiemy. Być może nastąpi to niebawem, a być może nie. Musimy zawsze uważnie obserwować wszelkie znaki. Mawiają, że kiedy świat stanie na głowie i coś się w nim załamie, znowu nadejdzie Nawałnica Psów i raz jeszcze będziemy musieli walczyć o przetrwanie.

Japa pozwolił swoim powiekom wreszcie opaść. Uwielbiał zasypiać, słuchając opowieści Mamy. Wiedział, że już zawsze tak będzie; będzie słuchał brzmienia jej głosu, zasypiając obok swojego rodzeństwa. Psia Mama osłoniła ich swoim ciałem i wreszcie przyszła pora na zakończenie. A historia zawsze kończyła się w ten sam sposób…

— Strzeżcie się, maluchy. Strzeżcie się Nawałnicy Psów…

Rozdział 1

Fuks przebudził się nagle, czując, jak po kościach rozchodzi mu się strach. Zerwał się na równe łapy i mruknął.

Przez chwilę pomyślał, że wolałby znowu być mały i bezpieczny pośród członków swojej Sfory Szczeniaków, ale ten błogi sen zdążył już zniknąć. Powietrze aż wibrowało od niewypowiedzianej groźby, łaskocząc skórę Fuksa. Gdyby tylko mógł zobaczyć, co go czeka, stawiłby temu czoła, jednak ten potwór był niewidzialny i nie dało się go wykryć. Zaskomlał więc z przerażenia. To już nie była część historyjki na dobranoc. Jego strach był jak najbardziej prawdziwy.

Ledwie potrafił opanować chęć, by rzucić się przed siebie biegiem; mógł jednak tylko grzebać, warczeć i panicznie drapać otoczenie. Nie miał dokąd uciec. Z każdej strony więziła go druciana klatka. Gdy próbował się przecisnąć przez szpary, bolał go cały pysk, a gdy cofał się gwałtownie, prychając ze złości, drut wpijał mu się boleśnie w zad.

Inni znajdowali się bardzo blisko… Znajome ciała, znajome zapachy. Były to psy zamknięte w tym strasznym miejscu podobnie jak on. Fuks uniósł głowę i szczekał przez długi czas w akcie desperacji, choć było jasne, że żaden pies nie jest w stanie przyjść mu z pomocą. Jego głos utonął w zalewie podobnych, przesyconych strachem zawodzeń.

Wszyscy tutaj tkwili w pułapce.

W tamtej chwili poczuł obezwładniającą panikę. Rył pazurami w ziemi, choć wiedział, że to i tak nic nie da.

Czuł również zapach Zwinnego Psa w klatce obok. Była to znajoma woń i niosła mu pociechę, choć przykryła ją teraz gorzka nuta zagrożenia i strachu. Zaskowytał i przycisnął się bliżej w stronę drugiej klatki. Poczuł, jak Zwinny Pies drży — choć rozdzielała ich klatka.

 

— Słodka? Słodka, coś zmierza w naszym kierunku. Coś naprawdę niedobrego!

— Tak, też to czuję. Co się dzieje?

Gdzie podziali się Długonodzy? To właśnie oni trzymali ich w zamknięciu w tym Domu Pułapce, a jednak zawsze miał wrażenie, że dbają oni o los psów. Przynosili im pokarm i wodę, układali posłania i sprzątali po nich…

Był pewien, że Długonodzy powinni już dawno tutaj przyjść.

Reszta psów szczekała i wyła chórem; w końcu i Fuks do nich dołączył.

Długonodzy, Długonodzy, oto nadchodzi…

Nagle coś się pod nim przesunęło, wprawiając jego klatkę w drżenie. Nastała przerażająca cisza, a Fuks skulił się, zamierając z przerażenia.

Po chwili wokół niego rozpętał się chaos. Przybył niewidzialny potwór… I położył łapy na Domu Pułapce.

Świat zatrząsł się tak mocno w posadach, że Fuksem aż zarzuciło na ścianę klatki. Przez kilka niezwykle bolesnych chwil nie był nawet w stanie określić, gdzie jest góra, a gdzie dół. Potwór potrząsnął nim, ogłuszając go przy tym hukiem spadających kamieni i pękających głazów. Fuksa oślepiła chmura brudu, a wycie i zawodzenie przerażonych psów prawie rozsadziło mu czaszkę. Spory kawałek ściany odłamał się i runął na drucianą klatkę tuż przed jego nosem; Fuks odskoczył. Czy to Pies Ziemia próbuje go pochłonąć?

Wreszcie potwór, który pojawił się nagle, równie niespodziewanie zniknął. Jeszcze jedna ściana zawaliła się w chmurze duszącego pyłu. Zrywane pręty zgrzytały, podczas gdy klatki przewracały się i spadały na ziemię.

W końcu nastąpiła cisza, w której czuć było wyraźnie woń stęchlizny i metalu. Krew! Pomyślał Fuks. I śmierć…

Znów poczuł panikę. Leżał na boku, a pręty klatki wpijały mu się w sierść. Zmusił swoje łapy do wysiłku, próbując się wyprostować. Klatka grzechotała i bujała się na boki, ale nie udało mu się podnieść. O nie! — pomyślał. Jestem uwięziony!

— Fuks! Fuks, wszystko w porządku?

— Słodka? Gdzie jesteś?

Jej długi pysk wysunął się spośród pogiętych prętów.

— Drzwi mojej klatki wyłamały się podczas upadku! Przez chwilę myślałam, że już jestem martwa. Na szczęście zdołałam się uwolnić, ale ty…

— Pomóż mi, Słodka!

Nie słyszał już cichego skomlenia reszty psów. Czy to mogło oznaczać, że coś im się…? Nie. Fuks nie zamierzał nawet o tym myśleć. W końcu zawył — tylko po to, żeby zakłócić panującą wokół ciszę.

— Wydaje mi się, że jestem w stanie odciągnąć trochę tę klatkę — powiedziała Słodka. — Twoje drzwiczki też są poluzowane. Być może uda nam się je otworzyć. — Chwyciła drut zębami i szarpnęła.

Fuks walczył ze sobą, chcąc zachować spokój. Najchętniej rzuciłby się teraz całym ciężarem na ścianę klatki, próbując ją w ten sposób rozwalić. Kopał dziko tylnymi łapami i szarpał głową, trzymając w zębach pręty. Słodka ciągnęła stopniowo klatkę do przodu, przystając raz po raz, żeby odrzucać łapami rozrzucone kamienie.

— Zrobione. Jest już luźniejsza. Poczekaj, a ja tymczasem…

Ale Fuks nie mógł już czekać. Drzwi klatki były oderwane w górnym narożniku; kręcił się, aż wreszcie udało mu się dobrać do tego miejsca pazurami i zębami. Wsunął łapę w szparę przy drzwiczkach i mocno pociągnął.

Poczuł przeszywający ból w poduszeczkach łapy; tymczasem druciana konstrukcja ustępowała z piskiem. Drzwiczki wisiały teraz na zawiasie pod dziwnym kątem. Pies wił się i tarzał, aż w końcu uwolnił się i nareszcie stanął wyprostowany.

Ogon spoczywał pomiędzy nogami Fuksa, a całą skórę i wszystkie mięśnie psa przeszywało drżenie. Razem ze Słodką wpatrywał się w zniszczenie i chaos panujące dookoła. Wokoło leżały nie tylko połamane klatki, lecz także połamane ciała. Kawałek dalej na ziemi leżał nieduży, gładkowłosy pies, bez życia, z pustymi oczyma. Pod ostatnim przewróconym murem nic się już nie poruszało, ale widzieli jak spomiędzy kamieni wystaje bezwładna łapa. Woń śmierci była obecna w powietrzu wypełniającym Dom Pułapkę.

Słodka zaczęła skomleć z żalu.

— Co to niby było? I co się stało?

— Wydaje mi się… — głos Fuksa zadrżał; zaczął zdanie od początku. — Sądzę, że to było Warczenie. Dawniej słuchałem… Moja Psia Mama opowiadała mi historie o Psie Ziemi i Warczeniach, które ta wysyłała. I dlatego wydaje mi się, że nasłanym tu potworem było właśnie Wielkie Warczenie…

— Musimy stąd uciekać! — w pisku Słodkiej wyraźnie było słychać przerażenie.

— Masz rację.

Fuks cofnął się powoli, potrząsając głową, by pozbyć się z nozdrzy wszędobylskiego zapachu śmierci. Ten jednak nie dawał mu spokoju, wciąż wnikając do nozdrzy.

Pies rozejrzał się dookoła w desperacji. W miejscach, gdzie kawałki ściany odłamały się i spadły na inne klatki, z osypanych kamieni powstały sterty. A przez tumany kurzu i dymu świecił teraz jasny blask.

— Chodź tędy, Słodka — tu, gdzie zawaliły się te wszystkie kamienie. No dalej!

Nie potrzebowała dalszej zachęty i od razu przeskoczyła przez rumowisko. Fuks pamiętał o swojej zranionej łapie, ostrożnie więc wybierał teraz trasę, którą się poruszał, nerwowo rozglądając się w poszukiwaniu Długonogich. Sądził, że z pewnością się pojawią na wieść o tych wszystkich zniszczeniach.

Przeszedł go dreszcz. Pies przyspieszył tempo, ale nawet kiedy, podążając śladem Słodkiej, wybiegł na ulicę — nie zobaczył żadnych śladów Długonogich.

Zatrzymał się zdumiony i węszył przez chwilę. Powietrze pachniało tak dziwnie…

— Odsuńmy się jak najdalej od Domu Pułapki — szepnął do Słodkiej. — Nie mam pojęcia, co się tutaj dzieje, ale powinniśmy się oddalić, na wypadek, gdyby w pobliżu kręcili się jeszcze jacyś Długonodzy.

Ich podróż upływała powoli i w niemal zupełnej ciszy, nie licząc odległego zawodzenia zepsutych hałaskrzyń. Fuks czuł głęboko w trzewiach rosnące poczucie zagrożenia. Wiedział, że bardzo wiele dróg i alejek zostało już na pewno odciętych. Mimo to nie ustawał w poszukiwaniach. Węszył między zrujnowanymi budynkami i obok poplątanych, poskręcanych przewodów wyrwanych spod powierzchni ziemi. I choć Słodka uważała inaczej, Fuks był pewien, że Długonodzy już wkrótce powrócą. I chciał znajdować się wtedy jak najdalej od ruin Domu Pułapki.

Gdy Fuks uznał, że wreszcie mogą bezpiecznie odpocząć, niebo stopniowo ciemniało, wyczuł też, że Słodka i tak już nie da rady dalej iść. Być może Zwinne Psy nie były w dłuższych podróżach tak dobre, jak w szybkich przebieżkach. Spojrzał za siebie w stronę, z której przybyli. Ciągnące się cienie były coraz dłuższe i przykrywały ciemne zakątki. Fuksa przeszedł dreszcz na myśl o tych wszystkich zwierzętach, które mogły być teraz same. Przestraszone i głodne.

Ale oboje byli teraz wyczerpani po tym, jak uciekli Wielkiemu Warczeniu. Słodka ledwie zdołała zakręcić się rytualnie na ziemi, zanim złożyła głowę na łapach do snu i zamknęła oczy. Fuks przysunął się do jej boku, licząc na trochę ciepła i wygody. Przez jakiś czas nie będę spał — pomyślał. Będę miał oko na wszystko… O tak…

Obudził się gwałtownie, cały w dreszczach, z szaleńczo bijącym sercem.

Przespał całe nie-słońce. W snach słyszał odległy pomruk Wielkiego Warczenia i widział, jak ucieka przed nim niekończący się tłum Długonogich i trąbiących hałaskrzyń. Poza tym w mieście nie było śladu po innych istotach. Jego ulice były zupełnie opuszczone.

Słodka spała pod kolczastym krzewem, a bok jej ciała unosił się łagodnie i opadał z każdym kolejnym oddechem. Głęboki sen Słodkiej działał na niego niezwykle kojąco, ale poczuł nagle, że bardziej niż jej przyjemny zapach i ciepło jej śpiącego ciała przydałoby mu się, gdyby była teraz przytomna i czujna. Trącił łagodnie długi pysk Słodkiej i polizał jej uszy; zareagowała radosnym pomrukiem. Podniosła się na cztery łapy, a potem również go powąchała i polizała.

— Jak twoja łapa, Fuks?

Jej słowa natychmiast sprawiły, że znowu to poczuł. Przypomniał sobie o ranie i powąchał poduszeczkę pod łapą. Widniał na niej pulsujący bólem czerwony ślad rozdartej skóry. Polizał to miejsce bardzo ostrożnie. Rana zdążyła się zasklepić, ale nadal była bardzo delikatna i nie chciał przypadkiem spowodować krwawienia.

— Wydaje mi się, że już jest trochę lepiej — powiedział, choć było w tym więcej optymizmu, niż rzeczywiście czuł. Następnie oboje wysunęli się spod gęstych gałęzi i poczuli gwałtowne pogorszenie nastroju.

Rozpościerająca się przed nimi droga była w wielu miejscach popękana, pokrzywiona i dziurawa. Woda leciała strumieniem w kierunku nieba z długiej rury, która wysunęła się ponad powierzchnię ulicy po trzęsieniu ziemi, przez co w powietrzu utworzyła się tęcza. Tak zresztą było nie tylko tutaj. Wszędzie, jak okiem sięgnąć, na pochyłych ulicach miasta światło wschodzącego Psa Słońca odbijało się od pogiętego metalu. W miejscach, gdzie kiedyś widywał ogrody, teraz stała woda, a wielkie domostwa Długonogich, które kiedyś sprawiały wrażenie wielkich i niezniszczalnych — teraz były zmiażdżone. Wyglądało to na sprawkę jakiegoś giganta.

— Wielkie Warczenie — powiedziała cicho przejęta grozą Słodka. — Zobacz, co najlepszego narobiło.

Fuks aż się zatrząsł na ten widok.

— Miałaś rację w sprawie Długonogich. Były ich tutaj całe stada. A teraz nie widzę ani jednego. — Nastawił uszy i sprawdził językiem, jak smakuje powietrze. Poczuł kurz i smród wydobywający się spod ziemi. Żadnych świeżych zapachów. — Nawet hałaskrzynie się nie poruszają.

Fuks wskazał pyskiem na jedną z nich, przewróconą na bok, o przodzie wbitym do połowy w zawaloną ścianę. Światła migały po bokach z metalu, ale nie dochodził od niego żaden ryk ani pomruk. Urządzenie wydawało się martwe.

Słodka patrzyła z przestrachem.

— Zawsze się zastanawiałam, do czego one służą. Jak ty je nazwałeś?

Fuks spojrzał na nią z powątpiewaniem. Jak mogła nie wiedzieć czym są hałaskrzynie?

— Hałaskrzynie. No wiesz, Długonodzy używają ich do poruszania się, ponieważ sami nie potrafią biegać tak szybko, jak my.

Trudno mu było uwierzyć, że brakowało jej tak podstawowej wiedzy na temat Długonogich. Źle im to wróżyło na przyszłość. Naiwność Słodkiej nie pomoże im zanadto, gdy będą usiłowali przetrwać.

Fuks raz jeszcze powąchał powietrze. Zapach miasta bardzo go niepokoił. Czuć w nim było jakąś zgniliznę, unoszący się zapach śmierci i niebezpieczeństwa. W pobliżu nie pachnie już tak, jakby było tu miejsce dla psów — pomyślał.

Podbiegł do miejsca, w którym woda tryskała z wyrwy w ziemi. W głębokiej dziurze znalazł zbiornik oleistej substancji, której powierzchnia lśniła wszystkimi kolorami tęczy. Miała dziwny zapach, który nie podobał się Fuksowi, ale był zbyt spragniony, by się tym przejąć i chłeptał wodę zachłannie, usiłując przy tym zignorować jej podły smak. Zobaczył też odbicie Słodkiej — piła tuż obok niego.

Ona jako pierwsza podniosła ociekający wodą pysk i oblizała swój trójkątny nos.

— Jest stanowczo zbyt cicho — wyszeptała. — Musimy się jakoś wyrwać z tego miasta Długonogich — Aż zjeżyła jej się sierść. — Powinniśmy udać się na wzgórza. I znaleźć jakieś dzikie miejsce.

— Jesteśmy tu tak samo bezpieczni, jak bylibyśmy gdziekolwiek indziej — powiedział Fuks. — Możemy wykorzystać stare domostwa Długonogich, być może znajdziemy w nich trochę jedzenia. Poza tym jest tutaj mnóstwo miejsc, w których można się schować, wierz mi.

— Miejsc, w których nie tylko my możemy się ukryć — sprostowała i zjeżyła się. — Nie podoba mi się ten pomysł.

— Czego niby mielibyśmy się tutaj bać? — Jej nogi wyglądały na tak długie, że mogła się pewnie ścigać w wysokiej trawie, a do tego miała szczupłe i lekkie ciało. — Jestem pewien, że potrafisz biegać szybciej, niż wszystkie stworzenia w okolicy.

— Na pewno nie w takich zakamarkach. — Rozejrzała się nerwowo w prawo i w lewo. — A w tym mieście ich nie brakuje. Do biegania potrzeba sporo przestrzeni. W miejscu się jeszcze nikt nie rozpędził.

Również Fuks rozejrzał się po okolicy. Stwierdził, że ona ma rację: tych budynków było po prostu za dużo. Poza tym mogła mieć jakiś dobry powód, żeby być tak podejrzliwą.

— W takim razie powinniśmy się stale przemieszczać. Niektórzy Długonodzy być może nadal znajdują się gdzieś w pobliżu, niezależnie od tego czy ich widzimy. A ja nie zamierzam wracać do Domu Pułapki.

— Ja też nie — zgodziła się Słodka i ściągnęła górną wargę, ukazując białe zęby. — Powinniśmy zacząć szukać reszty psów. Potrzebujemy dobrej i silnej sfory!

 

Pysk Fuksa zmarszczył się w zwątpieniu. Nie zależało mu na tym, by przynależeć do sfory. Nigdy nie pojmował co inni widzą w przynależeniu do jakiejś psiej mafii i co się innym psom podoba w tym, że muszą polegać na innych i słuchać samca alfa. Nie potrzebował niczyjej pomocy i na pewno nie chciał w swoim otoczeniu kogoś, kto potrzebowałby jego. Wzdrygał się na samą myśl o poleganiu na innych psach.

Oczywiście Słodka uważa inaczej — pomyślał. Nagle przepełnił ją entuzjazm i zaczęła snuć historie.

— Och, na pewno polubiłbyś moją sforę! Biegaliśmy razem, polowaliśmy, łapaliśmy króliki i ganialiśmy szczury… — Nagle stała się bardziej przygnębiona i spoglądała z tęsknotą w stronę przedmieść zrujnowanego miasta. — A potem przyszli Długonodzy i wszystko zniszczyli.

Fuks nie mógł się oprzeć smutkowi w jej głosie i wręcz musiał coś odpowiedzieć.

— Co się stało?

Słodka potrząsnęła głową.

— Spędzili nas i wyłapali. Było ich tak wielu i wszyscy mieli takie samo brązowe futro! Można powiedzieć, że udało się nas uwięzić właśnie dlatego, że trzymaliśmy się razem, ale… — w jej głosie zabrzmiały waleczne nuty — nie mogliśmy przecież nikogo zostawić z tyłu. Tak mówi prawo sfory. Wspieramy się zarówno w dobrych czasach, jak i w tych… gorszych. — Słodka urwała i wbiła oczy w horyzont, nie potrafiąc przy tym zdusić pojedynczego szlochu.

— Twoja sfora również trafiła do Domu Pułapki — Fuks wyszeptał ze współczuciem.

— Tak. — Nagle przystanęła. — Zaczekaj, Fuks, przecież musimy tam wrócić!

Zawróciła, a on błyskawicznie stanął przed nią, tym samym stając jej na drodze.

— Słodka, nie rób tego!

— Musimy! — Fuks przesunął się bokiem i spróbował zastąpić jej drogę. — W końcu to członkowie mojej sfory. Nie mogę stąd odejść dopóki nie dowiem się, co się z nimi stało! Jeśli choćby jedno z nich w dalszym ciągu…

— Słodka, przestań — szczeknął Fuks. — Przecież widziałaś, co się stało z tamtym miejscem!

— Ale może coś przeoczyliśmy…

— Ależ Słodka… — spróbował łagodniejszego tonu, czule liżąc jej nieszczęśliwy pyszczek. — Tam wszystko legło w gruzach. Wszyscy są tam martwi, zabrała ich już Pies Ziemia. I jeśli zostaniemy w tym miejscu, to Długonodzy mogą tu wrócić…

Najwyraźniej ten ostatni argument do niej dotarł. Słodka obejrzała się za siebie raz jeszcze i znów zwróciła się przed siebie. Westchnąwszy głęboko, szła dalej.

Fuks starał się nie okazywać jej, jak bardzo mu ulżyło. Szedł blisko niej; przy każdym kroku ocierali się o siebie.

— Czy ty też miałeś jakichś przyjaciół w tamtym strasznym budynku? — zapytała Słodka.

— Kto, ja? — rzucił lekko Fuks, próbując podnieść ją na duchu. — Nie. Jestem samotnym psem.

Na te słowa spojrzała na niego w dziwny sposób.

— Nie ma czegoś takiego. Każdy pies potrzebuje sfory!

— Ale ja nie. Naprawdę lubię samodzielność. Wierzę, że dla niektórych psów sfora to naprawdę najlepsze rozwiązanie — dodał szybko, by jej nie urazić — ale ja wędrowałem sam od kiedy opuściłem swoją sforę szczeniąt. — Nie potrafił się powstrzymać i dumnie uniósł głowę. — Umiem się sobą zająć. Poza tym dla psa nie ma lepszego miejsca niż miasto. Udowodnię ci! Można tu znaleźć sporo jedzenia i różnych ciepłych zakamarków, w których można się schować i się ogrzać.

Tylko czy to aby na pewno prawda?

Przez krótką chwilę się zawahał; przebiegł oczyma po zniszczonych ulicach, zmiażdżonych ścianach i zepsutych przezroczystych kamieniach oraz po dziurach w jezdni i opuszczonych hałaskrzyniach.

Tutaj nie jest bezpiecznie — pomyślał Fuks. Musimy się stąd wynosić przy pierwszej okazji.

Nie zamierzał dzielić się podobnymi obawami ze Słodką, była już wystarczająco poddenerwowana. Gdyby tylko coś mogło odwrócić ich uwagę…

Tam!

Fuks szczeknął z podniecenia. Wyszli za róg i zobaczyli na drodze jakiś rozbity wrak. Jeśli zapach go nie mylił, było tam jedzenie!

Rzucił się biegiem i dopadł z boku do przewróconego metalowego pudła. Widział już kiedyś, jak Długonodzy wrzucają różne resztki do środka i zamykają, tak by Fuks nie był w stanie urządzić sobie uczty z niechcianego jedzenia. Ale teraz pudło ktoś przewrócił na bok, a na wpół zepsuta zawartość rozlała się po nawierzchni. Czarne kruki skakały wokół sterty i dźgały jedzenie dziobami. Fuks uniósł głowę i szczeknął tak głośno, jak tylko potrafił. Przestraszone kruki zakrakały i odleciały.

— No chodź! — krzyknął, biegnąc w stronę śmierdzącej sterty. Słodka podążyła za nim, szczekając przy tym radośnie.

Kiedy tak Fuks szukał nosem czegoś dla siebie pośród kopca resztek, usłyszał głuche uderzenia skrzydeł. Kruki znowu lądowały. Skoczył w stronę jednego z nich i kłapnął paszczą, a oburzony ptak wzbił się z powrotem w powietrze, mocno uderzając skrzydłami.

W końcu Fuks warknął ostrzegawczo za odlatującym krukiem, kiedy ten wylądował z powrotem na ziemi; z gniewu aż ślizgał się po ziemi łapami. Ból w zranionej poduszeczce natychmiast stał się nieznośny. Miał wrażenie, jakby najbardziej okrutny pies wpił tam swoje kły i gryzł go na całej długości nogi. Nie był w stanie się powstrzymać i zaskomlał z udręki.

Słodka podskoczyła w stronę znajdującej się nisko chmary kruków i przegoniła je, a Fuks usiadł i lizał ranę, by ta przestała boleć. Znowu poczuł unoszący się w powietrzu zapach wyrzuconych dóbr, które rozpadły się po jezdni. Dzięki temu raz jeszcze poczuł zadowolenie, co odwróciło jego uwagę od bólu.

Przez jakiś czas ich dobry humor się utrzymywał, kiedy razem węszyli w rarytasach zostawionych przez kruki. Słodka znalazła kości kurczaka w kartonie, a Fuks wyciągnął stamtąd skórkę z chleba — ale w sumie nie było tego wiele, zwłaszcza wziąwszy pod uwagę apetyt, jakiego sobie narobili.

— W końcu umrzemy z głodu w tym mieście — narzekała Słodka, wylizując puste pudełko, w którym niegdyś było pełno jedzenia. Przycisnęła je do ziemi łapą i wsunęła nos do środka.

— Obiecuję ci, że tak się nie stanie. Nie będziemy przecież ciągle grzebać w śmietnikach. — Fuks pomyślał nagle o miejscu, w którym kiedyś składał wizyty. Trącił delikatnie bok Słodkiej. — Zabiorę cię do miejsca, w którym posilimy się jak psy z obrożami.

Uszy Słodkiej aż podniosły się z wrażenia.

— Naprawdę?

— No pewnie. Jak zobaczysz miejsce, o którym mówię, zmienisz zdanie na temat miast.

Fuks ruszył pewnym krokiem drogą, na której się znajdowali. Poczuł, jak do pyska napływa mu ślina na samą myśl o jedzeniu. Słodka szła tuż za nim. To było niezwykłe, jak bardzo był przy niej zadowolony i jak wiele radości czerpał z tego, że może jej jakoś pomóc. Zwykle na tym etapie znajomości już szukałby szansy, żeby pobyć w samotności, ale tym razem jakimś cudem tak nie było.

Być może Wielkie Warczenie zmieniło coś więcej, niż tylko miasto, w którym mieszkał.