Dom soli i łezTekst

Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

Rozdział 8

Gramoliłam się po schodach, wykończona długim popołudniem na Astrei. Po obiedzie chciałam pognać wprost do domu i zapytać ojca, czy Edgar poprosił go o rękę Eulalie, ale Morella miała inne plany. Ciągała nas od sklepu do sklepu i przeglądała towary niczym sroka szukająca skarbu.

Chciałam odnieść zakupy do pokoju, po czym udać się na poszukiwanie ojca, ale gdy szłam korytarzem, zauważyłam parę wydobywającą się z łazienki. Pachniała lawendą i kapryfolium, a był to tak charakterystyczny zapach, że natychmiast naszły mnie wspomnienia o Elizabeth. Zamawiała w Astrei specjalnie dla niej robione mydło o tym zapachu. Nie czułam go od dnia, w którym znaleziono jej ciało. Najwyraźniej jedna z Gracji znalazła butelkę i postanowiła je wypróbować.

No i oczywiście mokre ślady na dywanie prowadziły w stronę ich pokoi.

Westchnęłam i podążyłam za nimi. Mijały sypialnie Honor i Mercy i urywały się tuż przed drzwiami do pokoju Verity.

Dziewczynka leżała podparta na podłodze, z blokiem rysunkowym przed nosem i rozsypanymi wokół pastelami.

– Ciesz się, że to ja cię przyłapałam, a nie ojciec.

Verity, siadając, upuściła niebieską pastelę.

– O co ci chodzi?

– Nie wytarłaś się dobrze i zostawiłaś w korytarzu mokre plamy, a wiesz, jak ojciec kocha ten dywan.

Kupił go z mamą na bazarze podczas ich miesiąca miodowego. Mawiał, że odwrócił się na moment, a kupiec wykorzystał okazję i zaczął pokazywać mamie ręcznie tkane wyroby. Chciała kupić coś do saloniku, ale jej arpegiański był tak słaby, że gdy dostarczono dywan do Highmoor, okazało się, że ma piętnaście metrów. Mama uwielbiała opisywać minę ojca, gdy w nieskończoność rozkręcała zwinięty chodnik.

– Kąpię się wieczorem. Przez całe popołudnie byłam w swoim pokoju. Widzisz? – Verity uniosła ręce, suche i wysmarowane na kolorowo.

– W takim razie kto to zrobił? Mercy albo Honor? Z łazienki jeszcze paruje.

Dziewczynka wzruszyła ramionami.

– Są w ogrodzie i przywiązują wstążki do krzewów różanych.

Spojrzałam znów w korytarz. Ślady nadal były widoczne. Gdy przyjrzałam się im bliżej, stwierdziłam, że nie mogą należeć do Verity, bo są za duże.

– Czy były tu trojaczki?

– Nie.

– Cóż, ktoś zostawił mokre ślady, które prowadzą prosto do twojego pokoju.

Verity zamknęła szkicownik.

– Nie do mojego. – Wskazała na drzwi naprzeciwko jej sypialni. Elizabeth.

– Wiem, że zwędziłaś jej mydło. Cała łazienka pachnie kapryfolium.

– To nie ja.

– Więc kto?

Znów spojrzała wymownie na pokój Elizabeth.

– Nikogo tam nie ma.

– Tego nie wiesz.

Usiadłam obok niej na podłodze.

– Co masz na myśli? Kto miałby być w jej pokoju?

Verity przyglądała mi się dłuższą chwilę. Widziałam, że się nad czymś zastanawia. W końcu znów otworzyła swój szkicownik i zaczęła przerzucać kartki, aż trafiła na właściwy obrazek.

Był to portret Elizabeth. Zauważyłam datę w rogu. Verity namalowała go niedawno.

– Znów masz koszmary? Śniłaś o Elizabeth?

Verity często cierpiała z powodu strasznych snów. Krzyczała tak głośno, że nawet ojciec przybiegał ze swojego gabinetu we wschodnim skrzydle. Pytaliśmy ją o nie, ale nigdy nie pamiętała, o czym były.

– To nie sen – wyszeptała.

Przeszedł mnie dreszcz.

– Tu nikogo nie ma. Chodź, zobacz.

Verity potrząsnęła głową, aż podskoczyły jej rude sprężynki.

Podniosłam się sfrustrowana z podłogi, szeleszcząc suknią.

– W takim razie ja sprawdzę.

Śladów stóp już prawie nie było widać. Gdybym weszła na górę minutę później, na pewno bym ich nie zauważyła. Zacisnęłam palce na klamce – wypolerowanym koniku morskim z ciemnego orzecha – a za mną coś zaszeleściło. Verity zatrzymała się na progu i patrzyła na mnie błagalnie.

– Nie wchodź tam.

Coś w sposobie, w jaki jej malutkie palce wbijały się we framugę, sprawiło, że ścisnęło mnie w piersi. Włosy na karku stanęły mi dęba w reakcji obronnej na nieznane niebezpieczeństwo. To było idiotyczne, ale nie mogłam się otrząsnąć z przerażenia, które ujrzałam w oczach Verity.

Z determinacją otworzyłam drzwi, ale nie wchodziłam do środka. W środku panowała duchota. Pachniało kurzem. Po pogrzebie Elizabeth służące schowały pościel i przykryły meble cienkimi, zwiewnymi pokrowcami. Nigdy więcej nie przyszły tu sprzątać.

Rozejrzałam się po pokoju, po czym odwróciłam się do Verity.

– Nikogo tu nie ma.

Dziewczynka spojrzała w sufit.

– Czasem odwiedza Octavię.

Pokój Octavii, równie nietknięty jak ten, znajdował się na czwartym piętrze, pomiędzy sypialnią ojca a salonikiem Morelli. Od upiornej atmosfery, którą tworzyła Verity, przeszedł mnie dreszcz.

– Ale kto, Verity? Wypowiedz imię, a sama zobaczysz, jak absurdalnie to wszystko brzmi.

Urażona dziewczynka zmarszczyła brwi.

– Elizabeth.

– Elizabeth nie żyje. Octavia nie żyje. Nie mogą się odwiedzać, bo nie żyją, a martwi się nie odwiedzają.

– Mylisz się! – Verity pobiegła do swojego pokoju, złapała szkicownik i podała mi go przez próg, nie wychodząc na korytarz.

Zaczęłam przeglądać strony, szukając czegoś, co mogłoby potwierdzić jej teorię.

– Na co mam patrzeć?

Znalazłam ilustrację namalowaną szarymi i czarnymi pastelami. Przedstawiała Verity chowającą się pod poduszkami i półprzezroczystą Eulalie, która zrywała z niej kołdrę. Miała nienaturalnie odchyloną do tyłu głowę. Nie wiedziałam, czy śmiała się maniakalnie, czy raczej był to wynik upadku z klifu. Przerażona, nabrałam gwałtownie powietrza.

– To ty narysowałaś?

Dziewczynka skinęła głową. Przyjrzałam się mojej młodszej siostrze.

– Czy widziałaś Eulalie, gdy rybacy ją przynieśli?

– Nie. – Przerzuciła kartkę.

Blada jak ściana Elizabeth unosiła się w czerwonej plamie atramentu, zaskakując Verity w szlafroku, gotową do wieczornej kąpieli.

Przerzuciła kolejną kartkę.

Octavia, skulona w bibliotecznym fotelu, zdawała się nie wiedzieć, że połowę twarzy ma zmasakrowaną, a jej złamana ręka nie potrafiła utrzymać prosto książki. Verity też tam była. Jej malutka, przerażona postać wyglądała zza drzwi.

Kolejna kartka.

Wzięłam od małej szkicownik. Wpatrywałam się w Avę. W Highmoor wisiał tylko jeden jej portret. Była na nim dzieckiem – dziewięć lat, krótkie włoski i piegi. Tutaj… wyglądała zupełnie inaczej.

– Jesteś za młoda, by pamiętać Avę – wyszeptałam, nie mogąc oderwać wzroku od zaropiałych dymienic i czarnych plam na skórze na szyi. Najbardziej zatrważający był jej uśmiech. Taki delikatny i miły, zupełnie jak przed zarazą. Kiedy Ava zachorowała, Verity miała tylko dwa lata. Nie mogła wiedzieć, jak wyglądała jej starsza siostra.

Przerzuciłam kolejną stronę i ujrzałam ilustrację przedstawiającą wszystkie moje cztery zmarłe siostry wpatrujące się w śpiącą Verity, zwisając z pętli na linach. Z obrzydzenia upuściłam szkicownik, a po podłodze rozsypały się dziesiątki rysunków. Były na wszystkich. Kartki zasłały korytarz niczym upiorne konfetti. Na obrazkach dziewczęta robiły różne zwykłe rzeczy, takie, jak za życia, ale na każdej ilustracji były bezsprzecznie i upiornie martwe.

– Kiedy je rysowałaś?

Verity wzruszyła ramionami.

– Za każdym razem, gdy je widziałam.

– Czemu? – Zebrałam się na odwagę i zajrzałam znów do teoretycznie pustego pokoju. – Czy Elizabeth jest tu teraz?

Verity rozejrzała się po pokoju, po czym spojrzała na mnie.

– Widzisz ją?

Dostałam gęsiej skórki.

– Nigdy żadnej nie widziałam.

Verity zabrała szkicownik i cofnęła się głębiej do pokoju.

– No to teraz będziesz wiedziała, żeby się rozglądać.

Rozdział 9

To była Ava. Przysięgam na trójząb Pontusa.

Hanna postawiła kosz fioletowych jaskrów na bocznym stoliku. Jej pulchne policzki były zarumienione niczym jabłuszka. Tego dnia nawet jej przydzielono trochę dodatkowych zajęć.

– Mówisz, że Verity widzi duchy? Twoich sióstr?

Chodziłam za Hanną po jadalni i opowiadałam o upiornościach, jakie znalazłam w szkicowniku Verity. Dzień balu trojaczek rozpoczął się szaro i pochmurnie. Gęsta mgła pokrywała wyspę. Chociaż było już dobrze po południu, lampy gazowe rozświetlały armię pracowników ogarniających ostatnie kwestie przed przybyciem gości.

– Tak. – Nie chciałam uwierzyć, że to możliwe, ale zszokowała mnie dokładność, z jaką Verity przedstawiła Avę.

– Te mają być dowieszone w holu – poinstruowała Hanna dwóch mężczyzn na drabinie.

Dowieszali do żyrandola krople z fioletowego rżniętego szkła, a wokół nich kręcili się służący, kładący ostatnie nakrycia. Na stole bankietowym ustawiono talerze ze srebrnym rantem, a także dziesiątki kryształowych świeczników. Ku zachwytowi gości, podczas kolacji z upływem czasu na szkło będzie kapał fioletowy wosk ze skręconych świeczek. Odłożyłam koszyk z białymi świecami na krzesło wskazane przez Rolanda.

– Duchy nie istnieją. Twoje siostry spoczywają w pokoju głęboko w Soli. Nie ma ich tu. Verity ma bujną wyobraźnię. Wiesz o tym.

Posmutniałam. Camille zareagowała podobnie, gdy poprzedniego wieczora powiedziałam jej o rysunkach. A potem wykopała mnie z pokoju ze słowami, że musi wypocząć przed przyjęciem. Zatrzasnęła drzwi i nie dała mi nawet świecy, więc musiałam biec ciemnym korytarzem, przekonana, że Elizabeth wyjdzie ze swojego pokoju i mnie złapie.

Hanna poszła do ogrodu zimowego na tyłach domu.

– Dziewczynki powiedziały, że chcą mieć tu co najmniej sto światełek – poinstruowała służących skrytych pod potężnymi palmami i egzotycznymi storczykami. – Starajcie się rozłożyć je równomiernie i, na Pontusa, nie stawiajcie ich zbyt blisko roślin! Ostatnie, czego nam dziś trzeba, to pożar. Odwróciła się do wyjścia i wpadła na mnie. – Nie powinnaś być teraz gdzie indziej? – zapytała zdenerwowana.

 

– Wiem, że jesteś zajęta, ale proszę, posłuchaj. Verity nie wie, jak wyglądała Ava. Była za młoda, gdy Ava umarła.

Hanna złapała mnie za ramiona i przyciągnęła do siebie, a gdy stanęłyśmy twarzą w twarz, powiedziała:

– Skarbie, wszystkie jesteście do siebie podobne. Czarno-biały obraz którejkolwiek z twoich sióstr można pomylić z tobą. Myślę, że widzisz to, co chcesz zobaczyć.

Poczułam się dotknięta i aż otworzyłam ze zdziwienia usta.

– Czemu miałabym chcieć to zobaczyć? Wyglądały okropnie. – Przeszedł mnie dreszcz obrzydzenia, gdy przypomniałam sobie nienaturalnie powykręcane ciała. – I Verity nie wiedziała, że Eulalie skręciła kark.

– Spadła z trzydziestu metrów. To chyba oczywiste, że skręciła kark.

Z kuchni dobiegł huk, który Hanna wykorzystała, by odsunąć mnie na bok.

– Annaleigh, skarbie, nie pamiętam, czy powinnam polerować pościel, czy składać srebra. A za chwilę pojawi się Fisher. Ciebie też czeka jeszcze sporo przygotowań na górze. Obiecuję, że później porozmawiamy o Verity. Ale teraz, proszę, nie plącz mi się pod nogami.

Mój umysł, pochłonięty okropnymi rysunkami i duchami, nagle się uspokoił.

– Fisher przyjeżdża? – Uśmiechnęłam się po raz pierwszy tego dnia.

Rozpromieniona Hanna skinęła głową.

– Twój ojciec zaprosił go na bal. Chce go przedstawić kapitanom i lordom. Mój chłopak jest taki dumny. – Machnęła na mnie ręką. – Teraz zmykaj! Niedługo przyjdę zająć się twoimi włosami.

By uniknąć szaleństwa w holu, ruszyłam w górę tylnymi schodami. Były wąskie i kręcone niczym muszla łodzika. Kiedy dochodziłam do drugiego piętra, usłyszałam, jak trojaczki kłócą się o najlepsze lustra i to, kto komu ukradł pomadkę do ust. Gdy Rosalie zawołała służącą, by pomogła w poszukiwaniach grzebieni, uciekłam.

W swoim pokoju otworzyłam komodę, żeby wyciągnąć bieliznę, i zauważyłam wciśniętą w głąb szuflady starą kopertę.

List of Fishera. Napisał go lata temu, już po rozpoczęciu terminowania na Herperusie. Przesunęłam palcami po znajomym piśmie.

Naprawdę nie powinienem do ciebie pisać po tym, jak zrobiłaś taką scenę, gdy lord Thaumas wybrał mnie na następnego Latarnika, ale matka mówi, że należy okazywać szlachetność… Moim zdaniem to głupie. W końcu nie jestem szlachcicem.

Tu panuje spokój, ale Silas budzi mnie o najróżniejszych godzinach w nocy, żebym szorował okna Starej Maude. Nienawidzę tego. Przynajmniej to cię powinno rozbawić. A jeśli nie, to trudno. Napisałem do ciebie, jak kazała mi matka. Więc tak.

Ale odpisz mi, rybko. Tęsknię za domem bardziej, niż się spodziewałem. Zwłaszcza za tobą.

Pozdrawiam

Okropny Zdrajca Znany Wcześniej jako Fisher

– Bierzesz kąpiel czy nie? – Camille wpadła do mojego pokoju. Schowałam szybko list pod wełniane rajstopy. – Czekam całe popołudnie.

Złapałam parę pończoch i przesunęłam dłonią po jedwabiu, jakbym sprawdzała oczka.

– No to idź.

– A ty się kąpałaś?

Odrzuciłam na bok pończochy.

– Nie. Nie jestem nawet pewna, czy mam na to ochotę.

Moja siostra się skrzywiła.

– Chodzi o rysunki Verity? Elizabeth nie utopi cię w wannie, ale ja mogę, jeśli się przez ciebie spóźnię. Właź albo cię tam wrzucę!

– Po prostu idź się wykąpać, Camille.

– Dopilnuję, żebyś wyglądała dziś doskonale. Obie szukamy zalotników. – Złapała mój szlafrok i rzuciła nim we mnie.

– Wydawało mi się, że mówiłaś, że mam po prostu być sobą – stęknęłam poirytowana, wędrując korytarzem.

Camille poszła za mną, jakby zamierzała sprawdzić, czy dotrę na miejsce.

– Sobą w najlepszym, wykąpanym wydaniu – uściśliła.

Z pewną satysfakcją zatrzasnęłam jej drzwi przed nosem i szybko zasunęłam zasuwkę, by nie mogła wejść do środka i dalej mi rozkazywać. Spojrzałam niepewnie na wannę. To głupie. Od śmierci Elizabeth kąpałam się tu wiele razy.

Odkręciłam mosiężne kurki. Czekałam, aż popłynie z nich woda, a rury zgrzytały i brzękały niczym echo krzyków Eulalie, gdy znalazła ciało Elizabeth.

Dodałam do wody odrobinę mydła, zdjęłam dzienną suknię i spojrzałam na siebie w dużym lustrze. Wzdłuż ramy widać było ciemne kropki, zasłaniające odbicie. Czyżby krople krwi Elizabeth wsiąkły w szkło i poplamiły je na zawsze?

Próbowałam się rozluźnić w gorącej wodzie, ale bez skutku. Wyobraźnia pracowała pełną parą. Odgłosy domu zamieniły się w odgłosy kroków moich skradających się sióstr, czekających też na moją duszę. Kiedy kostka mydła dotknęła mojego uda, prawie krzyknęłam.

– Jesteś śmieszna – skarciłam się, po czym zaczęłam myć włosy.

Mydło pachniało hiacyntami, a jego zapach sprawił, że w końcu zapomniałam o zmartwieniach i zaczęłam się rozluźniać.

Przyjeżdżał Fisher.

Nie widziałam go od lat, od pogrzebu Avy. Podczas żałoby nie wolno nam było opuszczać posiadłości, a Silas nie pozwalał Fisherowi na częste wizyty. Ten chłopak stanowił stały element mojego dzieciństwa: bawił się ze mną w chowanego i pływaliśmy razem na ryby łódką, z której mogliśmy korzystać przy ładnej pogodzie. Teraz miał dwadzieścia jeden lat. Mimo wysiłków nie potrafiłam go sobie wyobrazić jako dorosłego mężczyzny. Fisher był wysokim chudzielcem o złotobrązowej czuprynie i lśniących oczach, zawsze gotowym do psot. Nie mogłam się doczekać, aż znów go zobaczę.

– Wciąż tam siedzisz? Pośpiesz się!

– Muszę tylko wypłukać włosy! – odkrzyknęłam do Camille.

Jęknęła i odeszła spod drzwi.

Zanurzając się w wodzie, uderzyłam potylicą o brzeg wanny. Zaparło mi dech. Poderwałam się, płacząc z bólu, a oczy zaszły mi mgłą. Kiedy odzyskałam wzrok, wrzasnęłam. Woda zrobiła się ciemnofioletowa, prawie czarna. Ostry, gorzki zapach wody morskiej gryzł mnie w nos. Próbowałam wydostać się z wanny. Dno było niepokojąco śliskie. Starałam się wstać, ale poślizgnęłam się i upadłam z hukiem, rozlewając czarną wodę na podłogę. Potarłam biodro, czując, jak tworzy się na nim siniec.

Próbowałam wołać Camille, ale nagle zostałam wciągnięta pod wodę przez niewidoczną siłę. Ciemna, słonawa ciecz wpłynęła mi do ust, gdy próbowałam wołać o pomoc. Poderwałam się, czując w ustach rybny posmak.

Był zaskakująco znajomy. Jedno z ulubionych letnich dań kucharki – czarne risotto, pełne małży, szalotek i krewetek. Ryż miał oryginalny, czarny kolor, który nadawano mu atramentem z mątwy.

Atrament! Wanna była przepełniona atramentem.

Nagle z wody wynurzyła się macka. Owinęła się wokół mojego tułowia i zaczęła zaciskać. Była w czerwone i fioletowe cętki, a we mnie celowały pomarańczowe przyssawki. Drugie ramię zaatakowało moją nogę, okręcając się wokół niej gwałtownie. Szarpałam się i kopałam, ale nie byłam w stanie wyrwać się z objęć potwora. Na powierzchni pojawiła się pękata głowa ośmiornicy i wbiła we mnie inteligentne spojrzenie bursztynowych oczu o wąskich źrenicach. Zaatakowałam ją wolną stopą, modląc się, by mnie wypuściła. Stwór uniósł się, ukazując umięśnione podbrzusze. Dziesiątki przyssawek wskazywały wprost na upiornie ostry czarny dziób. Ośmiornica raz i drugi otworzyła otwór gębowy, jakby zastanawiała się, gdzie zaatakować mnie najpierw.

Rzuciła się w przód i w chwili, gdy miała zatopić dziób w moim udzie, obudziłam się. Serce waliło mi jak oszalałe, czułam je aż w gardle. Z trudem łapałam powietrze.

Zasnęłam.

To był sen.

Potworny, ale to potworny sen.

Osunęłam się z powrotem w stygnącą wodę i westchnęłam z ulgą, ale natychmiast się poderwałam, gdy rozległo się walenie do drzwi.

– Annaleigh, przysięgam, że cię zamorduję, jeśli się przez ciebie spóźnię!

– Już!

Wyszłam z wanny, zastanawiając się, jak długo drzemałam. Wycierając się, patrzyłam na białą porcelanę i zastanawiałam się, czemu w ogóle tak się bałam. To tylko wanna. To, że Elizabeth w niej umarła, niczego nie zmienia.

Stojąc przed lustrem, odgarnęłam do góry mokre włosy i zauważyłam coś na plecach. Wzdłuż kręgosłupa miałam czerwone ślady, zupełnie jakbym się podrapała.

– Camille? – Otworzyłam drzwi.

– Nareszcie! – Wpadła do środka. W objęciach trzymała ręczniki, mydła i olejki.

– Mogłabyś na to spojrzeć? – Odwróciłam się się do niej nagimi plecami. – Jak to twoim zdaniem wygląda? Nie widzę dobrze w lustrze.

Przesunęła chłodnymi palcami po mojej skórze.

– Podrapałaś się.

– Nieprawda.

– Co?

– Nie podrapałam się.

Odwróciła się do mnie ze śmiertelnie poważną miną.

– W takim razie to musiała być Elizabeth.

– Camille!

– No to co mam ci powiedzieć? To zadrapanie. Mnie się ciągle przytrafiają. Pewnie zrobiłaś je sobie przy szorowaniu. – Zsunęła przez głowę koszulkę i spojrzała na mnie. – Szorowałaś się, prawda?

Prychnęłam. Nie jestem Verity.

– Oczywiście!

Camille zauważyła pełną wannę.

– Nie wypuściłaś wody z wanny!

Kiedy nachyliła się w poszukiwaniu korka, spod wody wysunęła się ręka, złapała ją za szyję i zaczęła ciągnąć w dół. spod spienionej wody wynurzyła się Elizabeth, a jej oczy były zamglone i niezdrowo pozieleniałe.

– Camille! – krzyknęłam, a wizja zniknęła.

Moja siostra poderwała się znad wanny z ciężkim westchnieniem.

– Co tym razem?

Zamrugałam. To nie przypominało mackowatego potwora. Nie zasnęłam. Widziałam ducha, tak jak mówiła Verity. Teraz, kiedy wiedziałam, za czym się rozglądać.

– Ja… – Poprzedniego wieczora Camille dała mi jasno do zrozumienia, że nie chce mieć nic wspólnego z wizjami naszej młodszej siostry.

Tupnęła niecierpliwie nogą.

– No więc? Wyłaź. Muszę się wykąpać. A ty złap Hannę, zanim zajmie się włosami trojaczek. Wiesz, że Rosalie zmieni zdanie co najmniej trzy razy.

Ledwie zdążyłam założyć szlafrok, a Camille już wypchnęła mnie za drzwi. W korytarzu wisiały naprzeciw siebie dwa duże srebrne lustra. W dzieciństwie Camille i ja stawałyśmy między nimi i wpatrywałyśmy się w odbicia odbić, aż dostawałyśmy głupawki. Odsłoniłam plecy, by wykorzystać podwójne odbicie. Camille się myliła. Czerwone ślady nie były podłużne. To były okrągłe siniaki. Jakby ktoś wbił mi w plecy palce, próbując mnie zatrzymać.

Narzuciłam z powrotem szlafrok i pobiegłam do pokoju. Zatrzasnęłam za sobą drzwi.

Rozdział 10

Poruszyłam skrytymi pod tiulowymi spódnicami palcami u stóp, zadowolona, że buty elfów mają płaskie, wyściełane podeszwy. Wydawało mi się, że od wieków stoimy w rzędzie i witamy gości. Gdybym była na obcasach, to na kolację ledwie bym dokuśtykała. Camille dała mi kuksańca w bok swoim ostrym łokciem.

– Skup się – wyszeptała.

– To moja żona, Morella, i moje najstarsze córki, Camille i Annaleigh – odezwał się ojciec, witając kolejną parę. Uścisnął dłoń mężczyzny i ucałował czubki palców kobiety. – A to jubilatki: Rosalie, Ligeia i Lenore.

Uśmiechnęłyśmy się po raz kolejny, szepcąc: „Dobry wieczór” i dziękując im za przybycie.

Rosalie otworzyła z trzaskiem wachlarz i rzuciła ukradkiem okiem na kolejkę gości.

– Nigdy nie dotrzemy na tańce – syknęła.

Rozejrzałam się po sali balowej z nadzieją, że część gości przeniosła się w inne rejony rezydencji. Wydawało mi się, że przywitałyśmy więcej osób. Sala, w której bez trudu mogło się zmieścić trzysta osób, wydawała się pełna tylko w połowie. Orkiestra smyczkowa grała cicho, przez co pokój wydawał się tętnić życiem bardziej niż w rzeczywistości.

Może to mgła zatrzymała część gości na stałym lądzie? Przynajmniej sala balowa wyglądała odpowiednio. Granatowe aksamitne zasłony ze srebrnymi wykończeniami pomysłowo poupinano w całym pomieszczeniu tak, by tworzyły prywatne wnęki, idealne na romantyczne spotkania. Ze żłobkowanych kolumien zwisały fioletowe kwiaty. Żyrandol lśnił, a zwisające z niego kryształowe sople tworzyły ramiona ośmiornicy Thaumasów i kręciły się w kółko. Środek żyrandola, uformowany w korpus ośmiornicy, odbijał światło tysiąca świec. Ten potwór zajmował połowę sufitu, ale największe wrażenie robiła witrażowa ściana. Przez lata skrywała się za czarnymi zasłonami, jakby samo jej istnienie dawało więcej radości, niż mogło się pomieścić w domu pogrążonym w żałobie.

 

Niebieskie i zielone kwadraty szkła przechodziły w zielononiebieski i morski, aż do bieli na samej górze, co zmieniało ścianę sali balowej w istne tsunami. Światło z dziesiątków koszy paleniskowych na zewnątrz rozświetlało witraż niczym cudowny klejnot i rzucało błękitne i granatowe cienie na gości.

Zobaczyłam, jak Gracje biegają wśród przybyłych, goniąc malutkiego pudelka ciotki Lysbette i śmiejąc się przy tym do rozpuku.

Camille nachyliła się i szepnęła mi do ucha:

– Dzięki Pontusowi, to byli ostatni goście. Umieram z głodu.

– Pamiętasz jakiekolwiek imiona? – zapytałam, gdy ruszyłyśmy do sali.

– Poza rodziną? Tylko to jedno. – Skinęła dyskretnie w stronę Robina Briorda.

Stał w grupie młodych mężczyzn podziwiających żyrandol. Camille zarumieniła się i rzuciła mu wygłodniałe spojrzenie, które nie miało nic wspólnego z czekającą nas kolacją.

– Kiedy powinnam do niego zagadać?

Ktoś poklepał nas po ramionach.

– Mnie się eleganckie przywitanie nie należy?

Odwróciłam się i nie zdołałam opanować pisku radości.

– Fisher! To naprawdę ty?

Lata pracy na Hesperusie zmieniły go. Urósł i zmężniał. Stał się mężczyzną, a wokół jego ciepłych, znajomych, brązowych oczu pojawiły się malutkie zmarszczki. Kiedy przytulił mnie w braterskim uścisku, poczułam siłę tych wszystkich nowych mięśni.

– Nie wiedziałam, że przyjeżdżasz! – powiedziała Camille. – A ty, Annaleigh?

– Hanna wspomniała o tym rano, ale zapomniałam ci przekazać.

Siostra uniosła znacząco brew. W dzieciństwie obie byłyśmy zakochane w Fisherze na zabój i łaziłyśmy za nim wszędzie z nieodwzajemnionym zapałem. Tylko o to zdarzało nam się naprawdę kłócić.

– Dziwne, że zapomniałaś o czymś tak ważnym. Jestem pewna, że przez przypadek. – Mówiła żartobliwym tonem, ale w jej słowach wyczułam też naganę.

– Na jak długo przyjechałeś? – zapytałam, skupiając jej uwagę na Fisherze. – Tak dawno cię nie widziałyśmy. Hanna jest na pewno zachwycona, że ma cię w domu.

Chłopak skinął głową.

– Twój ojciec poprosił mnie, bym został do Sztormów. Chciał mieć pewność, że będę na kolacji Pierwszej Nocy.

Pierwsza Noc, przypadająca już za kilka tygodni, stanowiła początek Święta Sztormów, którym świętowaliśmy nadejście nowej pory roku, gdy Pontus miesza trójzębem oceany. Zimna woda z dołu miesza się z zimnym powietrzem, ryby spływają głębiej, by przetrwać zimę w półhibernacji, a mieszkańcy wiosek wykorzystują ten czas na reperacje łodzi i sieci i spędzają czas z rodzinami. Święto trwa dziesięć dni i z każdym zabawa rozkręca się coraz bardziej. Rodziny najlepszych kapitanów ojca zapraszano na świętowanie Sztormów w Highmoor. Nawet podczas najgłębszej żałoby nigdy nie przepuszczaliśmy tego jednego święta.

Camille uśmiechnęła się od ucha do ucha.

– Wspaniale. Nie mogę się doczekać, aż opowiesz nam wszystkie swoje przygody w Starej Maude. Ale na razie mam misję.

Odeszła, kierując się łukiem w stronę Briorda, ze wzrokiem wbitym w swój łup.

Fisher wziął mnie za rękę i obrócił wokół.

– Wyglądasz dziś niezwykle ładnie, rybko. Tak dorośle. Zarezerwujesz mi taniec w swoim karneciku? Czy może już jest pełen? Matka zawsze mi mówi, że się za długo do wszystkiego zbieram.

Rozłożyłam mój śliczny papierowy wachlarz i wyciągnęłam go do Fishera. Wachlarz służył też jako karnet, ale było w nim niepokojąco dużo wolnego miejsca. Wuj Wilhelm, po usilnych naleganiach ciotki Lysbette, poprosił o pierwszą polkę, a odległy kuzyn o fokstrota. Zakładałam, że znajdę więcej zainteresowanych, gdy skończy się kolacja. W końcu byłam siostrą honorowych gości.

– Ja to mam szczęście – powiedział Fisher, patrząc na wolne miejsca. – Czy mogę się ośmielić prosić o walca?

Wpisał z rozmachem swoje imię.

– Bierz je wszystkie – powiedziałam półżartem.

Wszystkie moje siostry i ja byłyśmy uczone sztuki tańca – Berta kazała nam tańczyć walca w saloniku, a Camille zawsze chciała, żebym prowadziła – ale nie miałam lekkości w przekomarzaniu się i lekkim flircie. Wizja wieczoru poświęconego rozmowom o błahostkach przyprawiała mnie o dreszcze.

Fisher przyjrzał się karnetowi, po czym wybrał drugą polkę.

– Boję się, że tylko tyle mogę ci zaproponować, rybko. Już obiecałem zatańczyć z Honor i trojaczkami.

– W końcu to ich urodziny. – Uśmiechnęłam się. – Od dawna nikt mnie tak nie nazywał.

– Zapewne jesteś teraz zbyt wielką damą, by rozbierać się do koszulki i pływać w zatoczkach. – Po chwili spoważniał. – Tak mi przykro z powodu Eulalie… Chciałem przyjechać na pogrzeb, ale trafił się ten sztorm. Silas nie chciał zostać sam.

Skinęłam głową. Miło było mieć kogoś, z kim mogłam powspominać Eulalie, ale nie dziś wieczór.

– Gdzie siedzisz? – zapytałam, zmieniając temat na coś weselszego i bez znaczenia.

– Jeszcze nie sprawdzałem.

Położyłam mu rękę na łokciu i zaprowadziłam w głąb sali.

– To może zobaczymy?


Mercy usiadła z impetem na krześle obok mnie, dysząc lekko. Jej przypięte srebrnymi różyczkami loczki, opadły. Starała się to ukryć, ale zauważyłam, jak ziewa ukradkiem.

– Czemu nie pójdziesz spać? – zapytałam. – Już prawie północ. Dziwię się, że jeszcze nie wysłano was na górę.

– Ojciec powiedział, że dziś nie musimy być małymi dziewczynkami. Poza tym nie mogę stracić tego balu! Jeśli ty albo Camille umrzecie, to już nigdy nie będzie następnego.

– Mercy!

Skrzywiła się.

– Co? Tak może być.

Westchnęłam na jej brak wrażliwości.

– Z kim tańczyłaś?

– Z synem lorda Asterby’ego, Hanselem. Ma dwanaście lat – powiedziała, podkreślając wiek.

– Wyglądało na to, że dobrze się bawicie.

Zmarszczyła brwi.

– Ciągle opowiadał o swoich koniach i o ich drzewie genealogicznym pięć pokoleń wstecz. W ogóle nie chciał tańczyć, ale rodzice mu kazali.

– Wygląda na to, że Hansel Asterby musi się nauczyć dobrych manier. Przykro mi, że nie bawiłaś się dobrze.

– Czy wszyscy chłopcy są tacy nudni?

Wzruszyłam ramionami. Chociaż mogłam się tego spodziewać, Cassiusa nie było wśród gości. W związku z tym wszyscy pozostali mężczyźni wydawali się trochę mniej interesujący.

– Nie tańczyłaś za wiele – powiedziała Mercy. – A Camille wygląda na rozzłoszczoną.

Spojrzałam na Camille, która stała nieopodal tłumku zebranego wokół lorda Briorda. Miała ściągniętą twarz i śmiała się zbyt głośno.

– Jeszcze się nie przedstawił.

Mercy oparła brodę na dłoni. Gdyby orkiestra grała trochę ciszej, zasnęłaby w mgnieniu oka.

– Powinnyśmy go zapytać, czemu gra na zwłokę. Mam wrażenie, że nie rozmawiał z żadną z nas, tylko z ojcem. To niegrzeczne. Nawet jeśli Camille mu się nie podoba, to został zaproszony na urodziny trojaczek. Powinien przynajmniej złożyć im życzenia.

Też to zauważyłam. Byłam także świadoma tego, że mój karnet świecił pustkami. Gdyby nie życzliwość Fishera, wyglądałabym jak zgorzkniała stara panna.

– Ktoś powinien go zmusić. – Mercy rzuciła mu ponure spojrzenie znad filiżanki.

Przyłączyła się do nas Lenore, a jej ozdobna suknia przelewała się przez oparcie fotela niczym śliwkowy wodospad. Jednym haustem wypiła kieliszek szampana.

– Na stypie Octavii bawiłam się lepiej.

– Też nie tańczyłaś? – domyśliłam się.

– Tylko z Fisherem. To moje urodziny. Czy naprawdę nikt nie raczy mnie poprosić? – Mercy spojrzała na mnie znacząco. – Nie rozumiem – ciągnęła Lenore. – Wszystkie wyglądamy ślicznie.

– Owszem – zgodziłam się z nią.

– Wszystkie mamy dobre maniery i wiele wspaniałych cech – mówiła dalej ze zmanierowanym akcentem Arcanianina ze stałego lądu.

– Mhm.

– Jesteśmy bogate – warknęła, a ja zaczęłam podejrzewać, że to nie jej pierwszy ani drugi kieliszek szampana.

– Zgadza się.

– Więc czemu siedzimy w kącie i nie mamy z kim tańczyć? – Trzasnęła o stół kieliszkiem. Przewrócił się, ale nie pękł.

– Właśnie o to zamierzam zapytać lorda Briorda! – Nim zdążyłyśmy ją zatrzymać, Mercy ruszyła przez parkiet, ze szczerym oburzeniem omijając wirujące pary.

– Powinnyśmy za nią iść. – Lenore nie raczyła wstać. – Zrobi z siebie pośmiewisko.

– Zrobi pośmiewisko z Camille – stwierdziłam.

– Będzie zabawnie, co?

Lenore skinęła na służącego z tacą lodowatego szampana. Złapała dwa kieliszki i podała mi jeden. Podziękowałam machnięciem ręki.

Бесплатный фрагмент закончился. Хотите читать дальше?