Dom soli i łezTekst

Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

Rozdział 6

Zgrzyt.

Zgrzyt.

Zgrzyyyt.

Trzymałam rękę na gałce od szuflady w biurku Eulalie, gdy usłyszałam uginającą się deskę w korytarzu. Zamarłam, a serce waliło mi jak oszalałe. Byłam pewna, że zaraz ktoś mnie nakryje. Chociaż w domu nie było zasad, które by mówiły, że do pokojów naszych zmarłych sióstr nie wolno wchodzić, nie chciałam, aby ktokolwiek wiedział o moim śledztwie. Natychmiast zalała mnie fala wymówek, które miałyby wyjaśnić, czemu tu weszłam, ale żadna nie brzmiała przekonująco.

Kiedy nikt nie zjawił się w pokoju, by mnie skrzyczeć, podeszłam na palcach do drzwi i wyjrzałam na korytarz.

Pusty.

Odetchnęłam z ulgą, zamknęłam za sobą cicho drzwi i zaczęłam przyglądać się pokojowi Eulalie, rozważając, gdzie szukać dalej.

Kiedy wróciłam z Selkirk, okazało się, że dom praktycznie świeci pustkami. Morella znowu zabrała trojaczki na Astreę, a Gracje miały jeszcze lekcje z Bertą. Z Niebieskiego Pokoju dotarła do mnie seria fałszywych dźwięków – Camille ćwiczyła nową solówkę na fortepianie. Wszyscy byli zajęci, więc był to idealny moment, by zakraść się do pokoju Eulalie i wyszukać coś, co potwierdzi moją teorię o wzgardzonym kochanku.

Odkąd jej nie było, wszystko zrobiło się bardziej uporządkowane. Gdyby żyła, nie byłaby tym zachwycona. Książki leżały w równych stertach na biurku, a nie rozrzucone u stóp szezlonga. Podłogi nie zaścielały ubrania, a większość mebli chowała się pod białymi pokrowcami.

Krążyłam po pokoju, niepewna, czego szukać, aż zauważyłam wysoki cokół przy oknie. Stała na nim przywiędła i potrzebująca natychmiastowej uwagi paproć, zasłaniająca ukrytą szufladkę, o której raz wspominała Ava. Eulalie trzymała w niej swoje najcenniejsze skarby.

Po kilku minutach obmacywania i przyciskania cokołu trafiłam na dźwigienkę i otworzyłam tajemną skrytkę. Wyciągnęłam z niej trzy nieduże tomiki. Liczyłam, że są to pamiętniki opisujące jej dnie i sekrety. Przejrzałam pierwsze kilka stron. Okazało się, że to zakazane przez ojca powieści o treściach zbyt drastycznych dla oczu panien. Odłożyłam je na bok z zaskakującym uczuciem zadowolenia, że jednak zdołała je przeczytać.

Na dnie szuflady znalazłam wstążki do włosów, biżuterię i ładny zegarek kieszonkowy. Otworzyłam kopertę i znalazłam w niej pukiel włosów okręcony miedzianym drucikiem. Trzymając go w palcach, zastanawiałam się nad tym kolorem. Po śmierci naszej matki i sióstr wszystkie dostawałyśmy pukle ich włosów, by schować je w pamiętnikach albo wpleść do żałobnej biżuterii, ale ten pukiel był jasnoblond, prawie biały, zdecydowanie zbyt jasny, by pochodził z głowy jakiegokolwiek Thaumasa. Wsunęłam go do kieszeni, by później się nad tym zastanowić.

Znalazłam jeszcze flakonik perfum i chusteczkę. Brak haftów i koronek sugerował, że nie mogła należeć do Eulalie. Jej zapach drażnił nos, bo czuć ją było wyjątkowo mocnym fajkowym dymem.

– Co ty robisz? – zaskoczył mnie czyjś głos.

Aż podskoczyłam i upuściłam chusteczkę. Spłynęła na podłogę niczym motyl przy pierwszych mrozach. Serce mi waliło, gdy gwałtownie odwróciłam głowę w stronę drzwi, w których stała Verity ze szkicownikiem w ręku. Jej krótkie kasztanowe włosy były ściągnięte z tyłu dużą kokardą, a sukienka ubrudzona pastelami. Westchnęłam z ulgą, szczęśliwa, że to nie ojciec mnie przyłapał.

– Nic. Nie powinnaś być na lekcjach?

Dziewczynka wzruszyła ramionami.

– Honor i Mercy pomagają kucharce szykować ptifurki na bal. Berta nie chciała robić lekcji tylko dla mnie. – Verity ruszyła w stronę pokoju trojaczek po drugiej stronie korytarza. – Chciałam sprawdzić, czy Lenore zgodzi się mi pozować.

– Wyszły z Morellą. Ostatnie przymiarki.

Przesunęłam się tak, by zamknąć plecami skrytkę.

Verity zmarszczyła usta i przyjrzała mi się uważnie.

– Nie sądzę, aby Eulalie spodobało się, że weszłaś do jej pokoju.

– Verity, Eulalie już z nami nie ma.

Dziewczynka zamrugała.

– Może pójdziesz do kuchni sprawdzić, czy nie potrzebują więcej pomocy? – zaproponowałam. – Jestem pewna, że kucharka pozwoli ci spróbować lukru.

– Pożyczasz coś?

– Niezupełnie. – Zasłoniłam suknią chusteczkę.

– Przyszłaś tu popłakać?

– Słucham?

Wzruszyła ramionami.

– Ojciec czasem przychodzi do pokoju Avy. Myśli, że nikt o tym nie wie, ale ja słyszę go w nocy.

Pokój Avy był na czwartym piętrze, dokładnie nad pokojem Verity.

Nachyliła się, z ciekawością zaglądając do pokoju, ale nie weszła do środka.

– Nie powiem nikomu, jeśli tak robisz.

– Nie płaczę.

Wyciągnęła rękę, prosząc, bym podeszła. Zostawiłam chusteczkę na podłodze z nadzieją, że jej nie zauważy. Verity przesunęła palcem po moim policzku i spojrzała na mnie z zawodem, gdy okazało się, że jest suchy.

– Wciąż za nią tęsknię.

– To zrozumiałe.

– Ale nikt poza mną. Nikt już jej nie pamięta. Mówią tylko o balu.

Uścisnęłam jej ramię.

– Nie zapomnieliśmy o niej. Musimy żyć dalej, ale to nie znaczy, że o niej zapomnieliśmy czy przestaliśmy ją kochać.

– Ona myśli inaczej.

Zmarszczyłam brwi.

– To znaczy?

– Myśli, że wszyscy są za bardzo zajęci swoim życiem, by ją pamiętać. – Verity spojrzała za siebie w głąb korytarza, jakby bała się, że ktoś podsłucha naszą rozmowę. – Elizabeth też tak mówi. Mówi, że wszystkie wyglądamy teraz inaczej, a ona nie.

– Gdy ją wspominasz?

Verity potrząsnęła głową.

– Kiedy ją widzę.

– We wspomnieniach – naciskałam.

Dziewczynka podała mi swój szkicownik.

Zanim zdążyłam go wziąć, korytarzem przebiegły Rosalie i Ligeia. Trzymały stertę pudełek opisanych nazwami kilku sklepów z Astrei.

– Och, dobrze, że tu jesteście! – zawołała Rosalie, próbując otworzyć drzwi do ich pokoju. – Musimy natychmiast wszystkie zejść na dół!

– Czemu? – zapytała Verity, nagle spięta. Na jej twarzy pokazał się strach. – Czy znów ktoś umarł?

Skrzywiłam się. Jaka sześciolatka martwiła się, że wezwanie oznacza, iż ktoś umarł?

– Oczywiście, że nie! – zawołała Ligeia, odkładając skarby u stóp łóżka. – Już są! Buty elfów! Zatrzymałyśmy się przy warsztacie szewskim, a tam akurat przyszywali ostatnie wstążki!

Oczy Verity rozbłysły i natychmiast zapomniała o szkicowniku.

– Są tutaj?

– Chodź zobaczyć! – Rosalie pognała korytarzem, krzycząc na górę do Camille, by też przyszła.

Najwyraźniej moja starsza siostra wróciła do swojego pokoju po ćwiczeniach. Ligeia pobiegła za Rosalie, a ich kroki zadudniły na tylnych schodach.

– Powinnyśmy iść – powiedziałam.

– Nie zapomnij o chusteczce Eulalie – powiedziała Verity i pobiegła na dół.

Zamrugałam jeszcze raz, po czym odwróciłam się, by podnieść chustkę. Kiedy wyszłam, drzwi zatrzasnęły się za mną tak, jakby ktoś je popchnął.

Znów padało. Zimny deszcz tak ochładzał powietrze, że nie pomagały nawet rozpalone kominki. Krople spływały po szybach, zasłaniając widok na klify i fale. Niebieski Pokój pachniał wilgocią z nutką pleśni. Morella siedziała na kanapie, jak najbliżej kominka, i rozcierała plecy, a na jej twarzy malował się grymas bólu. Współczułam jej. Planowanie i organizowanie tak wielkiego wydarzenia było męczące nawet dla osób w pełni sił. W ciąży musiało być niezmiernie wyczerpujące. A trojaczki najwyraźniej ją wykończyły.

– Lenore, czy mogłabyś znaleźć ojca? Na pewno ucieszy się na widok tych butów. A mnie kostki u nóg okrutnie spuchły od tej pogody.

Sięgnęłam po niewielki puf spod fortepianu.

– Morello, powinnaś unieść nogi. Mamie często puchły stopy podczas ciąż. Starała się jak najczęściej trzymać je w górze. – Ustawiłam stołeczek pod jej nogami. Chciałam jej ulżyć. – Używała też maści z krasnorostów i oleju z siemienia lnianego. Co rano wcierałyśmy ją w jej kostki, zanim się ubrała.

– Krasnorosty i olej lniany – powtórzyła Morella i uśmiechnęła się do mnie w podziękowaniu.

Przyszło mi do głowy, że mogę jej pomóc, a zarazem wynagrodzić mój wybuch w dzień po pogrzebie Eulalie.

– Mogę ci jej trochę przygotować. Powinna pomóc.

– To bardzo miłe z twojej strony… Dostarczono już twoją suknię?

Po raz pierwszy zainteresowała się tym, co zamierzam założyć na bal. Ona też się starała, na swój sposób.

– Jeszcze nie. Camille i ja mamy ostatnią przymiarkę w środę. Może dołączysz do nas, jeśli będziesz się dobrze czuła?

Oczy zalśniły jej radośnie.

– Bardzo chętnie. Mogłybyśmy zjeść obiad w mieście i spędzić miło czas. Przypomnij mi, jakiego jest koloru?

– Morskiej zieleni.

Zamilkła na chwilę.

– Twój ojciec wspominał coś o skrzyneczce z biżuterią Cecilii. Może znajdziemy tam dla ciebie coś odpowiedniego? Pamiętam, że na jednym z portretów ma na sobie zielone turmaliny.

Doskonale wiedziałam, o którym obrazie mówi. Wisiał w gabinecie na czwartym piętrze, w którym mama ustawiła biureczko w słonecznej wnęce. W pogodne dni widać było stamtąd nawet latarnię morską. Ojciec zawiesił tam portret po jej śmierci.

– Byłabym zachwycona, gdybym na bal mogła założyć coś z jej biżuterii. Camille na pewno też.

– I ja! – zawołała Verity, pragnąc się przyłączyć.

– Oczywiście – powiedziała z uśmiechem Morella. – Zobaczymy, co tam jest.

Do pokoju wbiegły zdyszane Mercy i Honor. Aż się lepiły od słodyczy.

– Rosalie powiedziała, że są już buty elfów – powiedziała Mercy, natychmiast dostrzegając pudełka.

Wszyscy zaczęliśmy nazywać je butami elfów. Chociaż wiedziałam, że to tylko skórzane pantofelki, pięknie ufarbowane i skrojone, dodałyśmy im odrobinę magii. Te buty miały być początkiem naszego nowego życia. Gdy je włożymy, już nigdy nie będziemy takie jak dawniej.

 

Morella klepnęła Mercy po rękach.

– Poczekaj na ojca.

– I na mnie – dodała Camille, wchodząc z ojcem do pokoju.

Wszystkie skupiłyśmy się przy kanapie. Czekałyśmy niecierpliwie.

– A skąd będziemy wiedzieli, które należą do kogo? – zapytał.

– Każda z nas wybrała inny kolor – odparła Honor.

– Poza nami – dodała Rosalie w imieniu wszystkich trojaczek. – Nasze są srebrne.

– Cóż, zobaczymy, czy te buty elfów warte były takiego zamieszania? – Ojciec uniósł wieko pudełka i wszystkie aż jęknęłyśmy na widok zawartości.

Te w kolorze różowego złota należały do Camille. Na różowawej skórze świeciły metalowe kropeczki, które dodawały pantofelkom połysku. Nigdy nie widziałam nic tak niezwykle wyrafinowanego.

Następnie z pudełek wyciągnięto buty trojaczek. Ich skóra lśniła niczym ślubne srebra mamy. Wstążki dobrano w różnych odcieniach fioletu, pasujących do sukni sióstr. Ligeia miała liliowe, Rosalie fioletowe, a Lenore w kolorze tak ciemnego bakłażanu, że zdawały się czarne.

Pantofelki Honor były ciemnogranatowe ze srebrnymi paciorkami. Przypominały nocne niebo.

Mercy wybrała chłodny róż, taki sam jak barwa jej ulubionego kwiatu – róży. Poprosiła nawet krawcowe, by przyszyły jedwabne róże do jej sukni.

Złote pantofelki Morelli lśniły mocniej niż słońce. Rozpromieniła się, gdy ojciec podał jej je z miną tak pełną zachwytu, że nie mogłam powstrzymać uśmiechu.

Verity podeszła wolno do ojca, gdy ten sięgnął po najmniejsze pudełko. Oparła się o jego nogę i próbowała zajrzeć do środka, gdy tylko je otworzył. Na widok wnętrza aż klasnęła z radości.

– Jakie piękne są te buty elfów! – zawołał ojciec, wyciągając fioletowe pantofelki usiane złotymi punkcikami.

– Och, Verity! Przepiękne! – wykrzyknęła Camille. – Chyba najładniejsze ze wszystkich.

Verity zdjęła stare buty i nałożyła pantofelki. Natychmiast zakręciła się radośnie, a my zachwycaliśmy się naszą malutką primabaleriną.

– Te muszą być dla Annaleigh – powiedziała Lenore, wyciągając ostatnie pudełko.

W wyściełanym granatowym aksamitem pudełku leżały moje buty. Wybrałam butelkową zieleń, a szewc dodał lśniącą morską pianę i srebrne ozdoby, rozproszone od palców do pięty. Idealnie pasowały do mojej sukni balowej.

Ojciec podał mi je z uśmiechem.

– Nie sądzę, żeby to były buty elfów. Te są odpowiednie dla morskiej księżniczki.

Verity się skrzywiła.

– Tato, syreny nie noszą butów.

– Masz rację! – Musnął palcem jej nos. – Czy wszyscy są zadowoleni?

Wszystkie potwierdziłyśmy, a Morella złapała ojca za rękę.

– Ortunie, gdy nasze dziewczynki założą te buty, nikt nie oderwie od nich wzroku. Nim się obejrzymy, już wyjdą z domu.

Camille zesztywniała.

– Z domu? Co masz na myśli?

Morella zamrugała.

– Oczywiście mówię o tym, że wyjdziecie za mąż i przeniesiecie się do własnych domów jak ja.

Papa się skrzywił.

– To jest mój dom – odparła ostro Camille.

– Dopóki nie wyjdziesz za mąż – dodała Morella, ale na widok kamiennej twarzy mojej siostry zrzedła jej mina. – Czy nie tak, Ortunie? – Spojrzała na ojca, by się upewnić.

– Jako dziedziczka Thaumasów Camille zostanie w Highmoor nawet po ślubie. Kochanie, wiem, że to nie jest przyjemna myśl, ale gdy umrę, to ona odziedziczy majątek.

Morella pociągnęła za jeden ze swoich kolczyków z perłą.

– Tylko dopóki… – zamilkła i zarumieniła się, kładąc dłoń na brzuchu. – Dziewczęta, czy nie powinnyście zająć się swoimi sprawami?

Gracje wstały, ale Camille złapała Mercy za ramię, żeby je zatrzymać.

– To dotyczy też ich. Wszystkie powinnyśmy zostać i usłyszeć tę rozmowę.

Ojciec się zmieszał. Odwrócił się do Morelli, zapewne po to, by ich rozmowa nabrała bardziej prywatnego charakteru.

– Myślałaś, że to najstarszy syn dziedziczy Highmoor?

Morella skinęła głową.

– Taki jest zwyczaj.

– Na stałym lądzie – przyznał ojciec. – Na wyspach majątki są przekazywane najstarszemu dziecku bez względu na płeć. Wiele silnych kobiet władało wyspami Salann. Moja babka odziedziczyła Highmoor, kiedy zmarł jej ojciec. Podwoiła wielkość stoczni na Vasa i potroiła dochody.

Morella zacisnęła usta. Przesunęła wzrokiem, licząc nas wszystkie.

– Więc nasz syn będzie dziewiąty w kolejce do tytułu? Mimo że będzie chłopcem? Nigdy o tym nie wspominałeś.

Ojciec zmarszczył brwi.

– Nie sądziłem, że istnieje taka potrzeba.

W jego głosie słychać było groźbę. Morella natychmiast potrząsnęła głową i zaczęła się wycofywać.

– Nie jestem urażona, Ortunie. To po prostu zaskakujące. Zakładałam, że na Sallan obowiązują te same tradycje, co w reszcie Arcannii, a ziemia i tytuły przekazywane są z ojca na syna. – Jej wymuszony uśmiech zadrżał. – Powinnam wiedzieć, że wy, wyspiarze, jesteście inni.

Ojciec wstał gwałtownie. Był dumny ze swojego żeglarskiego dziedzictwa i bolało go, gdy inni myśleli o nas gorzej, bo mieszkaliśmy z dala od stolicy.

– Teraz ty też jesteś wyspiarką – przypomniał jej, po czym wyszedł, zostawiając nas wśród sterty butów.

Rozdział 7

Skrzywiłam się, gdy sprzedawczyni pociągnęła za sznurki i gorset wbił mi się w talię. Kobieta odchrząknęła przepraszająco.

– Jeszcze jeden głęboki wdech, proszę pani.

Nowy gorset wciskał mi się w biodra tak bardzo, że twarz wykręcał mi grymas. Sprzedawczyni poprosiła, bym uniosła ręce, i naciągnęła na mnie bladozielony jedwab. Kiedy suknia opadła na moje biodra, Camille wyjrzała zza parawanu i aż klasnęła.

– Och, Annaleigh, wyglądasz cudnie!

– Ty także – wyjąkałam z trudem.

Różowe złoto podkreślało brązowe kosmyki w jej włosach. Jej policzki pięknie się zaróżowiły.

– Nie mogę się doczekać pierwszego tańca.

– Naprawdę myślisz, że kogoś poznasz?

– Ojciec zaprosił wszystkich oficerów marynarki, jakich zna.

Pobladłam.

– I wszystkich książąt.

Uśmiechnęła się jeszcze szerzej.

– I wszystkich książąt.

Ojciec obiecał zaprosić na bal jak najwięcej potencjalnych zalotników. Sama Camille, odkąd ujrzała portret Robina Briorda, młodego księcia Foresii, zaczęła przejawiać zaskakująco duże zainteresowanie tematem tej zalesionej prowincji. Teraz kręciła się po sklepie, na pewno marząc o księciu.

Pomyślałam o przystojnym nieznajomym z Selkirk. Cassius na pewno nosił się niczym wielki pan. Ojciec rozesłał tyle zaproszeń, że może i jego zobaczę na balu. Zaczęłam sobie wyobrażać, jak wirujemy po pokoju rozświetlonym setkami świec, moja dłoń w jego dłoni. Przyciągnie mnie bliżej, a nim ucichnie muzyka, nachyli się, by mnie pocałować…

– Nawet nie wiem, o czym rozmawiać z księciem – wymamrotałam, wracając do rzeczywistości.

– Wszystko się ułoży. Po prostu bądź sobą, a kandydaci stłoczą się w kolejce do ojca, by prosić go o błogosławieństwo.

Kandydaci się stłoczą. Nie wyobrażałam sobie nic bardziej przerażającego.

Najbardziej liczyłam na to, że znajdę kogoś o tym samym odcieniu włosów, co kosmyk z zegarka Eulalie. Nosiłam go ze sobą wszędzie i każdego napotkanego mężczyznę oceniałam pod kątem dopasowania włosów do kosmyka.

Do pomieszczenia weszła Morella i pani Drexel, właścicielka sklepu. Krawcowa uniosła teatralnie dłonie do ust, po czym obróciła mnie w kółko.

– Ależ skarbie! Jeszcze nigdy nie uszyłam takiej sukienki takiej pannie. Wygląda pani niczym fale oceanu w ciepły letni dzień! Nie zdziwiłabym się, gdyby Pontus wyszedł z Głębi, by wziąć panią za żonę.

– To ten wodny, prawda? – zapytała Morella.

Skinęłyśmy z zażenowaniem głowami. Wspomnienie o religii było najszybszym sposobem, żeby w towarzystwie znaleźć kogoś ze stałego lądu. Pozostałe części Arcannii czciły różnych bogów: Vaipany, pana nieba i słońca; Selanda, władcę ziemi; Versię, królową nocy, i Arinę, boginię miłości. Istniały też dziesiątki innych bóstw – zwiastuni i przechery – które władały innymi życiowymi sprawami, ale dla ludzi Soli Pontus, król morza, to jedyny bóg, jakiego potrzebowaliśmy.

– Co pani sądzi o sukni? – pani Drexel taktownie zmieniła temat.

Przyjrzałam się swojemu odbiciu. Na staniku zawiły haft układał się w fale. Nagie ramiona okrywały tylko malutkie marszczone rękawki. Spódnica składała się z kilkunastu warstw delikatnego jedwabiu i tiulu. Zewnętrzne miały różne odcienie jasnej zieleni – miętowy i świeżej trawy – a spod spodu przezierały ciemniejsze szmaragdy i butelkowa zieleń.

– Czuję się niczym nimfa wodna. – Przesunęłam dłonią po metalicznym hafcie i koralikach na wydatnym dekolcie. – Bardzo naga nimfa.

Pociągnęłam za brzeg, próbując podciągnąć sukienkę.

– Czy mogłybyśmy tu coś dodać? Odrobinę jedwabiu albo koronkę? Czuję się tak… obnażona.

Morella odsunęła moją rękę, odsłaniając tym samym moją skórę.

– Och, Annaleigh. Jesteś teraz dorosłą kobietą. Nie możesz się zasłaniać niczym mała dziewczynka. Bo niby jak ten Pontus ma dostrzec twoje największe atuty?

Pani Drexel skrzywiła się na tak nonszalanckie użycie imienia Pontusa, ale mimo to skinęła głową. Szybko rozejrzała się po sklepie, po czym wyszeptała konspiracyjnie:

– Nie powinnam wam tego mówić, ale wczoraj zjawiła się tu pewna klientka. Wyjątkowa. Zobaczyła tę suknię na wieszaku i zażądała, bym zrobiła jej taką samą.

– Kto to był? – Nachyliła się zainteresowana plotkami Morella.

Pani Drexel uśmiechnęła się zadowolona, doskonale zdając sobie sprawę z tego, jak bardzo pragnęłyśmy się tego dowiedzieć.

– Och, nie mogę zdradzić. Ale to bardzo droga mi klientka. Naprawdę piękne stworzenie. Prosiła tylko, by jej suknia była w intensywnym różu. Aby trafiała w serca mężczyzn, tych śmiertelnych i… innych.

– Arina! – jęknęła Camille. – Projektuje pani suknie dla bogini piękności?

Rozejrzała się po sklepiku, jakby oczekiwała, że Arina wyskoczy zza wyszywanego parawanu i wszystkie nas przestraszy.

– Naprawdę? – Morella otworzyła z wrażenia usta.

Delikatny uśmiech pani Drexel mówił wszystko, ale kobieta tylko ostentacyjnie wzruszyła ramionami.

– Nie wolno mi nic mówić. – Na dodatek jeszcze puściła do nas oko. – Ale to znaczy, że ta suknia jest absolutnie stylowa. A w porównaniu z niektórymi nawet skromna.

– Myślę, że wyglądasz doskonale. – powiedziała Camille. – Zupełnie jak mama.

– Pamiętam ją. – Pani Drexel uklękła, by zaznaczyć szpilkami odpowiednią długość sukni. – Taka dobra dusza. Była raz u mnie po strój na chrzest jednego ze statków twojego ojca.

– Była czerwona, prawda? Z szeroką szarfą na jednym ramieniu? – Camille pokazała gestem, co ma na myśli. – Byłam z mamą na ostatniej przymiarce! Uwielbiała tamtą suknię.

– To pani była tą małą dziewczynką? Jak ten czas płynie. Założę się, że następnym razem zjawi się tu pani po suknię ślubną.

Camille się zarumieniła.

– Mam taką szczerą nadzieję!

– A masz już narzeczonego? – zapytała z ustami pełnymi szpilek pani Drexel.

– Niezupełnie. Jest jednak ktoś, kogo mam nadzieję poznać na balu.

– Od ładnych kilku tygodni ćwiczy foresiański! – roześmiała się Morella.

Krawcowa się uśmiechnęła.

– Jestem pewna, że będzie pod wrażeniem. Teraz zostaje mi tylko wykończyć te dwie suknie dziś wieczorem i mogę je jutro dostarczyć do Highmoor.

– To byłoby bardzo miłe z pani strony, dziękuję – powiedziała Morella. – Wygląda na to, że nasza lista zadań wciąż się wydłuża. A został nam już tylko jeden dzień.


Zauważyłam go, przechodząc przez ulicę.

Edgar Eulalii.

Stał na chodniku kilka kroków od nas, ubrany od stóp do głów w czerń, i rozmawiał z trzema mężczyznami. Spojrzeliśmy na siebie, a ja skinęłam głową. On pobladł, wybełkotał coś do swoich towarzyszy i ruszył przed siebie.

– Panie Morris! – zawołałam.

Zamarł, a ramiona opadły mu z rezygnacją – został złapany i nie mógł już uciec.

– Panie Morris? – powtórzyłam.

Odwrócił się, a w jego oczach ujrzałam panikę. Obrzucił mnie wzrokiem i zamarł na widok mojego płaszcza.

 

– Panno Thaumas, dzień dobry. Przepraszam, ale nie spodziewałem się, że będzie pani wyglądać tak… świeżo.

Jego ocena uderzyła mnie jak obuchem. Już się przyzwyczaiłam do szalonej radości przepełniającej Highmoor. Słońce wpadało przez otwarte okna i wszędzie stały świeże kwiaty. Codziennie dostarczano nowe suknie, a nasze szafy lśniły kolorami.

Zniknął wszelki ślad po żałobie. Czarne zasłony ze wszystkich luster zostały zebrane na jedną wielką stertę na północnym trawniku. Krepowe wieńce i wstążki, i wszystkie ciemne ubrania zostały podpalone, a ogień płonął przez trzy noce.

Spojrzałam z zażenowaniem na niebieski płaszcz i potarłam o siebie palce.

– Nastąpiło kilka… zmian w Highmoor.

Spojrzał na moje kolorowe ubrania i odsłoniętą twarz.

– Słyszałem. Przepraszam, ale muszę iść…

– Jak… jak się pan miewa? – zapytałam, nie mogąc pohamować słów. Jego taksujące spojrzenie sprawiło, że zaczęłam się jąkać. – Słyszałam, że to była dobra jesień. Dla rybołówstwa! No wie pan… na wodzie. Dobra jesień dla rybołówstwa.

Edgar zamrugał, a na jego twarzy pojawił się wyraz zdziwienia.

– Prawdę mówiąc, nie łowię ryb. Jestem czeladnikiem u zegarmistrza.

Zarumieniłam się.

– Och, oczywiście. Eulalie nam mówiła…

– Jak się miewa pan Averson? – Camille uratowała mnie z opresji.

Chłopak zmarszczył brwi na widok różowej organzy, po czym odparł:

– Ma się dobrze, dziękuję.

Mimo płaszcza widać było, że przestępuje z nogi na nogę – tak bardzo chciał zakończyć tę rozmowę. Camille zdawała się tego nie zauważać.

– Zeszłej wiosny naprawił nam stojący zegar. Może go pan pamięta?

Edgar poprawił okulary. Na twarzy rysowała mu się konsternacja.

– Tak. Ten z wahadłem w kształcie ośmiornicy Thaumasów i obciążnikami rzeźbionymi w macki?

Skinęła głową.

– Właśnie. Gdy mijają godziny, ramiona opuszczają się w stronę ofiary.

Chłopak zaczął wykręcać sobie palce, aż zbielały mu knykcie. Camille uśmiechnęła się, najwyraźniej kończąc z grzecznościami.

– Szukałam tylko siostry. Czeka na nas macocha.

– Oczywiście, oczywiście. – Zaczął się cofać, zanim jeszcze uchylił na pożegnanie kapelusza. A gdy to zrobił, słońce rozświetliło jego czuprynę.

Miał bardzo blade blond włosy.

– Poczekaj! – zawołałam za nim, ale niewiele brakowało, a Edgar rzuciłby się biegiem, byle się od nas oddalić. Znikał teraz w tłumie.

Camille wzięła mnie pod rękę i pociągnęła w stronę herbaciarni.

– Cóż za dziwny młody człowiek.

Serce zabiło mi z nadzieją.

– Też tak sądzisz?

– Wyglądał, jakby nie mógł się doczekać, kiedy od nas ucieknie. – Jej śmiech rozbrzmiał na targu. – Ale oczywiście nie wszyscy lubią rozmowy o jesiennych połowach tak jak ty.