Wojownicy. Odwet Wysokiej Gwiazdy. SuperedycjaTekst

Z serii: Wojownicy
Z serii: Superedycja #4
0
Recenzje
Oznacz jako przeczytane
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

Rozdział 8


Wysoka Łapa poczuł na grzbiecie ogon Świtającej Pręgi.

– Poradzisz sobie doskonale – mruknęła. – Po prostu się nie zatrzymuj i myśl jak lis.

– Jak lis? – powtórzył; nie miał pojęcia, co sobie myślały lisy. Nawet żadnego nie widział.

– Ze sprytem – dodała mentorka i szturchnęła go nosem.

Wślizgnął się pod najbliższą kępę wrzosów. Najciszej, jak potrafił, pognał między dwiema łodygami, licząc, że może natrafi na króliczą ścieżkę, którą podąży w kierunku skały. Istotnie, otworzyła się przed nim szczelina, ale ciągnęła się ledwie kilka długości ogona, kończąc się ślepo wśród pni janowca. Puls Wysokiej Łapy przyspieszył. Uczniowie natychmiast go znajdą. A potem Ryjówcza Łapa będzie z niego drwił przez resztę dnia. Albo nawet – znając go – przez resztę życia. „Królik” skręcił i przecisnął się pod grubymi gałązkami wrzosu, krzywiąc się z wysiłku. Szarpał się, ale parł do przodu, aż w końcu przecisnął się na drugą stronę, gdzie znalazł przerwę między krzewami.

Poczuł ostry smrodek. Królicze bobki! A więc znalazł szlak, który wiódł między pędami. Ruszył nim, instynktownie trzymając głowę nisko i przykucając, by grzbietem nie trącać wrzosów i nie zdradzić swej pozycji.

Czy w ogóle podążam we właściwą stronę? Gdzie jest ten głaz? – zastanowił się.

Nie mógł dostrzec celu przez gęstwinę, ale wyciągnięcie szyi w celu zorientowania się w swoim położeniu nie wchodziło w rachubę. Od razu zostałby spostrzeżony. Skupił się na woni, może stąd przyjdzie jakaś wskazówka? Torf i wrzosy. A także znajoma woń Rogatej Łapy. Czy młody kocur był blisko?

Wysoka Łapa nabrał prędkości, strzygąc uszami na prawo i lewo i nasłuchując pościgu. I rzeczywiście słyszał za sobą rytmiczne uderzenia łap o ziemię. Akurat gdy spostrzegł rozwidlenie ścieżek, przypomniał sobie instrukcje Pochmurnego Pędu: „Zmień kurs!”. Ostro skręcił, wybierając trasę, która biegła odrobinę w górę. Czuł drżenie gruntu. Więcej łap przebierało za jego ogonem. Uczniowie byli na tropie.

Ścieżka zaczęła się robić bardziej stroma i wypełniła się kamieniami, co sprawiło, że „królik” musiał zwolnić, by się nie potknąć i nie złamać łapy. Uświadomił sobie, że także pościg zredukuje tu prędkość. Po szaleńczej wspinaczce po kamieniach wypadł nagle spomiędzy wrzosów na trawiaste zbocze wzgórza. Położył uszy i przyspieszył. Pamiętając o nowo wyćwiczonych zdolnościach, przedłużał każdy sus. Trawa się przed nim rozmywała. Łapiąc wdech, skusił się, by spojrzeć za siebie.

Rogata Łapa wypadł spomiędzy krzewów. Żytnia Łapa i Łania Łapa były tuż za nim. Wysoka Łapa ujrzał, jak ogon kocura smaga najpierw w jedną, potem w drugą stronę. Planowali go otoczyć! Rzucił się ostro w bok, wpadając w lekki poślizg na trawie. Przecinając ścieżkę uczniów, uniemożliwił im oskrzydlenie go.

– Dalej, Rogata Łapo! Myśl! – zawołał Osikowy Zachód stojący wyżej na wzgórzu.

Wiatr rozwiewał wąsy Wysokiej Łapy. Czuł w głębi ciała ożywczą energię. Pędził szybko jak ptak. Ale uczniowie i tak go doganiali.

Zawracaj – pomyślał. Był drobniejszy od tych, którzy go ścigali, a to dawało mu przewagę: zwinność. Zaczął zwalniać, z początku stopniowo. – Uznają, że mnie przegonili.

Rzucił okiem przez bark, z radością witając błysk triumfu w oczach Żytniej Łapy. To ona teraz prowadziła, a Rogata Łapa był zaraz za nią, naśladując każdy jej sus. Za nim Łania Łapa odbiła w bok; Wysoka Łapa ujrzał, jak młoda kotka chytrze mruży oczy.

Będzie chciała mnie dogonić i odciąć mi drogę – stwierdził.

Raptownie wbił mocno łapy w trawę. Odwrócił się, rozorawszy darń, po czym popędził wprost ku uczniom. Oczy mieli okrągłe ze zdumienia.

Zaskoczeni, co? – pomyślał. Kładąc uszy i wyciągając ogon, „królik” popędził w dół, wprost pomiędzy Rogatą Łapę i Łanią Łapę.

– Nie dajcie się przegonić kociakowi! – krzyknął Pochmurny Pęd gdzieś z góry.

Kociakowi? Jestem uczniem! – zakrzyknął w duchu.

Mknął w dół wzgórza. Skała zamigotała na skraju jego pola widzenia. Musiałby zmienić kurs, by do niej dotrzeć. Trójka uczniów starała się zawrócić, ślizgając się po trawie gdzieś za jego ogonem. Należało obrać kurs ku skale, nim pogoń odzyska pewność kroków. Skoczył w bok, a tylne łapy wyślizgnęły się spod niego. Uderzył brzuchem o ziemię, ale zdołał się poderwać i znów zaczął biec. Rogata Łapa go doganiał. Słychać już było jego szybki oddech. Siostry pędziły zaraz za jego ogonem. Ale „królik” zbliżał się już do skały. Jeśli tylko utrzyma tempo, zdoła do niej dobiec. Poczuł dreszcz ekscytacji.

I właśnie wtedy czyjeś łapy uderzyły go w bok. Szybkie pchnięcie strąciło go z trasy. Świat dookoła zawirował, gdy Wysoka Łapa przetoczył się po trawie. W końcu się zatrzymał.

– Świetny pościg! – rzekł Rogata Łapa, pochylając się nad nim.

– Jesteś cały? – Łania Łapa przepchnęła się obok brata i spojrzała zatroskana na upolowanego „królika”.

Żytnia Łapa przybiegła trzecia, ale zbyt ciężko dyszała, by cokolwiek móc powiedzieć.

– Tak, nic mi nie jest. – Wysoka Łapa zdołał się podnieść. Też walczył o oddech.

– Doskonała robota! – rzekł Pochmurny Pęd, przybiegłszy wraz ze Świtającą Pręgą.

Ta dodała z błyskiem w oku:

– Prawie ci się udało!

Rogata Łapa wymierzył mu kuksańca.

– Sądziłem przez moment, że nam zwiejesz – wysapał.

Osikowy Zachód, Skowroni Plusk i Zajęczy Lot przybiegli po chwili.

– To było niesamowite – rzekł ten ostatni. – Jestem pod wrażeniem.

Za nim, znacznie mniej entuzjastycznie, podążał Ryjówcza Łapa; wynurzył się zza swego mentora i zmroził wzrokiem „królika”.

– Ja tam bym zdołał dobiec do kamienia.

Łania Łapa machnęła ogonem z niesmakiem.

– Nie sądzę, krótkonogu.

Wysoka Łapa bardzo chciał zamruczeć, ale nie był nawet w stanie nabrać porządnego wdechu.

Pochmurny Pęd ruchem głowy wskazał Cztery Drzewa.

– Teraz przetestujmy waszą umiejętność polowania.

Strzygąc uszami, Rogata Łapa ruszył dziarsko w dół zbocza. Sprawiał wrażenie, jakby przed chwilą gonił co najwyżej jakiś listek. Uczennice i mentorzy całej trójki poszli za nim i wszyscy szybko zniknęli we wrzosach.

Świtająca Pręga węszyła przez chwilę.

– Sądząc po zapachu, zanosi się na dobre łowy.

Wysoka Łapa wywalił język. Sam czuł jedynie wiatr.

Mentorka się otrząsnęła.

– Nie martw się. Szybko się nauczysz, jak zwęszyć zdobycz przez pół wrzosowiska.

– Głodny jestem – rzucił Ryjówcza Łapa, z nadzieją patrząc ku gęstej linii drzew u stóp porośniętego wrzosami zbocza. – Czy i my nie moglibyśmy zapolować?

– Najpierw ruchy bitewne – odrzekł Zajęczy Lot.

– Z Wysoką Łapą? – obruszył się młody kot. – Przecież on nawet żadnych nie zna.

Mentor zmierzył go chłodnym spojrzeniem.

– W takim razie naucz go kilku.

Szyderczy kocur stanął o długość ogona od kompana z legowiska. Jego brązowa sierść upodobniła go do kawałka drewna leżącego na czesanym przez wiatr wrzosowisku.

Świtająca Pręga lekko smagnęła ucznia ogonem, ponaglając go.

– Najpierw będzie musiał poznać ruchy obronne – przypomniała Ryjówczej Łapie. – Zaatakuj go, ale nie zapominaj, że to jego pierwsza lekcja. – Skinęła głową na Wysoką Łapę. – Najprostszym sposobem na osłonę jest unieść przednie łapy. Bez dzikich uderzeń. Skup się na osłonie pyszczka i odepchnięciu atakującego.

Wysoka Łapa przytaknął, a następnie skoncentrował się, by pamiętać o wszystkich naukach, które pobrał od kotki. Wciąż czuł, że serce łomocze mu po pościgu. Wbił pazurki tylnych łap w glebę, by stanąć pewniej, po czym skupił wzrok na oponencie. Oczy brązowego kota zalśniły, gdy spytał:

– Gotów?

Wysoka Łapa kiwnął głową. Skowycząc dziko, Ryjówcza Łapa rzucił się do ataku. Broniący się kocur aż westchnął, próbując na czas unieść łapy do obrony. Nie zdążył. Pazury przeorały mu nos. Pisnąwszy, Wysoka Łapa potknął się o własny ogon i przetoczył po trawie.

– Ryjówcza Łapo! – Głos Zajęczego Lotu był ostry i surowy. – Świtająca Pręga powiedziała ci, że to jego pierwsza walka!

Wysoka Łapa podniósł się akurat na czas, by zobaczyć, jak szyderca przewraca oczami.

– Dlaczego utknąłem na treningu z kociakiem?

– Nie jestem kociakiem! – padła odpowiedź. Wysoka Łapa, choć czuł, jak szczypie go nos, stanął przed przeciwnikiem. – Spróbuj jeszcze raz.

Brązowy kot przywarł do podłoża, kręcąc w gotowości zadem. Czarno-biały przypatrywał mu się uważnie, a gdy napastnik skoczył, broniący uniósł się cały i tym razem dużo szybciej wysunął przednie łapy przed siebie. Ryjówcza Łapa uderzył bez impetu, przez co dość łatwo było go odtrącić mocnym pchnięciem. Gdy napastnik odtoczył się po trawie, Wysoka Łapa poczuł satysfakcję.

I wtedy pazury uderzyły go w żebra. Aż się zapowietrzył. Przeciwnik wysunął tylną nogę podczas przetaczania się i zdołał go dosięgnąć.

– Przepraszam! – rzucił brązowy kot, podrywając się szybko. – To był wypadek.

Jasne. Oczywiście. Założę się, że wysuwanie pazurów w czasie treningu nie jest dozwolone! – pomyślał uczeń wojowniczki i zmrużył oczy.

– Spróbuj raz jeszcze – rzekła zachęcająco Świtająca Pręga. – Tym razem po odepchnięciu go przemieść się odrobinę. Musisz być stale gotowy na kolejny atak.

Przytaknąwszy, Wysoka Łapa ustawił się ponownie przed przeciwnikiem, którego czubek ogona przecinał co rusz powietrze.

Wciąż masz mnie za podkopka! – powiedział do oponenta w myślach i poczuł swędzenie pazurów. Zwalczył jednak pokusę ich wysunięcia. – Zaraz ci pokażę!

Ryjówcza Łapa zerwał się do skoku. Wysoka Łapa zamarł na moment, a gdy pod brzuchem atakującego ujrzał błysk dziennego światła, skoczył w przód i wierzgnął nogami jak królik. Wygiął się w łuk i pchnął w górę, czując na swoim grzbiecie ciężar przeciwnika. Ten kwiknął, poleciał w tył i wylądował, wijąc się na trawie, co jego Wysoka Łapa ujrzał dzięki błyskawicznemu odwróceniu się na tylnych łapach. Stanął nad obalonym kocurem i ujrzał niedowierzanie w jego szeroko otwartych oczach.

 

Wysoka Łapa obnażył zęby, po czym opadł na cztery nogi i odszedł w bok.

– Co o tym sądzisz? – spytał Świtającą Pręgę.

Zamrugała.

– Nie do końca tego oczekiwałam.

– To było świetne! – zamruczał Zajęczy Lot. – Doskonała robota.

Ryjówcza Łapa wstał, zagniewany.

– Miał ćwiczyć ruchy obronne, nie atak.

Wysoka Łapa się zjeżył. Cokolwiek by zrobił, zawsze zdawał się irytować kompana. Uniósł dumnie brodę.

– Broniłem się. Nie moja wina, że nie potrafisz utrzymać równowagi.

– To było oszustwo, Wijowa Łapo. – Ryjówcza Łapa przeszedł obok niego i zagłębił się między wrzosy. – Czy możemy teraz coś zjeść?

Dwójka mentorów spojrzała po sobie, po czym Zajęczy Lot popędził za swoim uczniem.

– Poradziłeś sobie świetnie – pochwaliła podopiecznego Świtająca Pręga, zrównując z nim krok na wąskiej ścieżce.

– Dziękuję – odrzekł z satysfakcją Wysoka Łapa, czując napływającą falę ciepła.

– I nie przejmuj się Ryjówczą Łapą. Przywykł do ćwiczeń ze starszymi uczniami. Zajęczy Lot na pewno zamieni z nim słówko na temat jego postawy.

– Czym futerko za młodu nasiąknie… – Urwał i pociągnął nosem. – Od urodzenia coś go gryzie pod sierścią. Muszę z tym żyć.

– Chodź, poczęstuj się tym królikiem! – zawołał stojący pod Łownym Skałkami Kaszląca Łapa, gdy tylko ujrzał przyjaciela wpełzającego do obozu.

Zapach świeżej zdobyczy szybko dotarł do Wysokiej Łapy. Przeskoczył kępki trawy i zatrzymał się w plamie światła słonecznego, gdzie drugi kot zrywał kawałki mięsa z króliczej tuszki. Nagle uświadomił sobie, jak bardzo jest zmęczony, padł więc obok przyjaciela. Ten podsunął mu mięso.

– Proszę.

– Dzięki. – Wysoka Łapa pochylił się i wgryzł w oferowaną zdobycz.

– Jak tam trening?

Zapytany spojrzał na Ryjówczą Łapę, który z niesmakiem spoglądał na nornicę leżącą na stosie zdobyczy. Chciałby opowiedzieć Kaszlącej Łapie, jak wielkim wrzodem na ogonie okazał się jego brat. Ale przecież to rodzeństwo z jednego miotu. Poza tym prawdziwy wojownik nie narzekałby na swych towarzyszy z klanu.

– Było świetnie – rzekł w końcu, a wspomnienie biegu po trawie z pozostałymi uczniami tuż za nim sprawiło, że przeszedł go dreszcz ekscytacji. Jeszcze więcej radości przyniosła myśl o tym, że zdołał obalić na grzbiet krnąbrnego brązowego kocura. – Sporo się nauczyłem.

Kaszląca Łapa znów odgryzł kawałek królika.

– A ja zdobyłem wiedzę na temat tego, jak sporządzać opatrunek na zadrapania – oznajmił z pełnym pyszczkiem. – Wyciąga infekcję z gnijących ran.

Uczeń sprinterki poczuł skurcz w brzuchu.

– To brzmi naprawdę… – Przez moment walczył z nudnościami, jednocześnie szukając odpowiedniego słowa. – No… interesująco.

Ależ się cieszę, że trenuję, by być wojownikiem! – pomyślał.

– Dzięki temu mogłem pomóc Białej Jagodzie z jego uchem. – Uczeń medyka żuł jak gdyby nigdy nic. – Ugryzł go kleszcz i wdało się zakażenie. Dodałem soku z gałęzi jałowca, co powinno sprawić, że kleszcz wyjdzie. Tak spuchł, że myślałem, że eksploduje.

Wysoka Łapa wbił w niego spojrzenie; nagle woń królika stała się odstręczająca. Postanowił zmienić temat:

– A jak się ma Jastrzębie Serce?

– Jest naprawdę doskonałym mentorem. Trudno nadążyć za jego mądrością, ale robię postępy i dużo się uczę.

Wysoka Łapa ujrzał, że Ryjówcza Łapa kieruje się ku nim. Ignorując mdłości, znów ugryzł mięso. Brązowy uczeń sprinterów dotarł do nich, gdy przełykał. Rzucił mysz na ziemię.

– I co, wyleczyłeś już kogoś? – spytał brata, moszcząc się obok niego.

Ten przełknął.

– Dowiem się tego jutro.

Wysoka Łapa oderwał kolejny kęs mięsa, a Ryjówcza Łapa miętosił w pysku mysz. Kaszląca Łapa popatrywał to na jednego, to na drugiego kota, aż wypalił:

– Ależ fajnie musi być móc ćwiczyć razem!

Obaj kandydaci na sprinterów spojrzeli po sobie. Brązowy chwilę milczał, aż w końcu obojętnie uniósł i opuścił łopatki.

– Może być.

Wysoka Łapa przez chwilę się zastanawiał, co powie bratu złośliwy kot. Ta odpowiedź była zaskakująca. Zamrugał i nie chcąc zamartwiać przyjaciela informacją o zupełnym braku porozumienia między nim a jego bratem, tylko przytaknął.

Jadł, aż napełnił brzuch do syta.

– Idę rozprostować łapy – oznajmił, wstając. – Nie chcę cały zesztywnieć. Świtająca Pręga zabiera mnie później na zewnątrz raz jeszcze.

Skinął głową Ryjówczej Łapie i ruszył przez obóz.

Blada Ptaszyna przycupnęła przed żłobkiem. Polny Ślizg kręciła się wokół niej. Szara kotka wprowadziła się do legowiska karmicielek dopiero niedawno, nosząc pod sercem kocięta Hikorowego Nosa. Jej brzuch kołysał się, gdy chodziła tam i z powrotem, machając ogonem i strzygąc uszami, zbyt poruszona, by spokojnie usiąść. Nosiło ją.

Blada Ptaszyna patrzyła pustym wzrokiem. Wysoka Łapa zmarszczył nos. Dlaczego jego matką nigdy nie targał podobny niepokój? Czy nigdy nie chciała wyjść na wrzosowiska? Albo choćby i do tuneli? Czy tkwienie w obozie nie nudziło jej na śmierć?

Stanął obok niej.

– Powinnaś przyjść na mój trening i popatrzeć.

– Co takiego, kochanie? – Spojrzała na niego z roztargnieniem.

– Dobrze by ci zrobił spacer poza obóz.

Orlicowe Skrzydło wyskoczyła z Jaru Spotkań i popędziła ku nim.

– Nie kłopocz Bladej Ptaszyny – ostrzegła z wyrzutem. – Potrzeba jej odpoczynku.

Kocur przybrał niezadowoloną minę.

Ona odpoczywa już od sześciu księżyców! – pomyślał. – Musiała już dojść do siebie po porodzie!

– Źle śpi – wyjaśniła pospiesznie Polny Ślizg.

– Później mi o tym opowiesz, Wysoka Łapo – mruknęła matka. – Na pewno bawiłeś się świetnie.

Wysoka Łapa oddalił się od żłobka, machając ogonem w rozdrażnieniu. Strzelił wzrokiem w kierunku Kaszlącej Łapy i Ryjówczej Łapy. Byli zagłębieni w rozmowie, ba, gawędzili jak drozdy, odkąd sobie poszedł.

I wtedy, za sobą, usłyszał nową wymianę zdań:

– Sądzicie, że i w tym roku wrócą odwiedzający? – spytała Polny Ślizg.

Odwiedzający? Wysoka Łapa zastrzygł uszami.

– Oczywiście, że wrócą – odrzekła Orlicowe Skrzydło. – Nie przypominam sobie, by kiedykolwiek zdarzyła się pora zielonych liści, w której by się nie pojawili.

Kocur zatrzymał się i usiadł – w końcu musiał się wymyć po posiłku i mógł to zrobić w każdym miejscu… A stąd dobrze słyszał, o czym mówią karmicielki.

– Mam nadzieję, że Kokoszka przetrwała porę nagich drzew. – Orlicowe Skrzydło zniżyła głos. – Była bardzo słabowita, gdy widziałyśmy ją ostatnio.

– Biała Jagoda byłby niepocieszony, gdyby nie przyszła – stwierdziła Polny Ślizg.

Wysoka Łapa przystąpił do czyszczenia pyska świeżo wylizaną łapą.

Orlicowe Skrzydło zamruczała.

– Kokoszka i Biała Jagoda mogliby wymieniać się opowieściami od świtu do zmierzchu. Kiedyś w rozmowach pojawiła się nawet propozycja osiedlenia się jej razem z naszym klanem.

– Osiedlenia się z nami? – powtórzyła młodsza karmicielka, wyraźnie zszokowana. – I jak byłyśmy to wyjaśnili innym klanom?

– Przecież Klan Wiatru nie byłby pierwszym, który przygarnął włóczęgę.

– Ale jesteśmy jedynym, który regularnie zezwala gościom korzystać z naszych legowisk oraz zdobyczy, ilekroć nastanie pora zielonych liści. Co rzekłyby na to inne klany? A gdyby uznały, że szkolimy włóczęgów do ataków na nich?

Wysoka Łapa musiał przygładzić sierść na grzbiecie, bo z zaciekawienia aż mu się zjeżyła. Nigdy nie słyszał o żadnych „odwiedzających” jego klan. Dlaczego nikt nigdy o nich nie wspomniał?

– A kogo obchodzi, co będą sobie gadać inne klany? – Orlicowe Skrzydło pociągnęła nosem. – Zbiły się w kupki gdzieś na mokradłach i w lasach, kryjąc się przed słońcem i wiatrem niczym zdobycz. My zaś żyjemy tak, że nasze ogony muskają niebo. Jeśli więc chcemy dzielić się tą przestrzenią, to nasz wybór.

– Wysoka Łapo! – zawołała Świtająca Pręga, stojąc u wejścia do obozu. Kocur zerwał się na równe łapy, wciąż wilgotny po myciu. Wąsy mentorki zadrżały, gdy przyzwała go ruchem ogona. – Chowaj język i chodź, poćwiczymy jeszcze ruchy bitewne.

Pospieszył za nią, gdy przeciskała się pod wrzosami.

– Kim są odwiedzający w porze zielonych liści? – spytał, gdy dogonił ją na trawie na zewnątrz.

Zatrzymała się i zmrużyła oczy.

– Kto ci powiedział coś o „odwiedzających w porze zielonych liści”?

– Polny Ślizg i Orlicowe Skrzydło rozmawiały…

– Nie powinieneś podsłuchiwać.

– I nie podsłuchiwałem – zaprotestował. – Ale one wcale nie szeptały. – Zmarszczył nos, patrząc na mentorkę. – Czy to jest jakiś wielki sekret?

– Nie rozmawiamy na ich temat, kiedy ich tu nie ma, a już szczególnie z kimś spoza klanu. – Świtająca Pręga ruszyła owczą ścieżką wijącą się przez zagonek janowca, a uczeń popędził za nią.

– A dlaczego przychodzą?

Mentorka nawet nie obejrzała się za siebie.

– Tak zawsze mieli w zwyczaju.

– I żyją z nami w obozie?

– Tylko w porze zielonych liści.

– I dołączają do patroli? Polują dla klanu?

– Czasem tak bywa.

Zatrzymał się.

– Czy to włóczędzy? – Patrzył za kotką. Dlaczego zachowywała się, jakby odkrył jakiś wielki sekret? Jeśli przybywali co roku, w końcu i tak by się dowiedział.

Zatrzymała się i odwróciła.

– Rzeczywiście możesz nazwać ich włóczęgami. Nie przestrzegają zasad klanu.

– A czy my musimy się zgadzać na ich obecność? Jesteśmy do tego zobowiązani? – spytał, kładąc nacisk na ostatnie słowo.

Wysunął bezwiednie pazury. Czy Klan Wiatru naprawdę wpuszczał co roku do swego obozu bandę włóczęgów, pozwalał im się panoszyć i częstować zdobyczą?

Ogon kotki przeciął powietrze ze świstem.

– Ależ skąd. To nasza decyzja, że pozwalamy im zostać u nas, a także dajemy odczuć, że są mile widziani.

– Ale przecież włóczędzy są źli, prawda? – Wysoka Łapa przechylił głowę.

– Nie, nie wszyscy. – Mentorka ruszyła dalej ścieżką. – Ci włóczędzy nie są.

– Dlaczego więc to taka tajemnica? – spytał kocur, dołączając do niej.

– Ponieważ lepiej, żeby inne klany nie miały o tym pojęcia.

– Dlaczego?

Czy Klan Wiatru łamał kodeks wojownika? – przemknęło mu przez myśl.

– Teraz pytasz już zupełnie jak kociątko – rzuciła Świtająca Pręga, wciskając nos między kępy trawy. – Przestań zadawać pytania i zademonstruj mi ten ruch, którego dziś rano użyłeś przeciw Ryjówczej Łapie.

Rozdział 9


Wysoka Łapa krążył przy wejściu do obozu. Nogi miał wilgotne od rosy. Słońce właśnie wznosiło się nad horyzont, a jego promienie skąpały wrzosy, ożywiając fioletowe kwiaty i sprawiając, że całe wrzosowisko lśniło. Młody kocur obudził się pierwszy, gotów udać się na poranny patrol. Wychodząc z legowiska, szturchnął Ryjówczą Łapę, ale ciemnobrązowy uczeń wciąż był rozespany. Przez szczelinę między gałęziami janowca widać było, jak mruga półprzytomnie, wystawiając pysk poza krawędź posłania.

Długa trawa zaszeleściła przy Jarze Spotkań i pojawiła się tam Świtająca Pręga. Ziewnęła, przeciągnęła się i poczłapała między kępami trawy.

– Dzień dobry, Wysoka Łapo.

– Witaj, Świtająca Pręgo. – Uczeń świsnął ogonem. Dziś miał odbyć swój pierwszy poranny patrol. – Czy sprawdzimy wszystkie granice?

Mentorka pokręciła głową.

– Zajęłoby to zbyt wiele czasu. – Skinęła w kierunku skupiska długich źdźbeł, gdzie kolejne koty wychodziły na otwartą przestrzeń. – Rogaty Sus, Żytnia Łodyga i Skowroni Plusk będą z nami patrolować skraj wrzosowisk oraz okolice rozpadliny. Zajęczy Lot, Ryjówcza Łapa, Łani Skok i Jabłkowy Świt oznaczą ponownie granice przy Czterech Drzewach i okolicy Klanu Cienia.

Ryjówcza Łapa wyczłapał z legowiska uczniów, ziewając.

– Czy znajdzie się czas na zaatakowanie stosu zdobyczy, nim wyruszymy? – spytał, a jego brzuch zaburczał.

Wysoka Łapa rzucił okiem na drugą stronę polany. Na stosie leżała tylko sztywna nornica oraz zmiażdżona mysz.

– Może coś sobie złapiesz podczas patrolu – zaproponował.

Świtająca Pręga zastrzygła uchem.

– Żadnych polowań, dopóki nie sprawdzimy granic – oznajmiła. W brzuchu brązowego kocura ponownie zaburczało, a kotka ciągnęła, kiwając głową ze zrozumieniem: – Wrzosowa Gwiazda wyśle wkrótce patrol łowczy. Do naszego powrotu na stosie będzie już pożywienie.

– Jak w ogóle możesz odczuwać głód? – spytał Wysoka Łapa, sam zbyt podekscytowany, by jeść. Zaczął kręcić kółka wokół mentorki.

 

Ryjówcza Łapa przysiadł i zajął się myciem pyska.

– Ja już mam za sobą pierwszy patrol, nie pamiętasz?

– Ale to się nie może znudzić! – Wysoka Łapa zbadał powietrze; nie miał dotąd okazji być na wrzosowisku o tak wczesnej porze. – A jeśli zobaczymy intruza? – spytał mentorkę. – Czy możemy go ścigać?

– To Skowroni Plusk dowodzi patrolem. Jej spytaj.

Kotka właśnie ku nim zmierzała, ale Wysoka Łapa i tak pomknął jej naprzeciw.

– Czy będziemy mogli ścigać intruza, jeśli się pojawi?

– To zależy – odrzekła dowódczyni patrolu, mijając go.

Potruchtał za nią.

– Od czego?

– Od tego, czy będzie to owca, pies, czy może włóczęga – wyjaśniła kotka, zatrzymując się przy jego mentorce. – Ścigamy tylko to, co stanowi zagrożenie dla klanu.

Młody kot dał się ponieść wyobraźni. A jeśli zaskoczą członków patrolu Klanu Rzeki próbujących się wślizgnąć na wrzosowiska? Albo jeśli trzeba będzie pogonić jakiegoś psa?

– Kiedy ruszamy? – spytał Świtającą Pręgę.

– Gdy tylko Żytnia Łodyga i Rogaty Sus skończą plotkować i dołączą do nas.

Młodzi wojownicy stali w najwyższym punkcie Jaru Spotkań wraz z Łanim Skokiem. Byli wojownikami już pół księżyca. Wysoka Łapa oglądał ich ceremonię, w głębi ducha dumny z tego, że pomógł w ich ocenie. Niemalże im się wtedy wymknął, a teraz jest jeszcze szybszy. Jeśli będzie ćwiczył dalej, z pewnością stanie się najszybszym kotem klanu.

– Żytnia Łodygo! – Skowroni Plusk smagnęła ogonem, a szara kotka podniosła wzrok.

– Już idę! – krzyknęła i przeskoczyła przez kępy z Rogatym Susem podążającym tuż za nią. – Przepraszamy! – Zatrzymała się z poślizgiem na mokrej trawie.

Oczy jej brata zalśniły.

– Wysoka Łapa patroluje z nami?

– Tak! – Kocur wyprężył pierś.

– Chcesz się ścigać? – Młody wojownik przestąpił w ekscytacji z łapy na łapę.

– Tak, bardzo chcę…

Skowroni Plusk stanęła między nimi.

– Patrolujemy, nie ścigamy się – upomniała ich surowo. – Wasza uwaga ma się skupiać na granicach.

Wysoka Łapa wbił wzrok w swoje łapy, jednakże z ukosa popatrywał na kompana, którego wąsy podrygiwały z rozbawienia.

– Wybacz, Skowroni Plusku – rzekł, prostując ogon w wyrazie szacunku; jego wąsy jednak wciąż zdradzały, co myśli.

Wysoka Łapa zdławił mruczenie.

– Żadnych wyścigów, obiecuję. Na naszym porannym patrolu nie będzie zabawy w żadnej formie.

Prychając, dowódczyni odwróciła się i skierowała ku wyjściu. Żytnia Łodyga podeszła do Wysokiej Łapy.

– Wybacz jej zły nastrój – szepnęła. – Po prostu nie jest typem porannego kota.

– Nie ona jedna. – Ryjówcza Łapa patrzył nieprzytomnie na resztę zbliżających się kompanów.

– Poczujesz się lepiej z wiatrem w sierści! – obiecała młoda wojowniczka, po czym ruszyła ku wyjściu za mentorkami.

Na zewnątrz powietrze było słodkie od woni kwiatów wrzosu. Słońce powoli pięło się po bladobłękitnym niebie. Wysoka Łapa zmrużył oczy od tego blasku. Widział kilka obłoczków mgły skupiających się w zagłębieniach wrzosowiska. Wkrótce wyparują od gorąca. Zapowiadał się kolejny upalny dzień.

Poczuł wiatr smagający jego ogon.

– Którędy? – spytał Skowroni Plusk; ruszała już pod górę, w kierunku najwyższych partii wrzosowiska.

– Najpierw odnowimy znaczniki wzdłuż Drogi Grzmotu – oznajmiła.

– Ale za tą granicą nie ma przecież innych klanów – stwierdził, doganiając ją. Musiał minąć gęstą kępkę wrzosu, by nie zostać w tyle. – Dlaczego należy ją oznaczać?

– Ponieważ są jeszcze samotnicy i włóczędzy – przypomniała kotka. – Trzeba ich ostrzec, że wchodzą na terytorium klanu.

Sądziłem, że włóczędzy są mile widziani – pomyślał. Spojrzał przez bark na swą mentorkę. Obserwowała horyzont. Czyżby wypatrywała gości mających w zwyczaju przybywać w porze zielonych liści?

Rogaty Sus ich dogonił.

– Wiem, że ustaliliśmy, że nie będziemy się ścigać – zaczął niepewnie, wbijając spojrzenie swych bursztynowych oczu w Skowroni Plusk. – Ale nie dotarliśmy jeszcze do granicy.

Żytnia Łodyga pojawiła się znikąd u boku brata.

– Dotarlibyśmy tam szybciej, biegnąc – dodała.

Dowodząca patrolem kotka przewróciła oczami.

– Niech wam będzie. Ale nie dajcie się ponieść ekscytacji. No i uważajcie na Drogę Grzmotu.

– Nie jesteśmy już Łapami! – odparł Rogaty Sus.

– Ale Wysoka Łapa wciąż jest – przypomniała mu. – A więc uważajcie.

Dwa młode kocury wymieniły spojrzenia.

– Gotów?

– Gotów! – Wysoka Łapa poczuł uderzenie energii gromadzącej się pod futerkiem.

– Start! – krzyknęła Żytnia Łodyga i wystrzeliła we wrzosy.

Rogaty Sus wybrał szerszą trasę, okrążającą krzewy i zmierzającą ku rozległej łące.

Po trawie lepiej się biega! – pomyślał Wysoka Łapa i popędził za kompanem.

Ślizgał się trochę na zroszonej trawie, wymijając skupisko fioletowych kwiatów. Nagle spomiędzy nich wypadła młoda kotka i także popędziła ścieżką brata. Minęła młodszego kocura z triumfalnym miauknięciem, więc zdwoił wysiłki, przebierając łapami.

Teren przed nimi robił się mocno pochyły. Żytnia Łodyga pędziła tak szybko, jak mogła, ale nie miała tyle siły co jej brat, który zwinnie mknął pod górę. Wysoka Łapa zaczął odnajdować rytm i wyciągał się coraz bardziej, by wreszcie niemalże lecieć nad ziemią, ledwie dotykając podłoża. Minął młodą kotkę z rozwianym wąsem; jej brat wyprzedzał go teraz tylko o długość ogona. Najwyższy punkt wrzosowiska był tuż-tuż, dalej rozciągał się tylko bezkres nieba.

Rogaty Sus dotarł na szczyt i zaczął z niego zbiegać w chwili, gdy Wysoka Łapa był już bliski zrównania się z nim. Szybki rzut okiem za siebie upewnił kocura, że Żytnia Łodyga, choć zmęczona, zdołała znaleźć dość energii, by pokonać przewyższenie i dalej mknąć za nimi. Jej brat nabierał jednak prędkości, biegnąc z górki. Jego szerokie barki i mocna budowa mogły go spowalniać podczas wspinaczki, ale nie teraz, gdy użył całej swej siły, by biec szybciej niż kiedykolwiek.

Wysoka Łapa wydłużył susy, ale rywal i tak powiększał przewagę. Gdy teren wyrównał się przy Drodze Grzmotu, młody wojownik zatrzymał się i uniósł zwycięsko ogon.

– Dobra próba – wydyszał zadowolony, gdy drugi kocur do niego dobiegł.

– Pewnego dnia cię dopadnę – sapnął Wysoka Łapa.

Żytnia Łodyga dotarła na miejsce.

– Na trawie jestem beznadziejna – skomentowała, walcząc o oddech. – Wolę biegać po króliczych dróżkach.

– Lepiej radzisz sobie na wijącej się trasie – zgodził się jej brat. – Następny wyścig zrobimy przez wrzosy.

Droga Grzmotu lśniła w słońcu o kilka długości ogona od nich. Wysoka Łapa, wciąż wyrównując oddech, spoglądał to w jedną, to w drugą stronę. Nigdy nie dotarł tak blisko przeprawy.

– Gdzie są potwory? – spytał, widząc, że Droga Grzmotu jest zupełnie pusta.

– Pojawią się później – oznajmił Rogaty Sus.

Żytnia Łodyga spojrzała za siebie.

– Minęliśmy linię zapachową.

Wysoka Łapa badał przez chwilę powietrze. Cierpki smrodek Drogi Grzmotu mieszał się z zatęchłą wonią Klanu Wiatru.

– W takim razie odświeżmy znaczniki – zadecydował młody wojownik, odwracając się szybko – zanim Skowroni Plusk zacznie na nas syczeć.

Wysoka Łapa podążył za nim, ale ujrzał złocistą sierść Świtającej Pręgi zbiegającej ze zbocza. Pędziła ku niemu z nastroszonym ogonem.

– Nigdy więcej nie chcę cię widzieć tak blisko Drogi Grzmotu! – wybuchnęła, gdy tylko dotarła do ucznia.

Ten patrzył na nią w zdumieniu.

– Ale jest zupełnie pusta…

– Potwory przemieszczają się szybko jak ptaki. I są większe, niż sobie wyobrażasz – rzekła mentorka, gromiąc go wzrokiem.

– Ale…

Zmrużyła oczy.

– Kiedy coś ci mówię, masz słuchać, a nie wtrącać swoje uwagi.

Gardło zacisnęło mu się z gniewu, ale zdołał się uspokoić.

Nie mogę się doczekać, aż zostanę wojownikiem! – pomyślał.

*

Wysoka Łapa pomógł młodym wrzosowym sprinterom oznaczyć granicę wzdłuż Drogi Grzmotu. Potem pracowali nad linią skręcającą w górę, wzdłuż wysokiego wrzosowiska, aż ku rozpadlinie.

Nudzi mi się – pomyślał Wysoka Łapa.

Zatrzymał się, by oznaczyć kolejną kępkę wrzosu. Ze znużeniem obserwował, jak Skowroni Plusk się cofa, by podążyć za kolejnym śladem zapachowym, który przekroczył granicę. W tym tempie będą oznaczać rubież swojego terytorium aż do nocy.

– Czy to Klan Rzeki? – spytała Świtająca Pręga.

Szylkretowa wojowniczka obwąchiwała wrzos.

– To tylko Dwunożny.

– W towarzystwie psa? – Żytnia Łodyga przybiegła, by zakosztować zapachu.

Starsza kotka pokręciła głową.

Rogaty Sus wspiął się na niewielki pagórek i uniósł brodę.

– Tej części wrzosowiska nie odwiedził żaden pies już od ponad księżyca – oświadczył.

Siostra spojrzała na niego i stwierdziła:

– Odkąd zacząłeś patrole, jak sądzę.

– Czy możemy iść dalej? – spytał Wysoka Łapa, którego aż świerzbiły nogi.

Chciał dalej biegać. Dlaczego nie wytropili woni królika? Albo czegoś innego, co można by ścigać?

Ignorując go, Rogaty Sus zeskoczył z pagórka i przemaszerował z uniesionym ogonem wzdłuż linii zapachu, rzucając odpowiedź siostrze: