Wojownicy. Odwet Wysokiej Gwiazdy. SuperedycjaTekst

Z serii: Wojownicy
Z serii: Superedycja #4
0
Recenzje
Oznacz jako przeczytane
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

Biała Jagoda rzucił, prychając:

– Żaden powierzchniowiec nie potrafi wąchać przez ziemię.

– Ale mogli usłyszeć moje kroki – wyjaśnił opowiadający historię członek starszyzny, po czym ściszył głos. – Gdyby wzięli mnie za królika, zaczęliby kopać. Nie mogłem pozwolić, by odkryli tunele. Zamarłem więc. – Zrobił znaczącą pauzę. – Słyszałem, jak królik się oddala, czułem też powiew świeżego powietrza w tunelu. Zdobycz uciekała ku wyjściu. Miałem tylko nadzieję, że patrol Klanu Cienia nie zauważy jej i nie zagna z powrotem pod ziemię.

– I co, stało się tak? – spytała Żytnia Łapa, wstrzymując oddech.

– Powolne kroki członków Klanu Cienia nagle przyspieszyły do biegu. Usłyszałem, jak wołają: „Królik! Królik!”. – Zrobił okrągłe oczy, przypatrując się po kolei każdemu z młodych kotów.

Sierść na grzbiecie Wyżka aż się zjeżyła.

– I co się stało?

– Ziemia poczęła się na mnie osypywać, gdy zaczęli uderzać łapami w glebę. Musiałem myśleć szybko. Jeśliby znaleźli wejście i pogonili za królikiem, wytropiliby i mnie, odkrywając przy okazji tunel. Należało go więc zablokować.

– Zablokować? – zdumiała się Żytnia Łapa. – Jak?

– Powodując zawał! Gleba była lekka i miękka. Gdybym zdołał poluzować odpowiednią jej ilość i odciąć tunel bez zwalenia sobie całego sklepienia na głowę, byłbym bezpieczny.

Serce Wyżka zaczęło bić jak szalone.

– A gdyby strop się zawalił?

– Utonąłbym w glebie – wyjaśnił Płomienna Skóra, wzdychając.

– O nie! – miauknięcie Żytniej Łapy było ledwie szeptem.

– Słyszałem już głosy członków Klanu Cienia dochodzące z krańca tunelu, potem zaś odgłosy łapek królika, coraz bliższe. Zaraz za nimi silniejsze kroki. Patrol pędził wprost na mnie. – Kocur wyciągnął przednią łapę. – Zacząłem drapać glebę nad głową. Wysunąłem pazury i kopałem tak szybko, jak tylko byłem w stanie. Odgłos łap był już jak grom, który odbijał się w tunelu potężnym echem. Za kilka chwil wyczuliby mój zapach. Potem wpadliby na mnie. Drapałem sklepienie obiema łapami, aż usłyszałem jęk ziemi. Wyrzuciłem obie łapy przed siebie w ostatecznym uderzeniu i nagle strop zaczął się osypywać. Dałem susa w tył w ostatniej chwili, bo zaraz potem cały tunel zawalił się tuż przede mną. Przez ścianę z gleby usłyszałem pisk królika, którego dopadli członkowie patrolu Klanu Cienia.

– I nie zorientowali się, że tam jesteś? – spytała Łania Łapa.

– Było zbyt ciemno, a woń ziemi skutecznie zamaskowała mój zapach. Sądzili, że znaleźli się w ślepo zakończonej króliczej norze. Zawróciłem i skierowałem się ku domowi.

Liliowy Wąs westchnęła.

– Tęskno mi za tamtymi dniami.

Płomienna Skóra przytaknął.

– Ileż bym dał, by znów moc biegać w tunelach!

Biała Jagoda położył ogon na łapach.

– Mieliśmy wtedy dość podkopków, by móc patrolować wszystkie tunele.

– I utrzymywać każdy w dobrym stanie – dodał drugi stary kocur. – A dziś po każdym zawale klan cieszy się, że jest o jeden tunel mniej do obsadzenia.

Łania Łapa zmrużyła oczy.

– A to nie lepiej, że nie musimy wysyłać tak wielu kotów pod ziemię? – Wskazała niesprawną łapę Liliowego Wąsa. – To bywa ryzykowne.

– Żywot wrzosowego sprintera też do bezpiecznych nie należy – odparł Płomienna Skóra. – Na powierzchni spotkać można myszołowy, psy i lisy. Są równie groźne co zawał w tunelu. Ale im lepiej jesteśmy wyszkoleni, tym mniejsze podejmujemy ryzyko. Stąd wynika konieczność szkolenia młodzików, by znały rzemiosło podkopków. Nadejdzie chwila, gdy będziemy polegać na tunelach, jak kiedyś.

Żytnia Łapa pochyliła łepek.

– Ostatnio jest dość dużo królików. Teraz nasze terytorium obejmuje całe wrzosowisko, więc nawet w najgorsze śniegi znajdujemy dość pożywienia dla klanu.

Płomienna Skóra uniósł się i siadł.

– A jeśli inny klan zdecyduje się na inwazję?

Łania Łapa się zjeżyła.

– Damy radę ich odgonić.

Ogon starego kocura zadrżał.

– Tunele dają nam przewagę w czasie bitwy.

Spojrzenie Wyżka przeskakiwało ze starszego na ucznia. Czy wrzosowi sprinterzy i podkopki zawsze się tak spierali? Jak Klan Wiatru był w stanie trzymać się razem przez tak wiele księżyców, skoro składał się z dwóch tak odmiennych grup?

Rozdział 4


Od strony wejścia do obozu rozległ się szelest. Wrócił Piaszczysty Kolec, a za nim Śliwkowy Pazur i Mglista Mysz. Wyżek dostrzegł, że sierść ojca powalana jest błotem, a jego barki oklapły; malec rzucił się mu na powitanie.

– Cześć, kociaku! – miauknął kocur. – Miałeś udany dzień?

– Tak! Płomienna Skóra opowiedział nam o swym pościgu za królikiem aż pod terytorium Klanu Cienia.

– Och, to świetna opowieść. – Piaszczysty Kolec przejechał po grzbiecie syna ogonem, który był mokry i pachniał błotem. – My dziś pracowaliśmy przy tunelu ku rozpadlinie.

– Piaszczysty Kolcu! – Wrzosowa Gwiazda wyskoczyła z Jaru Spotkań i przemierzyła obóz. Trzcinowe Pióro był tuż za nią. Przywódczyni omiotła zmartwionym spojrzeniem ubrudzoną sierść podkopków. – Jak idzie praca?

– Nieźle – odrzekł lider patrolu. – Ostemplowaliśmy odcinek zaraz za torfową skarpą. Trochę tam stromo, ale podebraliśmy glinę z podnóża i umocniliśmy ściany tunelu.

Trzcinowe Pióro zmrużył oczy.

– To masa roboty.

Śliwkowy Pazur otrząsnęła sierść.

– Która się opłaci, gdy wszystko będzie skończone.

– Czyli kiedy? – zaciekawiła się Wrzosowa Gwiazda.

Mglista Mysz wymieniła spojrzenia z Piaszczystym Kolcem i odpowiedziała:

– Tego jeszcze nie wiemy. Kopiemy na terenie, na którym nigdy dotąd nie pracowaliśmy, więc trudno przewidzieć, w którym miejscu natkniemy się na piach, glinę czy skałę.

Zastępca przywódczyni stanął obok niej.

– Nie jest to zbyt bezpieczne – powiedział.

– To wyzwanie – odparł Piaszczysty Kolec i wyprężył dumnie pierś. – Przy którym jednakże uczymy się wielu nowych rzeczy. A gdy skończymy, Klan Wiatru będzie posiadał sekretną trasę ze szczytu wrzosowiska aż do samej rzeki.

– A co ze ścianą klifu? – Wrzosowa Gwiazda zastrzygła uszami. – Przez litą skałę się nie przebijecie.

– Mamy inny plan – odrzekła Śliwkowy Pazur. – Tam, gdzie rzeka spada w najgłębszą część rozpadliny, przebiega żyła gliny. Chcemy się przez nią przekopać, by zejść niżej.

– A czy Klan Rzeki nie dostrzeże tego wszystkiego z dna rozpadliny? – spytał Trzcinowe Pióro.

– Rosną tam jeżyny – wyjaśnił Piaszczysty Kolec. – Wejście pozostanie ukryte. – Spojrzał na Wyżka. – Nie mogę się doczekać, żeby ci to pokazać – mruknął.

Kociak poczuł dumę – ojciec mógł zrobić coś, co nie leżało w mocy nawet samej przywódczyni klanu.

– Ja też nie mogę się doczekać! – miauknął.

– Może staniesz się uczniem w samą porę, by pomóc na ostatnim etapie.

Wyżek zesztywniał. Nagle wyobraził sobie siebie na dnie długiego tunelu, z dala od nieba, grzebiącego w brudnej glinie, desperacko szukającego dostępu do świeżego powietrza. Poczuł ucisk w piersi i przełknął ciężko ślinę.

– Tak – szepnął drżącym głosem.

Wrzosowa Gwiazda nastroszyła sierść i poradziła podkopkom:

– Lepiej idźcie się wysuszyć, bo jeśli nie będziecie uważać, od zimnego wiatru nabawicie się zielonego kaszlu.

Piaszczysty Kolec skinął głową i skierował się w bok.

– Wyżku, chodź! – zawołał. – Potrzebuję pomocy w wylizaniu pyłu zza uszu.

Kociak popędził za ojcem i dogonił go już przy paprociowym zagonku podkopków. Skrzywił się, gdy został obryzgany błotem, które kocur strząsnął z sierści.

– Będziesz musiał przywyknąć do ubłoconego futerka – rzekł.

Kotek nie odpowiedział, wzdrygnął się tylko.

– Brudzisz go! – dał się słyszeć okrzyk Bladej Ptaszyny, która już pędziła w ich stronę.

– Pomaga mi się wyczyścić – oznajmił Piaszczysty Kolec. – Chce mi pomóc z pozbyciem się brudu zza uszu, prawda, Wyżku?

Kocurek wbił spojrzenie w powalaną błotem głowę ojca.

Chcę? No, nie za bardzo – pomyślał.

– Chyba faktycznie pora, by się uczył. – Matka przyłożyła pysk do głowy syna. – Kiedyś będzie musiał usuwać pył z własnych uszu.

W oczach Piaszczystego Kolca pojawił się błysk.

– Wprost nie mogę się doczekać, aż razem udamy się na patrol. – Jego spojrzenie przeskakiwało z partnerki na potomka. – Wszyscy, we trójkę.

Blada Ptaszyna westchnęła.

– Trochę potrwa, nim będę w stanie do was dołączyć.

Kocur obdarzył ją przenikliwym spojrzeniem.

– Co masz na myśli? – spytał, a w jego oczach pojawił się dziwny mrok. – Na pewno będziesz gotowa, gdy Wyżek stanie się uczniem.

Kotka pokręciła głową.

– Nie sądzę, bym miała dość sił.

– Oczywiście, że będziesz je miała. – Piaszczysty Kolec pochylił się i otarł pyskiem o pysk partnerki. – Pora nowych liści przyniesie tłustszą zdobycz, a ty w lot odzyskasz dawną energię.

Wyżek przypatrywał się matce z niepokojem.

– Polepszy ci się, prawda?

– Mam taką nadzieję – mruknęła Blada Ptaszyna, po czym odwróciła się i ruszyła ku żłobkowi.

– Idź z nią – szepnął ojciec. – Wydaje mi się, że potrzebuje pocieszenia.

Kociak się zawahał.

– A co z twoimi uszami?

– Sam je wyczyszczę.

Wyżek, przedzierając się przez kępki trawy, popędził za matką. Gdy weszli do żłobka, zewsząd otoczyła go uspokajająca woń wełny i mleka. Orlicowe Skrzydło podniosła się, gdy Blada Ptaszyna wpełzła na swoje posłanie; jej bladoruda sierść potargała się podczas snu.

– Gdzie Kaszelek i Ryjówek? – spytała.

Czy ona wie, że Kaszelek pragnie spytać Wrzosową Gwiazdę o możliwość zostania uczniem Jastrzębiego Serca? – zastanowił się Wyżek, po czym uświadomił sobie, że powinien odpowiedzieć na pytanie karmicielki.

– Bawią się na zewnątrz – rzekł, a potem wsunął się do gniazda i przywarł pyszczkiem do brzucha matki. Był głodny.

 

Blada Ptaszyna cofnęła się jednak.

– Nie, Wyżku.

Kocurek zamarł. Nie? Podpełzł, zamykając oczy i wdychając kuszący, mleczny zapach matki.

Ta jednak odtrąciła go grzbietem łapy.

– Powiedziałam: nie.

– Nie dostanę mleka? – spytał, patrząc na nią z niedowierzaniem.

– Kończy się. Jesteś już zresztą dość duży, by jeść ze sterty zdobyczy.

– Ale… – Zastanawiał się, jak przekonać matkę do zmiany zdania, ale ujrzał pustkę w jej spojrzeniu.

Usłyszał szelest ze strony posłania Orlicowego Skrzydła.

– Nie przejmuj się, Wyżku. – Wygrzebała się z wrzosów, schyliła i polizała jego uszy. – Ryjówek i Kaszelek jedzą ze stosu już od księżyca. Wolą zdobycz.

I żadnego mleka? – Wyżek nie mógł uwierzyć, że Blada Ptaszyna go nie ostrzegła.

Matka zmrużyła oczy.

– Spodoba ci się jedzenie wraz z dużymi kociakami – mruknęła.

Wyżek poczuł, jak Orlicowe Skrzydło łapie go za luźną skórę na karku. Uczepił się posłania tak mocno, że pod jego pazurkami zaczęła zbierać się wełna. Zjeżył się na grzbiecie.

To niesprawiedliwe! – pomyślał.

Karmicielka opuściła go delikatnie na ziemię.

– Pozwól Bladej Ptaszynie odpocząć – rzekła, popychając go nosem w kierunku wyjścia, a on usłuchał i niechętnie poczłapał przed siebie. Usłyszał jeszcze, jak Orlicowe Skrzydło udeptuje wełnę wokół jego matki. – Prześpij się, moja droga – wyszeptała do kotki, która schowała nos pod łapą i zamknęła oczy.

Czując ukłucie smutku, Wyżek wyślizgnął się z legowiska. Wylądował na wilgotnej trawie, nastroszył futerko, czując chłód. Pomachał łapkami, by wytrącić spod pazurków strzępki wełny. Spojrzał na drugą stronę obozu. Sterta zdobyczy była dobrze zaopatrzona. Na dole stosu dostrzegał królika, na którym spoczywały ciałka brązowych myszek. Gdy dotarł na miejsce, ostrożnie obwąchał zdobycze. Jego nozdrza wypełniły intensywne aromaty. Cofnął się, marszcząc nos.

– Pierwszy raz? – miauknięcie Śliwkowego Pazura sprawiło, że aż podskoczył. Ciemnoszara kotka stała tuż za nim. – Zacznij od myszy. Ma łagodny smak i łatwo ją przeżuć. – Ściągnęła jedną z nich i rzuciła mu pod łapy. – Uważaj tylko na kostki. – Klepnęła udko. – Ugryź tutaj.

Wyżek pochylił się, starając się nie wdychać woni ofiary.

Chcę mleka! – zawołał w myślach, ale zamykając oczy, zagłębił zęby w miękkim ciele. Poczuł na języku zapach: cierpki i ciepły.

– Nie tak źle, co? – mruknęła kotka.

Kocurek sam nie był pewien. Oderwał kęs i spojrzał na nią. Soczyste mięso było dziwne, ale nie obrzydliwe. Zaczął żuć.

– No i proszę! – Oczy Śliwkowego Pazura błysnęły. Nabiła na szpon ptaka ze szczytu stosu i skinęła głową ku kępie trawy przy wrzosowej ścianie obozu. – Zabierzmy tam naszą zdobycz, żeby nie blokować dostępu do sterty.

Łapiąc posiłek w zęby, ruszyła po trawie. Wyżek zabrał swą mysz i podążył za kotką. Wypiął dumnie pierś, gdy myszka zadyndała mu pod brodą; czuł się jak wrzosowy sprinter przynoszący zdobycz dla klanu! Siadł obok Śliwkowego Pazura, która właśnie wgryzła się w ptaka.

– To jest drozd – wyjaśniła z pełnym pyskiem. – Smak ma trochę drewniany. – Przełknęła. – Wolę czajki, ale na nie polujemy tylko po sezonie lęgowym.

Wyżek odgryzł kolejny kęs. Wiedział już, czego się spodziewać, zaczął więc rozkoszować się żylastym mięsem.

– Wkrótce staniesz się uczniem i wtedy sam będziesz łapać zdobycz.

Sam łapać zdobycz! Wyżek zastanawiał się, jak to jest polować w tunelach. Ściganie królików w ciemności na pewno nie będzie tak fajne jak pogoń przez wrzosowiska.

– Podobało ci się bycie uczennicą?

– Było wspaniale – odparła kotka, wyrywając kolejny strzęp z drozda.

Malec spojrzał na nią kątem oka i spytał:

– Ucieszyłaś się, że masz zostać podkopkiem?

Czy jakikolwiek kot cieszyłby się na wieść, że ma spędzić całe życie pod ziemią?

– Oczywiście. – Kotka strąciła piórko z pyska. – Moi rodzice byli podkopkami i wiedziałam, że się sprawdzę, ponieważ jestem drobnej budowy, a moje łapy są szerokie i silne. – Uniosła jedną z nich na dowód. Choć futro miała dobrze wymyte, Wyżek zauważył błoto pod jej pazurami.

– A podoba ci się przebywanie pod ziemią? – Próbował zabrzmieć nonszalancko; nie chciał, by odgadła, że ma wątpliwości co do swojej przyszłej roli w klanie. A jeśli powie Piaszczystemu Kolcowi?

– Uwielbiam to. To jak przebywanie w sekretnym świecie. Nade mną biega zwierzyna, wojownicy patrolują, chmury przetaczają się ponad wrzosowiskami, a nikt poza mną i moimi towarzyszami nie wie, gdzie jesteśmy.

– A nie tęsknisz za powiewem wiatru w sierści?

– Nie. – Śliwkowy Pazur spojrzała na niego zaskoczona. – Pod ziemią jest przytulnie. Czuję się bezpieczna, gdy ziemia się o mnie ociera.

Kocurek przełknął nerwowo.

– Mówisz, jakbyś była półkretem.

– Może i jestem – zamruczała, rozbawiona.

W tej samej chwili Kaszelek wydostał się z Jaru Spotkań. Wyżek wstał na powitanie kolegi brykającego w jego kierunku.

– Wrzosowa Gwiazda się zgodziła! Mogę być uczniem Jastrzębiego Serca!

– Nie wiedziałam, że chcesz uczyć się na medyka – miauknęła kotka. – Gratulacje!

– Tak. – Wyżek zlizał krew z pyszczka. – Gratulacje.

Nie mógł nie poczuć zazdrości.

Ty będziesz robił to, czego pragniesz, a ja spędzę życie, kopiąc doły – pomyślał.

– Wyżku? – Kaszelek zmarszczył wąsy. – Coś nie tak?

Zapytany uniósł brodę. Nie był uczciwy wobec przyjaciela.

– Nie, w porządku. Cieszę się twoim szczęściem!

Przyszły medyk zauważył mysz.

– Jesz już zdobycz!

– Jest smaczna. – Kotek nastroszył dumnie futerko.

– Ja najbardziej lubię ryjówkę. Smakuje wrzosem. – Spojrzał w stronę polanki. – Chcesz się pobawić w królika?

Wyżek odgryzł jeszcze kęs z myszy i resztę popchnął ku Śliwkowemu Pazurowi.

– Proszę.

– Dzięki. Jesteś pewien, że się najadłeś?

– Z zapasem! – Kocurek zerwał się na równe łapki. – Tym razem ja mam być królikiem? – spytał kolegi, na co ten machnął krótkim ogonkiem.

– Tak.

– Dobra, ale nie będę się już chować pod janowcem. Za dużo tam cierni.

– Nie martw się. Jeśli na któryś się nadziejesz, zawsze mogę go wyciągnąć.

Rozdział 5


– Niech wszystkie koty zdolne łowić zwierzynę zgromadzą się pod Wysmukłym Kamieniem. – Wrzosowa Gwiazda stała na tle błękitnego nieba, wzywając podległe jej koty. Za nią rozciągała się szeroka i zielona połać drżących od podmuchów, jeszcze nierozkwitłych wrzosów.

Delikatna bryza szarpała także sierścią Wyżka, gdy przysiadł na skraju Jaru Spotkań. Członkowie jego klanu otaczali go ze wszystkich stron, kierując się ku piaszczystej pochyłości. Ciepła pora nowych liści przyniosła obfite łupy i teraz, gdy nastała pora zielonych liści, wojownicy klanu byli dobrze odżywieni, a ich sierść lśniła. Wyżek przypatrywał się podkopkom, którzy zgromadzili się na krawędzi jaru. Oczy Wełnianego Ogona błyszczały, Hikorowy Nos krążył wokół niego niecierpliwie, a czubek ogona Śliwkowego Pazura podrygiwał z ekscytacji. Jastrzębie Serce i Trzcinowe Pióro siedzieli w bezruchu u stóp Wysmukłego Kamienia niczym wyciosani ze skały, wrzosowi sprinterzy zaś zajmowali resztę jaru.

– Siadaj i przestań podrygiwać. – Pochmurny Pęd przywołał Rogatą Łapę do porządku smagnięciem ogona. Łania Łapa natomiast czekała już między Osikowym Zachodem i Żytnią Łapą.

Starszyzna z mozołem gramoliła się na miejsce spotkań, wiedziona przez Płomienną Skórę. Biała Jagoda przywarł do Liliowego Wąsa, która ciągnęła za sobą niesprawną nogę. Pochód zamykał Młócąca Stopa.

– Oto ceremonia, na którą czekałem! – wysapał.

Serce Wyżka podskoczyło w jego piersi niczym królik.

Piaszczysty Kolec stanął obok niego.

– Jesteś gotów?

– Tak. – Kociak spojrzał na Bladą Ptaszynę. Jej oczy, przez tak długi czas puste, teraz były okrągłe, lśniące i skupione. Pochyliła się i polizała sierść na jego grzbiecie.

– Musisz wyglądać jak najlepiej – mruknęła.

Przy wejściu do legowiska medyka zamigotało brązowe futro; to Kaszląca Łapa spieszył się na ceremonię. Stanął u boku Jastrzębiego Serca. Kocur spojrzał na ucznia z wyrzutem.

– Wybacz, mentorze – dały się słyszeć ciche przeprosiny. – Porządkowałem liście żywokostu.

Ryjówcza Łapa nawiązał kontakt wzrokowy z Wyżkiem; siedział obok Zajęczego Lotu. Kocurek wiedział, co myśli tamten: Teraz będziesz Wijową Łapą! Wyżek odwrócił spojrzenie, mówiąc sobie w duchu: Teraz będę uczniem. Nieważne, czy zostanę podkopkiem, czy wrzosowym sprinterem.

Wrzosowa Gwiazda zeskoczyła z Wysmukłego Kamienia i przemierzyła jar. Zatrzymała się na środku i przyjrzała się kolejno wszystkim członkom klanu, aż jej wzrok spoczął na bohaterze dnia. Paliło go futerko.

– Wyżku! – zawołała.

Blada Ptaszyna trąciła go na zachętę. Łapki zapadały mu się w suchym piasku, ale kocurek zszedł ku przywódczyni i zatrzymał się tuż przy niej.

– Rzadko się zdarza, że nadaję imię ucznia tylko jednemu kotu. – Niebieskie oczy Wrzosowej Gwiazdy zdawały się przewiercać go na wylot. – Wspomnijmy pamięć twej siostry, Ziębki. – Zwróciła się do Bladej Ptaszyny: – Klan Wiatru opłakuje stratę tak młodego życia. Ale teraz spoczęła w pokoju, bezpieczna z Klanem Gwiazdy.

Wyżek zastanawiał się, czy jego siostra przyglądała się ceremonii. Czy była zazdrosna, że nigdy nie dostała szansy otrzymania imienia uczennicy? Może Klan Gwiazdy nadał jej nowe…

– Wysoka Łapo. – Miauknięcie przywódczyni sprowadziło go na ziemię. – Długo rozmyślałam nad tym, kto powinien zostać twym mentorem.

Kocur usłyszał podekscytowane mruczenie podkopków.

– Zapewne wybierze Wełnianego Ogona – zaszeptała Śliwkowy Pazur.

Wrzosowa Gwiazda kontynuowała bez mrugnięcia:

– Wybrałam Świtającą Pręgę. – Odwróciła głowę ku wrzosowym sprinterom. – Podejdź, Świtająca Pręgo.

Wysoka Łapa wbił pazury w ziemię, która zdawała się uciekać mu spod nóg.

Nie będę pracował pod ziemią – pomyślał. W głębi duszy poczuł ulgę.

– Wrzosowa Gwiazdo! – Ostre miauknięcie Wełnianego Ogona wypełniło jar. – Obiecałaś nam podkopka!

Za Wysoką Łapą dało się słyszeć ciężkie kroki. Obrócił się więc ze ściśniętym sercem. To Piaszczysty Kolec zeskakiwał na polanę.

– Popełniłaś błąd, Wrzosowa Gwiazdo.

Przywódczyni pokręciła głową.

– Nie popełniłam, Piaszczysty Kolcu.

– Ale ja jestem podkopkiem, Blada Ptaszyna jest podkopkiem! Chcemy, by nasz syn podążył naszym śladem.

Kotka pochyliła głowę.

– Wiem o tym – rzekła cicho. – Ale przyglądałam się Wysokiej Łapie. Nie ma ani natury, ani budowy podkopka.

– To nieprawda! – wybuchnął ojciec. – Popatrz na jego ogon! Jego długość bez problemu wystarczy, żeby wydobyć go spod zawału. Do tego ma silne łapy i krótką sierść, w której nie zatrzyma się na długo piasek.

Wrzosowa Gwiazda wytrzymała jego spojrzenie i odrzekła:

– Potrafi biegać jak wiatr i skakać jak zając. Goni za wyobrażoną zdobyczą, gdy myśli, że nikt go nie obserwuje.

– Może gonić prawdziwą zdobycz w tunelach! – syknęła Blada Ptaszyna, dołączając do partnera.

Przywódczyni była nieugięta.

– Widziałam go, gdy wiał wiatr. Jego zew sprawiał, że nie mógł usiedzieć spokojnie. Musi pozostać na powierzchni. Musi żyć w zgodzie ze swoją naturą.

– W zgodzie ze swoją naturą?! – wypluł z siebie Wełniany Ogon. – A który kociak nie biega i nie skacze?

Hikorowy Nos prychnął.

– W porze nagich drzew mówiłaś, że tunele są zbyt niebezpieczne. Teraz mówisz, że kociak lubi wiatr w futerku. Jaką wymówkę podasz następnym razem, gdy przyznasz wrzosowym sprinterom kolejnego ucznia?

Piaszczysty Kolec postąpił krok ku Wrzosowej Gwieździe i się zjeżył.

– Kopanie tuneli jest w jego naturze – warknął, kładąc nacisk na dwa pierwsze słowa. – Jak mogłoby nie być? Jego krewni to podkopki, od licznych księżyców.

Kotka smagnęła powietrze ogonem.

– Jeśli Wysoka Łapa zechce później ćwiczyć jako podkopek, będzie mógł. Najpierw chcę jednak, by szkolił się na wrzosowego sprintera.

Nowy uczeń aż zadrżał, widząc, jak smętnie zwisa ogon Bladej Ptaszyny. Opuściła jar i podreptała ze spuszczoną głową do żłobka.

Czy powinienem powiedzieć Wrzosowej Gwieździe, że chcę zostać uczniem podkopków? – zastanawiał się. Pełen desperacji wzrok młodego kota przeskakiwał między przywódczynią a ojcem.

– To mój syn – sapnął Piaszczysty Kolec. – Ja zadecyduję o jego przyszłości.

Kotka zesztywniała.

– Ostateczny wybór drogi dla moich wojowników należy do mnie. – Odwróciła się ku Świtającej Prędze. – Dziel się z Wysoką Łapą swą szybkością i odwagą. Uczyń z niego wojownika, z którego dumny będzie cały Klan Wiatru.

 

Serce świeżo upieczonego ucznia zadudniło w jego piersi jak łapy królika po wydrążonej ziemi. Jego nowa mentorka była jedną z najszybszych sprinterek klanu i nigdy nie cofała się przed walką. Mógł się od niej tak wiele nauczyć.

Sprawię, że Klan Wiatru będzie dumny – postanowił.

Zwalczył drżenie, gdy Świtająca Pręga przyłożyła pyszczek do jego głowy, i zastrzygł uszami, oczekując wiwatów członków klanu. Przestąpił z łapy na łapę. Żaden z kotów nie wezwał go nowym imieniem. Nerwowo spojrzał za siebie. Piaszczysty Kolec odwrócił się, a inne podkopki spoglądały w milczeniu.

– Wysoka Łapa! – To Pochmurny Pęd pierwszy wykrzyknął jego nowe imię.

Zajęczy Lot mu zawtórował.

– Wysoka Łapa! – Teraz Świtająca Pręga najgłośniej wykrzykiwała jego miano, przewodząc nawoływaniom i, patrząc groźnie, wzywała pozostałych sprinterów do dołączenia.

Gdy coraz więcej kotów skandowało, mentorka pchnęła go nosem w kierunku Rogatej Łapy i Łaniej Łapy.

– Śmiało – mruknęła. – Powitaj nowych towarzyszy z legowiska.

– Wysoka Łapa! Wysoka Łapa! – Żytnia Łapa tupała z entuzjazmem.

Oczy jej brata błyszczały, gdy rzekł:

– Gratulacje.

Nowy przyszły sprinter czuł suchość na języku. Ten młody kocur nigdy dotąd nie rozmawiał z nim jak z równym. Gdy okrzyki ucichły, dwie siostry stanęły obok, jedna po lewej, druga po prawej stronie.

– Pierwsza wyprawa na wrzosowisko jest najlepsza – rzekła Łania Łapa.

– W życiu nie uwierzysz, jak wielkie jest wrzosowisko! – dodała Żytnia Łapa, strosząc szare futerko.

Kaszląca Łapa podbiegł do przyjaciela.

– Gratulacje – miauknął.

Wysoka Łapa zamrugał z wdzięcznością. Wciąż nie wiedział, co powinien czuć. Pragnął być wrzosowym sprinterem, ale nie za cenę gniewu matki i ojca.

– Możesz myśleć, że czeka cię łatwiejsza ścieżka – zabrzmiały szorstkie słowa. To Jastrzębie Serce stanął obok. Szarobrązowy medyk zmrużył oczy. – Lecz jest to droga, która wiedzie cię z dala od twych bliskich. Uważaj, żebyś się nie zatracił.

Najmłodszy uczeń pokręcił głową.

– Nie zatracę się, obiecuję.

Kaszląca Łapa wypiął pierś.

– Oczywiście, że nie.

– Wrzosowa Gwiazda musiała oszaleć. – Ryjówcza Łapa wepchnął się przed brata. – Powinieneś trafić pod ziemię, Wijku.

Wysoka Łapa pociągnął nosem.

– Nie jestem już ani kociakiem, ani ziemnym robalem. Zostanę wrzosowym sprinterem jak ty.

Skowroni Plusk zastrzygła wąsami.

– Dobrze będzie mieć nowego ucznia w legowisku. – Spojrzała ciepło na Żytnią Łapę. – Kociaki z pewnego miotu nie są zbyt dobre w szykowaniu się na czas na poranne patrole.

Osikowy Zachód zamruczał, stając obok Świtającej Pręgi.

– Założę się, że wstajesz wcześnie, jeśli wdałeś się w ojca. – Spojrzał na Piaszczystego Kolca. Bladorudy podkopek siedział zwrócony tyłem ku jarowi.

Wysoka Łapa poczuł ukłucie w sercu. Skłonił się wrzosowym sprinterom zgromadzonym dookoła i wymamrotał:

– Dziękuję wam wszystkim. Muszę pójść porozmawiać z ojcem.

Przecisnął się między kotami i wyskoczył z Jaru Spotkań. Skierował się ku starszemu kocurowi.

– Piaszczysty Kolcu? – Stanął przed ojcem. Sierść podkopka wyglądała na matową i niejednolitą z powodu licznych księżyców spędzonych pod ziemią. – Czy chcesz, bym powiedział Wrzosowej Gwieździe, że wolę zostać podkopkiem?

Kocur uniósł wzrok.

– A ty tego chcesz? – spytał, a Wysoka Łapa przełknął nerwowo ślinę. Spojrzenie ojca stwardniało. – No powiedz, chcesz?

Jego syn poruszył się niespokojnie.

– Nie – miauknął cicho.

– A więc tego nie rób.

– Przykro mi. Wiedz jednak, że gdyby Wrzosowa Gwiazda uczyniła mnie podkopkiem, trenowałbym równie ciężko.

– Miałem tyle planów. – Piaszczysty Kolec skierował wzrok ku żłobkowi, gdzie schowała się Blada Ptaszyna.

– Wiem. – Młody kocur próbował zignorować poczucie winy. – Ty, ja i Blada Ptaszyna mieliśmy razem patrolować tunele. Ale obiecuję ci, że choć szkolę się na sprintera, zostanę najlepszym wojownikiem, jak to możliwe.

– Urodziłeś się, by zostać podkopkiem. – Ojciec spojrzał zagniewany na Wrzosową Gwiazdę z pochyloną głową siedzącą w jarze obok Trzcinowego Pióra. – Nie możesz tego zmienić, nieważne, co mówią ci inne koty. – Machnął ogonem i odmaszerował.

Wysoka Łapa odprowadził go wzrokiem, czując, jak żal ściska mu gardło.

– Przepraszam – wyszeptał.

Poczuł na uchu czyjś ciepły oddech. To Świtająca Pręga, rozpoznał jej zapach.

– Nic nie możesz zrobić – miauknęła. – Daj mu czas, przywyknie do tego.

Kocur spojrzał na nią z nadzieją.

– Na pewno?

Nie odpowiedziała. Zamiast tego skinęła głową w stronę wejścia do obozu.

– Chodź, na pewno bardzo chcesz zobaczyć, co jest na zewnątrz. – Popędziła przez trawę, z łatwością przeskakując przez gęste kępy trzęślicy.

Wysoka Łapa pomknął za nią, zygzakując między przeszkodami. Już wkrótce pewnie będzie w stanie pokonywać je jednym susem, wystarczy, że jego nogi wzmocnią się od ćwiczeń.

Ćwiczeń dla wrzosowych sprinterów. Zostanę wrzosowym sprinterem! – radował się w myślach.

Zatrzymał się przy wejściu do obozu i spojrzał na złocisty ogon Świtającej Pręgi znikający w wąskim przesmyku między wrzosami. Po raz pierwszy w życiu miał zobaczyć świat za roślinnymi ścianami.

Przecisnął się. Pędy szeleściły nad jego sierścią i smagały go po pyszczku, więc zmrużył oczy. Gdy tylko przedostał się na drugą stronę, poczuł powiew wiatru. Otworzył szeroko oczy i ujrzał, że stoi na czesanej przez wiatr polanie, a przed nim rozciągał się bezkres.

Szare chmury zgromadziły się na horyzoncie hen za nieskończoną połacią wrzosów. Teren opadał za obozem, zlokalizowanym w najwyższym punkcie okolicy. Tu i ówdzie wschodził janowiec, żółty na tle dominującej zieleni, skupiony w grubych kępach przypominających łaty słonecznego blasku. Teraz, gdy był na zewnątrz, Wysoka Łapa zrozumiał, że obóz Klanu Wiatru usadowił się w naturalnej kotlince, a jego trawiasta polanka osłonięta była grubymi liściastymi ścianami.

– I co o tym myślisz? – Świtająca Pręga stała na trawiastym pagórku o kilka długości ogona od niego i patrzyła z góry.

– Przeogromne to wszystko! – wyszeptał.

Wczepił pazury w trawę, by stać pewniej w porywistym wietrze. Miał ochotę pognać między wrzosy i biec jak najdalej, ale strach jakby go ukorzenił. A gdyby wybiegł poza terytorium i nie potrafił znaleźć drogi powrotnej?

– Spójrz. – Mentorka smagnęła ogonem ku zboczu w oddali. Ptaki latały nisko nad ziemią, a potem wzlatywały, by po chwili znów zanurkować. – Czajki – wyjaśniła. – Bronią swoich młodych. W pobliżu musi grasować łasica.

– Łasica? – Wysoka Łapa zamrugał niepewnie. Nigdy nie widział ani jednej na stercie zdobyczy. Czy były niebezpieczne?

Rozejrzał się zaniepokojony.

– Dopóki nie nauczysz się walczyć, trzymaj się od nich z daleka – pouczyła kotka. – Są szybkie i napastliwe, a ich ugryzienie roznosi zarazę. Do tego smakują ohydnie, więc nie próbuj nawet żadnej upolować i zjeść.

Ryjówcza Łapa wyskoczył z przejścia i spojrzał na nowego ucznia.

– Szukasz króliczych nor, w których mógłbyś się zakopać?

Rogata Łapa przepchnął się obok niego.

– Nie blokuj przejścia, króliczy móżdżku.

Kocur usłuchał i zrobił przejście dla Łaniej Łapy, Zajęczego Lotu, Żytniej Łapy, Osikowego Zachodu i Skowroniego Plusku. Za nimi obóz opuścił Pochmurny Pęd, który zaraz podszedł do Świtającej Pręgi i mruknął:

– Gratulacje z okazji otrzymania ucznia. Dokąd zabierzesz go najpierw?

Wpychając się przed mentora, Rogata Łapa pisnął, nim rudozłota kotka miała szansę odpowiedzieć:

– Ćwiczymy ruchy bitewne!

Pochmurny Pęd spojrzał groźnie na ucznia.

– Zaraz po tym, jak opanujemy nieprzeszkadzanie.

– Przepraszam. – Upomniany młody kocur spuścił wzrok.

Świtająca Pręga, mrucząc, stwierdziła:

– On się po prostu cieszy, że ma w legowisku nowego towarzysza. – Spojrzała na Wysoką Łapę. – Gotów?

Młody kot skinął głową. Za jego mentorką wrzosowisko obniżało się ku skupisku ciemnozielonych drzew. Aż tu słychać było szelest ich liści. Pnie rosły gęsto obok siebie; między nimi musiało być niemal tak ciemno jak w tunelach.

– To tam mieszka Klan Pioruna? – spytał.

Jak oni są w stanie dostrzec swą zdobycz?

– Właśnie tam – potwierdziła Świtająca Pręga. – Nie martw się, nie mamy w planach składać im wizyty.

Skowroni Plusk potruchtała po trawie, a wiatr mierzwił jej szylkretową sierść z białymi łatami.

– Zabieram Żytnią Łapę ku granicy terytorium Klanu Rzeki, żeby odświeżyć ślad zapachowy. Przez jakiś czas możemy iść razem, prawda?

Mentorka najmłodszego ucznia skinęła głową. Zeskoczyła z pagórka i zniknęła między wrzosami, a Wysoka Łapa popędził za nią. Gdy przeciskał się pod grubymi gałęziami, zauważył, że trawa pod jego łapami była wydeptana, a spod niej przebijała się brązowa gleba. Wyczuwał woń królika, jednak już zwietrzałą.

Żytnia Łapa deptała mu po piętach.

– Poczekaj tylko, aż dotrzemy do Widokowej Skały! – wymiauczała. – Stamtąd zobaczysz aż sam koniec świata!