Dom soli i łezTekst

Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

– Doskonale do ciebie pasuje – odezwała się Morella.

Siedziała pośrodku tego chaosu, na tuftowanym szezlongu, niczym rozpieszczona królowa pszczół. Nie spojrzała na mnie od zajścia w jadalni. Musiałam ją w jakiś sposób przeprosić.

– Coś niebieskiego bardziej podkreślałoby twoje oczy. – Uniosłam błękitną belę. – Widzisz? Podkreśla twoją cerę, wyglądasz znakomicie. Morello, jak sądzisz?

Morella skinęła lekko głową, po czym odwróciła się, by obejrzeć lśniącą wstążkę, którą Mercy wyciągnęła z pudełka.

– Ten szyfon pasuje do pani idealnie – odezwała się krawcowa. – Widziała pani te rysunki? – Kobieta podała Camille kilkanaście wzorów. – Z tego materiału możemy wykonać każdą z tych sukien.

Camille wzięła rysunki i usiadła na pufie zarzuconym lśniącymi pastelowo adamaszkami. Krawcowa uklękła obok niej i zaczęła notować.

Na stojaku obok mnie na wyściełanych wieszakach zawieszono kremowe lny i piękne zielone jedwabie. Wybrałam trzy wzory na długie, powłóczyste suknie, a nawet suknię balową na przyjęcie trojaczek. Mimo moich wątpliwości tiul w kolorze piany morskiej – upstrzony srebrnymi cekinami niczym gwiazdami – sprawił, że nie mogłam się doczekać. To będzie naprawdę cudowna suknia.

Lenore otworzyła ozdobne pudło.

– Och! Spójrzcie na to!

W wyłożonym aksamitem pudełku leżała para pantofelków. Srebrna skóra wyglądała na miękką jak puch i lśniła w świetle popołudnia. Po obu stronach przyszyto jedwabne wstążki, służące do obwiązywania kostek.

Te buciki były przeznaczone do tańca.

Verity złapała jeden i przysunęła go do twarzy, przyglądając się z zachwytem wzorkom z paciorków na czubku.

– Buty elfów!

– Wspaniałe – dodała z podziwem Morella.

Reynold Gerver, szewc, odezwał się:

– Zrobienie jednej pary zajmuje dwa tygodnie. Podeszwy są dodatkowo wyściełane dla większego komfortu. Można w nich tańczyć całą noc, a rano stopy w ogóle nie będą bolały.

Rosalie zabrała Verity but.

– Chcę taką parę na nasz bal.

– Nie, ja je zobaczyłam pierwsza! – zaprotestowała Lenore. – To ja je chcę.

– Każda z nas powinna dostać parę – odezwała się Ligeia.

Przysiadła się do Morelli i dotknęła wstążek.

– Tylko raz kończy się szesnaście lat.

Camille uniosła wzrok znad rysunków.

– A są też w innych kolorach? Bardzo bym chciała parę w kolorze różowego złota, by pasowała do mojej sukni balowej.

Gerver skinął głową.

– Mam tu próbki wszystkich moich skór.

Wyciągnął teczkę spod żółtego materiału. Spojrzał na Morellę.

– Te pantofelki są wyjątkowe… więc kosztują też odpowiednio.

– Odpowiednio? – od drzwi zadudnił głos ojca. – Zostawiam moje dziewczyny na godzinę i już przehulały dom?

Rosalie uniosła lśniący pantofelek.

– Ojcze! Spójrz na to! Te buty byłyby idealne na nasz bal! Możemy je dostać? Proszę!

Ojciec popatrzył po pełnych nadziei twarzach moich sióstr.

– I pewnie każda z was chce parę?

– My też? – zapytała Honor, stając na palcach, by wyjrzeć zza sterty pudeł na kapelusze.

Ojciec miał niewzruszoną minę.

– Muszę je zobaczyć. Jedna z najważniejszych zasad handlu brzmi: „Nigdy nie podejmuj decyzji przed obejrzeniem towaru”.

Rosalie przekazała pantofelek Verity i pchnęła ją lekko. Dziewczynka podeszła do ojca z nabożnie wyciągniętym przed siebie butem.

– Ojcze, to są buty elfów.

Tato zaczął obracać pantofelek w rękach z teatralną przesadą.

– Mówisz, że to buty elfów? – Zielone oczy Verity, w tym samym odcieniu, co moje, aż zalśniły. – Wydają się niesamowicie delikatne. Aż za bardzo.

Szewc wystąpił naprzód.

– Ależ skąd. Zapewniam pana, że wytrzymają cały sezon balów. Wykonuję podeszwy z najlepszej skóry w królestwie. Elastycznej, a zarazem wytrzymałej.

Ojciec nie wyglądał na przekonanego.

– Ile za osiem par?

Morella pociągnęła nosem.

– Dziewięć par – poprawił się ojciec. – Dziewięć par gotowych przed końcem miesiąca. Moje córki wyprawiają bal. I będą potrzebowały butów.

Gerver zagwizdał przez zęby.

– To niewiele czasu. Będę potrzebował pomocników…

– Ile?

Gerver zaczął liczyć na palcach, po czym poprawił złote okulary, które zsuwały mu się z nosa.

– Jedna para kosztuje sto siedemdziesiąt pięć złotych floretów. Ale aby zrobić dziewięć par w trzy tygodnie… Musiałbym wziąć co najmniej trzy tysiące.

Radosna atmosfera w pokoju przygasła. Nie było szans, by ojciec zgodził się na taką rozrzutność. Już same suknie będą go kosztowały majątek.

– Jestem pewna, że dziewięć par butów nie doprowadzi nas do bankructwa, Ortunie – powiedziała z promiennym uśmiechem Morella.

Verity stanęła na palcach, wpatrując się w minę ojca. Ten ukląkł przy niej.

– Kochanie, naprawdę myślisz, że te pantofelki są tyle warte?

Dziewczynka popatrzyła na nas, po czym kiwnęła głową.

Ku naszemu zaskoczeniu ojciec uśmiechnął się szeroko.

– W takim razie wybierz swoje. Buty elfów dla wszystkich!

Rozdział 5

Ostatnim pociągnięciem wioseł, przepłynąwszy wzdłuż wypłowiałego od słońca doku, przybiłam jolką do przystani w Selkirk. Słońce ledwie unosiło się nad horyzontem. Podczas stypy Eulalie Morella wspomniała, że miała powiedzieć ojcu o dziecku, ale przeszkodzili jej rybacy, którzy przynieśli do domu ciało Eulalie. Może coś widzieli, jakiś drobiazg, o którym zapomnieli powiedzieć ojcu, ponieważ uznali śmierć mojej siostry za wypadek.

Umocowałam linę cumującą do knagi i wyszłam na brzeg. Musiałam znaleźć tych rybaków.


Pięć wysp Salann ciągnęło się przez morze Kaleic niczym lśniące perły na naszyjniku.

Selkirk leżała najdalej na północnym wschodzie. Tu mieszkali handlarze ryb, kapitanowie i żeglarze. Na tętniącym życiem nabrzeżu oporządzano codzienne dostawy owoców morza.

Z kamienistych brzegów następnej, Astrei – najgęściej zaludnionej – wyrastały sklepy, targi i tawerny. To było lśniące miasto handlu i bogactwa. Od kiedy ogłoszono bal, trojaczki pływały tam prawie codziennie, by buszować po sklepach w poszukiwaniu drobnych skarbów. Dodatkowa para pończoch, nowy odcień pomadki. Morella zdołała jakoś przekonać ojca, że są to przedmioty niezbędne dla młodych panien, które mają się pokazać w towarzystwie.

My mieszkaliśmy dokładnie pośrodku tego łańcucha, na Solnej.

Vasa ciągnęła się niczym długi, chudy węgorz, a po jej północnej i południowej stronie znajdowały się porty. Ojciec nadzorował potężną stocznię, która zajmowała całą wyspę. Większość floty królewskiej została zbudowana na Vasie. Ktoś na dworze słyszał kiedyś, jak król się przechwalał, że z Salann pochodzą najszybsze statki jego floty, a ojciec potem miesiącami kraśniał z dumy.

Ostatnia wyspa była najmniejsza, ale też najważniejsza. Hesperus był jednym z kluczowych stanowisk obronnych całej Arcannii. Stała na nim latarnia morska, nazywana czule Starą Maude, wyższa niż jakakolwiek inna w kraju. Nie dość, że pomagała statkom zawijać i wypływać z portu, to jeszcze była doskonałym punktem obserwacyjnym, z którego wypatrywaliśmy wrogów.

Kochałam tę latarnię. Była dla mnie niczym drugi dom. Kiedy byłam mała, zgłaszałam się na ochotnika, by myć okna w Highmoor, aż lśniły, i wyobrażałam sobie, że poleruję latarnię. Wspinałam się na najwyższe klify i udawałam, że jestem na szczycie Starej Maude, wypatrując obcych statków – w rzeczywistości byli to rybacy wypływający na połów – i notowałam wszystkie istotne szczegóły w wielkiej księdze, tak jak to robił Silas.

Silas był latarnikiem od niepamiętnych czasów. Dorastał w latarni, gdzie od swojego ojca uczył się obsługi świateł. Kiedy stało się jasne, że Silas nigdy nie będzie miał własnych dzieci, ojciec uznał, że trzeba wyznaczyć mu ucznia, który z czasem go zastąpi. Co wieczór modliłam się do Pontusa, by wybrał mnie.

Wybrano jednak syna Hanny, Fishera. Pracował w dokach, ale ojciec powiedział, że jest przeznaczony do większych rzeczy. W dzieciństwie Camille i ja łaziłyśmy za nim po całej Solnej, podziwiając każdy jego ruch, kompletnie w nim zadurzone. Kiedy wyjechał, by zacząć nauki, przez tydzień wieczorami płakałam w poduszkę.

Patrząc teraz za nabrzeże Selkirk, zdołałam dostrzec błysk latarni i zaczęłam się zastanawiać, co robi Fisher. Pewnie myje okna. Silas miał na tym punkcie obsesję.

Ruszyłam do doków i zatrzymałam się przy pierwszej napotkanej łodzi, by zapytać kapitana, czy wie, kto odnalazł ciało nieopodal Solnej. Odpędził mnie, mówiąc, że kobieta blisko łodzi przynosi pecha. To samo zrobili dwaj inni marynarze, nim trafiłam na takiego, który chciał ze mną rozmawiać.

– Córkę księcia? – zapytał, żując tytoń. Z ust spłynęła mu strużka śliny i poplamiła na żółto jego brodę. – Kilka tygodni temu?

Skinęłam energicznie głową. Bardzo pragnęłam zdobyć te informacje.

– Powinnaś porozmawiać z Billupsem… – Rozejrzał się po nabrzeżu. – Ale jego łódź odpłynęła.

– Wie pan, kiedy wróci? – W związku z wszystkimi przygotowaniami do balu mogłam tu spędzić większość popołudnia i nikt by się tym nie przejął.

– Nie dziś – odparł, psując mi plan. – Ani jutro. Wypłynął na ostatni duży połów przed Sztormami. – Uniósł dłoń na wiatr. – Czujesz ten chłód w powietrzu? To już niedługo.

Uśmiechnęłam się w podziękowaniu, czym próbowałam ukryć rozczarowanie.

– A nie było z nim Ekhera? – zapytał towarzysz marynarza, który usłyszał naszą rozmowę, gdy zwijał olbrzymią szpulę grubej liny.

 

– Tak? Nie sądziłem, że jeszcze opuszcza doki.

Drugi mężczyzna odchrząknął i we dwóch ustawili szpulę w pionie.

– Jest kilka pirsów dalej, to stary naprawiacz sieci. Na pewno go zauważysz.

Ruszyłam labiryntem łączących się ze sobą doków, rozglądając się za kimś z sieciami. Zobaczyłam go trzy pirsy dalej.

Ekher siedział na ławce, otoczony kłębami niebieskich i granatowych sznurów. Lata życia w dokach sprawiły, że jego skóra pociemniała i stała się szorstka, a zmarszczki głęboko się w nią wryły. Żylastymi palcami trzymał okropnie wykrzywioną igłę, używaną do łączenia sieci. Kiedy tak przesuwał nimi po sznurach, szukając odpowiedniego punktu, uświadomiłam sobie, że ich nie widzi. Był ślepy.

Zatrzymałam się. Musiałam się zastanowić, co mam teraz zrobić. To jasne, że mężczyzna nie jest w stanie podać mi żadnych szczegółów dotyczących odnalezienia Eulalie – to Billups musiał ją zauważyć. Już miałam odejść, gdy Ekher powoli odwrócił się od sieci i skierował na mnie zamglone, niewidzące oczy.

– Dziewczyno, jeśli zamierzasz gapić się cały ranek na starca, to przynajmniej podejdź i dotrzymaj mu towarzystwa. – Wyciągnął rękę i skinął na mnie zakrzywionym palcem.

Powstrzymałam nerwowy chichot i podeszłam do jego ławki.

– Nie wiedziałam, że mnie pan widzi – przeprosiłam, wygładzając lnianą sukienkę.

– Oczywiście, że cię nie widzę. Jestem ślepy – odparł.

Przechyliłam głowę.

– Więc jak…

– Twoje perfumy. Albo mydło. Czy czego tam używają dziewczęta. Wyczułem to na sto kroków.

– Och – jęknęłam z zawodem, zasmucona, że jego odpowiedź jest tak pragmatyczna.

– Czego w ogóle chcesz od starego, ślepego naprawiacza sieci?

– Słyszałam, że był pan z rybakiem, który znalazł ciało…

– W następny wtorek skończę dziewięćdziesiąt osiem lat, dziecko. Napotkałem wiele ciał w życiu. Mów dokładniej.

– Eulalie Thaumas. Córka księcia.

Opuścił igłę.

– Och. Ona. Okropna sprawa.

– Czy pański przyjaciel, Billups, sądzi, że wtedy wydarzyło się coś nietypowego?

– Widok spadających z klifu młodych dam nie jest specjalnie typowy, prawda? O to ci chodzi?

Usiadłam na ławce obok niego.

– Więc uważa pan, że to był wypadek?

Ekher uniósł dwa zakrzywione palce do piersi, jakby odganiał złe duchy.

– A co innego? Na pewno nie skoczyła. Miała medalion.

– Medalion? – powtórzyłam.

Nigdy nie widziałam, by Eulalie nosiła medalion.

Skinął głową.

– Łańcuszek się rozpadł, ale Billups odczytał napis.

Zanim zdążyłam zadać kolejne pytanie, wyprostował się i złapał mnie za rękę. Jego palce wbiły mi się w dłoń, aż krzyknęłam z zaskoczenia i bólu. Nie potrafiłam wyrwać się z jego uścisku.

– Coś się zbliża – odezwał się spanikowany.

Uniosłam drugą dłoń do oczu, by osłonić je przed słońcem. Na nabrzeżu panował typowy gwar. Mewy krzyczały nad głowami, planując, jak by tu ukraść coś z połowu niespodziewających się niczego rybaków. Kapitanowie krzyczeli w dokach, wydając rozkazy, a czasem klnąc, gdy krnąbrni chłopcy ruszali się powoli z powodu bólu głowy, którego na pewno nabawili się podczas szaleństw poprzedniej nocy w tawernach.

– Nic nie widzę.

Zacisnął mocniej palce. Był wyraźnie przerażony.

– Nie czujesz tego?

– Czego?

– Gwiazdy. Spadające gwiazdy.

Z powątpiewaniem spojrzałam na poranne niebo w kolorze bursztynu i brzoskwini. Nie było widać nawet Diademu Versii – najjaśniejszej z konstelacji nazwanej na cześć Królowej Nocy.

– Co się stało z medalionem? – zapytałam, próbując skupić jego uwagę na sprawach bieżących, by zapomniał o niewidocznych gwiazdach. – Czy przynieśliście go wraz z ciałem?

Oburzony zwrócił na mnie niewidzące oczy.

– Nie jestem złodziejem.

Pomyślałam o pogrzebie Eulalie i przypomniałam sobie ten okropny naszyjnik, który miała na sobie. To był pierwszy raz, gdy go widziałam. Czy to był właśnie ten medalion?

Westchnęłam sfrustrowana. Pogrzeb odbył się ponad dwa tygodnie temu. Jej trumna na pewno już się rozpadła, a Eulalie wróciła do Soli wraz z naszyjnikiem.

– Pamięta pan, co było na nim napisane?

Ekher skinął głową.

– Billups przeczytał to na głos. Obu nam zakręciła się łezka w oku. – Odchrząknął, jakby szykował się, by wygłosić wiersz. – Żyłem samotnie w świecie mierności, a moja dusza nie znała smutku ni radości, gdy Eulalie przyfrunęła jak gwiazda na niebie i jako żona uszczęśliwiła mnie.

Szczęka mi opadła.

– Żona? Eulalie nie była żoną.

Ekher wzruszył ramionami, wbijając znów igłę w sznury. Tym razem jednak nie trafił i zakrzywiony metal trafił w opuszek palca. Zdawał się tego nie zauważać. Ciemna krew poplamiła granatową sieć na czarno.

– Skaleczyłeś się.

Jego nastrój nagle znów się zmienił. Starzec potarł zakrwawiony palec i krzyknął:

– Wynoś się stąd, zanim stracę cały palec, ty głupia dziewucho! – Zmarszczył nos i splunął.

Odskoczyłam od niego i pobiegłam przed siebie, ale co chwilę odwracałam się, gdy wykrzykiwał za mną przekleństwa. Nigdy nie widziałam człowieka, któremu tak szybko zmieniał się nastrój. Czy tyle lat na słońcu pomieszało mu w głowie? Kiedy po raz ostatni rzuciłam na niego okiem, wpadłam na kogoś i prawie się przewróciłam.

– Bardzo przepraszam – zawołałam, wyciągając ręce, by złapać równowagę.

Wschodzące słońce było dokładnie za plecami nieznajomego, rzucając poświatę, która kompletnie mnie oślepiła. Przed oczami miałam ciemnoniebieskie i białe plamy.

Niczym gwiazdy tego starca.

– Sądzę, że to twoje? – Nieznajomy podszedł do mnie z wyciągniętą ręką.

Kiedy zasłonił światło, ujrzałam przyjazne spojrzenie niebieskich oczu.

Czułam się przy nim jak krasnoludek – ledwie sięgałam mu do ramion. Przyglądałam się jego postaci chwilę dłużej, niż wypadało. Pomyślałam, że musi być kapitanem. Pod elegancką wełnianą kurtką na pewno miał potężne mięśnie. Nietrudno było wyobrazić sobie, jak naciąga ciężki żagiel na maszt, pociągnięcie za pociągnięciem.

Miał niemodnie długie włosy. Ciemne loki sięgały prawie do brody. Jeden dotykał kącika jego ust, a mnie ogarnęło nagle niesamowite i przerażające pragnienie odgarnięcia go na bok, byle tylko poczuć jego miękkość.

Mężczyzna odchrząknął, a ja zarumieniłam się, przerażona, że w jakiś sposób odgadł moje myśli. Trzymał w palcach monetę, gdy ja gapiłam się na niego, walcząc z gonitwą myśli.

– Upuściłaś ją. – Ujął moją dłoń i położył na niej miedziany pieniążek.

Tak prosty gest, codziennie powtarzany przez kupców i sprzedawców, nie powinien wydawać się tak intymny, ale jego dotyk sprawił, że przeszedł mnie dreszcz emocji. Jego kciuk pogładził wnętrze mojej dłoni, w której aż mnie zamrowiło, gdy oddał mi monetę. Zaparło mi dech, gdy naszła mnie irracjonalna myśl, co czułabym, gdyby te same palce dotknęły mojej szyi, policzków, ust…

– Dziękuję – wydusiłam z trudem. – To bardzo miłe. Większość ludzi by ją zatrzymała.

– Nie mógłbym zatrzymać czegoś, co nie należy do mnie. – Wyczułam, że chce się uśmiechnąć. – Poza tym to tylko miedziany floret. Wolę stracić pieniądze, ale zyskać okazję do rozmowy z piękną dziewczyną, która jest ich właścicielką.

Otworzyłam usta, by coś odpowiedzieć, ale zabrakło mi słów.

Podszedł o krok bliżej, by przepuścić dwóch rybaków z ciężką skrzynią.

– Właściwie to może mogłabyś mi pomóc?

Natychmiast zwiększyłam czujność. Ojciec ostrzegał nas przed złodziejami i kieszonkowcami na wyspach. Może zwrot monety to tylko podstęp, by pozbawić mnie większej sumy.

– Jestem tu nowy i szukam kapitana.

Zmrużyłam oczy, wpatrując się w jego dłonie. Ojciec mówił, że niektórzy są tak wprawieni w swoim fachu, że potrafią skraść pierścionki z palców, a ty nawet nic nie zauważysz.

– To duży port. – Wskazałam otaczające nas statki. – Cumuje tu wielu kapitanów.

Uśmiechnął się szczerze, a na jego twarzy pojawił się wyraz rozczarowania. Pomyślałam, że może jednak ma dobre intencje.

– Oczywiście. Szukam kapitana Coruma. Waltera Coruma.

Wzruszyłam ramionami. Czemu jego wzrok tak mnie wyprowadzał z równowagi? Tyle lat zamknięta w Highmoor nie zdobyłam prawie żadnego doświadczenia, jeśli chodzi o mężczyzn. Nawet dłuższa rozmowa ze służącym ojca, Rolandem, przyprawiała mnie o rumieńce. Wskazałam targ w głębi portu.

– Tam na pewno ktoś będzie wiedział.

Wzrok mojego rozmówcy przygasł. Był wyraźnie zawiedziony.

– Ale ty nie wiesz?

– Nie jestem z Selkirk.

Odwrócił się, by odejść.

– Masz z nim pływać? – zawołałam zbyt głośno. – Z kapitanem Corumem?

Potrząsnął głową.

– Jest chory. Ma szkarlatynę. Przyjechałem się nim opiekować.

– Czy to znaczy, że jest ciężko chory?

Mężczyzna wzruszył ramionami.

– Myślę, że niedługo się dowiem.

Przypomniało mi się, jak wszyscy zebrali się przy łóżku Avy, gdy zachorowała. W pokoju było ciemno, bo zasłony starannie zaciągnięto. Uzdrowiciele twierdzili, że należy wygrzać chorobę, więc panowała tam okropna duchota – ojciec kazał utrzymywać duży ogień w kominku. Mimo to Ava dzwoniła zębami, a ja bałam się, że popękają i wypadną z jej zakrwawionych ust niczym grad.

Obcy nie wyglądał jednak na uzdrowiciela. Był stworzony do pływania na statku, wysoko nad taflą morza, w bocianim gnieździe, w połowie drogi do gwiazd. Oczami wyobraźni widziałam, jak wiatr targa jego ciemnymi włosami, a on spogląda na horyzont w poszukiwaniu przygód.

– Mam nadzieję, że szybko wyzdrowieje. – Wykręcałam palce, nie wiedząc, co zrobić z rękami. – Pomodlę się dziś wieczór do Pontusa o jego zdrowie.

– To bardzo miło z twojej strony… – zawiesił głos, najwyraźniej czekając na moje imię.

– Annaleigh.

Uśmiechnął się. Mnie zaparło dech, a gdzieś głęboko w środku poczułam drżenie.

– Annaleigh – powtórzył, a w jego ustach moje imię brzmiało bujnie i soczyście, niczym wers wiersza czy pieśni.

– Thaumas – dodałam, chociaż nie pytał.

Brzmiałam jak jąkający się głupek i chciałam się zapaść pod ziemię.

Oczy mu zalśniły, jakby rozpoznał moje nazwisko, i zaczęłam się zastanawiać, czy może zna mojego ojca.

– Annaleigh. Thaumas. – Uśmiechnął się szerzej. – Przepięknie. – Zgiął się w głębokim ukłonie, wyciągając rękę niczym pełen galanterii dworzanin. – Mam nadzieję, że nasze drogi jeszcze się spotkają.

Zanim zdążyłam coś powiedzieć, odwrócił się i był już w połowie pirsu, uchylając się przed następną skrzynią.

– Chwila! – zawołałam, a on zatrzymał się i spojrzał na mnie.

Na jego twarzy rysowała się zaskakująca przyjemność, gdy czekał na moje dalsze słowa.

Chociaż czułam, że się rumienię, podeszłam bliżej.

– Mogę ci pokazać drogę na targ… jeśli masz ochotę.

Spojrzał w stronę straganów, które znajdowały się kilka doków dalej.

– Tamten targ?

Jego lekki ton sugerował, że żartuje, ale mój żołądek skręcił się ze wstydu. Zmusiłam się do uśmiechu.

– Tak, cóż, jestem pewna, że trafisz. – Skinęłam głową. – Do widzenia… – Nie znałam jego imienia, więc pożegnanie zabrzmiało dziwnie. – Sir – dodałam o dwie sekundy za późno.

Twarz mnie paliła, gdy wracałam wolno do swojej jolki. Nagle poczułam, jak ktoś łapie mnie delikatnie za przegub i znów ujrzałam przystojnego obcego. Złapałam go za przedramię, by nie upaść. Teraz wydawał się wyższy, a na jego skroni zauważyłam wąską bliznę w kształcie półksiężyca. Wiedziałam, że się gapię, więc szybko cofnęłam się o dwa kroki, by dzieliła nas przyzwoita odległość.

– Cassius – powiedział. – Mam na imię Cassius.

– Och.

Podał mi ramię.

– Będę bardzo wdzięczny za wskazanie drogi na targ. To mój pierwszy raz na Selkirk i nie chciałbym się zgubić.

– To naprawdę olbrzymi port – powiedziałam, spoglądając na przystań, jakby zrobiła się trzy razy większa.

– Czy w takim razie mi pomożesz, panno Thaumas? – Oczy mu lśniły, a na wargach znów pojawił się uśmiech.

– Myślę, że powinnam.

Poprowadził nas wzdłuż następnego doku; skręciliśmy w lewo, w prawo, a potem znów w lewo, by przeciągnąć drogę.

– Więc jesteś uzdrowicielem? – zapytałam, przeskakując przez zwój liny. – Na nabrzeżu pojawiało coraz więcej rybaków szykujących się do wypłynięcia. – Powiedziałeś, że przyjechałeś zaopiekować się przyjacielem?

 

– Ojcem – odparł. – I nie, nie jestem uzdrowicielem. To po prostu oddanie rodzinie czy raczej rodzinny obowiązek. – Przysunął się do mnie, by uniknąć zderzenia z wyciąganymi na nabrzeże więcierzami pełnymi homarów. Nachylił się i szepnął mi do ucha: – Widzisz, panno Thaumas, jestem bękartem.

Powiedział to niefrasobliwie, jakby chciał mnie zszokować.

– To nieistotne – odparłam szczerze. – Nie powinno mieć znaczenia, co robili twoi rodzice, a tylko jaką jesteś osobą.

– Jakże szlachetnie z twojej strony. Żałuję, że inni nie podzielają tego zdania.

Skręciliśmy po raz kolejny i w końcu trafiliśmy na targ. Stragany stały pod prowizorycznymi daszkami, które osłaniały świeże ryby przed bezlitosnymi promieniami słońca. Lekki zefirek rozwiewał najgorszy smród, ale wciąż czuło się ostry zapach patroszonych ryb.

– No cóż. – Wskazałam stragany. – To tutaj. Jestem pewna, że wszyscy sprzedawcy wiedzą, gdzie on mieszka. To niewielka społeczność. Wszyscy znają wszystkich.

Kiedy tylko wypowiedziałam te słowa, uświadomiłam sobie, jakie są prawdziwe. Kiedy weszliśmy w tłum, zaczęto się nam przyglądać i natychmiast rozpoznano we mnie córkę księcia. Chociaż większość kupców miała na tyle taktu, by szeptać, osłaniając usta ręką, to i tak słyszałam ich słowa.

– To ta Thaumasówna.

– Jaka szkoda, że…

– … nie minął nawet miesiąc od śmierci…

– … przeklęte…

Na wspomnienie klątwy włosy zjeżyły mi się na karku. To była idiotyczna plotka, ale plotki mają to do siebie, że zamieniają się w coś dużego i okropnego. Nie wiedziałam, czy Cassius coś zauważył. Byłam zbyt zawstydzona, by na niego spojrzeć.

– Co ona ma na sobie? To nawet nie jest szare…

– … niech odejdzie…

– … przyniesie nam pecha…

– Hej, ty tam! – Jeden głos wybił się nad szepty. – Nie powinno cię tu być!

– Muszę iść. – Wypuściłam ramię Cassiusa. Potrzeba ucieczki przeważyła nad pragnieniem pozostania z nim. – Mam nadzieję, że znajdziesz ojca i że on szybko wyzdrowieje!

– Ale… Annaleigh!

Odwróciłam się na pięcie i nim zdołał mnie zatrzymać, pognałam do jolki. Musiałam wypłynąć na morze, w fale. Chciałam, żeby morska bryza odgoniła ode mnie narastające uczucie paniki, a rytmiczne unoszenie się fal uspokoiło umysł.

Nie byłyśmy przeklęte.

Wskoczyłam do łódki, próbując zapomnieć o szeptach tłumu, ale wciąż słyszałam ich słowa, powtarzające się i coraz głośniejsze, aż grupa handlarzy ryb zamieniła się we wrzeszczący tłum z pochodniami i nożami.

Stanęłam na palcach, wyglądając nad pomostem, czy ktoś poszedł za mną. Miałam cichą nadzieję, że zobaczę Cassiusa, ale ta część portu była cicha. Chłopak został na targu i pewnie właśnie słuchał o siostrach Thaumas. Ogarnął mnie smutek, gdy wyobraziłam sobie, jak jego piękny uśmiech znika na wieść o upiornych śmierciach w Highmoor. Chociaż moją głupotę widział tylko mały krab, maszerujący po deskach, cała się zarumieniłam. Nie znałam Cassiusa, ale nie mogłam znieść myśli, że mógłby wyrobić sobie na mój temat niepochlebną opinię.

– Nie wygłupiaj się. – Odwiązałam linę i odepchnęłam łódź od brzegu. – To był tylko zwykły flirciarz, a ty masz poważniejsze sprawy na głowie.

Kiedy wypłynęłam z portu, zatrzymałam się i pochlapałam rozpaloną twarz wodą. Naprawdę miałam poważniejsze sprawy na głowie. Co oznaczał napis na medaliku Eulalie? Eulalie żoną?

To nie miało sensu. Moja siostra miała wielu zalotników, ale żaden z nich nigdy się nie oświadczył.

A może?

Zmarszczyłam brwi i zabrałam się za wiosłowanie. Eulalie nie powiedziałaby nam o narzeczonym tylko z dwóch powodów: ten ktoś albo nie spodobałby się ojcu… albo samej Eulalie.

W tym momencie zaczęła działać moja wyobraźnia. Ujrzałam ostatnią noc Eulalie. Na pewno spotkała się ze swoim niedoszłym narzeczonym, odrzuciła zaloty, mówiąc, że nie mogą być razem. Kłócili się, napięcie rosło, aż w końcu on zepchnął ją ze skał. Czy rzucił za nią medalion, by zatrzeć ślady swego nieodwzajemnionego uczucia? Wyobraziłam sobie, jak Eulalie spada, na jej twarzy rysuje się zaskoczenie, a po chwili przerażenie na myśl, że nie zdoła się z tego wykaraskać, nie będzie mogła wrócić i wszystkiego naprawić. Czy krzyczała, nim uderzyła o skały?

Fale bijące w bok mojej jolki przywróciły mnie do rzeczywistości. Chociaż były to tylko domysły, wiedziałam, że jestem na właściwym tropie. Śmierć mojej siostry nie była wypadkiem. To nie była żadna klątwa.

Eulalie została zamordowana.

A ja zamierzałam to udowodnić.